Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sejm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sejm. Pokaż wszystkie posty

środa, 21 grudnia 2011

Męki krzyżowe



Nigdy nie przepadałem za amerykańskim kinem klasy B, C, D etc. Szczególnie idiotyczne i tandetne wydawały się horrory, których bohaterowie prowadzili nierówną walkę z przybyszami z zaświatów. Zawsze bawiły mnie sceny, gdzie demony, wilkołaki, zombie, strzygi czy inne wcielenia szatana, dysponujące ogromną mocą czynienia zła, wzdrygały się na widok krzyża albo cierpiały katusze skropione święconą wodą. Teraz okazuje się, że byłem w mylnym błędzie (celowy pleonazm). Oto w naszym Sejmie, jak wynika z oświadczenia szefa jednego z klubów parlamentarnych, istnieje grupa 41 posłów, których krzyż wiszący na ścianie, dekoncentruje, rozprasza, ma na nich istotny wpływ emocjonalny i przeszkadza w podejmowaniu roztropnych decyzji, uniemożliwiając tym samym sprawowanie mandatu. Swoją drogą ciekawe, że obezwładnieni obecnością krzyża, czują się ci posłowie, którzy z obrzydzeniem odrzucają wszelki zabobon. Ale to nie wszystko. W Sejmie, zaobserwowano również zjawisko cudownego mnożenia się krzyży. Jak dotąd nie ustalono jednak, czy mamy do czynienia z faktem natury materialnej, mającym swoje źródła w biblijnym rozmnożeniu chleba, czy jedynie zjawiskiem metafizycznym związanym z występowaniem omamów i tak zwanej fatamorgany, co być może należałoby łączyć z opętaniem, znanym mi z wymienionych wyżej dzieł amerykańskiej kinematografii.

Hmm… i co z tym fantem zrobić? Wbrew nieustannym gęganiom, iż z całą pewnością, krzyż wisi w Sejmie, niezgodnie z Konstytucją, ekspertyzy zamówione w tej sprawie przez laskę marszałkowską, to jest panią marszałkinię Ewę Kopacz, orzekają, że krzyż w Sejmie wisieć może. W tej sytuacji warto wypróbować niezawodny sposób, dzięki któremu bohaterowie B-klasowych horrorów wychodzili zwycięsko ze starcia z siłami ciemności. Egzorcyzmy! Należy zamówić taką usługę, albo wręcz wygospodarować etat dla zawodowego egzorcysty, który mógłby odczyniać złe moce na bieżąco. Kto wie, a nuż okazałoby się, że da radę odczyniać również złe intencje? A to już w znaczący sposób wpłynęłoby na poprawę jakości debaty parlamentarnej. Najważniejsze, że problem jest do opanowania.

Tylko czy to nie jest przypadkiem szersze zjawisko? Są takie pośle facjaty, które mnie osobiście prowokują, pobudzają, wywołują niebezpieczne, nadprzyrodzone zjawisko samoczynnego otwierania się białej broni krótkiej, w mojej kieszeni. Ja na szczęście nie jestem posłem, ale obawiam się, że podobna przypadłość dość powszechnie występuje w przyrodzie. Co wtedy? Jak wypełniać swój pośli obowiązek?

środa, 9 listopada 2011

Cyrk VII kadencji



Najtrwalszym elementem systemu demokratycznego jest hipokryzja. Kadencje się zmieniają a wszechpotężna hipokryzja niezawodnie zamienia w cyrk polityczny spektakl. Ale tym razem, cyrk rozpoczął się już na długo przed uroczystą premierą. Przy okazji wyborów, politycy, media i autorytety karmiły lud frazesami o święcie demokracji. O tym, że każdy głos jest ważny, że razem zmieniamy Polskę, o obywatelskim obowiązku, mądrości i woli wyborców etc. Politycy, przez chwilę, musieli zająć się szczerzeniem kłów do elektoratu, udając frasunek i zatroskanie sprawami maluczkich. Lud zrobił swoje i lud może się wypchać, przynajmniej na najbliższe 4 lata.

Zanim wybrańcy narodu zdążyli się rozsiąść w swoich fotelach, postanowili kapkę skorygować, uświęcony demokracją, werdykt wyborczy. Pierwsze koty za płoty przerzucił niejaki poseł Kopyciński, opuszczając dziurawą, rozchwianą szalupę SLD na rzecz nowoczesnego jachtu motorowego (prosto ze stoczni) z Januszem Palikotem za sterem. W ten sposób, nieznany nikomu poseł, zapisał się złotymi zgłoskami w annałach prostytucji politycznej. Minęły dwa tygodnie i detal zamienił się w hurt. Szesnastu posłów, wybranych ledwie miesiąc temu z list PiS-u, dokonało politycznej emancypacji.  A co? Chrzanić wyborców. Grunt, że rodzina na swoim.

Jeszcze w kampanii wyborczej, miłościwie nam panujący Donald Tusk, nie mógł się nachwalić kompetencji pani minister Kopacz jako szefowej resortu zdrowia. Przyznaję, że łyknąłem tę laurkę jak młody pelikan, bo i mnie wydawała się sensownym ministrem. Pochlebną opinię o pani Kopacz potwierdzał też mój przyjaciel, który w tej branży działa, więc się zna. Czyli cool, mamy dobrego ministra na tym trudnym odcinku. Tylko jakie to ma znaczenie wobec uświadomionej konieczności politycznej? Chrzanić ministerstwo, chrzanić zdrowie kiedy na stolcu marszałka Sejmu potrzebny jest wierny i oddany żołnierz. A przecież, zgodnie z konstytucyjnym porządkiem prawnym, marszałek, będący drugą osobą w państwie, przewodzi Sejmowi, który sprawuje funkcję kontrolną wobec rządu. Tylko, że w naszej fasadowej demokracji, marszałek zawsze jest przydupasem lidera partii rządzącej, zwyczajowo sprawującego funkcję premiera. Nie ma to jak skuteczna kontrola. Ale to zupełnie nie przeszkadza, żeby przy każdej okazji wycierać sobie gębę konstytucją. Nie przeszkadza również opozycji, podnosić teraz ten argument, tak jakby Ludwik Dorn czy Marek Jurek, w roli marszałków Sejmu byli wzorami niezależności. Oczywista hipokryzja. Ale taką samą hipokryzją jest uzasadnianie kandydatury pani Ewy Kopacz, jako gestu wobec idei wyrównywania szans kobiet i mężczyzn w polityce. Bardzo zręczny argument, ciemny lud na pewno to kupi.

Hipokryzją jest także burza wokół głosowania nad kandydaturą Wandy Nowickiej na stanowisko wicemarszałka Sejmu. O co kaman? Że raz jeden, posłowie skorzystali z prawa do głosowania zgodnie z własną wolą a nie wytycznymi partii?  Skucha, wynik okazał się niezgodny z oczekiwaniem światłych strażników dobrych obyczajów w demokracji, więc trzeba było głosować po raz wtóry, do skutku. Skoro demokracja się nie sprawdziła, tym gorzej dla demokracji.

środa, 19 października 2011

Spór o pryncypia



Opublikowany wczoraj sondaż TNS OBOP, przygotowany na zlecenie Gazety Wyborczej, na temat obecności krzyża w Sejmie, potwierdza moje przypuszczenia. Aż 70% ankietowanych uważa, że krzyż powinien nadal tam wisieć, a tylko 20% jest przeciw. Co ciekawe, za krzyżem w Sejmie opowiada się większość wyborców wszystkich partii politycznych posiadających reprezentację w Parlamencie, z wyjątkiem Ruchu Palikota, ale i tutaj dominacja przeciwników nie jest miażdżąca (tylko 57%). Co na to Janusz Palikot, kreujący się na mesjasza lewicy?

Dyskusja na temat krzyża, która właśnie przetacza się przez media, a także ta, która miała miejsce na moim blogu, wskazuje, że w tej debacie spór toczy się wokół skrajnych poglądów w tej sprawie. Laiccy radykałowie kontra katoliccy ortodoksi. Pierwsi twierdzą, że w imię świeckości państwa należy bezwzględnie wytrzebić symbole religijne ze wszystkich nie kościelnych instytucji publicznych, drudzy wymachując krzyżem chcą zaangażowania Kościoła również w sprawy państwowe. Obawiam się, że jedni i drudzy są w mniejszości. Przypuszczam, że większość Polaków opowiada się za państwem neutralnym światopoglądowo. Kłopot w tym, że każdy inaczej rozumie tą neutralność. Może więc warto sprawdzić jak szeroki jest obszar potencjalnego kompromisu i bez emocji pomyśleć o konkretnych rozwiązaniach? Chcąc jakoś opisać tę sprawę, skupiłem się na kilku najważniejszych postulatach i stawiam następujące tezy:

1.  Większość społeczeństwa popiera swobodę wyznania i rozdzielność Kościoła od państwa rozumianą w ten sposób, ze Kościół nie wtrąca się do bieżącej polityki, nie popiera konkretnych partii politycznych, nie zajmuje stanowiska w politycznych sporach.
2.    Zdecydowana większość chciałaby jasnych zasad finansowania Kościoła i eliminacji przegięć typu Komisja Majątkowa. Nie wykluczając jednak, że być może jakaś forma wsparcia Kościoła przez państwo jest potrzebna.
3. Ideowo, większość prawdopodobnie opowiedziałaby się za powrotem religii do sal katechetycznych, ale pragmatyzm powoduje niechęć do realizacji tego postulatu (konieczność wożenia dzieci na religię).
4.  Miażdżąca większość akceptuje kościelny charakter świąt religijnych, również w wymiarze państwowym (Święta Bożego Narodzenia, Wielkanoc, Święto Zmarłych, w mniejszym może stopniu Boże Ciało). Tu właśnie spotykamy się z rytuałem i symboliką chrześcijańską, które trwale wrosły w tradycję narodową.
5.    Na tej samej zasadzie, co pokazało badanie GW, znaczna większość akceptuje istnienie krzyża w życiu publicznym, jako elementu tradycji narodowej, a nie wyłącznie symbolu religijnego. Stąd poparcie dla krzyża w Sejmie.

I to być może jest jakaś mapa, którą należałoby się posłużyć realizując postulaty państwa neutralnego światopoglądowo. Choć model neutralny nie powinien być traktowany dogmatycznie. Być może do naszego charakteru narodowego bardziej pasowałby model państwa wyznaniowego, w jakiejś cywilizowanej europejskiej wersji. Teraz kiedy w toku dyskusji jest mowa o państwie wyznaniowym zaraz pojawiają się przykłady radykalnych krajów islamskich, takich jak Iran czy Afganistan pod władzą Talibów, a przecież w Europie takie państwa również istnieją. Wielka Brytania, Dania, Norwegia czy Grecja (również Cypr, Malta, San Marino oraz niektóre kantony Szwajcarii) to państwa wyznaniowe. Jest tam konstytucyjnie zagwarantowana dominująca rola jednego z Kościołów (poza UK, gdzie w porządku prawnym nie istnieje konstytucja pisana). Kościoła anglikańskiego i Kościoła szkockiego w Wielkiej Brytanii, Ewangelickiego Kościoła Luterańskiego w Danii, Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego w Norwegii, w Grecji, Wschodnioprawosławnego Kościoła Wschodniego. W tych krajach, wymienione Kościoły cieszą się uprzywilejowaną pozycją, traktowane są jak instytucje państwowe i finansowane z budżetu. Zwracam jednak uwagę na jeden istotny szczegół. W tym modelu to państwo kontroluje Kościół a nie odwrotnie.

niedziela, 16 października 2011

Suplement wyborczy


Tydzień mija. Kurz bitewny dawno już opadł, wszystko zostało tysiące razy podsumowane, skomentowane i przeżute. Ale ja zachęcam, by spojrzeć na te wybory z jeszcze jednej strony. Z mikro perspektywy środowiska, w którym żyjemy.

Warto odwiedzić, przejrzyście zorganizowany, serwis Państwowej Komisji Wyborczej (PKW), gdzie można znaleźć wyniki wyborów również w przekroju lokalnym. Sprawdźcie, jak głosowano w waszym mieście, miasteczku, wiosce, dzielnicy, a nawet w waszej Obwodowej Komisji Wyborczej. Zobaczcie ile głosów otrzymał każdy z kandydatów na posła czy senatora. To naprawdę interesujące, dowiedzieć się jak głosowali nasi sąsiedzi.

Gdyby o wyniku wyborów decydował werdykt głosujących w mojej macierzystej komisji, do Sejmu dostałyby się tylko trzy ugrupowania: Platforma Obywatelska, Prawo i Sprawiedliwość i Ruch Palikota. Przy czym PO osiągnęłoby dużo większą przewagę nad PiS niż w wyborach ogólnopolskich i uzyskało większość mandatów. Mogłoby więc rządzić samodzielnie. PJN, na który i ja głosowałem, też wypadł tu znacznie lepiej niż w skali całego kraju, pokonując SLD i PSL, choć do przekroczenia progu wyborczego troszeczkę zabrakło.

I choć w tym wypadku ucierpiałby trochę polityczny pluralizm, przyznaję, że taki scenariusz, bardziej by mi odpowiadał. Rząd bez wiecznie pasożytującego na organizmie państwowym PSL, to rzecz bezcenna. Jednocześnie, Donald Tusk straciłby ostatnie alibi dla zaniechań swojego rządu. Ale to takie tam ciekawostki z własnego podwórka.


sobota, 15 października 2011

Droga krzyżowa


Salvador Dali - Chrystus św. Jana od Krzyża

Historia współczesnej Europy opiera się na chrześcijańskim systemie wartości, który z czasem stał się uniwersalnym kanonem moralnym. Z tego dziedzictwa wyrosła nasza cywilizacja i kultura. Symbolem tej drogi jest krzyż. Nie widzę żadnego powodu, by się tego wstydzić. Nie podoba mi się lewicowa retoryka, która w imię źle pojmowanej tolerancji, chce z tym symbolem walczyć.

Zadziwiające, że debata na ten temat toczy się w tak jednowymiarowy sposób. Zupełnie różne zagadnienia wrzuca się do jednego worka, z napisem „krzyż”. To sprzyja konfliktom i prowadzi do eskalacji problemu, a nie jego rozwiązania. W tej sprawie, istnieje bardzo cienka granica oddzielająca sacrum od profanum, więc warto unikać skrajnych, emocjonalnych ocen. Czym innym jest problem udziału Kościoła Katolickiego w życiu publicznym, czym innym wojna o krzyż na Krakowskim Przedmieściu, a jeszcze zupełnie czym innym obecność krzyża w Sejmie.

Obrońcom krzyża przed Pałacem Prezydenckim nie chodziło przecież o manifestowanie wiary. Krzyż stał się orężem walki z przeciwnikami politycznymi, zakładnikiem ideologii zmierzającej do wykreowania mitu katastrofy smoleńskiej, jako kolejnej hekatomby Polaków, wokół której pewna część społeczeństwa będzie mogła zwierać swoje szeregi. Próbowano budować absurdalną, bluźnierczą wręcz, symetrię między zbrodnią katyńską a tragedią smoleńską, między dzisiejszą Polską a ojczyzną zniewoloną przez zaborców i późniejszych okupantów. To zwykły fałsz. Awantura o krzyż na Krakowskim Przedmieściu nie miała nic wspólnego z dyskusją na temat świeckości państwa, ale jej skutkiem ubocznym jest radykalizacja postaw wobec Kościoła i krzyża, co umiejętnie wykorzystał Janusz Palikot tworząc swoją partię.

Krzyż w sali sejmowej nie jest elementem dominującym przestrzeń publiczną. Nikt nie wznosi przed nim modłów ani nie wymaga od nikogo jego adoracji. Polska ma być państwem świeckim? Zgoda. Ale krzyż nie jest symbolem podległości państwa wobec Kościoła, ale ważnym dla większości Polaków symbolem wielowiekowej wspólnoty narodowej opartej na tradycji chrześcijańskiej. I dlatego powinien, w sali sejmowej, pozostać.  Jeżeli ta argumentacja kogoś nie satysfakcjonuje, proponuję inne rozwiązanie. Głosowanie. Nie jestem wielbicielem demokracji, ale jeśli już ją mamy, dlaczego akurat sprawy światopoglądowe mają być wyłączone spod jej reguł? Niech Sejm większością głosów zadecyduje, czy krzyż może pozostać, czy powinien zniknąć. W tej sprawie popieram stanowisko Jarosława Kaczyńskiego, choć zapewne z innych pobudek.

Nie może być tak, że pod płaszczykiem poprawności politycznej i haseł na temat ochrony praw mniejszości, tak naprawdę terroryzuje się większość. Przez konstytucyjną równoprawność wszystkich kościołów i związków wyznaniowych rozumiem umożliwienie im legalnego funkcjonowania w oparciu o jednakowe warunki prawne, a także wolność przekonań i swobodnego wyrażania poglądów religijnych. Nie mechaniczne stawianie znaku równości między religiami, niezależnie od tego czy mają miliony wiernych czy tylko garstkę wyznawców. Jeżeli w Sejmie znajdzie się poseł, który jest wyznawcą Kościoła Latającego Potwora Spaghetti (Latający Potwór Spaghetti), to należy usunąć krzyż, albo powiesić obok niego ikonograficzny emblemat „Flying Spaghetti Monster”?  Apeluję o rozsądek. To nie jest problem, który można załatwić zerojedynkowo.

wtorek, 11 października 2011

Polisz kicz projekt


Na listach wyborczych kandydatów do Sejmu, tym razem znalazła się wyjątkowo barwna menażeria najrozmaitszych postaci. Co ciekawe, z dobrym skutkiem. Jest w tym jakiś fenomen, że w (jak się powszechnie uważa) nietolerancyjnej, katolickiej, rasistowskiej, homofonicznej Polsce, w Parlamencie zasiądą: Murzyn to znaczy eee… Afroeuropejczyk, a może nawet Afropolak; pierwszy gej Rzeczpospolitej; transseksualista albo stka czy też osoba transpłciowa; były ksiądz skandalista i antyklerykał. I kto wie, czy to nie kochający inaczej Robert Biedroń zostanie członkiem prezydium Sejmu i będzie stukał laską marszałkowską przywołując posłów do porządku. Byłaby w tym jakaś perwersja.

Ponieważ jestem człowiekiem małej wiary, sądzę że wyjaśnienie tej tajemnicy może być niezwykle proste. Trzy z wymienionych osób, dostały się do Sejmu z list Ruchu Palikota. Zgodnie z nazwą ugrupowania, wyborcy popierali Janusza Palikota, a niej jakieś anonimowe nazwiska na listach jego partii. Nie jeden, może mieć dzisiaj lekkiego kaca z tego powodu;)



Ale byli też inni, atrakcyjni medialnie kandydaci, którzy do Sejmu się nie dostali. Niestety. Nie będę przeżywał erotycznych uniesień śledząc relacje z obrad niższej izby parlamentu, gdyż zamiast polskiej Angeliny Jolie w kadrze będą się pojawiać Anna Fotyga, Beata Kempa albo Jolanta Szczypińska. Ech…


poniedziałek, 10 października 2011

Tusk i Palikot Rulez!



Dwóch zwycięzców i jeden skazaniec, który tym razem nie uniknie stryczka (Napierniczak). Sondażowe wyniki są zaskakujące. Przede wszystkim wielki, nadspodziewany triumf Donalda Tuska, który na finiszu kampanii przez moment znalazł się przecież w defensywie. Zaskakuje  duża różnica głosów między PO a PiS, prawie identyczna jak w poprzednich wyborach. Wtedy ten wyniki był efektem pospolitego ruszenia wyborców, pod hasłem pogrzebania projektu IV RP, co znalazło odzwierciedlenie w relatywnie wysokiej frekwencji – 53,9%. Teraz stało się to samo, już bez takiej mobilizacji elektoratu (prognozowana frekwencja 47,7%). W dodatku po udanej kampanii wyborczej PiS i marnej, bezbarwnej PO. Jarosław Kaczyński ma nad czym się zastanawiać.

Sytuacja Platformy Obywatelskiej wygląda znacznie bardziej komfortowo niż 4 lata temu. Wszystkie zmiany jakie czekają nas na politycznej scenie są korzystne dla Tuska. Spójrzmy.

1.   Podział mandatów w Sejmie wskazuje, że do uzyskania większości, PO potrzebuje tylko jednego partnera. Nawet mariaż z SLD, które uzyskało niewiele mandatów, daje minimalną większość.
2.   W dodatku PSL, RPP, SLD przebierają nogami by znaleźć się w tej koalicji. Dla PSL, urzędy i stołki są racją bytu w polityce, dla SLD koalicja może być szansą na zahamowanie marginalizacji, a dla Palikota to spełnienie politycznych ambicji. Nawet jeśli stery rządu wciąż dzierżyć będzie dotychczasowa koalicja (a tak zapewne się stanie), to siła przetargowa Waldemara Pawlaka znacząco spadnie. Wciąż będzie czuł na plecach oddech Janusza Palikota wiedząc, że rezerwowy koalicjant czeka w przedpokoju gabinetu premiera.
3.   Zwycięstwo partii rządzącej w kolejnych wyborach to siłą rzeczy znacznie silniejszy mandat od wyborców.

Sukces Palikota i zmasakrowany Napieralski to drugi, obok wyniku PO, wielki triumf Donalda Tuska. Mnie najbardziej żal PJN, który poniósł porażkę trochę na własne życzenie i Nowej Prawicy Janusza Korwin-Mikkego skrzywdzonej przez PKW (Nie ważne wybory).

Choć… w ciągu najbliższych godzin, całą tą analizę może trafić szlag, jeżeli ostateczne rezultaty wyborów trochę przemeblują ten sondażowy wynik.

poniedziałek, 3 października 2011

Po co nam ten cały Sejm?


Ryszard Kalisz przedstawia raport komisji do zbadania okoliczności śmierci Barbary Blidy, przemawiając do pustej sali.

Wybory wyborami, ale po co nam w ogóle taki liczny Sejm? Posłowie nie cieszą się zaufaniem opinii publicznej, czemu trudno się dziwić. Sejm wypełnia galeria rozmaitych indywiduów, które nie dość, że nie mają o niczym pojęcia, to nie radzą sobie nawet z kleceniem zdań poprawną polszczyzną. Cóż, werdykt wyborczy jest krzywym zwierciadłem, w którym przegląda się marna kondycja społeczeństwa. Tak intelektualna jak i moralna. Tylko, że mimo wszystko, wśród wybrańców narodu chcielibyśmy widzieć tych mądrzejszych i lepszych, a na to chyba nie ma co liczyć.

Dlatego też, warto byłoby się pochylić nad słabościami obowiązującego systemu parlamentarnego i wyciągnąć wnioski. Niestety nie zrobią tego politycy, ponieważ wszyscy wiedzą, że konkluzje nie sprzyjałyby interesom partii politycznych. Wszystkich partii! Rzadko zdarza się taka jednomyślność, ale w tym wypadku jest faktem. Spójrzmy.

W polskim Sejmie zasiada 460 posłów. Z praktycznego punktu widzenia to zwykłe marnotrawstwo. Posłami zostają postacie różnego autoramentu: pielęgniarki, historycy, biolodzy, rolnicy, nauczyciele, urzędnicy, lekarze etc. Z całym szacunkiem dla tych osób, ale są one kompletnie do niczego nie potrzebne. Rolą sejmu jest przecież stanowienie prawa, a jaki sensowny projekt może przygotować pielęgniarka albo rolnik? Fatalna jakość ustaw jest tego najlepszym dowodem. Co więcej, w większości istotnych głosowań obowiązuje dyscyplina klubowa, co sprowadza rolę posła do bezmyślnej maszynki, służącej do podnoszenia ręki w momencie ustalonym przez kierownictwo partii. Demokratyczne głosowanie w sejmie jest więc iluzją i mydleniem oczu. Tę sytuację mogłoby trochę poprawić wprowadzenie jednomandatowych okręgów wyborczych. Wtedy poseł, odpowiadałby personalnie za swoją aktywność sejmową, przed lokalną społecznością która go wybrała. Ale mimo licznych deklaracji polityków w tej sprawie, nie zanosi się na taką zmianę ordynacji wyborczej.

Co byłoby więc głosem rozsądku? Postuluję dziesięciokrotne zmniejszenie liczby posłów i rezygnację z sejmowego cyrku, który niczemu nie służy. Odnosząc tę koncepcję do aktualnej reprezentacji w Sejmie, mielibyśmy dziś 21 posłów PO, 16 posłów PIS,  5 reprezentantów SLD+SDPL, 3 PSL i 1 PJN. Prawda, że wystarczy? Mało kto potrafiłby wymienić większą liczbę aktywnych parlamentarzystów. Likwidacja Senatu w takim projekcie to oczywista oczywistość.

Zaoszczędzone w ten sposób środki finansowe należałoby przeznaczyć na pensje dla specjalistów, którzy zgodnie w wytycznymi partii politycznych mogliby zająć się tworzeniem prawa przyzwoitej jakości. Zapewne udałoby się również wygospodarować fundusze na podwyższenie wynagrodzeń tych 46 posłów, tak by było ich stać na opłacanie sensownych doradców. W samym głosowaniu uchwał nic by się nie zmieniło.

Oczywiście zdaję sobie sprawę, że to mrzonki. Jak już wspomniałem, taka idea jest sprzeczna z interesami partii politycznych. Oponenci, z pewnością znaleźliby cały wachlarz argumentów. Recz jasna, w obronie demokracji. Zwracam jednak uwagę, że ten pomysł wcale nie jest taki od czapy. W Parlamencie Europejskim zasiada 736 posłów a Unię Europejską zamieszkują 492 mln ludzi czyli jeden euro parlamentarzysta reprezentuje 668,5 tysiąca osób. Stosując ten sam wskaźnik dla Polski, która liczy 38,5 mln obywateli, łatwo można policzyć, że w Sejmie powinniśmy mieć 58 posłów. W Euro Parlamencie obowiązuje też podobna organizacja pracy, do tej którą proponuję. Mniejsza liczba posłów, większa ekspertów i doradców  przygotowujących akty prawne. I choć unijna biurokracja nie jest może najlepszym wzorem, sama zasada znacznie lepiej trzyma się tu kupy.


Hmm… dzisiaj, w kąciku spotów, znów kandydatka LSD eee…. znaczy chciałem powiedzieć SLD;)