Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PJN. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PJN. Pokaż wszystkie posty

środa, 2 stycznia 2013

Bruksela Jest Najważniejsza?



Umiejętność zawierania kompromisów jest w polityce rzeczą cenną. Mam jednak wrażenie że Paweł Kowal z koncyliacyjnością odrobinę przesadza, na co zwrócił uwagę również Marek Migalski (kolega z tej samej partii), recenzując książkę Kowala pt. „Między Majdanem a Smoleńskiem”. Ceną jest tutaj brak wyrazistości, bez której nie można skutecznie funkcjonować w polityce. W odczuciu znacznej większości wyborców, PJN to wciąż PiS light i nie zanosi się na zmianę w tej kwestii.

Dostrzegam różnice między podejściem czysto ideowym a realpolitik, ale kiedy okazuje się, że formacji Kowala jest po drodze praktycznie z każdym, to nie mogę oprzeć się wrażeniu, że owa realpolitik sprowadza się wyłącznie do utrzymania foteli w Brukseli, w ostateczności zajęcia mniej atrakcyjnych stołków w polskim parlamencie. PJN przedstawia się jako partia liberalna gospodarczo i umiarkowanie konserwatywna, lokująca się z prawej strony centrum sceny politycznej. Tymczasem rozważano już koncepcje łączenia się z ultra socjalną Solidarną Polską Ziobry, współpracę z socjalnym i zafiksowanym smoleńsko PiS-em, a także alianse z wypaloną i zgnuśniałą Platformą Obywatelską, która połknęłaby PJN na śniadanie. Teraz, Paweł Kowal chce podjąć inicjatywę Janusza Piechocińskiego i budować z PSL-em (i może też, o zgrozo, z ziobrystami) nowe ugrupowanie o obliczu wolnorynkowym i chadeckim. Wolne żarty. PSL ani nie jest chadeckie, ani tym bardziej wolnorynkowe. Jest korporacją zrzeszającą, pazernych, grabiących do siebie działaczy będących niedoścignionym wzorcem nepotyzmu, kolesiostwa i korupcji czyli tego wszystkiego co odrzuca od polityki normalnych wyborców. Kompletnie się to nie klei. Do zdobycia mandatu w eurowyborach być może wystarczy, ale żadna zmiana jakości w polityce się z tego nie wykluje.

Jedyną sensowną alternatywą dla wyżej wymienionych pomysłów jest stworzenie Partii Republikańskiej skupiającej środowiska bliskie sobie ideowo – PJN, gowinowców, umiarkowanych działaczy Nowej Prawicy - wspierane przez ekonomiczne think tanki, jak Fundacja Republikańska i Centrum im. Adama Smitha. Z pewnością jest miejsce na taką partię. To nie jest łatwy szlak, ale podobno tylko ciasna brama i wąska droga prowadzi do życia, a mało jest takich, którzy ją znają. Prawda, panie Pawle? W każdym bądź razie, tak to wygląda z mojej perspektywy. Paweł Kowal może oczywiście uznać, że i tak niewiele ma do stracenia, oprócz sympatii Hipokrytesa, więc jak się nie ma co się lubi, trzeba polubić nawet PSL.

Co ciekawe, inicjatywa Piechocińskiego niesie znacznie większe ryzyka dla PSL. Z tym, że akurat los tej partii wisi mi kalafiorem. Przede wszystkim, nie wierzę w cudowną przemianę ludowców, anonsowaną przez nowego prezesa. Z punktu widzenia aktywistów PSL poszerzanie bazy wyborczej wcale nie jest pożądanym celem politycznym. Wręcz przeciwnie. Dopuszczenie nowych do koryta jest sprzeczne z żywotnym interesem beneficjentów istniejącego systemu. Ponadto, próby tworzenia szerszej formacji chadeckiej w miejsce dzisiejszej partii ludowej grożą zachwianiem wiary tradycyjnego elektoratu, że to ugrupowanie nadal reprezentuje ich chłopskie interesy widziane dotąd w opozycji do miastowych partii. W tym kontekście ambicje Piechocińskiego mogą się jawić jako szkodliwe fanaberie. Dlatego też, cały projekt wydaje się i tak mało realny. Żeby dokonać fundamentalnego zwrotu potrzebny jest silny przywódca zdolny przeforsować swój projekt, wbrew interesom działaczy. Wątpię, by Janusz Piechociński dał sobie z tym radę. Można więc cnotę stracić, a rubla nie zarobić. Warto, panie Pawle?

piątek, 12 października 2012

Wojna pozycyjna



Rozmaite ruchy w łonie koalicji i wewnątrz PO oraz ich uboczne skutki, wywołują wielkie poruszenie w mediach i wśród komentatorów. Moim zdaniem niesłusznie. To co obserwujemy jest tylko kolejną odsłoną działań zmierzających do politycznej emancypacji Jarosława Gowina i wspierającej go grupy posłów. Gowin już od dawna buduje zaplecze i wzmacnia pozycję lidera frakcji konserwatywnej w Platformie, ponieważ długoterminowo gra na rozłam w partii. Ale do wyborów jeszcze droga daleka, więc krótkoterminowo, secesja mu się nie opłaca.

Dla Donalda Tuska, rozłam jest scenariuszem jeszcze bardziej niekorzystnym. Wobec kruchej większości koalicyjnej, z olimpijskim spokojem i dobrą miną do złej gry, musi znosić coraz większą autonomię Gowina. Nie ma innego wyboru. Spekulacje na temat doszlusowania do koalicji SLD to moim zdaniem bajki o żelaznym wilku. Takie rozwiązanie również nie opłaca się żadnemu z zainteresowanych. Leszek Miller musiałby wziąć odpowiedzialność za rządzenie w głębokim kryzysie, w obliczu gwałtownej radykalizacji nastrojów społecznych, a jako słaby partner i tak miałby niewiele do gadania. Natomiast Tusk, zafundowałby sobie nowy problem ze skonfliktowanymi nawzajem koalicjantami, ryzykując jednocześnie znaczne podniesienie ciśnienia w PO. Jest przecież oczywiste, że taki ruch prowokowałby frakcję konserwatywną. Zamiana Gowina na Millera byłaby modelową wręcz ilustracją przysłowia: zamienił stryjek siekierkę na kijek. Z tych samych powodów nie wierzę w alians z Ruchem Palikota.

Nierealną alternatywą są również przyspieszone wybory parlamentarne. Wobec przecięcia sondaży na korzyść PiS, widmo samobója jakiego w 2007 roku wbił sobie Jarosław Kaczyński, to wystarczające memento dla Donalda Tuska. A więc klincz, co oznacza, że takie tarcia wewnątrz partii rządzącej będziemy nadal oglądać. Takie samo źródło jak w przypadku Gowina, mają harce Waldemara Pawlaka. Skoro koalicjant jest słaby jak nigdy wcześniej, trzeba wykorzystać okazję by wzmocnić własną pozycję i jednocześnie zagrać na nosie premierowi. Ale to wszystko gierki i takie tam strachy na lachy, co potwierdzi jutrzejsze wotum zaufania dla rządu.

Zupełnie inną sprawą jest fakt, że nie podoba mi się okazja, którą wykorzystał Jarosław Gowin by zademonstrować swoją autonomię. Rozumiem, że wybrał głosowanie, które wbrew larum które wszczęto w mediach, nie niesie ze sobą żadnego realnego ryzyka zmiany ustawy aborcyjnej. To Grupiński ośmiesza się passusami w rodzaju, że każdy poseł klubu PO miał prawo zagłosować zgodnie z własnym sumieniem ale umówiliśmy się, że oba projekty zostaną odrzucane. Brzmi jak słynny bon mot Henry Forda, który mówił, że każdy może mieć samochód w dowolnym kolorze pod warunkiem, że będzie to kolor czarny. Z mojego punktu wiedzenia problem leży gdzie indziej.  Akcentowanie akurat tematu aborcji jest złym sygnałem w kontekście nowego projektu konserwatywno-liberalnego, któremu kibicuję. Wspiera oblicze Gowina-Taliba, popychając go w kierunki PiS, Ziobry i Kurskiego, zamiast wzmacniać wizerunek Gowina-liberała gospodarczego gotowego do aliansu z PJN. Wariant numer jeden skazuje przyszłą formację na margines polityczny, nawet w przypadku sukcesu wyborczego. Jarosławie Gowin! Proszę nie iść ta drogą!

sobota, 6 października 2012

Przewrót w sondażach?



Najnowszy sondaż TNS Polska dla programu "Forum" TVP Info wywołał małe trzęsienie ziemi na scenie politycznej. Zmianę lidera w sondażach, po raz pierwszy od pięciu lat, wieszczyło wielu komentatorów. Kilka udanych przedsięwzięć PiS koncentrujących uwagę opinii publicznej na meritum wobec defensywy i marazmu Platformy musiało przynieść efekt. Natomiast skala tej zmiany (6% na korzyść PiS) zaskoczyła wszystkich. Można oczywiście wybrzydzać na małą reprezentatywność sondażu, wskazywać, że dopiero kolejne badania pokażą ewentualnie zmianę trendu, przypominać, że do wyborów parlamentarnych jeszcze 3 lata. To wszystko prawda, jest to jednak wydarzenie symboliczne, które może dać sporo wiatru w żagle partii Jarosława Kaczyńskiego. Ale najważniejsze jest jednak co innego. Ten sondaż znacznie więcej mówi o PO niż o PiS. Dzieje się to, co przewidywałem od dawna. Słabe rządy Donalda Tuska, pozbawione wizji i prawdziwej woli zmian nawet w obliczu kryzysu ekonomicznego w Europie rozczarowały wyborców Platformy Obywatelskiej. Przede wszystkim tych, którzy w ostatnich wyborach oddali na nią głos, w istocie głosując przeciw PiS. A przecież dopiero zaczynamy pogrążać się w kryzysie. Ekonomiści, od prawa do lewa są zgodni, że rok 2013 będzie dla Polski znacznie gorszy niż obecny. Mało kto widzi dziś w Tusku Mojżesza, który suchą stopą przeprowadzi nas przez Morze Czerwone. Po pięciu latach rządów, oprócz problemu niemożności pojawia się syndrom wypalenia. Nie bez przyczyny kadencja zarządu w spółkach kapitałowych trwa właśnie pięć lat. Po tym okresie brakuje już świeżości i dystansu do własnych pomysłów z początku kadencji, które okazały się chybione. A ławki rezerwowych brak. Ci, którzy mogliby na niej siedzieć (Rokita, Gilowska, Olechowski, Piskorski) padli ofiarą partyjnych czystek. Pozostały miernoty.

Niezależnie od korzystnego sondażu dla PiS podtrzymuję tezę, że to ugrupowanie ma bardzo małe szanse na objęcie władzy. Łatwo jest dać Tuskowi prztyczka w nos wskazując w sondażu na znienawidzonego konkurenta, trudniej zagłosować w ten sam sposób w wyborach. Żółta kartka nic nie kosztuje a czerwona może oznaczać realizację przysłowia „na złość babci odmrożę sobie uszy”. Uważam, że wynik wyborczy w znacznym stopniu nadal będzie determinował strach przed rządami Jarosława Kaczyńskiego. Awans w sondażach, wzmacniając pewność siebie lidera, prędzej czy później obudzi demony, z którymi kojarzy się PiS. Nie wierzę po prostu, że Jarosław Kaczyński przestanie być Jarosławem Kaczyńskim, tak samo jak Janusz Korwin Mikke nie przestanie być sobą co trwale skazuje go na marginalizację w okolicach 2% poparcia.

W ten sposób dochodzimy do kluczowego wniosku. Tego samego, który puentuje mój poprzedni wpis. Sytuacja dojrzewa do powołania nowej formacji politycznej, która zbierze rozczarowanych centroprawicowych wyborców PO (lewicowych weźmie Palikot albo Miller) z poprzednich wyborów i tych, którzy ostatnio nie głosowali ponieważ po klęsce idei POPiSu już wcześniej zniechęcili się do obu tych partii. PJN najwyraźniej nie radzi sobie w tej roli. Potrzebny jest nowy projekt pozbawiony brzemienia skojarzeń z PiS-em, Kluzik-Rostkowską i całym tym kompromitującym bałaganem, który jest grzechem pierworodnym tego ugrupowania. Dotąd sądziłem, że z uwagi na odległy dystans do wyborów nie ma się z tym co spieszyć. Szkoda byłoby stracić walor świeżości. Jeśli jednak podobny wynik sondażowy utrzyma się w kolejnych badaniach trzeba zacząć działać. Inaczej, może się okazać, że mimo zasiedzenia na roponośnej działce, jak to barwnie określił Marek Migalski, kto inny otrzyma licencję na dokonanie odwiertów.

poniedziałek, 1 października 2012

A mnie z wami nie po drodze



Nie jestem zwolennikiem rozmemłanej Platformy Obywatelskiej. Nie jestem entuzjastą miernych rządów Donalda Tuska. Ale nie jestem też fanem katolicko-socjalnej opozycji, która wczoraj maszerowała w Warszawie. I nie przyjmuję do wiadomości, że realny wybór to alternatywa między tymi dwiema wizjami Polski. To politycy obu zwalczających się formacji i sekundujące im media utrwalają ten fałszywy obraz rzeczywistości przekonując nas, że albo my albo oni, albo jesteś z nami albo przeciw nam. W tym kontekście, nie ma większego znaczenia pod jakimi hasłami zorganizowano ten marsz. Chodziło przede wszystkim o to, by zmierzyć swoją siłę i to się udało. Ale „budzenie Polski” pokazało też kilka innych rzeczy.

Determinacja i status quo
Cykliczne zwieranie szeregów z pewnością dyscyplinuje elektorat, a tak liczna manifestacja jak sobotni marsz musi budować poczucie siły. Determinacja środowisk skupionych wokół PiS i Radia Maryja rośnie, a w zderzeniu z kryzysem ekonomicznym, który nas nie ominie, potężne ciśnienie społeczne musi znaleźć ujście. Nie sądzę jednak by determinacja ta przekładała się na rosnącą liczbę sympatyków Prawa i Sprawiedliwości. Wszyscy ci, których mogła przyciągnąć narracja Jarosława Kaczyńskiego od dawna już głosują na jego partię. Dla coraz liczniejszej grupy rozczarowanych rządami Platformy, retoryka zdrady narodowej, spiskowe teorie katastrofy smoleńskiej, związki z Radiem Maryja, stanowią obciążenie nie do zaakceptowania. Stąd bierze się ta bezprecedensowa odporność Tuska w obliczu kolejnych mielizn i raf.

Triumwirat
W tej części sceny politycznej, którą kompletnie bez sensu przyjęło się w Polsce nazywać prawicą, coraz wyraźniej krystalizuje się triumwirat przywódczy silnych osobowości: Kaczyński-Rydzyk-Duda. To bardzo ciekawy układ współzależności. Z jednej strony Jarosław Kaczyński, który jest zakładnikiem ojca Tadeusza Rydzyka, z drugiej Rydzyk, który  wie, że lojalność swoich wyznawców musi dzielić z Kaczyńskim. Zmiana aliansów, gdyby chciał ją przeprowadzić nie zostałaby zrozumiana przez radiomaryjny elektorat. W najlepszej sytuacji jest Piotr Duda, który póki co ma największe pole manewru. To o jego poparcie trzeba będzie zabiegać co musi oznaczać eskalację socjalnych żądań. Paradoksalnie, to co cementuje siłę wspierającą PiS, tworzy jednocześnie spory dyskomfort dla Kaczyńskiego, który bardzo by chciał mieć monopol na rząd dusz na socjalnej prawicy.

Na politycznym oucie
Sobotni marsz, w pełnej krasie ujawnił porażkę koncepcji politycznej Solidarnej Polski. Zbigniew Ziobro już się nie liczy w tej grze, co zresztą nie jest dla mnie żadną niespodzianką. Jeszcze w kwietniu, kiedy drżącym głosikiem próbował zapanować nad tłumem był w ringu, choć słaniał się na nogach. Teraz patron z Torunia zadał nokautujący cios odmawiając mu prawa do wystąpienia przed zgromadzonym tłumem. Ziobryści nie mają kompletnie nic do zaoferowania. Są tylko słabym, groteskowym PiSikiem, z przywódcą kompletnie pozbawionym charyzmy. Jedyna realna różnica to miękki kurs w sprawie katastrofy smoleńskiej co wbrew pozorom może ich tylko pogrążyć. Dla elektoratu spod znaku Radia Maryja to błąd ocierający się o zdradę, a dla innych i tak nie ma znaczenia wobec reputacji Kurskiego i Ziobry, uosabiających wszystkie słabości PiS-u.

Alternatywa
Z jednej strony okopany na swoich pozycjach PiS, z drugiej gnijąca Platforma Obywatelska. Dokąd pójdą wyborcy, którzy kolejny raz nie oddadzą głosu PO, w istocie głosując przeciw PiS? Scenariusz powstania nowego konserwatywno-liberalnego ugrupowania pomiędzy tymi partiami, czemu od dawna kibicuję, wygląda bardziej realnie niż kiedykolwiek wcześniej. Widmo rozłamu w PO zbliża się nieuchronnie, politolodzy wreszcie zauważyli wolne miejsce na scenie politycznej, publicyści coraz częściej snują rozważania jak je wypełnić. Dzisiaj wydaje się, że oferta polityczna oparta o PJN i  przyszłych secesjonistów z Platformy pod wodzą Jarosława Gowina jest już tylko kwestią czasu. Warunkiem powodzenia takiego projektu jest spójność programu i profilu politycznego osób tworzących nową formację. Dlatego też przestrzegam! Socjaliści od Ziobry pasowaliby tu jak pięść do nosa, ich udział może zniweczyć cały projekt. A ja znowu nie miałbym na kogo głosować.

piątek, 27 kwietnia 2012

Go Win?



Jarosław Gowin, powoli wyrasta na lidera środowiska konserwatystów, rozproszonego dziś w wielu ugrupowaniach. Kiedy mimo braku merytorycznego przygotowania kandydata, Donald Tusk powołał go na stanowisko ministra sprawiedliwości, wydawało się, że jest to element podstępnego planu premiera. Wrzucenie na barki wewnętrznego recenzenta poczynań rządu ciężaru, którego ten nie da rady udźwignąć, miało osłabić jego wpływy w partii. Tymczasem, Gowin niespodziewanie wciąż wzmacnia swoją pozycję. Energicznie zaangażował się w projekt deregulacji, co przyniosło mu sporo popularności ponad podziałami partyjnymi, a jednocześnie wcale nie zrezygnował z roli recenzenta. Z wyżyn ministerialnego fotela jego głos odrębny brzmi jeszcze donośniej. Tak było, gdy skrytykował wniosek PO o Trybunał Stanu dla Jarosława Kaczyńskiego i Zbigniewa Ziobro, kiedy poparł projekt klubowego kolegi w sprawie klauzuli sumienia dla farmaceutów, a także wtedy, gdy sprzeciwił się ratyfikacji konwencji Rady Europy o zwalczaniu przemocy wobec kobiet. 

Dalsze osłabienie Platformy przy jednoczesnym wzmocnieniu Gowina, może zaowocować nowym projektem politycznym. Byłaby to kolejna próba zagospodarowania przestrzeni politycznej między PO i PiS, której niestety nie potrafi zająć PJN. Sondaż CBOS-u sprzed dwóch dni, pośrednio potwierdza moją tezę o tym, że taka przestrzeń faktycznie jest. Wynika z niego, iż 15% ankietowanych uważa, że to PJN najlepiej wyraża ich interesy i poglądy. Potencjał więc istnieje, trzeba tylko umiejętnie go wykorzystać. Jeśli nie PJN, być może zrobi to Gowin. Zwłaszcza, że ma dziś najsilniejszy mandat do tego, by skupić wokół siebie polityków o konserwatywnych poglądach.

I tu zaczyna się mój problem. Od dawna wspieram projekt budowy konserwatywno-liberalnego ugrupowania na prawicy, ale mam poważne wątpliwości, czy taką formację zbuduje Jarosław Gowin. Na dobrą sprawę, trudno nawet określić jakie poglądy ekonomiczne ma obecny minister sprawiedliwości. Miałem nadzieję, że centrum tworzenia tego projektu jednak stanowić będą Kowal, Migalski i Poncyliusz. W PJN, podoba mi się oparcie liberalnego programu gospodarczego na fundamencie tradycyjnych wartości, ale bez przesadnego eksponowania kwestii światopoglądowych. Wiodąca rola Gowina oznacza przesunięcie akcentów i dominację problemów ideowych nad sprawami gospodarczymi. Takie odwrócenie proporcji, przypomina mi sposób funkcjonowania w polityce Marka Jurka, którego nie jestem admiratorem. Uważam, że koncentracja na sprawach światopoglądowych przekreśla możliwość zbudowania nowoczesnej formacji prawicowej. Poza tym, istotnie ogranicza potencjał wyborczy i niebezpiecznie zbliża do PiS-u i Solidarnej Polski. Szacunek dla tradycyjnych wartości to jedno, a uczynienie z nich głównej osi prowadzonej polityki to drugie. Obawiam się więc, że oblicze formacji stworzonej przez Jarosława Gowina może być dość odległe od mojej wizji konserwatywno-liberalnej prawicy.

poniedziałek, 23 kwietnia 2012

Maszerować też trzeba umieć


Fot. PAP/Tomasz Gzell

Nie wszystkim politykom, uczestniczącym w marszu zorganizowanym w obronie Telewizji Trwam, maszerowanie wyszło na zdrowie. Głównym przegranym wczorajszej imprezy został nieoczekiwanie Zbigniew Ziobro. Szef Solidarnej Polski pokazał coś, co dla mnie od zawsze jest oczywiste – absolutny brak charyzmy. Pokazał również, że w pobliżu Jarosława Kaczyńskiego ulatnia się gdzieś jego pewność siebie, wpada w panikę, głos mu się łamie i z dumnego Zbigniewa robi się spietrany Zbysio. Żałośnie wyglądał ten występ w kontekście prezydenckich ambicji lidera Solidarnej Polski.

Po wczorajszej manifestacji widać już wyraźnie w jak trudnej sytuacji jest Zbigniew Ziobro. Podział środowiska Prawa i Sprawiedliwości na PiS i Solidarną Polskę, od początku był sztuczny. Formacje te, prawie niczym się od siebie nie różnią. Powstały w wyniku ambicjonalnego sporu liderów, dotyczącego stylu działania partii, a nie meritum programowego czy kwestii ideologicznych. Wszystko to, ujawniło się teraz w pełnej krasie. Solidarna Polska, z Ziobrą, Kurskim i socjalnymi hasłami lewicy, nie ma żadnych szans na zajęcie miejsca między PiS a Platformą Obywatelską. Wczorajszy dzień pokazał, że równie kiepsko rysują się perspektywy przy prawej ścianie sceny politycznej. Dla radykałów, Ziobro w porównaniu z Kaczyńskim jest nikim. Reakcja demonstrantów na przemówienie lidera SP to świetna ilustracja tezy, którą w książce „Koniec PiS-u” postawił Michał Kamiński. Po katastrofie smoleńskiej, twardy radiomaryjny elektorat, związał się emocjonalnie z Jarosławem Kaczyńskim nie mniej silnie, niż związany jest z ojcem Tadeuszem Rydzykiem. Dlatego, Ziobro nie ma co marzyć o przejęciu tych wyborców. Jednocześnie, sytuacja ta cementuje Kaczyńskiego z Rydzykiem, który musi zdawać sobie sprawę, że nie ma już takiej swobody żonglowania poparciem politycznym, jak w przypadku swoich wcześniejszych faworytów. Do problemów Ziobry, doszedł wczoraj jeszcze jeden. Dał się ograć prezesowi PiS, który apelem o jedność, sprytnie przerzucił na niego odpowiedzialność za rozpad obozu socjalnej prawicy. Pole działania jest więc niewielkie. Do wyborów jednak ponad trzy lata, więc ziobryści mogą liczyć na bardziej sprzyjającą koniunkturę polityczną. Gdyby na przykład, Jarosław Kaczyński zdecydował się odejść w cień, przekazując stery partii komu innemu, politycy Solidarnej Polski zyskaliby szansę na powrót do macierzystej formacji bez utraty twarzy.

Wszystko to przywodzi na myśl jeszcze inną refleksję. Przepaść między Platformą Obywatelską a PiS i SP, jest dziś tak wielka, że trudno sobie wyobrazić istnienie elektoratu, który mógłby przenosić swoje poparcie między tymi dwoma, wrogimi wobec siebie obozami. A przecież nie zawsze tak było. W wyborach 2005 roku, wielu wyborców głosowało na zapowiadaną koalicję POPiS i znaczna część z nich była skłonna głosować na oba te ugrupowania. Co się z nimi stało? Spodziewam się, że wobec tak wyraźnej radykalizacji PiS zdążyli się już wykruszyć z elektoratu tej partii. Z braku rozsądnych alternatyw popierają więc PO, albo nie głosują wcale. I to jest przestrzeń polityczna, którą można zagospodarować. Z pewnością większa niż 2%, które uzyskał w ostatnich wyborach PJN. Ciekawe, że media zdają się tego nie dostrzegać. Wciąż prowadzone są dywagacje na temat szans ziobrystów, podczas gdy ekipę Pawła Kowala de facto już pogrzebano. Cóż, dla dziennikarzy nie istnieje polityka poza parlamentem. Niestety również PJN, mimo imponującej aktywności lidera w sferze polityki zagranicznej, nie ma pomysłu jak wykorzystać okazję. Potwierdzają to wyniki ostatniego sondażu CBOS-u. PJN otrzymał tylko 1% poparcia, wobec 3% uzyskanych przez Kongres Nowej Prawicy Janusza Korwina-Mikkego. Szkoda, bo w przeciwieństwie do KNP, formacja Kowala, Migalskiego i Poncyliusza ma jeden wielki atut - możliwość zaakceptowania przez mainstream.

czwartek, 12 kwietnia 2012

Łatwe pieniądze



Każda inicjatywa, uderzająca w partykularne interesy partii politycznych zawsze, w pełnej krasie, obnaża hipokryzję polityków. Wszystkie ugrupowania sejmowe, jak jeden mąż, odrzuciły projekt Ruchu Palikota dotyczący zmiany zasad finansowania partii politycznych. Zamiast dotacji budżetowej, w wysokości zależnej od wyniku wyborczego (pod warunkiem, że partia przekroczyła próg 3% głosów), zaproponowano odpis podatkowy w wysokości 1%, na wzór rządowego planu  finansowania Kościołów i Związków Wyznaniowych. Warto zwrócić uwagę, że podobny pomysł, miesiąc temu zgłosił PJN. Z tym, że ich propozycja była bardziej wstrzemięźliwa – 0,3% podatku. Nie wdając się w rozważania na temat wielkości odpisu, sama idea jest bardzo ciekawa. Szkoda, że w Platformie Obywatelskiej nie widać jej entuzjastów. Przecież w 2008 roku, PO występowała z takim samym projektem, a w jej programie politycznym znajdował się postulat całkowitej rezygnacji z subwencji budżetowych na rzecz partii. Tylko, że to były zagrania czysto piarowe, bez szansy na realizację w Sejmie poprzedniej kadencji. Teraz, kiedy wystarczyłoby poprzeć projekt Palikota, by zmiana reguł gry stała się faktem, Platforma jest przeciw. Nie przeszkadza to politykom tej partii dowodzić, że odpis podatkowy jest sprawiedliwym systemem finansowania Kościoła. Podręcznikowy przykład moralności Kalego. Sprawa przeszła niestety bez większego echa w mediach. Poza obchodami rocznicy smoleńskiej, nie było wczoraj interesujących tematów dla dziennikarzy. Jarosław Kaczyński niepodzielnie zawładnął poświąteczną częścią tygodnia.

Ja natomiast uważam, że warto przyjrzeć się bliżej tej propozycji. Zalety są spore. W dzisiejszym systemie, vox populi liczy się tylko przy urnie wyborczej. Potem przez cztery lata politycy mają nas w nosie. Nikt się nie przejmuje realizacją obietnic wyborczych, skoro do następnej elekcji taki szmat czasu. Pamięć ludu jak wiadomo jest krótka, więc podczas kolejnej kampanii da sobie wcisnąć te same brednie. Coroczny odpis podatkowy to bacik w ręku wyborcy, możliwość bieżącej oceny działalności wybrańców narodu. Zmianę preferencji wyborczych partie odczuwałyby bardzo szybko we własnej kiesie. Zapewne mniej gruszek na wierzbie wyrastałoby wtedy w kampanii wyborczej, a politycy musieliby się nauczyć ważyć słowa i czyny. Drugi argument jest nie mniej ważki. Partie polityczne są też poza Sejmem. Dlaczego z moich podatków mają być finansowane wyłącznie ugrupowania sejmowe, skoro nie głosowałem na żadne z nich? Mało tego, działalność niektórych uważam wręcz za szkodliwą. Chcę mieć możliwość adresowania środków finansowych do każdej partii, bez względu na to czy jej przedstawiciele zasiadają w Sejmie czy nie. To dobry sposób na przewietrzenie polskiej sceny politycznej.

Nasuwają się też wątpliwości. Sympatie polityczne to znacznie bardziej wrażliwe dane niż deklarowane wyznanie religijne. Podziały polityczne są tak głębokie, a emocje z nimi związane tak wielkie, że w wielu sytuacjach ujawnienie swoich preferencji może być groźne. Władza i urzędnicy państwowi, którzy mają realny wpływ na nasze życie nie powinni mieć dostępu do tych informacji. Podobnie pracodawcy. Nie mam zielonego pojęcia w jaki sposób można byłoby uporać się z tym problem. Według propozycji PJN, podatnik składałby PIT 0 (zero), w którym deklarowałby partię beneficjenta, co jakoby miałoby zapewniać anonimowość. Nie wyjaśniono jednak jak ten mechanizm miałby działać. To największa słabość tego projektu, zwłaszcza że tajne głosowanie gwarantuje konstytucja. Zapewne też, zwolennicy urawniłowki podniosą larum, że procent podatku od wynagrodzenia menadżera to zupełnie inne pieniądze niż procent pensji pielęgniarki, czy emerytura tokarza. Stąd już tylko krok do zarzutu promowania korupcji politycznej. Zupełnie się z tym nie zgadzam. Dobrze zarabiających menadżerów jest znacznie mniej niż pielęgniarek. Dlaczego mam wspierać partie, które realizują program godzący w moje interesy? Nie jestem masochistą.

Wygląda na to, że nie odbędzie się nawet dyskusja w mediach na ten temat. Szkoda, bo jakieś zmiany w ustawie o finansowaniu partii politycznych powinny zostać wprowadzone. Przynajmniej partycypacja w subwencjach wszystkich partii, które startowały w wyborach. Swoją drogą ciekawe, że wszyscy ci politycy, nieustannie wycierający sobie gębę demokracją, nie uważają, że istnienie progu 3%, decydującego o finansowaniu z budżetu, jest sprzeczne z regułami demokracji. 

wtorek, 13 marca 2012

Pawle Kowalu i PJN-ie, nie idźcie tą drogą!



„Jeżeli będą przedterminowe wybory, to czas pomyśleć o wspólnej liście z PiS czy Solidarną Polską. Jeżeli chce się wygrać, to trzeba pójść wspólnie. (…) Dziś niech każdy kształtuje swoją tożsamość. Musimy bronić rodziny, wolności, wolnego rynku. To są nasze wartości. Nie możemy pozwolić, by ktoś nam je odebrał.”

Niemalże udławiłem się śniadaniem, czytając te słowa, wypowiedziane przez Pawła Kowala w TVN24. I to z trzech powodów. Po pierwsze, pomysł by wiązać się z PiS-em budzi mój niesmak. Po drugie, naprawdę trudno jest zmieścić tyle niedorzeczności w ledwie pięciu zdaniach. Po trzecie, uważałem dotąd Pawła Kowala za bardzo zdolnego polityka, w którym pokładałem nadzieję na zmiany w polskiej polityce. Ale po kolei.

Tożsamość

Przyczyną wyborczej porażki PJN, oprócz destrukcji w łonie tej partii i nie dającej się niczym usprawiedliwić wolty Joanny Kluzik Rostkowskiej, która długo jeszcze będzie stanowić wzorzec absolutnego dna w polityce; było postrzeganie PJN jako przybudówki PiS-u. Wygłaszając takie opinie, Paweł Kowal potwierdza, że ta ocena była prawdziwa, że jego ugrupowanie było i będzie wyłącznie przybudówką partii Jarosława Kaczyńskiego. W ten sposób, PJN nie zbuduje swojej własnej tożsamości, ponieważ może ona powstać tylko w dystansie do PiS-u. Inaczej, ta formacja nikomu do niczego nie jest potrzebna. Trzymanie się spodni Kaczyńskiego odbiera jej szansę na konserwatywno-liberalnych wyborców. Tych, na których nie może liczyć Prawo i Sprawiedliwość, ani Solidarna Polska. W tej sprawie nie da się zjeść ciastka i mieć ciastko.

Naiwność

Owszem, Donald Tusk ma kłopoty ale to jeszcze nie jest powód do rozpisywania wcześniejszych wyborów we wrześniu. Zakładając nawet utratę większości przez koalicję PO-PSL, znacznie bardziej prawdopodobnym wariantem jest trwanie obecnego rządu z cichym wsparciem Palikota. Zresztą, brak siły sprawczej to wygodne alibi dla kontynuacji polityki zaniechać. Tak czy inaczej, werdykt wyborczy najpewniej wzmocniłby lewicę, co ani Platformie, ani PiS-owi się nie opłaca.

Rejterada

Trudno mi uwierzyć w polityczną naiwność Pawła Kowala. Jeżeli wygłasza tak kontrowersyjne opinie (wspólna lista wyborcza z PiS-em, godząca w budowaną tożsamość PJN), przy tak wątpliwej okazji, jak mało poważne spekulacje na temat przyspieszonych wyborów, to wydaje się oczywiste, że musi to służyć innym celom. Być może, Kowal potraktował tę okoliczność jako pretekst, by wysłać sygnał Jarosławowi Kaczyńskiemu, że jest gotów zrezygnować z ambicji tworzenia własnej formacji. Wygląda to jak zapowiedź pielgrzymki do Canossy, jak przygrywka do operacji posypania głowy popiołem, a przynajmniej otwarcie rozmów o powrocie na łono PiS. Ja wiem, że polityka i prostytucja to pokrewne sobie profesje, przyznaję jednak, iż akurat Pawła Kowala nie chciałbym znaleźć w politycznym lupanarze. Zwłaszcza, że dla twardego elektoratu PiS, politycy PJN pogardliwie nazywani PJoNkami, zawsze już będą renegatami, zdrajcami i sprzedawczykami.

Wolny rynek

Mówienie jednym tchem o wolnym rynku i wiązaniu się z PiS-em to czysta groteska. PiS jest partią etatystyczną, jawnie odżegnującą się od liberalnych rozwiązań gospodarczych, wspierającą roszczenia związków zawodowych, zainteresowaną wzmacnianiem roli państwa w życiu obywateli. 

Konkluzja

Wypowiedź Pawła Kowala jest świadectwem grzechu pierworodnego PJN. Obnaża kierunek, którego obawiałem się od samego początku istnienia tej formacji. Już przecież wcześniej pojawiały się niepokojące symptomy, jak koncepcje wiązania się z ziobrystami. Okazuje się, że pępowina z byłą partią nie została odcięta (modne określenie). Zamiast bajać na temat wcześniejszych wyborów i snuć wizje wspólnych list wyborczych z PiS-em, czas najwyższy zająć się pracą u podstaw, działać jako zespół. Dzisiaj PJN to grający na siebie soliści: Paweł Kowal i Marek Migalski. Nic więcej. Należy szukać wsparcia w środowiskach związanych z Kongresem Nowej Prawicy, namówić do współpracy Jana Rokitę. Polecam uwadze wywiad z nim, w najnowszym Uważam Rze. Rokita prezentuje poglądy i oceny, które idealnie komponują się z ideą  PJN. I trzymać rękę na pulsie, by korzystając z destrukcji w PO mieć jakąś ofertę dla potencjalnych wychodźców z tej partii. W ten sposób można byłoby podjąć próbę wykreowania reprezentacji posłów w dzisiejszym Sejmie. Tylko, że do tego trzeba stanowić jakąś alternatywę na scenie politycznej.

Panie Pawle, wyjątkowo nie transparentne wyjaśnienia na pańskim blogu ani na jotę nie zmieniają mojego wrażenia. Publicystykę proszę zostawić Markowi Migalskiemu, który radzi z nią sobie znacznie lepiej.

Poza tym uważam, iż nazwa PJN powinna zostać zmieniona!

środa, 8 lutego 2012

Pogłoski o śmierci PO są mocno przesadzone


Obraz Jacka Yerki "Prywatna fala"

Wciąż czytam triumfalne wieszczenia końca dominacji Platformy Obywatelskiej. Wyspecjalizował się w nich między innymi Marek Migalski. W kolejnych wpisach na swoim blogu („PO – to już koniec!”, „Co po PO?”, „PO – kronika zapowiedzianej śmierci”) snuje wizje wewnętrznego rozkładu Platformy i upatruje w tym wielkiej szansy dla swojej partii. Jest bardzo pewny swego:

„Z każdym dniem coraz bardziej to widać, słychać i czuć (że Platforma się kończy). Kto tego nie rozumie, nie powinien zajmować się polityką. CI którzy twierdzą, że nic się nie dzieje, że Tusk nie przez takie zawirowania przechodził, że nie takie kryzysy przezwyciężał, ośmieszają się i będą w przyszłości wykpiwani jak ci, którzy na jesieni 1991 roku twierdzili, że Związek Radziecki pokona wolny świat.”

Lubię teksty Marka Migalskiego, uważam, że jest znacznie sprawniejszym publicystą niż politykiem, zgadzam się z większością spostrzeżeń zawartych w przywoływanych wpisach, a jednak wyciągam z nich inne wnioski.

Tak, to prawda. Donald Tusk jest dziś poturbowany jak nigdy wcześniej. Stracił wiele z wizerunku politycznego króla Midasa, który każdy problem jest w stanie zamienić w dobry PR. Gdyby wybory odbywały się wiosną, miałby twardy orzech do zgryzienia, choć wcale nie stałby na straconej pozycji. Ale do wyborów mamy jeszcze prawie 4 lata rejsu rozklekotaną łajbą, płynącą przez wzburzony, nawiedzany sztormami ocean. W tym kontekście, to co dzieje się dzisiaj nie ma tak wielkiego znaczenia. Donald Tusk odniesie jeszcze nie jedną ranę, rząd nie jeden raz się skompromituje, ale to wcale nie oznacza przewrotu na scenie politycznej. Mandatem do sprawowania władzy przez PO, nie są sukcesy Donald Tuska w roli premiera tylko strach przed PiS-em. Paraliżującym strachem spętane są media tworzące przekaz, w którym zwycięstwo PiS byłoby narodowym kataklizmem. Ten strach, każe wybaczyć każdy błąd w imię wyższej racji. To psychoza, ale trzeba przyznać uczciwie, że PiS zapracował sobie na rolę czarnego luda. Jarosław Kaczyński jest, bez wątpienia, największym sojusznikiem Donalda Tuska. Warunkiem dokonania zmian jest rozpad dwubiegunowej sceny politycznej. Dopóki będzie istniał PiS w obecnym kształcie, z Jarosławem Kaczyńskim na czele, Donald Tusk może czuć się bezpiecznie. Litania kolejnych wpadek spowoduje jedynie zmianę motywów poparcia dla jego rządów. W coraz mniejszym stopniu miłość, w coraz większym wyrachowanie. Z punktu widzenia sprawowania władzy nie ma to jednak większego znaczenia. Strach jest najlepszym spoiwem. Dopiero na gruzach PO i PiS będzie możliwe nowe otwarcie.

Tu dochodzimy do kolejnej kwestii, która rodzi optymizm pana Migalskiego, choć moim zdaniem, póki co, nie ma ku temu nawet najmniejszych podstaw. Kto miałby być beneficjentem klęski PO? Platforma jest dzisiaj bezideową korporacją, w której znaleźć można wszystkie środowiska polityczne. Część z nich, mają szansę przejąć Janusz Palikot i SLD, ale co z centrum i tak zwanym prawym skrzydłem Platformy, które teoretycznie mógłby zagospodarować PJN? Nie widzę dziś żadnej aktywności tej partii. Każdy z jej rozpoznawalnych członków gra na siebie. Paweł Kowal, wyspecjalizował się w polityce wschodniej i powoli buduje pozycję eksperta również w sprawach europejskich, wyraźnie dystansując się od polskiego grajdołka politycznego. Publicystyka Marka Migalskiego utrwala jego odrębność. Paweł Poncyliusz w ogóle zniknął ze sceny, poza Sejmem dopadła go proza życia. Michał Kamiński, w PJN jest chyba tylko przez pomyłkę. Jego kuriozalne one man show i nie przyzwoite umizgi do PO robią fatalne wrażenie. Panie Marku! Nie tworzycie żadnej alternatywy politycznej. Jeżeli sądzi Pan, że pospolite ruszenie i medialne ADHD, na pięć minut przed wyborami, pozwoli wam wejść do pierwszej ligi, to jest Pan naiwny. W Polsce brakuje, rozsądnej, konserwatywno-liberalnej opozycji, która będzie miała własny pogląd w każdej ważnej sprawie, miast w czambuł krytykować wszystkie posunięcia rządu. Ale wy nie chcecie nią być. Konserwatywno-liberalni wybory PO nie mają dokąd pójść.

Moja rada. Zamiast upajać się wizją agonii PO, zajmijcie się pracą u podstaw. Zacznijcie działać na rzecz nowego projektu politycznego jako zespół. I zmieńcie ten obciachowy szyld. PJN kojarzy się z PiS-em, Kluzik-Rostkowską i całym tym kompromitującym bałaganem, który jest grzechem pierworodnym tej formacji. Po co dźwigać to brzemię?

środa, 7 grudnia 2011

Przyszłość Europy nie jedno ma imię



W najbliższym czasie czeka nas fundamentalna dyskusja na temat kształtu Europy i przyszłości Polski w Europie. Ewentualne pogłębienie integracji będzie wymagało zmian konstytucyjnych. Efektem silnie spolaryzowanej sceny politycznej jest dominująca narracja profederacyjna, oparta na założeniach przedstawionych przez ministra Sikorskiego w Berlinie, której wtórują mainstreamowe media; zderzona z emocjonalną reakcją PiS-u, niezdolnego do merytorycznej dyskusji na ten temat. W ten sposób tworzy się fałszywy przekaz, że alternatywa sprowadza się do wyboru między Platformą Obywatelska a Prawem i Sprawiedliwością. Zgodnie z tą wizją, PO to nowoczesna i zamożna sfederowana Europa, podczas gdy PiS reprezentuje XIX-wieczny zaścianek z obsraną krową przywiązaną postronkiem do chałupy pokrytej słomianą strzechą.

W tej głośnej awanturze, w jazgocie idiotycznych, nie mających końca, potyczek słownych na temat marszów, trybunałów i rezerwatów indiańskich, bardzo słabo przebija się głos innych środowisk konserwatywnych, które wcale nie mówią „nie” Europie. Bardzo mnie cieszy aktywność, jaką przejawia w tej sprawie PJN. Na 20 grudnia, Paweł Kowal zapowiedział seminarium z udziałem przedstawicieli środowisk prawicowych, podczas którego przedstawią one swoje stanowiska w sprawie przyszłości UE: "Chcemy pokazać, także europejskiej opinii publicznej, że w Polsce oprócz hiperfederacyjnej wizji ministra Sikorskiego są też inne poglądy na integrację europejską, nie gorsze, a być może bardziej realistyczne" - mówił szef PJN.

Paweł Kowal, w wystąpieniu wygłoszonym na forum Fundacji im. Kazimierza Pułaskiego w Warszawie, zaprezentował też swoją odpowiedź na projekt ministra Sikorskiego. Przede wszystkim, jest to najbardziej obszerne, merytoryczne, dotykające konkretnych rozwiązań stanowisko jakie zostało zaprezentowane opinii publicznej w sprawie przyszłości Unii Europejskiej i miejsca Polski w tej wspólnocie. Autor sięga w nim do czynników stanowiących genezę dzisiejszego kryzysu, polemizuje z tezami federacjonistów, a także przedstawia własny kierunek myślenia o integracji. Ten materiał ma znacznie bardziej analityczny charakter niż tezy Sikorskiego. Tym samym, twierdzenie, iż prawica nie przedstawia żadnego konstruktywnego stanowiska, z lubością powtarzana w mediach, nie odpowiada już rzeczywistości. Teraz tylko od mediów zależy, czy ten głos w dyskusji odbije się szerszym echem.

Opinie Pawła Kowala, w znacznym stopniu pokrywają się z moją własną oceną, którą przedstawiłem we wpisach „Kto był naprzeciwko?” i „Federacja albo śmierć?”, choć prezes PJN, jak na polityka przystało, jest znacznie bardziej koncyliacyjny. Z pietyzmem wyłuskuje tezy, które nie stanowią osi sporu i stara się być powściągliwy w kwestiach formalnych, odnoszących się do berlińskiego wystąpienia polskiego ministra spraw zagranicznych, które ja uważam za wielce niefortunne. Wnioski jednak mamy podobne. Z tego obszernego wykładu, chciałbym zacytować stanowisko dotyczące dwóch spraw, które budzą chyba największe kontrowersje. Kwestię unifikacji gospodarczej i kwestię samego modelu federacyjnego.

„Kwestia jednolitego zarządzania polityką gospodarczą i budżetową. Dotyczy to modelu gospodarczego, jaki przyjmie Unia. Wydaje się, że w tym punkcie spór z koncepcją Sikorskiego jest najbardziej zasadniczy. W praktyce mamy do czynienia z dyskusją o tym, na ile ważna jest konkurencja wewnątrz UE. Jasne jest, że słabość współczesnej Unii bierze się właśnie z uśpienia konkurencji wewnętrznej. Jej brak powoduje brak konkurencyjności na zewnątrz, w zestawieniu z Chinami czy USA. W interesie Polski nie leży ujednolicanie podatków. Nie możemy konkurować w infrastrukturze, nie możemy zaoferować śródziemnomorskiego wybrzeża jako miejsca powstania nowej fabryki, nie mamy ani Ikei ani Nokii. Naszą siłą pozostają niskie podatki i niskie koszty pracy.”

„Zdrowy rozsądek nakazuje wyjść poza modele i odnieść się do praktyki, do stanu integracji, w jakim się znajdujemy. Jest to miks metody wspólnotowej (poprzez wspólne instytucje) oraz miedzypaństwowej. W ramach pierwszej powinniśmy poddać krytyce próby poszerzania zakresu regulacji, szczególnie w zakresie gospodarki i nie zgadzać się na nowe; w odniesieniu do drugiej powinniśmy zabiegać o zachowywanie suwerenności tam, gdzie nie musi być ona oddawana lub preferować model warunkowego zrzekania się jej. Czy jest sens na pytanie odpowiadać „nigdy nie”? Nie ma ku temu powodu, mimo, że nie widać na horyzoncie realnych przesłanek za federacją. Nie ulega jednak kwestii, że dzisiaj trzeba powiedzieć federacji „nie”, a na pewno trzeba tak powiedzieć wyobrażonym Stanom Zjednoczonym Europy, bo to droga ku europejskiej utopii.”

Nie wiem, czy z pozycji poza parlamentarnej opozycji można skutecznie prowadzić słyszalny dyskurs polityczny. Nigdy dotąd się to nie udawało, ale dzisiaj jest internet, aktywna blogosfera, niezależne portale polityczne, więc być może są jakieś szanse. Paradoksalnie, okazją jest też intelektualna impotencja PiS-u, który nie potrafi niczego zaproponować, więc niejako walkowerem oddaje pozycję lidera w tej dyskusji. Debata na temat przyszłości Unii Europejskiej to doskonała okazja dla PJN, by zaistnieć w roli konserwatywnej opozycji, merytorycznego partnera w dyskusji, już nie żadnego PiS-u light, co stanowiło gwóźdź do wyborczej trumny, ale samoistnego bytu politycznego. Wielkim atutem jest doświadczenie Pawła Kowala w resorcie spraw zagranicznych, ale bardzo pożądane byłoby wsparcie jakiegoś ekonomicznego think-tanku. W kontekście tej debaty wyraźnie widać, jak bardzo PJN brakuje w Sejmie. Zwłaszcza, że między przesuwającą się na lewo Platformą (niech mi ktoś wytłumaczy różnicę między dzisiejszą PO a SLD anno domini 2001), a walczącym o miejsce przy ścianie podzielonym PiS-em, robi się coraz więcej miejsca.

wtorek, 11 października 2011

Polska znowu bez prawicy



Nie mogę się nadziwić głupocie komentatorów różnej maści, bredzących ciągle o polskiej scenie politycznej zdominowanej przez ugrupowania prawicowe. Jak mantrę, powtarzają tę bzdurę od kilku dobrych lat. Prawo i Sprawiedliwość skrajną prawicą? Niezłe jaja. PiS, z hasłami Polski solidarnej, stojące na straży pro-pracowniczych zapisów kodeksu pracy, wspierane przez Związek Zawodowy Solidarność, z wypisaną na sztandarach ochroną najbiedniejszych i rozmaitych zdobyczy socjalnych, niechętne i nie ufne w stosunku do ludzi zamożnych i przedsiębiorców, jest partią socjalistyczną w nie mniejszym stopniu niż SLD. A ponieważ, to wszystko unurzane jest w narodowo-katolickim sosie, mamy tu klasyczny, narodowo-socjalistyczny model polityczny.

Platforma Obywatelska, z pozycji liberalnych i centroprawicowych, od których zaczynała karierę w opozycji, przekształciła się w bezideową partię władzy, molocha w którym znaleźć mogą się wszyscy. I Bartosz Arłukowicz i Joanna Kluzik-Rostkowska, Marian Krzaklewski i Danuta Hubner, Jarosław Gowin i Dariusz Rosati a w przyszłości może nawet Roman Giertych? W efekcie, PO jest partią konformistów, zainteresowanych przede wszystkim własną karierą polityczną. To są te same motywacje, które popchnęły młodego Kwaśniewskiego, Szmajdzińskiego, Jaskiernię (ktoś jeszcze pamięta to nazwisko?) et consortes, w ramiona PZPR-u w latach 70-tych. Nazywanie PO prawicą jest kpiną.

Istniejące partie prawicowe, a raczej kanapy polityczne, wegetują gdzieś na marginesie sceny politycznej, poza parlamentem. Naprawdę czas na sensowną, konserwatywno-liberalną propozycję. Nie Nową Prawicę, kolejną mutację Unii Polityki Nierealnej, której największym  atutem i jednocześnie wielkim nieszczęściem jest Janusz Korwin Mikke (dostrzegam tu pewne analogie do roli Jarosława Kaczyńskiego w PiS). Uwielbiany jako ekscentryczny publicysta, ale z tych samych powodów traktowany jako polityczny folklor, a nie poważny gracz polityczny. Na pewno nie ultra konserwatywną obyczajowo Prawicę Marka Jurka, zafiksowaną na punkcie kościoła i antyaborcyjnych haseł, które zdają się wyczerpywać ambicje polityczne tej partii.

Kilka miesięcy temu, taką nadzieją wydawał się być PJN, ale już na starcie spieprzono to co spieprzyć się dało. Znakiem firmowym tej partii stały się wewnętrzne kłótnie, zakończone niebywałą, kompromitującą woltą Joanny Kluzik-Rostkowskiej. Co z tego, że w kolejnej odsłonie Paweł Kowal okazał się sprawnym liderem? Kapitał założycielski partii został zaprzepaszczony. Reszty dopełniły sondaże i media, robiąc wyborcom wodę z mózgu ostrzeżeniami przed marnowaniem głosów i umacniając monopol dwóch największych partii. Ciemny lud to kupił. Nie wierzę, by konserwatywno-liberalna czy też centroprawicowa (jak kto woli) oferta nie mogła liczyć na werdykt wyborczy powyżej 5% głosów. Wynik poniżej progu finansowania partii z budżetu państwa, nie daje szans na przetrwanie 4-letniej kadencji Sejmu. Szkoda.

Problem więc pozostaje aktualny. Brak dzisiaj przyczółków, na których można byłoby budować nowe, konserwatywno-liberalne ugrupowanie, skoncentrowane na programie gospodarczym. Sukces Ruchu Palikota wskazuje, że Polacy mają dość zakleszczonego uścisku, w którym od lat tkwią PO i PiS i są otwarci na zmiany. Sensowna i wiarygodna propozycja z prawej strony sceny politycznej też miałaby szanse. Ale musi pojawić się rozsądne, wyważone ugrupowanie, które szerokim rzeszom wyborców nie będzie kojarzyć się z małpą z brzytwą. Paweł Kowal mógłby odegrać kluczową rolę w takim projekcie.

poniedziałek, 10 października 2011

Tusk i Palikot Rulez!



Dwóch zwycięzców i jeden skazaniec, który tym razem nie uniknie stryczka (Napierniczak). Sondażowe wyniki są zaskakujące. Przede wszystkim wielki, nadspodziewany triumf Donalda Tuska, który na finiszu kampanii przez moment znalazł się przecież w defensywie. Zaskakuje  duża różnica głosów między PO a PiS, prawie identyczna jak w poprzednich wyborach. Wtedy ten wyniki był efektem pospolitego ruszenia wyborców, pod hasłem pogrzebania projektu IV RP, co znalazło odzwierciedlenie w relatywnie wysokiej frekwencji – 53,9%. Teraz stało się to samo, już bez takiej mobilizacji elektoratu (prognozowana frekwencja 47,7%). W dodatku po udanej kampanii wyborczej PiS i marnej, bezbarwnej PO. Jarosław Kaczyński ma nad czym się zastanawiać.

Sytuacja Platformy Obywatelskiej wygląda znacznie bardziej komfortowo niż 4 lata temu. Wszystkie zmiany jakie czekają nas na politycznej scenie są korzystne dla Tuska. Spójrzmy.

1.   Podział mandatów w Sejmie wskazuje, że do uzyskania większości, PO potrzebuje tylko jednego partnera. Nawet mariaż z SLD, które uzyskało niewiele mandatów, daje minimalną większość.
2.   W dodatku PSL, RPP, SLD przebierają nogami by znaleźć się w tej koalicji. Dla PSL, urzędy i stołki są racją bytu w polityce, dla SLD koalicja może być szansą na zahamowanie marginalizacji, a dla Palikota to spełnienie politycznych ambicji. Nawet jeśli stery rządu wciąż dzierżyć będzie dotychczasowa koalicja (a tak zapewne się stanie), to siła przetargowa Waldemara Pawlaka znacząco spadnie. Wciąż będzie czuł na plecach oddech Janusza Palikota wiedząc, że rezerwowy koalicjant czeka w przedpokoju gabinetu premiera.
3.   Zwycięstwo partii rządzącej w kolejnych wyborach to siłą rzeczy znacznie silniejszy mandat od wyborców.

Sukces Palikota i zmasakrowany Napieralski to drugi, obok wyniku PO, wielki triumf Donalda Tuska. Mnie najbardziej żal PJN, który poniósł porażkę trochę na własne życzenie i Nowej Prawicy Janusza Korwin-Mikkego skrzywdzonej przez PKW (Nie ważne wybory).

Choć… w ciągu najbliższych godzin, całą tą analizę może trafić szlag, jeżeli ostateczne rezultaty wyborów trochę przemeblują ten sondażowy wynik.

wtorek, 4 października 2011

PiS nie będzie rządzić



Ośrodki badania opinii publicznej, niemal codziennie fundują nam nowe sondaże preferencji wyborczych. W jedynych wygrywa PO, w innych PiS, ale różnice są minimalne. W zasadzie wiadomo już teraz, które partie przekroczą próg 5%. Ze wszystkich stron grzmią rozmaite głosy rozsądku, które straszą nas Polską, w której możemy obudzić się 10 października albo upiornymi wizjami możliwych koalicji powyborczych.

O co ten cały hałas? Moim zdaniem, karty są już rozdane. I wcale nie jest takie istotne, który z dwóch pretendentów do władzy pierwszy dobiegnie do mety. Niezależnie od ostatecznego werdyktu wyborców, już dzisiaj z olbrzymim prawdopodobieństwem, można powiedzieć, że PiS nie będzie rządzić. Przeanalizujmy na spokojnie wariant, w którym to lider dzisiejszej opozycji będzie triumfował w najbliższą niedzielę.

Wygrana PiS jest możliwa, ale przewaga, którą uzyska nad PO będzie niewielka. Co się wtedy stanie? Obrażony premier Tusk, pogratuluje konkurentowi i powtórzy swoje oświadczenie sprzed kilku dni, że to zwycięska partia powinna stworzyć nowy rząd. I będzie mógł się cynicznie przyglądać obrzędom, związanym z budową większości przez PiS. Te wysiłki z góry skazane są na porażkę. Bo niby z kim miałby rządzić PiS? Ruch Poparcia Palikota od razu możemy wykluczyć. Moim zdaniem SLD również. Po kiepskim wyniku wyborczym Napieralski, który chciałby być wice premierem za wszelką cenę, będzie miał zbyt słabą pozycję w partii, by przeforsować udział SLD w tak egzotycznej koalicji. Jest też bardzo prawdopodobne, że w ogóle przestanie być szefem, o czym pisałem kilka dni temu (Napierniczak). Pozostaje PSL. Sądzę, że ludowcy, nazywani partią obrotową (taki eufemizm dla politycznej prostytucji), nie będą mieli ochoty zawierać politycznych aliansów ze zwycięskim PiS. Zadziała instynkt samozachowawczy. Zbyt świeże jest wspomnienie ceny, jaką zapłacili politycy Samoobrony i LPR za koalicję z partią Jarosława Kaczyńskiego. Tym bardziej, że Waldemar Pawlak nie ma się czym martwić. PSL jest przecież partią preferowaną do roli koalicjanta przez Platformę, która po fiasku PiS-owskich usiłowań podejmie misję tworzenia rządu. Stołki w około rządowych instytucjach, które są dla PSL-u solą działalności politycznej, nie będą więc zagrożone. Spokojnie można udać się za stodołę popykać trochę w tenisa.

Dlatego też, główną konsekwencją wyborczego zwycięstwa PiS, będzie polityczny galimatias związany z próbą budowy większości parlamentarnej dla poparcia rządu Jarosława Kaczyńskiego. PO będzie spokojnie przyglądać się nieudanym zabiegom przeciwników wiedząc, że władza i tak pozostanie w jej rękach.

To wręcz wymarzona sytuacja dla Donalda Tuska. Im dłużej potrwa szopka z tworzeniem rządu przez PiS, tym częściej będzie słychać apele autorytetów, by się zlitował i wziął losy kraju w swoje ręce. A on będzie się wahał, zastanawiał, rozważał, wreszcie, strojąc się w piórka męża stanu, skorzysta z niezapomnianej frazy klasyka i oświadczy ludowi „Nie chcem, ale muszem”. Dla dobra Polski, łaskawie zgodzi się dźwigać nadal brzemię rządzenia. I to on będzie wtedy stawiał koalicjantom warunki, na których zgodzi się podjąć to wyzwanie. Nie ma tu większego znaczenia kto znajdzie się w tej koalicji. Luksus PO polega na tym, że może związać się z każdym oprócz PiS. SLD, PSL, Ruch Palikota, do wyboru, do koloru. Kto to będzie, zadecyduje ostateczny układ sił w Sejmie. Paradoksalnie, niewielka porażka Platformy może oznaczać znacznie większy komfort rządzenia dla nowego rządu Tuska niż niewielkie zwycięstwo. „Miałeś chamie złoty róg … ostał ci się ino sznur” – z tym, cytatem brzmiącym w uszach, będzie zasypiał i budził się Jarosław Kaczyński.

Tak naprawdę, najwięcej do ugrania w tych wyborach ma jeszcze PJN. Walczy o przekroczenie progu 3% głosów, czyli dofinansowanie z budżetu państwa, które stanowi o być albo nie być tej partii na politycznej scenie. Bo Nowa Prawica Janusza Korwin-Mikkego, skrzywdzona prze Państwową Komisję Wyborczą, już takiej szansy raczej nie ma (Nie ważne wybory).

W tych rozważaniach jest tylko jedno „ale”. Czy aby na pewno, Platforma będzie chciała rządzić w tych trudnych czasach, które nadchodzą?


Wobec wyczerpania puli interesujących propozycji, zamykam kącik odjechanych spotów wyborczych. Okazuje się, że najbardziej odjechało SLD. Za to PiS i PSL nie odjechały wcale. No oczywiście poza klipami emitowanymi w telewizji, ale publikowanie ich w tym miejscu nie miałoby sensu.