Pokazywanie postów oznaczonych etykietą hipokryzja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą hipokryzja. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 8 lutego 2015

Na kogo zagłosuję w wyborach prezydenckich?


Kampania wyborcza to zawsze festiwal hipokryzji. Pełen socjotechniki spektakl, który dodatkowo psuje ułomny i tak ustrój polityczny jakim jest demokracja. Zainteresowani polityką nie potrzebują kampanii żeby wiedzieć kogo chcą poprzeć w wyborach. Reszta najlepiej niech nie głosuje wcale. Jeżeli pójdą to urn wybiorą najprzystojniejszych, najładniej opalonych albo tych, którzy obiecają najwięcej.

Na kogo więc zamierzam głosować? W pierwszej turze wyborów oddam swój głos na Janusza Korwin Mikkego. Wcale nie dlatego, że jest najlepszym kandydatem na prezydenta (nie ma zresztą najmniejszych szans na ten urząd). Uważam natomiast, że im lepszy wynik osiągnie w wyborach prezydenckich, tym większe są szanse jego partii na przekroczenie progu w nadchodzących wyborach parlamentarnych. Od lat nie mogę doczekać się udziału konserwatywnych liberałów w pierwszej lidze polskiej polityki, w końcu jest na to szansa więc trzeba ją wesprzeć. Bardzo jestem ciekaw działalności korwinistów w Sejmie. Mam jedynie nadzieję, że JKM nie zaprzepaści szans swojego ugrupowania jakimś wygłupem czy ekstrawagancją w swoim stylu.

A co w drugiej turze? Sądzę, że wbrew buńczucznym zapowiedziom polityków obozu rządzącego, druga tura wyborów prezydenckich się odbędzie. Zmierzą się w niej Bronisław Komorowski i Andrzej Duda. Moje doświadczenie zawodowe wskazuje, że w zarządzaniu nie ma nic gorszego niż nie ostre kompetencje poszczególnych osób i rozmyta odpowiedzialność. To doskonały przepis na porażkę, w której każda ze stron odpowiedzialność widzi w działaniach bądź zaniechaniach adwersarza. Konstytucyjne uprawnienia prezydenta w Polsce są niby nie wielkie, pozwalają jednak blokować inicjatywy rządu i odgrywać destrukcyjną rolę w polityce. Nigdy nie zapomnę Kwaśniewskiemu zawetowania ustawy wprowadzającej liniowy PIT w 1999 roku. Dobrze pamiętam też wojnę o krzesła z czasów prezydentury Lecha Kaczyńskiego, nie wchodząc tu w dyskusję, kto ponosił większą winę za tę sytuacją.

Skoro więc, nie można dodać prezydentowi uprawnień (tworząc system prezydencki), ani odebrać mu tych, które ma sprowadzając formalnie jego rolę do strażnika żyrandola w pałacu, najlepiej żeby prezydent i premier należeli do tego samego obozu politycznego. Wtedy prezydent nie przeszkadza rządowi i jego rola sprowadza się głównie do obowiązków reprezentacyjnych. Dzięki temu, wiadomo przynajmniej kto odpowiada za efekty rządzenia. Z tej perspektywy nie ma też większego znaczenia co kandydaci powiedzą w kampanii wyborczej.

Zgodnie z powyższą logiką, mój wybór w drugiej turze wyborów prezydenckich będzie spekulacją. Jeżeli uznam, że większe szanse na stworzenie rządu po wyborach do Sejmu ma PiS, zagłosuję na Andrzeja Dudę, jeśli więcej będzie wskazywało na PO, oddam głos na Bronisława Komorowskiego. Nie chcę sobie nawet wyobrażać jaki chaos zapanuje w polskiej polityce jeżeli wyborczy werdykt zmusi do kohabitacji Andrzeja Dudę z rządem Platformy Obywatelskiej, albo Bronisława Komorowskiego z rządem Prawa i Sprawiedliwości.

niedziela, 9 września 2012

Łże-debata?



No i masz babo placek! Najgorzej jak Kaczor wylezie z oblężonej twierdzy smoleńskiej i odezwie się ludzkim głosem. Póki bredzi o zamachach, w towarzystwie Antoniego M., ciskającego wokół złowrogie spojrzenia jest spoko i luz. Można se robić jaja, pukać się w czoło, szydzić, narzekać, że opozycja wyłącznie zajmuje się wojną polsko-polską i wymyśla tematy zastępcze. Słowem, nie trzeba się wysilać. Nic a nic. Wystarczy odprawić rytualne olaboga! i każde wystąpienie prezesa to murowane wzmocnienie partii rządzącej w sondażach. Bywa jednak, rzadko bo rzadko, ale zawsze, że Mr Kaczyński zajmie jakieś z grubsza sensowne stanowisko albo co gorsza zaproponuje coś, co trudno z miejsca zakwalifikować jako idiotyzm. Wtedy zaczyna się problem. Szlag! Kto mu to podpowiedział? Przecież nie Błaszczak. No bo choćby nie wiem jak nie znosić PiS-u, trudno tak bez ceregieli, a priori zlać koncepcję ekonomicznej burzy mózgów na szczycie. Zwłaszcza w kontekście szybkiego więdnięcia zieleni na naszej wyspie szczęśliwości. Tak trudne ćwiczenia nie zdarzają się często, więc przedstawicielom partii rządzącej i życzliwym im komentatorom brakuje doświadczenia w zgrabnym odkręcaniu kota ogonem. Dokonują jakichś cudacznych wygibasów, co by przekonać lud spijający słowa z ekranu telewizora, że to pomysł zły, bez sensu, medialna szopka, hucpa polityczna, poza tym za późno i w ogóle do dupy. A jak który ekonomista skorzysta z zaproszenia to najpewniej cienias, gamoń albo w najlepszym wypadku lanser.

Hmm… obawiam się, że musicie państwo wysilić się odrobinę bardziej, bo te argumenty są cienkie jak kawa z automatu na komendzie w Tucholi (copyright nie mój). Od tego, między innymi jest opozycja, żeby inicjować dyskusję w kontekście założeń ekonomicznych proponowanych przez rząd. I nie ma tu znaczenia, czy zgłaszane kontrpropozycje oceniamy jako przebłysk geniuszu czy brednie. Żeby było jasne. Nie mam złudzeń, że walna debata ekonomistów pod auspicjami tych czy innych polityków przyniesie jakąś zmianę jakościową. Ekonomia to nie matematyka i proste dodawanie dwóch cyferek daje różny wynik w zależności od tego, kto zajmuje się liczeniem. Zaś politycy mają dar dokładnie odwrotny niż mityczny król Midas i wszystko czego się tkną na ogół zamienia się w g…, no… wiadomo w co się zamienia. Zawszeć to jednak wyzwanie intelektualne, któremu warto się przyjrzeć. W końcu, debaty polityków, pełne są niemożliwych frazesów, wśród których meritum trudno odnaleźć nawet okiem uzbrojonym w mikroskop, a przecież dzisiejsi krytycy inicjatywy PiS płonęli świętym oburzeniem, kiedy w trakcie kampanii wyborczej Jarosław Kaczyński debat unikał. Interesujące, że teraz tak wielu komentatorów nie jest zainteresowanych wzajemną konfrontacją tuzów polskiej myśli ekonomicznej. Czyżby za ich plecami czaiła się hipokryzja?

A że proponowana debata może poprawić wizerunek PiS-u? Cóż, bardzo mi przykro. Nawet Kaczyński znajdzie czasem taki pomysł, który może jego partii pomóc, a nie zaszkodzić. Trzeba z tym jakoś żyć.

środa, 30 maja 2012

Poczuj się jak w trumnie


Tego nie było w słynnym filmie wyemitowanym przez BBC

Wygląda na to, że ciężko odchorujemy to Euro. Póki co, niekończące się pasmo nieszczęść. Pomijam już case autostrad, czy Warszawy zamienionej w plac budowy, akurat na mistrzostwa. Jak nie polityczny bojkot Ukrainy, który rykoszetem uderza w wizerunek Polski, to Ruskim zachciało się mieszkać w Bristolu i ministra nie może spać po nocach z tego powodu. Sprawa jeszcze nie zdążyła wybrzmieć, a tu nowe ruskie nieszczęście. Druzja ze wschodu zapragnęli przemaszerować sobie przez stolicę, co jakoś nie rodzi najfajniejszych skojarzeń. Kolejny dzień i nowy syf. BBC wyemitowała sympatyczny filmik „zachęcający” kibiców z wysp brytyjskich do przyjazdu na piłkarskie mistrzostwa w Polsce i na Ukrainie. Dziełko to niesie optymistyczne przysłanie: nie jedźcie, bo możecie wrócić w trumnie. Brzmi prawie jak hasło reklamowe całej imprezy.

I znowu rozpętała się wielka debata. Wśród licznych komentarzy, niezłe kuriozum wysmażył niejaki Tomasz Lis, na swoim własnym portalu. Otóż, zgodnie z wzorcem lansowanym od lat przez środowisko Gazety Wyborczej, redaktor Lis przykleił łatkę hipokryty wszystkim oburzonym rzeczonym dokumentem filmowym, dla siebie rezerwując rolę sprawiedliwego. Mamy obejrzeć w lustrze nasze obmierzłe gęby antysemitów, posypać hojnie głowy popiołem, uderzyć się w piersi bądź dokonać innych, równie wdzięcznych aktów ekspiacji. Ja tego czynić nie zamierzam. Dziwię się natomiast, że tak doświadczony dziennikarz nie chce dostrzec bijącej po oczach tendencyjności materiału BBC. Skoro przesłanie pasuje do tezy, to zbożny cel uświęca środki, prawda panie redaktorze?

Jasne, obrazki pokazane przez BBC są prawdziwe, ale kontekst i teza to manipulacja. To przecież nie jest film na temat kibolskich burd na meczach ligowych w Polsce. Autor pokazuje swoim rodakom, co może ich czekać na mistrzostwach organizowanych w naszym kraju (i na Ukrainie). Ustami Sola Campbella, byłego kapitana reprezentacji Anglii, wprost formułuje ostrzeżenie, by tę imprezę sobie darować. Uderza celnie, bo w tej formie przekaz ten zyskuje szczególnie mocną wymowę. Ekscesy kiboli to fakt, ale to nie jest problem Euro. Prawdziwy kibol gardzi imprezami dla pikników i omija je szerokim łukiem. Kibolskie zadymy to zjawisko związane z rozgrywkami drużyn ligowych, które występuje także w innych krajach, również w Anglii. Taki po prostu jest urok futbolu, najbardziej plebejskiego sportu na kuli ziemskiej.

Mnie wkurza przede wszystkim co innego. Wieczne wałkowanie tezy na temat polskiego antysemityzmu, którego emanacją mają być właśnie zachowania kiboli. Prymitywna, wulgarna, chamska estetyka kibolskiej subkultury mierzi mnie do imentu, ale niewiele ma wspólnego z antysemityzmem, rozumianym zgodnie z definicją tego pojęcia. W tej obyczajowości, określenie „Żyd” dawno już oderwało się od swojego rasowego kontekstu. W środowisku kiboli jest po prostu obelgą. Epitet „ty Żydzie” nie jest adresowany do jegomościa narodowości żydowskiej, tylko do fana przeciwnej drużyny, który nie ma nic wspólnego z semitą. Kibol nienawidzi innego kibola i rasa nie ma tu nic do rzeczy. To oczywiście haniebna głupota, którą należy tępić, ale kwalifikowanie jej z miejsca jako nienawiści rasowej, podnosząc jednocześnie do rangi problemu narodowego jest przesadą. Nadgorliwość w tropieniu wszelkich przejawów antysemityzmu prowadzi do dewaluacji tego pojęcia. Nie dajmy się zwariować terrorowi wszechobecnej poprawności politycznej.


PS Chętnie pielęgnujemy stereotyp Polaka antysemity. Inne nacje nie mają w sobie tej masochistycznej potrzeby ekspiacji. Dość wspomnieć, że w świadomości światowej opinii publicznej, zbrodni holocaustu dokonali jacyś tajemniczy, pozbawieni narodowości, naziści. Kim więc byli owi naziści? Tego nie wie nawet Barack Obama. 

niedziela, 13 maja 2012

Sawuar wiwr


Były czasy:)

Sejm, 11 maja 2012

NIEZIDENTYFIKOWANY GŁOS z sali (podobno poseł Ruchu Palikota) do Jarosława Kaczyńskiego
- Zadzwoń do brata!

JAROSŁAW KACZYŃSKI z mównicy, pod adresem Palikota
- Ten poziom nieprawdopodobnego grubiaństwa to jest pańska zasługa, jeśli chodzi o polskie życie publiczne, tego nieprawdopodobnego wręcz chamstwa takiego na poziomie marzeń Adolfa Hitlera o Polakach, o losie Polaków.

JANUSZ PALIKOT z mównicy do Kaczyńskiego
- Premier Jarosław Kaczyński porównał moje ugrupowanie i mnie do Adolfa Hitlera. Ja rozumiem, że człowiek, który był gotów wysłać własnego brata na śmierć do Smoleńska oraz zachęcał do stosowania aresztów wydobywczych jest zdolny do każdej podłości, ale wysoka Izba musi dbać, żeby pewne granice nie były przekraczane w tym parlamencie.

Przed Sejmem, 11 maja 2012

STEFAN NIESIOŁOWSKI do Ewy Stankiewicz, dziennikarki Gazety Polskiej (z agresywną wściekłością)
- Czy pani jest głucha? Niech pani idzie do PiS-u i do tych pisowskich lizusów swoich. Proszę nie rozmawiać ze mną bo pani rozbiję kamerę. Bez moje zgody proszę mnie nie filmować (wprowadzając słowa w czyn rzuca się na kamerę), dobrze? Roztrzaskam pani kamerę, ostrzegam. Nie mam ochoty, żeby mnie pani filmowała, won stąd! (kolejny atak na kamerę).


I co? Do chamstwa w życiu publicznym zdążyłem się przyzwyczaić. W końcu politycy są zwierciadłem, w którym przegląda się społeczeństwo. Znacznie ciekawsze są reakcje na te występy. Tu nie ma miejsca na niuanse. Dla antykaczystów, oburzających się wciąż na rozmaite wypowiedzi prezesa PiS, popis Stefana Niesiołowskiego jest jak najbardziej do przyjęcia. Skoro furia była skierowana we właściwym kierunku (ich zdaniem), to wszystko jest ok. No wkurzył się po prostu, miał prawo, zwłaszcza że wredna baba wyraźnie prowokowała. Na żadną taryfę ulgową z tej strony nie może za to liczyć Jarosława Kaczyński, bo najmniejsze źdźbło łatwo zobaczyć w oku oponenta, za to belki we własnym nie sposób dostrzec. A akurat tym razem, prezes PiS nie powiedział niczego strasznego. Przeciwnikom wystarczy hasło „Hitler”, by jak psy Pawłowa rzucić mu się do gardła. Zrozumieniem jego wypowiedzi nikt się nawet nie trudzi. Kaczyński nikogo nie porównywał do Adolfa Hitlera. Ocenił jedynie, iż poziom debaty publicznej, który prezentuje Janusz Palikot osiągnął stan, do którego zamierzał sprowadzić Polaków wódz III Rzeszy. Swoją ripostą, Palikot potwierdził tylko trafność tej tezy. Przy okazji popisał się hipokryzja, ponieważ sam wcześniej porównywał Kaczyńskiego do Hitlera i Stalina. Ale mainstreamowe media wiedzą swoje. Hitler w ustach prezesa PiS, niezależnie od kontekstu wypowiedzi, jest rzeczą straszną. Zgodnie ze zjawiskiem, opisanym w eksperymencie Ascha, tak samo uważają konsumenci tych mediów.

Zabawne, że w tej sprawie podzielam pogląd SLD, które oczywiście korzysta z okazji, by pognębić konkurenta politycznego. Muszę jednak zmartwić posła Wenderlicha. Polski Kodeks Honorowy Boziewicza, chamów nie obowiązywał. Zgodnie z art. 8 wzmiankowanego kodeksu, wykluczonymi ze społeczności ludzi honorowych są między innymi indywidua następujące: oszczerca (ust. 16) i paszkwilant (ust. 21). Wszyscy bohaterowie dnia mieszczą się w tych kategoriach.

Agresywne chamstwo Niesiołowskiego poruszyło za to dziennikarzy, przynajmniej na Twitterze. Szanowni dziennikarze, pisanie walecznych twittów to łatwizna. Jeżeli tak was to oburzyło, macie wspaniałą okazję zaprezentować solidarność zawodową, bojkotując obecność tego pana w mediach. Żadna to strata, bo poza atakami szału (barwnymi, przyznaję), facet nie ma nic sensownego do powiedzenia na żaden temat. Ostracyzm byłby właściwą metodą wychowawczą.

Swoją drogą ciekawe, że jakoś nie można ustalić personaliów posła od którego cała awantura się rozpoczęła.

czwartek, 10 maja 2012

Po pierwsze nie szkodzić czyli bojkot 2012



Występy polskiej reprezentacji, kibiców raczej nie rzucą na kolana. Rozgrzebane drogi, autostrady i miasta (vide radosna twórczość Madame HGW w Warszawie) również. Hit „Koko spoko”, jako wizytówka polskiej kultury to też nie jest szczyt szczęścia. Co zostaje? Atmosfera sportowego święta, którą uparli się popsuć hipokryci z UE, wspierani przez ogarniętego pomrocznością jasną, jednego z przywódców opozycji.

Pięć lat przygotowań, blisko 100 mld złotych wydanych na infrastrukturę, do znudzenia powtarzane zaklęcia, że musimy zaprezentować się z jak najlepszej strony i pokazać, że Polska leży w Europie, a nie w Azji. Sprawić, by ta kosztowna impreza procentowała w przyszłości, zachęcając rzesze turystów do wizyt w naszym kraju. Ja akurat dość kiepsko imaginują sobie taką bezpośrednią zależność, ale politycy niestrudzenie wbijali nam do głów tę argumentację. A teraz, za pięć dwunasta, postanowili zabawić się zapałkami. Mam wszakże nadzieję, że ta antyukraińska krucjata nie popsuje sportowego święta. Chyba nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie wylewał łez, że ten czy inny unijny urzędas nie przywlecze swych czterech liter na stadion. Ale wizerunek Polski, na dobre i złe splecionej w tym przedsięwzięciu z ukraińskim sąsiadem, zapewne ucierpi. Zwłaszcza, że nasi wybrańcy bardzo się o to starają. Powód bojkotu to zwykła hucpa. Ani zły czarownik Janukowycz nie jest takim strasznym satrapą (jest wielu znacznie gorszych, których jakoś się nie bojkotuje), ani księżniczka Tymoszenko nie jest dziewicą orleańską, ani jej uwięzienie nie zaczęło się wczoraj. A kolonia karna, czym z lubością epatują media wykorzystując skojarzenie z sowieckim łagrem, jest zwykłym ukraińskim więzieniem.

Tymczasem, polskie władze zupełnie nie potrafią się zachować. Zamiast demonstracji solidarności z Ukrainą, pojawiają się sprzeczne sygnały i chore pomysły. Komisarz Europejski Janusz Lewandowski wpisuje się w bojkot wraz z resztą darmozjadów z Brukseli. Donald Tusk milczy jak sfinks, nie zamierzając powstrzymywać swojej niemieckiej przyjaciółki i stada unijnych baranów ślepo podążających za przewodnikiem stada. Zabiera głos dopiero wtedy, gdy rzecz została sprowadzona do walki na sztachety na własnym podwórku. Kuriozalny występ Jarosława Kaczyńskiego, zwieńczony apelem o wykolegowanie ukraińskiego partnera wypada pominąć litościwym milczeniem. Dzisiaj natomiast, na wyżyny arogancji wspiął się prezydent Komorowski. Udzielanie wskazówek, dotyczących konieczności dokonania zmian w ukraińskim prawie, jakie raczył był udzielić prezydentowi sąsiedniego państwa, to już nie gafa a grubiaństwo. W dodatku przeciw skuteczne. W ten sposób przemawia udzielny książę do wasala. Żaden szanujący się przywódca nie może z tych zaleceń skorzystać, nawet gdyby chciał. Już widzę tą radość Polaków, gdyby Putin w publicznym wystąpieniu zapragnął przekazać naszemu pryncypałowi kilka wytycznych, w zakresie zmian w polskim systemie prawnym.

Nie należę do wielbicieli Ukraińców, ale rozumiem, że wyrwanie Ukrainy z rosyjskiej strefy wpływów leży w naszym interesie politycznym. Od czasu pomarańczowej rewolucji zrobiliśmy wiele żeby zbudować ciepłe relacje z tym krajem. Jak można więc, w tak bezsensowny sposób trwonić teraz ten kapitał? Za pół roku, nikt już nie będzie pamiętał o kanclerz Merkel et consortes, bojkotujących piłkarską imprezę. Ale arogancji Bronisława Komorowskiego i wiarołomnych pomysłów Jarosława Kaczyńskiego Ukraińcy pewnie nam nie zapomną.

czwartek, 12 kwietnia 2012

Łatwe pieniądze



Każda inicjatywa, uderzająca w partykularne interesy partii politycznych zawsze, w pełnej krasie, obnaża hipokryzję polityków. Wszystkie ugrupowania sejmowe, jak jeden mąż, odrzuciły projekt Ruchu Palikota dotyczący zmiany zasad finansowania partii politycznych. Zamiast dotacji budżetowej, w wysokości zależnej od wyniku wyborczego (pod warunkiem, że partia przekroczyła próg 3% głosów), zaproponowano odpis podatkowy w wysokości 1%, na wzór rządowego planu  finansowania Kościołów i Związków Wyznaniowych. Warto zwrócić uwagę, że podobny pomysł, miesiąc temu zgłosił PJN. Z tym, że ich propozycja była bardziej wstrzemięźliwa – 0,3% podatku. Nie wdając się w rozważania na temat wielkości odpisu, sama idea jest bardzo ciekawa. Szkoda, że w Platformie Obywatelskiej nie widać jej entuzjastów. Przecież w 2008 roku, PO występowała z takim samym projektem, a w jej programie politycznym znajdował się postulat całkowitej rezygnacji z subwencji budżetowych na rzecz partii. Tylko, że to były zagrania czysto piarowe, bez szansy na realizację w Sejmie poprzedniej kadencji. Teraz, kiedy wystarczyłoby poprzeć projekt Palikota, by zmiana reguł gry stała się faktem, Platforma jest przeciw. Nie przeszkadza to politykom tej partii dowodzić, że odpis podatkowy jest sprawiedliwym systemem finansowania Kościoła. Podręcznikowy przykład moralności Kalego. Sprawa przeszła niestety bez większego echa w mediach. Poza obchodami rocznicy smoleńskiej, nie było wczoraj interesujących tematów dla dziennikarzy. Jarosław Kaczyński niepodzielnie zawładnął poświąteczną częścią tygodnia.

Ja natomiast uważam, że warto przyjrzeć się bliżej tej propozycji. Zalety są spore. W dzisiejszym systemie, vox populi liczy się tylko przy urnie wyborczej. Potem przez cztery lata politycy mają nas w nosie. Nikt się nie przejmuje realizacją obietnic wyborczych, skoro do następnej elekcji taki szmat czasu. Pamięć ludu jak wiadomo jest krótka, więc podczas kolejnej kampanii da sobie wcisnąć te same brednie. Coroczny odpis podatkowy to bacik w ręku wyborcy, możliwość bieżącej oceny działalności wybrańców narodu. Zmianę preferencji wyborczych partie odczuwałyby bardzo szybko we własnej kiesie. Zapewne mniej gruszek na wierzbie wyrastałoby wtedy w kampanii wyborczej, a politycy musieliby się nauczyć ważyć słowa i czyny. Drugi argument jest nie mniej ważki. Partie polityczne są też poza Sejmem. Dlaczego z moich podatków mają być finansowane wyłącznie ugrupowania sejmowe, skoro nie głosowałem na żadne z nich? Mało tego, działalność niektórych uważam wręcz za szkodliwą. Chcę mieć możliwość adresowania środków finansowych do każdej partii, bez względu na to czy jej przedstawiciele zasiadają w Sejmie czy nie. To dobry sposób na przewietrzenie polskiej sceny politycznej.

Nasuwają się też wątpliwości. Sympatie polityczne to znacznie bardziej wrażliwe dane niż deklarowane wyznanie religijne. Podziały polityczne są tak głębokie, a emocje z nimi związane tak wielkie, że w wielu sytuacjach ujawnienie swoich preferencji może być groźne. Władza i urzędnicy państwowi, którzy mają realny wpływ na nasze życie nie powinni mieć dostępu do tych informacji. Podobnie pracodawcy. Nie mam zielonego pojęcia w jaki sposób można byłoby uporać się z tym problem. Według propozycji PJN, podatnik składałby PIT 0 (zero), w którym deklarowałby partię beneficjenta, co jakoby miałoby zapewniać anonimowość. Nie wyjaśniono jednak jak ten mechanizm miałby działać. To największa słabość tego projektu, zwłaszcza że tajne głosowanie gwarantuje konstytucja. Zapewne też, zwolennicy urawniłowki podniosą larum, że procent podatku od wynagrodzenia menadżera to zupełnie inne pieniądze niż procent pensji pielęgniarki, czy emerytura tokarza. Stąd już tylko krok do zarzutu promowania korupcji politycznej. Zupełnie się z tym nie zgadzam. Dobrze zarabiających menadżerów jest znacznie mniej niż pielęgniarek. Dlaczego mam wspierać partie, które realizują program godzący w moje interesy? Nie jestem masochistą.

Wygląda na to, że nie odbędzie się nawet dyskusja w mediach na ten temat. Szkoda, bo jakieś zmiany w ustawie o finansowaniu partii politycznych powinny zostać wprowadzone. Przynajmniej partycypacja w subwencjach wszystkich partii, które startowały w wyborach. Swoją drogą ciekawe, że wszyscy ci politycy, nieustannie wycierający sobie gębę demokracją, nie uważają, że istnienie progu 3%, decydującego o finansowaniu z budżetu, jest sprzeczne z regułami demokracji. 

sobota, 7 kwietnia 2012

Albo strażnik żyrandola albo głowa państwa



Kochani politycy i dziennikarze. Zerknijcie łaskawie w kalendarz. Pleciecie w kółko dyrdymały na temat przyspieszonych wyborów i wszystko się wam pomerdało. Przyspieszenie, owszem, jest teoretycznie możliwe w przypadku wyborów parlamentarnych, ale wyścig do prezydentury  to horyzont ponad trzech lat. No chyba, że zgodnie z trendem obowiązującym w tym sezonie w Europie, nasz gajowy wplącze się w jakiś skandal obyczajowy, weźmie łapówkę, przepisze od kogoś pracę doktorską czy wywinie jakąś równie krzywą akcję. Póki co, nic na to nie wskazuje, zresztą nasi politycy nie przejmują się takimi duperelami jak osobista kompromitacja. Po co więc teraz te emocje związane z przyszłym lokatorem dużego pałacu?

Dzisiejszej deklaracji Jarosława Kaczyńskiego, na temat startu w wyborach prezydenckich, nie należy czytać w kontekście przyszłej prezydentury. Jest jedynie elementem bieżącej gry politycznej. Prezes PiS naprawił wcześniejszy błąd. Rezygnacja z ambicji prezydenckich otworzyła pole dla Zbigniewa Ziobro, na którym mógłby budować autorytet najpoważniejszego kandydata socjalnej prawicy w przyszłych wyborach, z czego skwapliwie skorzystał. Koniec kropka, cała sensacja. Ale nie ma tak łatwo. Kaczor zmienił zdanie, więc huzia na Józia, tak jakby kłamstwo, pokrętność i mydlenie oczu nie były główną cechą polityków. Zawsze to dobra okazja, by hipokryta Kajdanowicz nie mógł się nadziwować upadkowi obyczajów w polityce.

Polityka naprawdę przestała się różnić od telewizyjnego show. Liczy się to, co można sprzedać krzykliwym nagłówkiem albo na żółtym pasku w programie informacyjnym. Politycy podejmują tę grę. Autopromocja zastąpiła treść. I niema nikogo kto zachowałby trzeźwość umysłu w tym szaleństwie. Zamiast żonglować kandydaturami na prezydencki stolec, który nawet jeszcze nie majaczy na horyzoncie, warto chyba zastanowić się nad sensownością istniejącego ustroju politycznego? Po co nam w ogóle prezydent, z miernymi kompetencjami i silnym mandatem społecznym pochodzącym z wyborów powszechnych? Jakie są efekty takiego modelu władzy mieliśmy okazję się przekonać. Kiedy głowa państwa jest w opozycji do rządu, pojawia się dwugłos u steru władzy i spór kompetencyjny z przysłowiową bitwą o krzesła. Jeżeli prezydent wspiera rząd, staje się kompletnie zbędnym głosicielem oczywistych komunałów, co możemy obserwować w trakcie bieżącej kadencji. Oba warianty są absurdalne. Zlikwidujmy więc w cholerę ten urząd, albo przynajmniej sprowadźmy rolę pary prezydenckiej wyłącznie do reprezentacji, na wzór księcia Williama i księżnej Kate. Już bez bizantyjskiego budżetu na utrzymanie kancelarii i z prezydentem wybieranym przez parlament.

Jest jeszcze drugi wariant. Zmiana systemu parlamentarnego na prezydencki, gdzie realną władzę dzierży prezydent wybierany w wyborach powszechnych. Silny mandat do rządzenia, przy jednoczesnym ograniczeniu roli władzy ustawodawczej dawałby szansę na zmianę jakości w polityce. Albo strażnik żyrandola albo głowa państwa. Warto się na coś zdecydować. Dzisiejszy model jest najgorszy z możliwych. Szkoda, że klasa polityczna zupełnie nie interesuje się tą sprawą. Zmiana konstytucji wymaga szerokiego konsensusu. Bez istniejącej w przestrzeni publicznej debaty na ten temat, taki projekt nigdy nie będzie miał szansy dojrzeć do realizacji. Tuning polskiej demokracji postulowałem już wcześniej. Proponowałem wtedy długie vacatio legis (nawet 10 czy 15 lat) dla tego typu zmian konstytucyjnych. Po to, by dyskusja na temat fundamentów ustroju politycznego nie toczyła się w cieniu partykularnych interesów poszczególnych partii, szacujących swoje szanse w najbliższych wyborach.

Wiem, że to głos wołającego na puszczy. Rozumowanie w kategoriach interesu państwa, w dodatku w perspektywie dekad, a nie najbliższych miesięcy, naszym politykom jest obce. W końcu jakie horyzonty intelektualne mogą mieć ludzie, którzy nie potrafią umiejscowić w czasie Powstania Warszawskiego?


WESOŁYCH ŚWIĄT!

czwartek, 5 kwietnia 2012

Na lewo klops, na prawo klops



Przez kilka dni odpoczywałem od polityki, mediów i bieżących spraw. Powrót do głównego nurtu wydarzeń, nieoczekiwanie, okazał się sporym dyskomfortem. Patrzeć z dystansu na gorączkę gnających do przodu dni, mając głęboko gdzieś wszystkie te polityczne hołubce, które są tylko pianą, na chwilę tworzącą złudzenie spraw ważnych, to jednak jest pewien luksus. Dawka hipokryzji i populizmu, która zalała nas przy okazji debaty na temat referendum emerytalnego przekroczyła limit, do którego wybrańcy narodu zdążyli nas przyzwyczaić. Symbolem tej hecy będzie dla mnie odziana w strajkowy serdak Solidarności, Beta Kempa. Zabrać bogatym i rozdać biednym, do tego z grubsza sprowadzają się postulaty, grzmiącej z trybuny sejmowej, reprezentantki tej, pożal się Boże, PRAWICOWEJ partii.

Ale nie o tym chciałem dziś napisać. Przez te kilka dni, legły w gruzach wszelkie teorie na temat współpracy dwóch, nominalnie lewicowych partii. Sam również zakładałem scenariusz szorstkiej przyjaźni, ale jednak pragmatycznej kooperacji Palikota z Millerem, w ramach bloku lewicy maszerującego ku władzy. A tutaj, zaskakująca dynamika wydarzeń i zamiast współpracy, mamy otwartą wojną, w której wytaczane są coraz cięższe działa. Do wojny totalnej Tuska z Kaczyńskim jeszcze sporo brakuje, lecz liderzy lewicy wstąpili na tą samą drogę. Podobieństwo jest uderzające. Do politycznych aliansów palili się mniej więcej tak samo, jak ich konkurenci do wcielania w życie idei POPiS-u. Wszyscy pamiętamy, jak po fiasku rozmów koalicyjnych Platformy i PiS w 2005 roku, drogi Kaczyńskiego i Tuska rozeszły się na dobre, by w końcu wykopać między sobą rów nie do przebycia. Wzajemna niechęć stała się tak silna, że zarażone nienawiścią elektoraty obu partii nie są dziś w stanie porozumieć się w żadnej sprawie. Tutaj na taką eskalację raczej nie ma szans. Do tego potrzebna jest toksyczna osobowość Jarosław Kaczyńskiego.

Od czasu słynnego wyzerowania Zbigniewa Ziobro, w trakcie zeznań przed rywinową komisją śledczą, tak ostre słowa, jak te o naćpanej hołocie, z ust spokojnego zazwyczaj przewodniczącego klubu SLD nie padały. Ujawnia to wielkie napięcia i ogromne emocje, targające nowym-starym guru lewicy. Nic dziwnego, bo Miller nie ma najlepszej passy. I wcale nie myślę o odgrzanych zarzutach w sprawie tajnych więzień CIA w Polsce, z Trybunałem Stanu w tle. To strachy na lachy. Gorzej, że w emerytalnym kotle, Miller przy Palikocie wypadł słabiutko. Tak bardzo chciał odciąć się od rywala, że nie zawahał się pójść w tandetny populizm, stając ramię w ramię z protestującymi związkowcami z Solidarności, Janosikiem w spódnicy i PiS-em. Wątpię, by elektorat SLD był zachwycony towarzystwem, w które wprowadził ich lider. Być może więc, świadomość błędu, w który niestety trzeba brnąć dalej jest źródłem tych złych emocji?

Konflikt na lewicy wcale nie musi okazać się trwały. Póki co, to tylko animozje personalne nie znajdujące wielkiego wsparcia w partii ani w elektoracie. Wystarczy zmiana lidera Sojuszu i sytuacja może ulec diametralnej zmianie. Przywództwo Leszka Millera nie jest niepodważalne. Jego siłą jest słabość konkurentów do władzy w partii. Dokładnie tak samo jest w przypadku Donalda Tusk. Pozostając pozornie w defensywie, premier niepostrzeżenie rośnie w siłę, będącą słabością polityków opozycji z obu stron sceny politycznej.

piątek, 16 marca 2012

Kościołowi co kościelne



W kraju, w którym obowiązują reguły wolnego rynku, w którym nie okrada się obywateli obciążając ich brzemieniem horrendalnych podatków, po to by redystrybuować je według własnego widzimisię (marnotrawiąc znaczną część z nich w systemie biurokracji), Kościół nie powinien być finansowany przez państwo. Powinien utrzymywać się z wpłat członków wspólnoty religijnej, którzy z usług tego Kościoła chcą korzystać oraz czerpać pożytki z posiadanego majątku. Nie żyjemy jednak w takim kraju i nie zanosi się na zmianę w tym względzie. Dlatego też, jakiś sposób finansowanie Kościoła przez państwo jest uzasadniony.

Jeżeli Skarb Państwa, wydatkuje ogromne środki finansowe na budowę stadionów i obiektów sportowych, to realizuje potrzeby kibiców piłkarskich i innych fanów sportu. Jeśli finansuje państwowe teatry, filharmonie i inne przybytki kultury, wychodzi naprzeciw oczekiwaniom melomanów, teatromanów, konsumentów kultury wyższej. Kiedy buduje przedszkola czy żłobki, zaspokaja potrzeby ludzi posiadających dzieci. Dlaczego więc, państwo nie miałoby wspierać potrzeb religijnej większości obywateli, zapewne znacznie liczniejszej niż mniejszość kibiców piłkarskich? Wyłączenie finansowania Kościoła, jako tej sfery potrzeb, której państwo nie wspiera stanowiłoby jawną dyskryminację. Na tym właśnie polega hipokryzja SLD, które jako partia socjalna, nieustannie zajmuje się wymyślaniem celów publicznego rozdawnictwa i tylko w sprawie Kościoła prezentuje niezwykle pryncypialne stanowisko.

Nie wiem czy proponowane przez rząd 0,3% podatku jest wielkością właściwą. Kalkulacja tej stawki opiera się wyłącznie na szacunkowych wyliczeniach, porównywanych do kwot aktualnie wydatkowanych z Funduszu Kościelnego. Nie mam żadnej wiedzy na temat przychodów Kościoła z inny źródeł (przychody majątkowe, datki wiernych etc.) i kosztów jego działalności. Jestem natomiast zaskoczony stosunkowo niską kwotą, o którą toczy się gra. 100 mln złotych to kropla w morzu budżetowych wydatków państwa. Na misję w Afganistanie wydajemy rocznie około 1 mld zł, w budowę kadłuba korwety Gawron, która najprawdopodobniej pójdzie na żyletki wsiąkło 400 mln zł, budżet Kancelarii Prezydenta (kompletnie zbędnego urzędu w świetle obowiązującej Konstytucji), w 2012 roku pochłonie 180 mln zł itd., etc. Czy jest więc o co kruszyć kopie?

Co do zasady uważam, iż propozycja odpisu podatkowego na rzecz Kościoła jest lepszym rozwiązaniem niż finansowanie z Funduszu Kościelnego, z dwóch powodów. Wprowadzi przejrzystość we wrażliwej sferze finansowania Kościoła przez państwo, a także poprawi komfort obywateli, którzy finansować Kościoła nie chcą. Jeśli szacunki przedstawione przez ministra Boniego są prawidłowe, na zmianie systemu finansowania Kościół zapewne nie straci. Owszem, zdeklarowani ateiści i zoologiczni antyklerykałowie odpisu na rzecz Kościoła nie zrobią. Wszyscy pozostali, wobec braku możliwości pozostawienia tej kwoty we własnej kieszeni, przekażą swoją część podatku Kościołowi. Bo jaki w istocie wybór będzie miał nominalny katolik, który na co dzień nie utożsamia się z Kościołem Katolickim? Zrobić odpis na rzecz Buddystów albo Adwentystów Dnia Siódmego, czy też pozostawić te pieniądze w budżecie państwa na zmarnowanie? Suma sumarum, lepiej nie ryzykować problemami z pochówkiem, czy inną posługą religijną i na wszelki wypadek odpis zrobić, nic to nie kosztuje a przydać się może.

Jest jeszcze jeden interesujący aspekt tej zmiany. Kwestia wyznania należy do wrażliwych danych osobowych. Zgodnie z Konstytucją, nikt nie może być obowiązany przez organy władzy publicznej do ujawnienia swojego światopoglądu, przekonań religijnych lub wyznania. Dokonując odpisu podatkowego na rzecz tego czy innego Kościoła, w sposób jednoznaczny zadeklarujemy nasz religijny światopogląd. Nie wszyscy muszą mieć na to ochotę. Co prawda, odpis będzie dobrowolny, ale mogą się w tej sprawie pojawić wątpliwości konstytucyjne.

I ostatnia rzecz. Rząd Donalda Tuska wyspecjalizował się w zapowiedziach zmian, szumnie nazywanych reformami, które w istocie niewiele zmieniają. Jednocześnie stanowią krok w dobrym kierunku, więc trudno je odrzucać. Tak jest w sprawie podwyższenia wieku emerytalnego, podobnie zapowiada się projekt deregulacji Gowina, który jedynie w pewnym zakresie ogranicza istniejące regulacje, nie inaczej wygląda pomysł zmian w sposobie finansowania Kościoła. 

wtorek, 28 lutego 2012

Hucpa stadionowa



Minister Sportu poinformowała, że wystąpiła, do Rady Nadzorczej Narodowego Centrum Sportu, z wnioskiem o wstrzymanie wypłaty premii byłemu szefowi spółki Rafałowi Kaplerowi. Takie działanie to zwykły populizm i wywieranie presji na organa statutowe NCS, w z góry przegranej sprawie. Dotychczas broniłem pani minister. Nagonkę, której stała się ofiarą uważam za absurdalną. Ale tym razem, w imię schlebiania opinii publicznej, świadomie podjęła decyzję, która będzie miała niekorzystny wymiar finansowy.

Umów trzeba dotrzymywać

Obowiązkiem Rady Nadzorczej, która podpisała umowę z panem Kaplerem jest należyte zabezpieczenie interesu spółki. Jeżeli wypłata premii, nie została uzależniona od ściśle określonych warunków związanych z wybudowaniem stadionu narodowego, to niezależnie od oceny pracy  prezesa, premia mu się należy. I nie pomogą tu żadne zaklęcia. Kapler w cuglach wygra sprawę w sądzie i oprócz premii otrzyma kwotę karnych odsetek, wyliczoną w oparciu o znacznie wyższą stopę procentową niż możliwa do uzyskania na rynku. Ocena moralna nie ma tu żadnego znaczenia. PR-owska zagrywka Joanny Muchy (Rada Nadzorcza zapewne uwzględni wniosek), to dodatkowe koszty dla Skarbu Państwa, z czego pani minister doskonale zdaje sobie sprawę. Tyle, że zanim spółka przerżnie sprawę w sądzie, minie rok albo dwa i nikt się tym wtedy nie zainteresuje. A pani Mucha będzie już sprawdzać się na innym trudnym odcinku.

Grzebanie w cudzej kieszeni

Ulubionym hobby Polaków jest zaglądanie do cudzej kieszeni. W sprawie premii Kaplera urządzono więc prawdziwe igrzyska dla ludu. Zewsząd słychać głosy zgorszonych obywateli porównujących wynagrodzenia członków zarządu NCS z uposażeniem emeryta. Filozofia równych żołądków, żywcem wzięta z poprzedniej epoki, ma się dobrze. Na fali powszechnego oburzenia, rządzący popisują się nie lada hipokryzją. Wiedzą przecież doskonale, że premia Kaplera, w porównaniu z zarobkami zarządów PKN Orlen czy KGHM-u, to naprawdę małe miki. Na całym świecie, wynagrodzenia menadżerów, odpowiedzialnych za zarządzanie dużymi pieniędzmi są wielokrotnie wyższe od przeciętnego. Rzecz jasna, powinny być powiązane z efektami ich pracy. W tym wypadku tak nie było, ale trudno mieć o to pretensje do prezesa. Odpowiedzialność cywilnoprawną, za niekorzystne warunki tej umowy, ponoszą członkowie Rady Nadzorczej, a nie Kapler czy ten albo inny minister sportu (ministrowie, co najwyżej, mogą ponieść odpowiedzialność polityczną). Sądzę jednak, że żadnych konsekwencji nie będzie.

Ale spójrzmy jeszcze na te kwoty inaczej niż przez pryzmat pensji pielęgniarki. Owe mityczne 570 tys. zł, czym bez przerwy epatują media, to kwota brutto.  Na konto Kaplera powinno więc wpłynąć nie więcej niż 387 tys. zł, reszta trafi z powrotem do Skarbu Państwa. Według deklaracji Joanny Muchy, stadion narodowy kosztował 1,752 mld złotych. Premia Kaplera stanowi więc 0,2 promila budżetu całej inwestycji. Koszt bez większego znaczenia w skali tego przedsięwzięcia.  Gdyby nie kontrowersje wokół terminu zakończenia budowy, kwota ta nie powinna budzić emocji. Ale też nie przesadzajmy. Stadion jest gotowy i nic nie wskazuje na to, żeby z powodu opóźnień, piłkarskie Mistrzostwa Europy miały być zagrożone.  

Wnioski

W całej tej historii, jak w soczewce, widać nieudolność administracji publicznej. Tak to jest, kiedy państwowo wchodzi w obszary, od których powinno trzymać się z daleka. Warto by było, żeby nadzorem nad całością przedsięwzięcia nie zajmowała się państwowa spółka, tylko tak zwany inwestor zastępczy - wyłoniona w przetargu firma prywatna, która wzięłaby na siebie odpowiedzialność za budowę. Zapewne okazałoby się, że można ten stadion wybudować taniej, nikogo też nie interesowałyby wynagrodzenia i premie menadżerów zatrudnionych w firmie realizującej tę inwestycję.


PS  A jednak 570 tys. złotych to kwota netto, czyli premia Rafała Kaplera wynosi 0,3 promila (a nie 0,2‰) budżetu inwestycji. Nie zmienia to jednak tezy mojego wpisu.

niedziela, 19 lutego 2012

Czyszczenie przedpola



Upojny smak zwycięstwa często bywa zwiastunem porażki. Wódz, który w geście triumfu stawia stopę na torsie pokonanego wroga i ma dość siły by skazać na wygnanie głównego konkurenta do władzy, traci czujność. To właśnie z powodu pychy, starożytni władcy ogłaszali swoją boskość i stawali się podmiotem kultu poddanych. W sprawie ACTA, Donalda Tuska poniosła arogancja i buta. Na własne życzenie zapędził się do narożnika. Wpadka tym bardziej bolesna, że z punktu widzenia rządu, gra nie toczyła się o wysoką stawkę. Początkowo, głównie chodziło o prestiż, związany z faktem, że z przyjęcia ACTA przez Radę Europy, uczyniono jeden z sukcesów polskiej prezydencji. Wobec skali protestów, prestiż przestał mieć jakiekolwiek znaczenie, ale upór premiera zrobił z tego sprawę honorową. Dlatego kluczył, miotał się, parował ciosy, ale i tak musiał w końcu ustąpić.

Donald Tusk potrafi być zręcznym graczem. Wbrew nadziejom wielu oponentów, nie doszło do istotnego rozprężenia w szeregach władzy. Premier zarządził odwrót z pola walki, w zwartym szyku, z bronią i ze sztandarami. To co zaprezentował na piątkowej konferencji prasowej, to naprawdę kawał udanego piaru. Chmurny Tusk, zamienił się znów w sympatycznego gościa. Skrócił dystans, posypał głowę popiołem, wyznał grzechy i obiecał poprawę. Takiego faceta nie sposób nie lubić. W końcu, kto z nas jest bez wad? Jednocześnie, meritum dotyczące ochrony własności intelektualnej w internecie, umiejętnie przeniósł poza sferę sporu. Co więcej, z gorliwością neofity, odział się w szaty czołowego lobbysty, na rzecz zatrzymania ACTA na gruncie europejskim. Kto wie, czy ta zuchwała zagrywka nie okaże się skuteczna wizerunkowo. W końcu, mimo całej niechęci do polityków, przeciwnicy ACTA potrzebują zinstytucjonalizowanego orędownika swojej sprawy. A urzędujący premier, w roli sojusznika może być nie do pogardzenia. Wydaje się, że Donald Tusk zaczął powoli odzyskiwać grunt pod nogami.

Ale cała ta sprawa, to przede wszystkim czyszczenie przedpola. Szykuje się walna bitwa o zmiany w ustawie emerytalnej, zwane szumnie i na wyrost reformą emerytalną. Tusk chce uczynić ten temat sztandarowym projektem swoich rządów. Trwałym śladem pozostawionym po sobie w polityce. Chce podjąć walkę o wizerunek państwowca i w tej sprawie jest gotów postawić na szali bardzo wiele. Tym bardziej, że zdaje sobie sprawę, że wydłużenie wieku emerytalnego jest konieczne i niezależnie od postawy opozycji, to na jego rząd spadnie odpowiedzialność za zaniechanie jakichkolwiek reform, w obliczu europejskiego kryzysu. Liderzy partii opozycyjnych prześcigają się w hipokryzji i populizmie (postulat referendum jest cynicznym wybiegiem politycznym), chwiejne PSL jak zwykle hamletyzuje, więc ewentualne wsparcie ze strony Janusza Palikota będzie legitymizować go jako jedynego, odpowiedzialnego partnera do rządzenia. To może być punkt zwrotny tej kadencji.

W tej sprawie jestem po stronie premiera, choć same zmiany w ustawie emerytalnej to o wiele za mało. Polsce potrzebny jest nowy plan Balcerowicza, dokonanie całego szeregu zmian systemowych, które stymulowałyby rozwój gospodarczy, bo tylko w ten sposób wydłużenie wieku emerytalnego przyniesie spodziewane efekty. Tymczasem, nie ma na to żadnych szans. Socjaliści z SLD, PSL-u i obu PiS-ów, w imię nieszczęsnych haseł o solidarności społecznej, nie dopuszczą do żadnych zmian. Zresztą, Tuskowi też wcale na tym nie zależy. Jego zwycięstwo może się więc okazać pyrrusowe. Ale spróbować trzeba.


Nie zamieszczałem jeszcze tej naprawdę udanej parodii ścieżki dialogowej, do słynnego fragmentu filmu „Upadek”. Teraz, przy okazji symbolicznego zamknięcia sporu o ACTA, można potraktować ten filmik nieco retrospektywnie. Tym razem, wódz III Rzeszy w roli Donalda Tuska, w momencie wybuchu konfliktu z internautami. Może ktoś jeszcze tego nie widział:)


sobota, 11 lutego 2012

Jałta


Jałta 1945 - billboard z kampanii reklamowej marki Diesel.

„O ile mi wiadomo, jest to pierwszy wypadek w historii, że naród w wyniku prowadzenia wojny zmienia zarówno swój ustrój, jak granice decyzją trzech innych narodów, które wszystkie są w przymierzu z nim, albo dokładniej dwa są w pełnym przymierzu w ścisłym tego słowa znaczeniu, a trzecie w przymierzu takim lub innym, a w dodatku naród ten jest nieobecny, gdy zapadają decyzje o jego losie.”

To fragment przemówienia jednego z deputowanych, w czasie debaty w brytyjskiej Izbie Gmin, na temat postanowień konferencji krymskiej, która zakończyła się 11 lutego 1945 roku, dokładnie 67 lat temu. Wszyscy wiedzą co stało się w Jałcie i jak złowieszczo zapisało się to miejsce w naszej historii. Ale tak naprawdę, w sprawie Polski, jedynie oficjalnie potwierdzono tam, zakulisowe ustalenia podjęte na poprzedniej konferencji Wielkiej Trójki, w listopadzie 1943 roku, w Teheranie. Pod względem prawnym i moralnym było to złamanie przez Wielką Brytanię i Stany Zjednoczone wszystkich umów zawartych z Polską przed wojną i w czasie wojny oraz wszelkich deklaracji składanych w sprawie jej przyszłych losów. Sprzeniewierzono się także postanowieniom Karty Atlantyckiej, podpisanej z inicjatywy Roosevelta przez członków koalicji antyhitlerowskiej (w tym ZSRR) w 1941, która miała określać cele polityczne aliantów w czasie wojny i po jej zakończeniu. Rozstrzygnięcia konferencji krymskiej złamały co najmniej 3 (z ośmiu) postanowienia tego dokumentu:

Po pierwsze, sygnatariusze nie dążą do żadnego rozrostu ani pod względem terytorialnym, ani pod żadnym innym względem;
Po wtóre, nie pragną oni zrealizowania żadnych zmian terytorialnych, które by nie zgadzały się ze swobodnie wyrażonymi życzeniami ludów zainteresowanych;
Po trzecie, szanują oni prawo wszystkich ludzi do wybrania sobie formy rządu, pod jakim chcą żyć, i pragną oni, żeby przywrócono prawa suwerenne i autonomię tym, którym je odebrano siłą;

Co ciekawe, myśląc o konferencji jałtańskiej, naszą niechęć kierujemy przede wszystkim w stronę Stalina i Churchilla, a nie Roosevelta. Niesłusznie. Stalin był jawnym wrogiem, a Churchill, który za wszelką cenę próbował ocalić resztki Imperium Brytyjskiego, tak naprawdę nie liczył się w tej rozgrywce. Najbardziej złowrogą, fałszywą i perfidną rolę podczas obu spotkań Wielkiej Trójki odegrał arcyhipokryta, Franklin Delano Roosevelt, który jeszcze rok wcześniej nazywał Polskę „sumieniem narodów”. Roosevelt przybył do Jałty, by zawrzeć porozumienie w sprawie swojego ukochanego dziecka, czyli Organizacji Narodów Zjednoczonych, i uzyskać zobowiązania Stalina w sprawie zaangażowania ZSRR w wojnę na Pacyfiku. Europa, z wyjątkiem Niemiec, nie interesowała go prawie wcale. A już na pewno nie wyobrażał sobie, by kwestia jakiejś tam Polski zagroziła jego powojennym planom. Bez cienia skrupułów wepchnął ją w łapy Stalina. Niezapomniany, Stanisław Cat Mackiewicz pisał, że w historii Polski, miejsce F.D. Roosevelta jest obok Fryderyka II i Katarzyny II. To niebywałe, że ten człowiek jest dzisiaj patronem ulic w wielu polskich miastach.

A tak rozumiał Jałtę Jacek Kaczmarski.


sobota, 28 stycznia 2012

Wyścig hipokrytów



Protesty w sprawie ACTA to signum temporis. Kiedyś lud wychodził na ulice żądając chleba, teraz domaga się swobody korzystania z zasobów komputerowej sieci. Okazuje się, że dla współczesnej młodzieży, która kontestuje polityków i olewa wybory, dopiero zagrożenie wolności w internecie staje się iskrą zdolną rozpalić aktywność obywatelską. „Stop ACTA”, znaczy dziś tyle samo co kiedyś „No pasaran”.

Mimo, iż uczestnicy manifestacji nie mają ochoty na polityczną kuratelę, politycy za wszelką cenę próbują podłączyć się pod protesty i wejść w rolę rzecznika interesu demonstrantów. Robią to naprawdę pociesznie. Rzadko kiedy, w jednej sprawie, wylewa się aż tyle hipokryzji i obłudy. Posłowie Solidarnej Polski, zupełnie nie zrażeni faktem, że ich przedstawiciele w Parlamencie Europejskim, jak jeden mąż, poparli ACTA, urządzają w Sejmie żałosny spektakl występując z plastrami na ustach, w proteście przeciw próbie kneblowania obywateli. Jarosław Kaczyński, nawet nie zawraca sobie głowy zrozumieniem „what the fuck is ACTA”, podobnie zresztą jak europosłowie PiS, którzy głosowali za przyjęciem tej umowy. Ważne, że trafiła się okazja by uderzyć w rząd Tuska, podlizując się protestującym projektem referendum. Znany z męstwa, bezprzykładnej odwagi i nieugiętej postawy, poseł Ryszard Czarnecki, który bohatersko wstrzymał się od głosu w sprawie ACTA, obiecuje na swoim blogu, że "wysadzi w powietrze to badziewie" (tzn. ACTA) jak tylko wraz z kolegami dorwie się do władzy. Natomiast najzagorzalsi zwolennicy PiS, z pomysłowością godną najbardziej zakręconych hipotez smoleńskich, snują wizje powszechnej rewolty i wieszczą rychłe obalenie znienawidzonego rządu. Nawet, bezkompromisowy zwykle, Janusz Korwin Mikke, niezrażony dominacją lewicowych nastrojów wśród demonstrantów, próbował się do nich przyłączyć i przepadł wygwizdany przez tłum. Co ciekawe, Janusz Palikot też wrócił na tarczy ze spotkania z demonstrantami, żegnany okrzykami: hipokryta! hipokryta!  A wydawało się, że on jeden ma szansę złapać fazę z protestującą młodzieżą.

Z drugiej strony barykady też niezła komedia. Słynny twardziel, Donald Tusk, który jeszcze dwa dni temu prezentował niezwykle pryncypialne stanowisko w kwestii ACTA, zażądał od swoich ministrów wyjaśnień i nie wykluczył surowych konsekwencji. Zarządził konsultacje społeczne, w sprawie, którą dzień wcześniej rozstrzygnął podpisując umowę, by wreszcie przejść do defensywy tłumacząc, że ACTA być może w ogóle nie zostanie przedstawiona do ratyfikacji w parlamencie. Zaiste, zdecydowanie i odwaga godne męża stanu, który jeszcze przez 4 lata nie musi martwić się vox populi.

Ech… żal na to wszystko patrzeć.

poniedziałek, 16 stycznia 2012

Wojna o pamięć



Co wynika z kolejnej odsłony spektaklu pt. śledztwo na temat ustalenia przyczyn katastrofy smoleńskiej? To zależy oczywiście od tego, kogo o to zapytać. Dla jednych, obecność generała Andrzeja Błasika w kabinie, czy też jej brak, nie ma żadnego znaczenia. Dla drugiej strony sporu, ustalenia specjalistów od fonoskopii z Krakowa, są potwierdzeniem teorii spiskowej, w myśl której ustalenia komisji Millera są funta kłaków nie warte, co z kolei stanowi asumpt do snucia dalszych fantastycznych spekulacji. Jak zwykle znacznie więcej w tym emocji niż zdrowego rozsądku. Odrzucając zapiekłość stron, warto uruchomić szare komórki i spojrzeć na nowe fakty z zupełnie innej perspektywy niż proponują to dwa dominujące nurty narracji.

Z punktu widzenia dotychczasowych ustaleń na temat przyczyn katastrofy, nie ma większego znaczenia, czy generał Błasik dyrygował pracą pilotów w trakcie lądowania w Smoleńsku, czy nie. Ma to natomiast ogromne znaczenie w kontekście walki o pamięć o prezydencie Lechu Kaczyńskim. Teza o obecności generała Błasika w kokpicie wspiera hipotezę o aktywnej presji prezydenta (egzekwowanej za pośrednictwem generała) na pilotów, czyli wskazuje Lecha Kaczyńskiego jako osobę moralnie odpowiedzialną za śmierć pasażerów. W myśl oskarżeń formułowanych, bez ogródek, przez Janusza Palikota „Lech Kaczyński ma krew na rękach”. Jeżeli zdaniem specjalistów z Krakowa, to głos drugiego pilota, a nie generała Błasika słychać na nagraniu z kokpitu, ewentualna obecność szefa sił powietrznych w kabinie pilotów podczas lądowania, może być jedynie spekulacją, bez żadnych dowodów, które ją potwierdzają. Wtedy teza na temat presji, wywieranej na pilotów Tupolewa jest już tylko domniemaniem wynikającym z wnioskowania, w oparciu o incydent, który wydarzył się w samolocie prezydenckim lecącym do Gruzji. Taka hipoteza jest uprawniona, ale nie pozwala już na ferowanie wyroków o krwi na rękach Lecha Kaczyńskiego.

I to o to, tak naprawdę toczy się spór. Czy Lech Kaczyński zostanie zapamiętany jako ofiara katastrofy, czy w pewnym sensie również jej sprawca. W tej sprawie podziały wyostrzone są do maksimum. Z jednej strony zwolennicy, którzy najchętniej stawiali by pomniki prezydenta, na każdym rogu ulicy, z drugiej ci, którzy za wszelką cenę chcą unurzać go w błocie. Obie postawy pełne są hipokryzji. Zwolennicy teorii spiskowych twierdzili dotąd, że co prawda nie ma dowodów na zamach, ale to przecież nie znaczy, że go nie było. A teraz druga strona, kierując się tą samą logiką uważa, że co prawda nie ma dowodów na obecność generała w kokpicie, ale przecież mógł tam być.



czwartek, 12 stycznia 2012

Tyrania głupoty


Rys. Artur Żukow

Demokracja jest do chrzanu. Nic w tym odkrywczego, sam już nie raz o tym pisałem, ale temat jest tak wdzięczny, że można do niego wracać w nieskończoność. W końcu ustrój, którego trwałym elementem jest próba realizacji (z woli wyborców), sprzecznych ze sobą postulatów, nie może działać dobrze. Nie da się jednocześnie podwyższać emerytur i obniżać wieku emerytalnego, ani podwyższać zasiłków dla bezrobotnych i zmniejszać bezrobocia. Żadne przedsiębiorstwo nie jest zarządzane demokratycznie, za to państwa jak najbardziej. Widać lud na prowadzeniu biznesu się nie zna, ale sztukę rządzenia państwem opanował wyśmienicie. A może to drugie jest po prostu łatwiejsze?

Jestem realistą i zdaję sobie sprawę, że podobne filipiki mogą nawet fajnie wyglądać, lecz nie mają żadnej siły sprawczej. Wszak Churchill powiedział, że to ustrój najlepszy z najgorszych, a inni też bąkali podobne rzeczy itd. etc. Ale zastanówmy się serio. W końcu, w zbożnym celu, nawet w ramach demokracji można byłoby spróbować trochę ten system stuningować, by był choćby ociupinę mądrzejszy. Rakiem demokracji jest konieczność nieustannego podlizywania się ludowi. Mądrzejsi czy głupsi politycy, wciąż muszą obiecywać gruszki na wierzbie, żeby dostać się do Sejmu. A kiedy już zostaną wybrani, boją się cokolwiek zreformować, bo zawsze naruszy to interes jakiejś grupy społecznej. A ciemny lud w końcu i tak zapomina o starych obietnicach i kupuje nowe. Czyli, pierwszy wniosek jaki się nasuwa to, mniej wyborów. Wtedy jest szansa, że politycy będą mniej sparaliżowani strachem przez karcącą ręką ludu podczas kolejnej elekcji, która tuż tuż.

Co więc należałoby zrobić? Przede wszystkim, zlikwidować uciążliwy dualizm władzy wykonawczej, który w sytuacji zgodnej kohabitacji prezydenta i premiera jest kwiatkiem do kożucha, a w przypadku konfliktu rodzi absurdalne spory kompetencyjne. Należałoby więc, ograniczyć rolę prezydenta do czynności reprezentacyjnych i integrujących społeczeństwo, podobnych do tych, które w praktyce pełni królowa brytyjska. Do tego nie byłby potrzebny silny mandat społeczny, więc zamiast wyborów bezpośrednich, prezydenta mógłby wybierać Parlament, np. wg systemu obowiązującego w wyborach prezydenckich w 1922 roku czyli tzw. „wyścigu australijskiego”. W tym systemie, głosowania odbywają się w kolejnych turach, gdzie po każdej turze odpada kandydat z najmniejszą liczbą głosów, a głosowania trwają do czasu, aż jeden z kandydatów zdobędzie ponad 50% głosów. W ten sposób, od razu mielibyśmy z głowy jedne wybory bezpośrednie i koszmar, pełnej hipokryzji i obietnic, kampanii wyborczej. Jednocześnie, można byłoby wzmocnić ten efekt wydłużeniem kadencji Sejmu do 5 lat, a przy okazji ograniczyć nieco liczebność posłów, skoro większość z nich to i tak bezmyślne maszynki do głosowania.

Koniecznie też, trzeba coś zrobić z Senatem. Kazimierz Kutz miał słuszność w swoim kontrowersyjnym wystąpieniu na inauguracyjnym posiedzeniu Senatu bieżącej kadencji. Albo należy Senat zlikwidować albo doprowadzić do tego, żeby bardziej przypominał izbę mędrców na wzór Rady Koronnej, od której się wywodzi. W tym celu należałoby powrócić do rozwiązania przyjętego w konstytucji marcowej z 1921 roku i podnieść minimalny limit wieku dla Senatora z 30 do 40 lat, oraz wprowadzić czynne prawo wyborcze do Senatu, dla wyborców, którzy ukończyli 30-ty rok życia. Jednocześnie, trzeba wprowadzić cenzus wykształcenia, np. kandydat do Senatu musiałby legitymować się posiadaniem stopnia naukowego, powiedzmy od doktora wzwyż.

O cenzusie wykształcenia dla posłów, czy cenzusie majątkowym dla wyborców już nawet nie wspominam, ponieważ tym razem ograniczam rozważania do propozycji rozwiązań, które uważam za realne. A jest przecież absurdem, jak mawia Janusz Korwin-Mikke, że w demokracji profesor uniwersytetu ma dwa razy mniej głosów niż dwóch żuli, ćwiczących winko, pod sklepem spożywczym.

W tym miejscu ktoś mógłby zaoponować, że żadnych zmian i tak nie da się przeprowadzić, ponieważ w tym celu należałoby zmienić konstytucję a do tego potrzebna jest zgoda ponad podziałami politycznymi, a zawsze zwycięży doraźna kalkulacja i partykularny interes którejś ze stron. To prawda, ale jest i na to rada. Bardzo długie vacatio legis. Po prostu należy się umówić, że planowane zmiany wchodzą w życie za 10 lat, albo za 15. W takim horyzoncie czasowym naprawdę trudno prowadzić kalkulacje, kto będzie miał większe szanse upchnąć swojego człowieka na prezydenckim stolcu. A w końcu lepiej późno niż wcale.

czwartek, 5 stycznia 2012

O mediach, słów gorzkich parę


Rys. Andrzej Mleczko

Parę dni temu, na wirtualnych łamach magazynu internetowego Maddogowo, pojawił się ciekawy wywiad z Grzegorzem Miecugowem na temat mediów. Cenię pana Miecugowa za program „Inny punkt widzenia”, w którym prowadzi kameralne rozmowy z ludźmi nauki, kultury i sztuki o współczesnym świecie, jakże dalekie od tandetnego blichtru formatów z udziałem celebrytów, pełnych pajacowania i tekstów o dupie Maryni. Ostatnio pan redaktor trochę mi podpadł, za dość aroganckie reakcje na krytykę stacji telewizyjnej, w której pracuje, tym bardziej więc byłem zaskoczony, że jego ocena kondycji polskich mediów w znacznym stopniu pokrywa się z moją opinią. Wybrałem kilka wypowiedzi, które pozwolę sobie skomentować.

„Stan dziennikarstwa w Polsce nie jest zadowalający. Stan mediów jest opłakany i z każdym rokiem będzie gorzej, dlatego że wymusza to rynek. Tabloidyzację wymusza odbiorca. Przecież to nie jest widzimisię szefów stacji radiowych i telewizyjnych czy szefów gazet, że robi się coraz bardziej płytkie teksty, płytkie materiały. Że dyskusja jest coraz bardziej błaha.”

Zgoda, obawiam się jednak, że schlebianie najniższym gustom oznacza zmierzch tradycyjnych mass mediów. Tabloidyzacja przekazu powoduje, że poprzeczkę obniża się coraz bardziej. Na końcu tej drogi jest informacja ograniczona do poziomu krótkiego smsa, do sklecenia której nie będzie potrzebny już żaden dziennikarz. Przyszłością mediów jest więc odejście od przekazu kierowanego do masowego odbiorcy, na rzecz zidywidualizowanych treści adresowanych do mniejszych grup zainteresowanych, co dzieje się w internecie. W sieci, obok masowych portali, dla których liczba kliknięć (istotna z punktu widzenia reklamodawców) jest znacznie ważniejsza od przekazania informacji, funkcjonują rozmaite nisze oferujące niezależną publicystykę. Choćby blogosfera. Trzeba tylko wydeptać ścieżki prowadzące do miejsc, które uznamy za interesujące, co na początku wymaga niestety nieco determinacji.

„Nie da się ukryć, że o bardzo wielu kolegach wiem, co powiedzą na każdy temat. Nie muszę ich słuchać. Oni są kopią polityków. (…) Jest cała grupa dziennikarzy, tzw. „prawicowych”, którzy zawsze skopią Tuska. Jest grupa dziennikarzy proplatformerskich, którzy zawsze dokopią Jarosławowi Kaczyńskiemu. A ta grupa, która powie raz tak, a raz tak, jest coraz mniejsza.”

Pełna zgoda. Spodziewam się, że w ocenie poszczególnych dziennikarzy pewnie znaleźlibyśmy sporo różnic, ale byłem mile zaskoczony, że Piotr Zaremba, Michał Szuldrzyński i Paweł Lisicki zostali wymienieni w pozytywnym kontekście. Natomiast, z oceny postawy Tomasza Lisa w jego przedwyborczej debacie z Jarosławem Kaczyńskim, pan Grzegorz wyraźnie się wymigał. Nie wierzę, że nie widział tego programu. Niestety, podobnie jak dziennikarzy oceniam większość blogerów politycznych. W znacznej mierze blogosfera jest wtórna. Powiela opinie prezentowane w zawodowych mediach, tyle że w sposób wyostrzony, skrajny, często podany w chamski, prostacki sposób, bo tutaj można sobie pozwolić na więcej. Niektóre blogi to zwykłe szamba, każdego dnia wylewające tony ekskrementów na głowy przeciwników politycznych. Ale są to te same, gotowe oceny, podawane na tacy przez mainstreamowe media. W 8 przypadkach na 10, z góry, bez czytania wiem dokładnie jaki pogląd, w danej sprawie, zaprezentuje ten czy inny bloger. Linia demarkacyjna przebiega wzdłuż podziałów partyjnych i nie ma mowy by zadeklarowany zwolennik PO napisał coś dobrego o Jarosławie Kaczyńskim albo PiS-owiec pochwalił Donalda Tuska. Brakuje w tym wszystkim samodzielnego myślenia i formułowania ocen w kategoriach sprawy, a nie opcji politycznej, która ją podnosi.

„Komentatorzy życia publicznego powinni być osobami całkowicie wolnymi i niezależnymi, także od siebie. Powinni w każdej chwili umieć stanąć z boku i popatrzeć na każdą sprawę z pewnego dystansu. Tak jak na obraz nie patrzy się z bardzo bliska, wtedy widzi się tylko grudki farby. Powinno się zrobić cztery kroki do tyłu, wtedy widzi się całość. (…) Ja też czuję, że jestem w tym centrum. Nie jestem zwolennikiem ani jednych, ani drugich. Jestem z boku.”

Poruszałem ten temat w notce „Święte krowy”. Problem polega na tym, że prawie każdy dziennikarz uważa, że on jest właśnie tym obiektywnym i rzetelnym, podczas gdy widać gołym okiem, kto do której partii „się zapisał”. Ja jestem mniej wymagający od pana Miecugowa. Rzetelność dziennikarska z pewnością by się przydała, ale obiektywizm bym dziennikarzom odpuścił. Mają prawo mieć własne poglądy i trudno oczekiwać, żeby pracowali wbrew sobie. Nie wierzę w stanie z boku. Obawiam się, że ktoś kto rzeczywiście stałby z boku, musiałby prezentować strasznie miałki przekaz. Należy obalić więc wreszcie mit obiektywnego dziennikarstwa i skończyć z hipokryzją w tej sprawie.

„Uważam, że 11 listopada stała się rzecz niewiarygodna. Zaatakowano dziennikarzy, po raz pierwszy chyba identyfikując ich z władzą.”

Dziennikarzy atakowano już znacznie wcześniej, tyle że werbalnie. Poziom agresji debaty publicznej, przy walnym udziale mediów, wspiął się dziś na znacznie wyższy poziom, stąd obserwujemy zjawisko przechodzenia od słów do czynów. Wydarzenia z 11 listopada są o tyle symboliczne, że poza wyjątkowo nierzetelnym przekazem, niektórzy dziennikarze zaangażowali się wprost po jednej ze stron konfliktu, biorąc udział w nakręcaniu spirali agresji. Media dzierżą potężną władzę. To one w znacznym stopniu kreują trzy jej konstytucyjne emanacje.  Polityk, który nie pokazuje się w mediach nie istnieje. Jednocześnie, odpowiedzialność za słowo nie wydaje się być najważniejszą troską mediów.


Cały wywiad, pełen jest naprawdę interesujących refleksji. Został przeprowadzony w duchu programu „Inny punkt widzenia”, z tą wszakże różnicą, że tym razem to Grzegorz Miecugow pełni w nim rolę gościa a nie gospodarza. Zachęcam do lektury.

środa, 28 grudnia 2011

Zbite psy wojny

 
fot. Adam Roik

Prowadzenie wojen to kosztowne zajęcie, ale wojna bywa też opłacalnym interesem. Nie dla nas. Amerykańscy sojusznicy bardzo chętnie dzielą się z nami kosztami tych działań, choć wspólników do podziału łupów witają już bez entuzjazmu. Polakom, to zresztą zupełnie nie przeszkadza. Lubimy wojować dla idei, na nie swoich wojnach. Frazesy o solidarności ze Stanami Zjednoczonymi, albo solidarności z Europą przy innej okazji, są monetą, za którą kupuje się zwyczajowo polską krew, pot i łzy. To jest niestety schorzenie dziedziczne. Tacy Brytyjczycy na przykład, zawsze hołdowali zasadzie walki do ostatniego żołnierza armii sojuszniczej, za co jednym sojusznikom płacili monetę brzęczącą, a mniej wymagającym tą samą, którą dzisiaj płacą nam Amerykanie. Wciąż z łezką w oku wspominamy hołd Churchilla, złożony bohaterskim polskim lotnikom walczących w bitwie o Anglię: „Jeszcze nigdy tak wielu, nie zawdzięczało tak wiele, tak niewielu”. Piękne słowa, prawda? A jak niewiele kosztowały!

No dobra, skoro mamy już armię, warto od czasu do czasu przeszkolić ją w warunkach bojowych, bo koszarowym wojowaniem trudno zdobywać żołnierskie szlify. Fajnie, tylko czy to szkolenie musi kosztować 1 mld zł rocznie (tyle ponoć wydamy na wojnę w Afganistanie w bieżącym roku)? Przy okazji jest w tym masę hipokryzji. Mówi się o misji stabilizacyjnej, demokratyzacji kraju, pomocy dla ludności cywilnej, ale odzierając te deklaracje z pięknych słówek, w Afganistanie jesteśmy po prostu okupantem. Kiedy dowiadujemy się o kolejnych pięciu polskich żołnierzach zabitych w zamachu terrorystycznym, Afgańczycy fetują udaną akcję partyzantów, dzięki której udało się zlikwidować pięciu żołnierzy wroga, okupującego ich kraj. Propaganda zawsze służyła polityce.

Jakby to okrutnie nie brzmiało, żołnierz jest od tego żeby walczyć, więc śmierć to jego ryzyko zawodowe. Ważne, żeby czuł za sobą moralne wsparcie współobywateli i miał pewność, że w przypadku śmierci lub kalectwa, państwo należycie zadba o niego i jego rodzinę. Niestety, od czasu wojny w Wietnamie, konflikty zbrojne państw demokratycznych prowadzone są przed obiektywami kamer telewizyjnych, a opinia publiczna często pod presją histerycznych protestów pacyfistów, na bieżąco, dokonuje moralnych ocen zachowania żołnierzy na polu walki. Stosowane kryteria, zupełnie nie przystają do obciążenia psychicznego żołnierza, narażonego na utratę własnego życia podczas takich misji.  Ze wstydem przyglądałem się nagonce na żołnierzy oskarżonych o ostrzał wioski Nangar Khel. Nie wiem czy może być coś bardziej niszczącego morale wojska. Współczesna wojna nie jest rozrywką gentlemanów. W Afganistanie nie walczy się z regularną, umundurowaną armią. Jak rozpoznać kto jest cywilem, a kto nie? Jeżeli wysłaliśmy tam naszych żołnierzy, winniśmy im choć elementarną solidarność. Tymczasem, z pozycji ciepłego fotela, kapci i filiżanki z kawusią, przyjemnie jest stroić się w szaty sprawiedliwego, nazywając żołnierzy zbrodniarzami wojennymi.

Ale to nie wszystko. Państwo Polskie nie wywiązuje się z powinności wobec współczesnych weteranów i ich rodzin. Dotychczas, żołnierze wracający z misji okaleczeni, nie mogli liczyć prawie na żadne wsparcie ze strony państwa. Ranni uzyskiwali tylko odszkodowania z ubezpieczenia, w wysokości zależnej od stopnia uszkodzenia ciała i to z tych pieniędzy musieli opłacić część kosztów rehabilitacji czy lekarstw, bo NFZ nie refunduje pełnych kosztów leczenia weteranów. To i tak lepiej, niż było. Pierwsi ranni w Iraku nie dostawali nawet odszkodowań, bo ich polisy nie obejmowały strefy działań wojennych (sic!). Poza tym, weterani mogli liczyć jedynie na rentę inwalidzką.

W nadchodzącym roku, ta haniebna sytuacja ma wreszcie ulec zmianie. Od 30 marca 2012, zacznie obowiązywać ustawa o weteranach. Ustawa przewiduje, że poszkodowani żołnierze, będą mogli uzyskać pomoc finansową na dokształcanie na wszystkich poziomach edukacji, będą mieli zapewnione pierwszeństwo zatrudnienia, w jednostkach organizacyjnych podległych MON lub MSWiA, na stanowiskach odpowiadających ich wykształceniu i sprawności. Weterani będą mieli prawo korzystania z bezpłatnych świadczeń opieki zdrowotnej, w zakresie urazów i chorób nabytych podczas działań wojennych, a także do nieodpłatnego otrzymywania leków i wyrobów ortopedycznych. Będą mogli też korzystać ze świadczeń specjalistycznych, finansowanych ze środków publicznych. Zostaną uhonorowani odznaczeniami oraz prawem do asysty honorowej podczas pogrzebu.

Tylko tyle i aż tyle, dla ludzi, których nasi politycy beztrosko wysyłają na cudze wojny, w naszym imieniu. Dla żołnierzy, którym ze współczuciem poświęcamy pięć minut uwagi, kiedy w wiadomościach dowiadujemy się o kolejnych ofiarach pokojowej misji stabilizacyjnej w Afganistanie. Później, już nas nie interesują.

piątek, 23 grudnia 2011

O wyższości Świąt Bożego Narodzenia

 

Wyższość Świąt Bożego Narodzenia nad Świętami Wielkiej Nocy, z mojego punktu widzenia, nigdy nie podlegała dyskusji. Rozumiem, że ten sławny dylemat, mający symbolizować niemożność dokonania wyboru opiera się na problemie z gradacją znaczenia obu tych świąt w liturgii chrześcijańskiej. W tym kontekście rzeczywiście trudno rozstrzygnąć czy godniejsze upamiętnienia są narodziny Chrystusa czy jego śmierć i zmartwychwstanie. Ale ja nie jestem osobą religijną, więc dla mnie liczy się przede wszystkim tradycja, atmosfera, symbolika, wyjątkowa aura, która towarzyszy świętom Bożego Narodzenia.

Co ciekawe, dzisiejsze Boże Narodzenie łączy tradycję chrześcijańską z rytuałem o starosłowiańskich i rzymskich korzeniach a także symbole, które pojawiły się w polskiej tradycji stosunkowo niedawno. Większość starożytnych kultur celebrowała okres przesilenia zimowego. W cywilizacji rzymskiej obchodzono wtedy Saturnalia, czas zabawy i obdarowywania się prezentami, kończący się 24 grudnia, a u schyłku Cesarstwa Rzymskiego, 25 grudnia ustanowiono dniem kultu Niezwyciężonego Słońca. W IV wieku, w to miejsce, Kościół wprowadził święto Bożego Narodzenia (Ewangelia nie precyzuje dokładnej daty urodzenia Chrystusa). Uroczyście przystrojona choinka, bez której nie wyobrażamy sobie dzisiaj świąt, również wywodzi się z ceremoniału przed chrześcijańskiego, gdzie drzewko iglaste, jako symbol płodności, obwieszano kolorowymi ozdobami. W kulturze chrześcijańskiej, choinka pojawiła się w protestanckich Niemczech i dopiero w 1814 roku, podczas Kongresu Wiedeńskiego zrobiła europejską furorą. Mało kto ma świadomość, że właśnie mniej więcej w tym okresie szturmem wdarła się do polskiego, bożonarodzeniowego rytuału.

Ale Boże Narodzenie to przecież też postna wieczerza wigilijna, do której zasiadamy całą rodziną tuż po pojawieniu się pierwszej gwiazdki, na pamiątkę gwiazdy prowadzącej Trzech Króli do Betlejem; dwanaście tradycyjnych potraw, dodatkowy talerz dla zbłąkanego wędrowca, opłatek, kolędy (znane w tradycji rzymskiej jako pieśni noworoczne), często również pasterka. Ale dla dzieciaków najważniejszy jest święty Mikołaj, którego pierwowzorem był biskup z Miry, który cały majątek rozdał ubogim. Ciekawostką jest fakt, że współczesny wizerunek świętego Mikołaja, z charakterystyczną czerwoną czapą, z białym pomponem, został stworzony w 1930 roku przez koncern Coca Cola, dla potrzeb kampanii reklamowej. Te kilka świątecznych dni, zwyczajowo wydłużanych aż do Sylwestra i Nowego Roku to chyba najprzyjemniejszy okres w ciągu wszystkich 12 miesięcy. Czas pełen rodzinnego ciepła i miłości, kiedy zwalniamy tempo i staramy się być lepsi niż na co dzień.

Ciekawe, jak wyglądają te święta w domach, licznych ostatnio, wojujących ateistów, radykalnych antyklerykałów, tropicieli symboliki religijnej we wszystkich objawach aktywności państwowej. Czy równie bezkompromisowi będą przy wigilijnym stole, czy też okaże się, że nieprzejdnana postawa to tylko maska hipokryty? Bo czy Boże Narodzenie bez symboliki, głęboko zakorzenionej w naszej tradycji, byłoby nadal Bożym Narodzeniem? Jest taka wzruszająca scena w „Misiu” Barei. Jedyna scena serio w tym filmie, która właśnie poprzez kontrast do komediowej fabuły całości, wywołuje piorunujące wrażenie. Swoiste epitafium, piękna prawda zawarta w kilku prostych zdaniach wypowiedzianych przez starego człowieka, symbolizującego narodową mądrość:

„Tradycją nazwać niczego nie możesz. I nie możesz uchwałą specjalną zarządzić, ani jej ustanowić. Kto inaczej sądzi, świeci jak zgasła świeczka na słonecznym dworze. Tradycja to dąb który tysiąc lat rósł w górę. Niech nikt kiełka małego z dębem nie przymierza. Tradycja naszych dziejów jest warownym murem. To jest właśnie kolęda, świąteczna wieczerza, to jest ludów śpiewanie, to jest ojców mowa. To jest nasza historia, której się nie zmieni!”

Ale jest też inny film. Reżimowi bohaterowie „Rozmów kontrolowanych” zastanawiają się, którego dnia najlepiej zorganizować wigilię, zamiast karpia podają golonkę w piwie, a miast kolęd zawodzą „Podmoskownyje wieciera”. Pewnie można  i tak.

Wesołych Świąt!