Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Miller. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Miller. Pokaż wszystkie posty

środa, 7 listopada 2012

Kwaśniewski reaktywacja?



W wyborach do Sejmu 2001 roku, lewicowa koalicja Sojuszu Lewicy Demokratycznej i Unii Pracy zdobyła 41% głosów. Cztery lata rządzenia, trauma afery Rywina i poparcie poszłooo… w drebiezgi. Ale to już prehistoria, pamięć wyborców tak daleko nie sięga. Co więc dzieje się teraz z tym potężnym elektoratem sprzed jedenastu lat? Ktoś z ironią mógłby zauważyć, że elektorat oparty na resentymencie PRL-u w znacznej liczbie zdążył już przenieść się na tamten świat, ale byłaby to tylko cząstka prawdy. A co z resztą? Otóż, poza tymi, którzy wciąż głosują na SLD i częściowo na Ruch Palikota, wielka rzesza dawnych wyborców lewicy głosuje dziś na Platformę Obywatelską. Tym większa, że należy w tej kalkulacji odliczyć pierwotnych wyborców PO, którzy od dawna już na nią nie głosują, ponieważ partia ta sprzeniewierzyła się swoim deklaracjom założycielskim. Przy czym zaznaczam, że w analizie tej opieram się wyłącznie na własnych obserwacjach i intuicji, bo nie znam żadnych badań na ten temat.

Skąd więc takie założenia? Poza trzeciorzędnymi różnicami i rodowodem, który ma coraz mniejsze znaczenie, dzisiejsza PO jest niemal bliźniaczo podobna do SLD w latach 2001-2003. Klasyczna, bezideowa partia władzy, którą spaja wyłącznie troska o własne korzyści przynależne rządzącym w systemie oligarchii partyjnej, który dla niepoznaki nazywany jest u nas demokracją. Formacja ciepłej wody w kranie, po której nie należy spodziewać się żadnych istotnych zmian (choć Leszek Miller ze swoją obniżką stawki CIT do 19% mógłby być wzorem liberała dla Donalda Tuska), pełna kompleksów i serwilizmu wobec Zachodu, która z ambicją nuworysza stara się być bardziej europejska od Europejczyków. Istotna jest też osoba lidera. Choć formalnym szefem SLD był wówczas Leszek Miller, rolę lidera lewicowej formacji odgrywał prezydent Aleksander Kwaśniewski, polityk uprzejmy, koncyliacyjny, medialny i plastikowy, który do perfekcji opanował gładką gadkę z minimalnym udziałem treści. To w stosunku do niego, po raz pierwszy użyto określenia „polityk teflonowy”, czyli taki, do którego nie przyczepiają się żadne negatywne oceny, a nawet jeśli, to na krótko. Dzisiaj mistrzem teflonu jest Donald Tusk, który wyciągnął wnioski z popularności Kwaśniewskiego. A Polacy kochają teflonowych polityków. Zresztą nie tylko oni, taki sam jest Barack Obama (i jest to jeden z powodów, dla których trzymam dziś kciuki za Mitta Romneya).

Ale każdy materiał ma ograniczoną wytrzymałość. Teflon Donalda Tuska też powoli się ściera. Nic w tym dziwnego. Okres panowania Kwaśniewskiego nie obfitował w tak wiele ciśnień jak rządy Tuska. Czas więc rozejrzeć się za kandydatem na nowego kochanka ludu. Są jakieś sensowne propozycje? Nie ma? A co powiecie na projekt pod tytułem „Kwaśniewski reaktywacja”? Po odsłużeniu dwóch kadencji prezydenckich, Aleksander Kwaśniewski został politycznym emerytem i kimś w rodzaju nieformalnego guru lewicy. Mentorem rozsądzającym spory z wysokości swojego autorytetu. Nie wiedzieć czemu, wszyscy uznali, że tak będzie już zawsze, a ścieżka jego ewentualnej dalszej kariery wiedzie w struktury instytucji europejskich albo światowych (sekretarz generalny NATO). Wcale tak być nie musi. Tu i ówdzie, już pojawiają się pierwsze bąknięcia na temat wielkiego come back byłego prezydenta. Pospekulujmy więc sobie, jak mogłoby to wyglądać.

Scenariusz powrotu Kwaśniewskiego na scenę polityczną wydaje się bardzo prawdopodobny. Sprzyja mu sytuacja w Europie gdzie strach przed cięciami przywilejów socjalnych, koniecznymi w obliczu kryzysu, wynosi socjalną lewicę do władzy (zresztą, prawicy właściwie nie ma w Europie, tak samo jak w Polsce). Podobnie może być u nas. Poobijana Platforma, ze skrzydłami rozciągniętymi od prawa do lewa, zadowalająca coraz mniejszą grupę wyborców, w zderzeniu z kryzysem ma wszelkie szanse żeby się rozpaść. Już dzisiaj, jej racją bytu jest przede wszystkim rola tarczy antypisowskiej. Jak już wielokrotnie pisałem, odejście konserwatystów Gowina jest moim zdaniem kwestią czasu. Ale wbrew pozorom, po lewej stronie też jest o co grać. SLD pod ponownym przewodnictwem Leszka Millera zaplątało się w jakieś małe vendetty, które mają uleczyć przetrącone ego wodza. Zamiast oczekiwanej przez Kwaśniewskiego jedności lewicy, Miller wzorem Tuska i Kaczyńskiego wykopał głęboką fosę oddzielającą go od Palikota, którego postrzega jako konkurenta do rządu dusz po swojej stronie sceny politycznej. Sam Janusz Palikot też stracił impet. Formuła partii happeningowej okazała się skuteczna jedynie na krótką metę, z kolei jej porzucenie odebrało tej formacji wyrazistość, a co za tym idzie, atrakcyjność. Cóż, tak źle i tak niedobrze.

W tym miejscu należy przypomnieć, że jedność lewicy zawsze stanowiła oś koncepcji politycznej Kwaśniewskiego. To on niegdyś skupił lewicowe partyjki i organizacje pod szyldem SLD. Potem firmował projekt Lewica i Demokraci, który był ucieleśnieniem jego dawnych marzeń o wspólnej formacji lewicy postkomunistycznej i solidarnościowej.  Projekt się nie udał, bo w porywinowej Polsce lewica znalazła się w defensywie, a demokraci którzy mieli ten układ legitymować byli tylko nędzną popłuczyną ugrupowania wywodzącego się z Unii Demokratycznej i Unii Wolności. Teraz sytuacja jest znacznie bardziej korzystna dla lewicy. Projekt Kwaśniewskiego, ponad podziałami i ponad głowami Millera i Palikota, realizowany pod hasłem: „Ludzie lewicy wszystkich formacji łączcie się”, wsparty przez życzliwe media, miałby wszelkie szanse powodzenia i prędzej czy później liderzy partii lewicowych mainstreamu, musieliby złożyć hołd lenny nowemu/staremu władcy, który powrócił, by pogodzić pogubione owieczki swoje. Taka inicjatywa może też wydobyć z politycznego niebytu outsiderów jak Cimoszewicz, Olechowski, Celiński, Piskorski i przyciągnąć tych, którzy tułają się gdzieś na marginesie polityki jak Borowski czy Rosati. A wtedy, dawni wyborcy SLD, dziś głosujący na PO, zmęczeni niekończącą się wojenką Tuska z Kaczyńskim przypomną sobie, po której stronie biją ich serca i powędrują pod skrzydła nowego mesjasza lewicy. Idealną po temu okazję będą wybory do Parlamentu Europejskiego. W sprawach europejskich gwiazda Aleksandra Kwaśniewskiego świeciła zawsze najjaśniej. Jeżeli Kwaśniewski nie wybierze się znowu na Filipiny, Donald Tusk może mieć z kim przegrać.

sobota, 23 czerwca 2012

Witamy na politycznej kanapie



Partia Palikota pod progiem wyborczym! Według najnowszego sondażu CBOS-u, notowania Ruchu Palikota spadły do 3% i zrównały się z wynikiem Solidarnej Polski. Najbardziej rozbawił mnie jeden z twitterowych komentarzy na ten temat: Modlitwy Zbigniewa Ziobro zostały widać wysłuchane i szczodrobliwy Stwórca spowodował, że notowania jego partii zrównały się z wynikiem formacji sztukmistrza z Lublina:) Panie Januszu, witamy na politycznej kanapie. 

Sam zjazd poparcia Ruchu Poparcia zupełnie mnie nie dziwi zwłaszcza, że to trwały trend. Nieco zaskakująca jest skala spadku wobec 6%-7% z poprzednich sondaży i nurkowanie głęboko pod próg wyborczy. Sam wielokrotnie zwracałem uwagę, że happeningowy styl uprawiania polityki to długofalowo kiepska strategia. Nie szanujemy polityków, uważamy ich za cymbałów i miernoty, chcemy jednak, by stwarzali choćby pozory powagi. Showman Palikot, wpuścił trochę świeżego powietrza na zatęchłą scenę polityczną i wykreował spektakularny sukces na jesieni ubiegłego roku, ale kiedy już Bar został wzięty potrzeba czegoś więcej. Natomiast lider ruchu swego imienia wydaje się dotknięty jakąś dziwaczną schizofrenią, co odpycha od niego elektorat, który oczekuje od polityki czegoś więcej niż jaj.

Głównym problem Palikota jest niespójność i chaos. Nigdy nie wiadomo czego można się po nim spodziewać. W sprawach gospodarczych miota się między liberalizmem a bolszewią. Potrafi sensownie, merytorycznie wypunktować expose premiera, by przy okazji 1-ego maja, z leninowską żarliwością nawoływać do budowania fabryk przez państwo. Jednego dnia chce być poważnym partnerem w debacie publicznej, wspiera zmiany w ustawie emerytalnej, deklaruje zamiar startu w wyborach prezydenckich, a za chwilę publicznie pali jointa, robi głupie wpisy na Twitterze ("ciota" o Gowinie) albo toczy wojenki na słowa z Millerem. Tak jak Donald Tusk niezawodnie może liczyć na Jarosława Kaczyńskiego, który niemal każdym swoim wystąpieniem popycha niezdecydowanych wyborców w kierunku PO, tak Leszek Miller nie mógł wymarzyć sobie lepszego sparingpartnera na lewicy. Szef SLD w zasadzie nie musi niczego robić. Wystarczy, że jest i stanowi alternatywę dla tych wszystkich lewicowców, którzy zapłonęli szczeniackim afektem do nowego mesjasza lewicy, a dzisiaj wstydliwie wracają na stare śmieci. W tej grupie wyborców (deklarujących lewicowe poglądy) poparcie dla RPP spadło z 14% do 5%. Trudno się dziwić, zwłaszcza, że partia Palikota to wciąż sam Palikot, którego trudno uznać za wzór lewicowca, plus kilku nieco ekscentrycznych posłów kojarzących się wyłącznie z krzykliwie artykułowanymi kwestami obyczajowymi.

Ale największym kapitałem RPP była przecież młodzież. Dzieciaki, które niewiele kapują z polityki poza tym, że zdecydowanie nie jest cool. Przez moment, trendy wydawał się Palikot robiący sobie jaja z establishmentu, wiec oddali mu swój głos. Tyle, że to najbardziej chimeryczny, niestały i bezkompromisowy elektorat. Moda szybko mija, wygłupy nudzą się jeszcze szybciej, sukcesów brak, więc zauroczenie zmienia się w rozczarowanie. Powyższą tezę potwierdza to samo badanie CBOS. Ruch Palikota najbardziej traci w grupie, w której do tej pory cieszył się najwyższym poparciem, tzn. 18-24 i 25-34 lat. W obu tych  grupach strata sięga aż 9%.

Najdziwniejsze w tym jest to, że moja diagnoza jest oczywista. Nie wymaga szczególnej przenikliwości politycznej. Sam lider musi zdawać sobie sprawę, że pajacowanie które kiedyś przyniosło mu sukces, teraz ciągnie go na do. Dlaczego więc idzie tą drogą? Cóż, Janusz Palikot to nieprawdopodobny kabotyn. Efekciarstwo i błazenada są silniejsze od niego. Tak samo, jak silniejsze od Kaczyńskiego, jest gołosłowne rzucanie oskarżeń na politycznych konkurentów (słynne, wiem ale nie powiem), jak silniejsze od Korwin Mikkego jest ględzenie o tfu gejach, bandzie czworga czy dupokracji. I co z tego, że w ten sposób piłują gałąź na której siedzą?

czwartek, 5 kwietnia 2012

Na lewo klops, na prawo klops



Przez kilka dni odpoczywałem od polityki, mediów i bieżących spraw. Powrót do głównego nurtu wydarzeń, nieoczekiwanie, okazał się sporym dyskomfortem. Patrzeć z dystansu na gorączkę gnających do przodu dni, mając głęboko gdzieś wszystkie te polityczne hołubce, które są tylko pianą, na chwilę tworzącą złudzenie spraw ważnych, to jednak jest pewien luksus. Dawka hipokryzji i populizmu, która zalała nas przy okazji debaty na temat referendum emerytalnego przekroczyła limit, do którego wybrańcy narodu zdążyli nas przyzwyczaić. Symbolem tej hecy będzie dla mnie odziana w strajkowy serdak Solidarności, Beta Kempa. Zabrać bogatym i rozdać biednym, do tego z grubsza sprowadzają się postulaty, grzmiącej z trybuny sejmowej, reprezentantki tej, pożal się Boże, PRAWICOWEJ partii.

Ale nie o tym chciałem dziś napisać. Przez te kilka dni, legły w gruzach wszelkie teorie na temat współpracy dwóch, nominalnie lewicowych partii. Sam również zakładałem scenariusz szorstkiej przyjaźni, ale jednak pragmatycznej kooperacji Palikota z Millerem, w ramach bloku lewicy maszerującego ku władzy. A tutaj, zaskakująca dynamika wydarzeń i zamiast współpracy, mamy otwartą wojną, w której wytaczane są coraz cięższe działa. Do wojny totalnej Tuska z Kaczyńskim jeszcze sporo brakuje, lecz liderzy lewicy wstąpili na tą samą drogę. Podobieństwo jest uderzające. Do politycznych aliansów palili się mniej więcej tak samo, jak ich konkurenci do wcielania w życie idei POPiS-u. Wszyscy pamiętamy, jak po fiasku rozmów koalicyjnych Platformy i PiS w 2005 roku, drogi Kaczyńskiego i Tuska rozeszły się na dobre, by w końcu wykopać między sobą rów nie do przebycia. Wzajemna niechęć stała się tak silna, że zarażone nienawiścią elektoraty obu partii nie są dziś w stanie porozumieć się w żadnej sprawie. Tutaj na taką eskalację raczej nie ma szans. Do tego potrzebna jest toksyczna osobowość Jarosław Kaczyńskiego.

Od czasu słynnego wyzerowania Zbigniewa Ziobro, w trakcie zeznań przed rywinową komisją śledczą, tak ostre słowa, jak te o naćpanej hołocie, z ust spokojnego zazwyczaj przewodniczącego klubu SLD nie padały. Ujawnia to wielkie napięcia i ogromne emocje, targające nowym-starym guru lewicy. Nic dziwnego, bo Miller nie ma najlepszej passy. I wcale nie myślę o odgrzanych zarzutach w sprawie tajnych więzień CIA w Polsce, z Trybunałem Stanu w tle. To strachy na lachy. Gorzej, że w emerytalnym kotle, Miller przy Palikocie wypadł słabiutko. Tak bardzo chciał odciąć się od rywala, że nie zawahał się pójść w tandetny populizm, stając ramię w ramię z protestującymi związkowcami z Solidarności, Janosikiem w spódnicy i PiS-em. Wątpię, by elektorat SLD był zachwycony towarzystwem, w które wprowadził ich lider. Być może więc, świadomość błędu, w który niestety trzeba brnąć dalej jest źródłem tych złych emocji?

Konflikt na lewicy wcale nie musi okazać się trwały. Póki co, to tylko animozje personalne nie znajdujące wielkiego wsparcia w partii ani w elektoracie. Wystarczy zmiana lidera Sojuszu i sytuacja może ulec diametralnej zmianie. Przywództwo Leszka Millera nie jest niepodważalne. Jego siłą jest słabość konkurentów do władzy w partii. Dokładnie tak samo jest w przypadku Donalda Tusk. Pozostając pozornie w defensywie, premier niepostrzeżenie rośnie w siłę, będącą słabością polityków opozycji z obu stron sceny politycznej.

sobota, 21 stycznia 2012

Pajdokrata



W polskiej polityce obowiązuje jakiś zadziwiający rodzaj zdegenerowanej symbiozy, bardzo bliskiej współżyciu pasożytniczemu. Wielokrotnie już zwracałem uwagę, że najcenniejszym sprzymierzeńcem Donald Tuska jest Jarosław Kaczyński, którego samo istnienie w sferze publicznej, dla znacznej rzeszy wyborców jest wystarczającym powodem głosowania na PO. Ale i Kaczyński w opozycji do Tuska może zwierać szeregi twardego elektoratu, co jednak dzieje się ze szkodą dla szans na wyborcze zwycięstwo. Podobnie, największym atutem Leszka Millera staje się Janusz Palikot. Kiedy po spektakularnym szturmie Ruchu Palikota, na Sejm, wydawało się, że lider tego ugrupowania postanowił zostać poważnym politykiem, przyszłość SLD rysowała się w ciemnych barwach.  Wkrótce okazało się jednak, że Palikot bardzo się stara zawrócić z drogi poczet sztandarowy postkomunistycznej lewicy zmierzający na śmietnik historii.

Happening jest bardzo specyficzną formą ekspresji. I choć korzenie prowokacji artystycznej w Polsce sięgają dokonań tak znamienitych postaci jak Witkacy, Tadeusz Kantor, Bogusław Schaeffer, czy w bardziej ludycznej wersji, imprez organizowanych przez Pomarańczową Alternatywę i gdański Totart, to twórcy funkcjonujący w tym nurcie zawsze byli uważani za mniejszych czy większych świrów. O ile w sztuce, taki szyld może być nawet atutem, to nie sprawdza się w polityce. Polityk nie może być pajacem. Odpowiedzialność za losy państwa nie współgra z robieniem jaj. Happeningowa ekspresja z pewnością podoba się młodzieży, ale u wyborców w okolicach trzydziestki zaczyna dominować niesmak, który w końcu zamienia się w zażenowanie. Zresztą łatwo tutaj wpaść w pułapkę. Młodzież ceni bezkompromisowość. Czy nie będzie więc rozczarowana, że prowokacja zapowiadana jako łamiące tabu i przepisy prawa, palenie jointa z marihuaną w pokoju sejmowym, zamieniła się w rozpalenie zwykłych kadzidełek?

Stara zasada prawa rzymskiego głosi „is fecit cui prodest”, co oznacza „uczynił ten, komu przyniosło to korzyść”. Na tej podstawie, miłośnicy spiskowej teorii dziejów mogliby snuć naprawdę fantastyczne spekulacje, bo nie mam najmniejszych wątpliwości komu służą kolejne odjazdowe występy Palikota. Można by więc podejrzewać, że to Leszek Miller, korzystając z nadprzyrodzonych, telepatycznych możliwości, podsuwa pomysły swojemu konkurentowi do rządu dusz na lewicy. Janusz Palikot jest na najlepszej drodze do stworzenia pierwszej pajdokratycznej partii politycznej. Coraz więcej przemawia za tym, że lewicowy elektorat powyżej trzydziestki pójdzie jednak głosować na SLD. Czyżby na tym właśnie polegał najtajniejszy z tajnych planów Leszka Millera?

sobota, 22 października 2011

Wsi spokojna, wsi wesoła



Malkontenci, marudy, nudziarze i zrzędy wciąż wieszczą jakieś recesje, kryzysy i śmysy. Straszą nas grecką zarazą, która pcha się tu ponoć z Europy. Ale my, defetystom, stanowczo mówimy nie! U nas spokojnie, u nas wesoło, nawet oburzeni, latoś nie obrodzili. Po prostu luzik i cool.

Donald nic nie zrobię Tusk, i cały jego nowy-stary rząd, zgodnie z zapowiedzią, pracują dwa razy szybciej niż dotąd. Premier w pocie czoła mości sobie wygodne leże na drugą kadencję rządów, kombinując jakby tu usiąść jednocześnie na stołku premiera i marszałka sejmu. Koniec końców, na tym drugim zasiądzie per procura. Frasuje się bidny, jak założyć smycz i kaganiec Schetynie, co by ten chodził grzecznie przy nodze i wściekle nie kąsał po kostkach, w zwycięskim pochodzie na karty historii. Błogostan zakłóca jeszcze ten obłudny gajowy z wąsami, co to miał żyrandola pilnować. A tu zhardział, fochy stroi, anse jakieś. Ech… ludziska to wrede są.

Ale nie jest tak źle. Na szczęście są też dobrzy ludzie, którzy zawsze pomogą odciągnąć trochę, tę ujadającą dziennikarską sworę, czepiającą się nogawek spodni. Janusz wbił kły w sejmowy krzyż, ku uciesze gawiedzi zderzając Środy z Niesiołowskimi. Koledzy z PiS-u nie prowadzą rozliczeń powyborczych aż do tego stopnia, że wszyscy z zapartym tchem śledzą nie prowadzenie tych rozliczeń. A po lewej stronie sceny, prawdziwie nowe otwarcie. Lewica stawia na młodych, ale doświadczonych, więc ze studia telewizyjnego nie wychodzi polityk średnio-starszego pokolenia Józef Oleksy. Leszek Mojżesz lewicy Miller, ogrywa kawiorowego Ryśka i z cynicznym uśmieszkiem rozpoczyna długi marsz ku ziemi obiecanej. Co prawda, bardziej przypomina to poczet wyprowadzający sztandar, ale i tak jest fajnie. Zamiast wariantu The Best of SLD, który obstawiałem, zanosi się raczej na last man show. Najwyraźniej przeceniłem chłopaków.

Tymczasem jakieś głąby z Moody's, jednej z trzech największych agencji ratingowych na świecie, grożą nam obniżeniem ratingu kredytowego już na przełomie roku, jeśli miłościwie panujący rząd nie wykombinuje w końcu jakichś reform. Na szczęście, od razu odezwał się chór polityków, z Jerzym Buzkiem na czele, który wyjaśnił nam, że to właśnie wredne agencje ratingowe winne są kryzysu i nie należy im wierzyć ni chu chu. Ufff, co za ulga…

…"Wsi spokojna, wsi wesoła,
Który głos twej chwale zdoła?
Kto twe wczasy, kto pożytki
Może wspomnieć za raz wszytki?"

piątek, 30 września 2011

Napierniczak



Nie pamiętam już kto ukuł ten zgrabny kryptonim dla tandemu Napieralski-Olejniczak, który chwycił stery SLD po klęsce wyborczej w 2005 roku. Wszyscy pamiętamy, że fala tsunami po aferze Rywina, zmyła wtedy ze sceny politycznej całą wierchuszkę starych towarzyszy, z Leszkiem Millerem i Józefem Oleksym na czele.

Nowe otwarcie firmował właśnie Napierniczak. Ale twarzą numer 1 odmłodzonego SLD został chłopaczkowaty Wojciech Olejniczak. Jego miękkość, chwiejność, brak charyzmy aż biły po oczach w zderzeniu ze wspomnieniem byłego szefa twardziela, Leszka Millera zwanego żelaznym kanclerzem lewicy. Nic dziwnego, iż nowy lider za późno się zorientował, że za jego plecami, partner z tandemu, podstępny Grzegorz Napieralski wybudował wewnętrzną opozycję i zamierza przejąć partię. Po kongresie SLD w 2008 roku, Wojtek wylądował w politycznej zamrażarce, czyli w Parlamencie Europejskim, a przebiegły Grześ poobsadzał swoimi ludźmi wszystkie najważniejsze funkcje w strukturach partii. Tandem Napierniczak przeszedł do historii. Szybko się jednak okazało, że charyzma nie należy też do mocnych stron nowego lidera.

I kiedy wydawało się, że w atmosferze histerii, jaka zapanowała po katastrofie smoleńskiej i śmierci Jerzego Szmajdzińskiego, wewnętrznej opozycji partyjnej udało się wpuścić Grzesia na minę czyli start w wyborach prezydenckich 2010 roku, ten wyszedł z tej batalii wzmocniony. Starcie gigantów, czyli pojedynek Komorowski – Kaczyński, powinien był zetrzeć na proch takie miałkie indywiduum jak Napieralski. A tu niespodzianka. Szef SLD uzyskał 13, 7% głosów, co stanowiło trzeci wynik w kraju. Odtrąbiono sukces. Napieralski triumfował a Ryszard Kalisz i Wojciech Olejniczak musieli udać się do Canossy. Do dzisiaj nie rozumiem, jak to możliwe, że te fałszywe uśmiechy, taneczne podrygi z bliźniaczkami, rozdane jabłuszka i kanapki przyniosły tak dobry efekt. Ale stało się.

Wtedy spodziewałem się tego, na co zanosi się dzisiaj. W trwającej kampanii wyborczej, jak by się Napieralski nie ustawił zawsze dupa zostaje z tyłu. Nic nie wychodzi. Prawie każda inicjatywa czy wystąpienie zamienia się w mniejszą lub większą katastrofę. Niesforni wyborcy zadają trudne pytania, córki obrażają się na tatusia przed kamerą, minister Rostowski strofuje jak uczniaka punktując oczywiste niekonsekwencje programowe, Arłukowicz bije na głowę w szczecińskich sondażach i jeszcze ten wredny Palikot, który potrafi być sexi dla lewicowych wyborców w przeciwieństwie do szefa lewicy. Bez wątpienia, Napieralski stał się chłopcem do bicia tej kampanii wyborczej i mam wrażenie, że to już kopanie leżącego. Ciosy, którymi jeszcze niezgrabnie próbuje razić przeciwników chybiają celu. Słania się na nogach, jak Tomasz Adamek w dziesiątej rundzie niedawnego pojedynku z Witalijem Kliczko.  

Skłamałbym mówiąc, że mu współczuję. Kiedy skończy karierę polityczną, zawsze znajdzie zatrudnienie jako wzorzec w Sevres. To modelowy wręcz przykład hipokryty, śliskiego, fałszywego, bezideowego karierowicza politycznego.

A jaki będzie epilog tej nie udanej kampanii Grzegorza Napieralskiego? Być może historia zatoczy koło. Lewicę czeka kolejne nowe otwarcie, które tym razem będzie firmował tercet pod szyldem The Best of SLD. Odświeżona fizjonomia Leszka Millera, lepsza połowa duetu Napierniczak i reprezentant lewicy kawiorowej Ryszard Kalisz. A nad całością będzie unosił się duch Aleksandra Kwaśniewskiego jako patrona tego nowego projektu.


Wygląda na to, że najbardziej odjazdowe spoty wyprodukowali kandydaci SLD. Dzisiaj trochę dłuższy klip, ale warto. Polecam zwłaszcza cztery ostatnie sekundy nagrania:)


piątek, 23 września 2011

Brzydkie kobiety odstraszają wyborców



Nie milkną głosy oburzenia wokół słów Leszka Millera, na temat kobiet w polityce. Dokładnie jego wypowiedź brzmiała: "Jeżeli koło partii kręcą się osoby, kobiety nieatrakcyjne, to jest coś anachronicznego, coś co odstręcza wyborców". I co? Święta racja. Owszem, mało elegancka ale jednak.

Każdy wie doskonale, że to prawda oczywista. Kampania wyborcza wygląda jak dwudziesta edycja programu „Mam talent”, bo dla wyborcy liczy się opakowanie a nie to co jest w środku. Zewsząd partie atakują nas przecież atrakcyjnymi laskami a nie zastępami smętnych kaszalotów. Ale wszechpotężna poprawność polityczna (czyli usankcjonowane kłamstwo w szykownej oprawie) każe twierdzić coś zupełnie innego niż podpowiada zdrowy rozsądek. Oburza się ikona elegancji Jolanta Kwaśniewska, wtóruje jej feministka Joanna Seneszyn, a w „Kropce nad i” pastwi się nad Millerem bezkompromisowa Monika Olejnik. No tak, zapomniałem, przecież wszystkie kobiety są piękne. Żyjemy w czasach, w których woreczek z popiołem zawsze należy nosić przy sobie bo nigdy nie wiadomo kiedy może się przydać do małego aktu ekspiacji.

Ciekawe, że te same panie ciągle domagają się równouprawnienia w każdej dziedzinie życia a jednocześnie wciąż chcą korzystać z przywilejów nierozerwalnie związanych kulturowo z wizerunkiem słabej kobiety, która stale wymaga troski i opieki mężczyzny. Czyż to nie obrzydliwa hipokryzja? Szanowne panie, odrobinę konsekwencji!