Pokazywanie postów oznaczonych etykietą media. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą media. Pokaż wszystkie posty

środa, 13 czerwca 2012

Bitwa warszawska 2012



Tym razem się pomyliłem. Typowałem jedno bramkową porażkę, okazując się człowiekiem małej wiary. Apetyt rośnie w miarę jedzenia, mam więc pewne uczucie niedosytu. Wbrew wcześniejszym przypuszczeniom mecz był z pewnością do wygrania, a przy tak wielkim ładunku emocji nasi zawodnicy stanęli u progu historycznego zwycięstwa na miarę Wembley (choć tam był również remis). Najbardziej jednak się cieszę, że po raz pierwszy od wielu lat znaleźliśmy się w sytuacji, w której awans do dalszej tury rozgrywek zależy wyłącznie od sprawności i determinacji polskiej drużyny w ostatnim meczu. Bez tych wszystkich upokarzających kalkulacji, że jak Grecja wygra z Rosją różnicą pięciu bramek, to nam wystarczy zwycięstwo 6:0.

Nie pomyliłem się natomiast w kwestii kibolskich zadym przed meczem. Mechanizm samospełniającej się przepowiedni zadziałał tak samo, jak w przypadku Marszu Niepodległości, 11 listopada ubiegłego roku. Jeżeli rosyjscy kibicie zapowiadają marsz ulicami Warszawy z symbolami sierpa i młota, jeśli minister sportu podgrzewa nastroje tworząc atmosferę zagrożenia, a media niestrudzenie budują kontekst historyczny i polityczny dla sportowego widowiska, to jest przecież oczywiste, że w miejscu akcji stawią się kibolskie szumowiny, gotowe stoczyć nową bitwę warszawską. Kiedy więc ostatecznie zamiast hord ruskich barbarzyńców z sierpami i młotami, w znakomitej większości pojawili się normalni fani rosyjskiej drużyny, to i tak polscy kibole musieli znaleźć kogoś komu można dać w mordę. Histeria mediów rozdzierających szaty nad przebiegiem wczorajszych zajść przypomina mi postępowanie strażaka, który spragniony silnych wrażeń sam roznieca pożar, by potem bohatersko rzucić się do gaszenia. To przykre, że nie brakuje takich, którzy te chuligańskie ekscesy traktują jako potwierdzenie krzywdzącej tezy z filmu BBC.

W kolejnym meczu Polaków typuję zwycięstwo 2:1 i wyjście z grupy na drugim miejscu. Niestety, Robert Lewandowski otrzyma drugą żółtą kartkę i nie zobaczymy go w meczu ćwierćfinałowym z Niemcami. Spotkanie to będzie więc ostatnim akordem występów naszej drużyny na EURO 2012, co i tak zostanie uznane za wielki sukces. A prawdziwymi zwycięzcami turnieju będą, Grzegorz Lato (zabetonowany na stanowisku prezesa PZPN) i Joanna Mucha, która utrzyma ministerialny stołek, choć nie lada absurdem jest wiązanie tego stanowiska ze sportowym sukcesem polskiej reprezentacji.

niedziela, 13 maja 2012

Sawuar wiwr


Były czasy:)

Sejm, 11 maja 2012

NIEZIDENTYFIKOWANY GŁOS z sali (podobno poseł Ruchu Palikota) do Jarosława Kaczyńskiego
- Zadzwoń do brata!

JAROSŁAW KACZYŃSKI z mównicy, pod adresem Palikota
- Ten poziom nieprawdopodobnego grubiaństwa to jest pańska zasługa, jeśli chodzi o polskie życie publiczne, tego nieprawdopodobnego wręcz chamstwa takiego na poziomie marzeń Adolfa Hitlera o Polakach, o losie Polaków.

JANUSZ PALIKOT z mównicy do Kaczyńskiego
- Premier Jarosław Kaczyński porównał moje ugrupowanie i mnie do Adolfa Hitlera. Ja rozumiem, że człowiek, który był gotów wysłać własnego brata na śmierć do Smoleńska oraz zachęcał do stosowania aresztów wydobywczych jest zdolny do każdej podłości, ale wysoka Izba musi dbać, żeby pewne granice nie były przekraczane w tym parlamencie.

Przed Sejmem, 11 maja 2012

STEFAN NIESIOŁOWSKI do Ewy Stankiewicz, dziennikarki Gazety Polskiej (z agresywną wściekłością)
- Czy pani jest głucha? Niech pani idzie do PiS-u i do tych pisowskich lizusów swoich. Proszę nie rozmawiać ze mną bo pani rozbiję kamerę. Bez moje zgody proszę mnie nie filmować (wprowadzając słowa w czyn rzuca się na kamerę), dobrze? Roztrzaskam pani kamerę, ostrzegam. Nie mam ochoty, żeby mnie pani filmowała, won stąd! (kolejny atak na kamerę).


I co? Do chamstwa w życiu publicznym zdążyłem się przyzwyczaić. W końcu politycy są zwierciadłem, w którym przegląda się społeczeństwo. Znacznie ciekawsze są reakcje na te występy. Tu nie ma miejsca na niuanse. Dla antykaczystów, oburzających się wciąż na rozmaite wypowiedzi prezesa PiS, popis Stefana Niesiołowskiego jest jak najbardziej do przyjęcia. Skoro furia była skierowana we właściwym kierunku (ich zdaniem), to wszystko jest ok. No wkurzył się po prostu, miał prawo, zwłaszcza że wredna baba wyraźnie prowokowała. Na żadną taryfę ulgową z tej strony nie może za to liczyć Jarosława Kaczyński, bo najmniejsze źdźbło łatwo zobaczyć w oku oponenta, za to belki we własnym nie sposób dostrzec. A akurat tym razem, prezes PiS nie powiedział niczego strasznego. Przeciwnikom wystarczy hasło „Hitler”, by jak psy Pawłowa rzucić mu się do gardła. Zrozumieniem jego wypowiedzi nikt się nawet nie trudzi. Kaczyński nikogo nie porównywał do Adolfa Hitlera. Ocenił jedynie, iż poziom debaty publicznej, który prezentuje Janusz Palikot osiągnął stan, do którego zamierzał sprowadzić Polaków wódz III Rzeszy. Swoją ripostą, Palikot potwierdził tylko trafność tej tezy. Przy okazji popisał się hipokryzja, ponieważ sam wcześniej porównywał Kaczyńskiego do Hitlera i Stalina. Ale mainstreamowe media wiedzą swoje. Hitler w ustach prezesa PiS, niezależnie od kontekstu wypowiedzi, jest rzeczą straszną. Zgodnie ze zjawiskiem, opisanym w eksperymencie Ascha, tak samo uważają konsumenci tych mediów.

Zabawne, że w tej sprawie podzielam pogląd SLD, które oczywiście korzysta z okazji, by pognębić konkurenta politycznego. Muszę jednak zmartwić posła Wenderlicha. Polski Kodeks Honorowy Boziewicza, chamów nie obowiązywał. Zgodnie z art. 8 wzmiankowanego kodeksu, wykluczonymi ze społeczności ludzi honorowych są między innymi indywidua następujące: oszczerca (ust. 16) i paszkwilant (ust. 21). Wszyscy bohaterowie dnia mieszczą się w tych kategoriach.

Agresywne chamstwo Niesiołowskiego poruszyło za to dziennikarzy, przynajmniej na Twitterze. Szanowni dziennikarze, pisanie walecznych twittów to łatwizna. Jeżeli tak was to oburzyło, macie wspaniałą okazję zaprezentować solidarność zawodową, bojkotując obecność tego pana w mediach. Żadna to strata, bo poza atakami szału (barwnymi, przyznaję), facet nie ma nic sensownego do powiedzenia na żaden temat. Ostracyzm byłby właściwą metodą wychowawczą.

Swoją drogą ciekawe, że jakoś nie można ustalić personaliów posła od którego cała awantura się rozpoczęła.

środa, 8 lutego 2012

Pogłoski o śmierci PO są mocno przesadzone


Obraz Jacka Yerki "Prywatna fala"

Wciąż czytam triumfalne wieszczenia końca dominacji Platformy Obywatelskiej. Wyspecjalizował się w nich między innymi Marek Migalski. W kolejnych wpisach na swoim blogu („PO – to już koniec!”, „Co po PO?”, „PO – kronika zapowiedzianej śmierci”) snuje wizje wewnętrznego rozkładu Platformy i upatruje w tym wielkiej szansy dla swojej partii. Jest bardzo pewny swego:

„Z każdym dniem coraz bardziej to widać, słychać i czuć (że Platforma się kończy). Kto tego nie rozumie, nie powinien zajmować się polityką. CI którzy twierdzą, że nic się nie dzieje, że Tusk nie przez takie zawirowania przechodził, że nie takie kryzysy przezwyciężał, ośmieszają się i będą w przyszłości wykpiwani jak ci, którzy na jesieni 1991 roku twierdzili, że Związek Radziecki pokona wolny świat.”

Lubię teksty Marka Migalskiego, uważam, że jest znacznie sprawniejszym publicystą niż politykiem, zgadzam się z większością spostrzeżeń zawartych w przywoływanych wpisach, a jednak wyciągam z nich inne wnioski.

Tak, to prawda. Donald Tusk jest dziś poturbowany jak nigdy wcześniej. Stracił wiele z wizerunku politycznego króla Midasa, który każdy problem jest w stanie zamienić w dobry PR. Gdyby wybory odbywały się wiosną, miałby twardy orzech do zgryzienia, choć wcale nie stałby na straconej pozycji. Ale do wyborów mamy jeszcze prawie 4 lata rejsu rozklekotaną łajbą, płynącą przez wzburzony, nawiedzany sztormami ocean. W tym kontekście, to co dzieje się dzisiaj nie ma tak wielkiego znaczenia. Donald Tusk odniesie jeszcze nie jedną ranę, rząd nie jeden raz się skompromituje, ale to wcale nie oznacza przewrotu na scenie politycznej. Mandatem do sprawowania władzy przez PO, nie są sukcesy Donald Tuska w roli premiera tylko strach przed PiS-em. Paraliżującym strachem spętane są media tworzące przekaz, w którym zwycięstwo PiS byłoby narodowym kataklizmem. Ten strach, każe wybaczyć każdy błąd w imię wyższej racji. To psychoza, ale trzeba przyznać uczciwie, że PiS zapracował sobie na rolę czarnego luda. Jarosław Kaczyński jest, bez wątpienia, największym sojusznikiem Donalda Tuska. Warunkiem dokonania zmian jest rozpad dwubiegunowej sceny politycznej. Dopóki będzie istniał PiS w obecnym kształcie, z Jarosławem Kaczyńskim na czele, Donald Tusk może czuć się bezpiecznie. Litania kolejnych wpadek spowoduje jedynie zmianę motywów poparcia dla jego rządów. W coraz mniejszym stopniu miłość, w coraz większym wyrachowanie. Z punktu widzenia sprawowania władzy nie ma to jednak większego znaczenia. Strach jest najlepszym spoiwem. Dopiero na gruzach PO i PiS będzie możliwe nowe otwarcie.

Tu dochodzimy do kolejnej kwestii, która rodzi optymizm pana Migalskiego, choć moim zdaniem, póki co, nie ma ku temu nawet najmniejszych podstaw. Kto miałby być beneficjentem klęski PO? Platforma jest dzisiaj bezideową korporacją, w której znaleźć można wszystkie środowiska polityczne. Część z nich, mają szansę przejąć Janusz Palikot i SLD, ale co z centrum i tak zwanym prawym skrzydłem Platformy, które teoretycznie mógłby zagospodarować PJN? Nie widzę dziś żadnej aktywności tej partii. Każdy z jej rozpoznawalnych członków gra na siebie. Paweł Kowal, wyspecjalizował się w polityce wschodniej i powoli buduje pozycję eksperta również w sprawach europejskich, wyraźnie dystansując się od polskiego grajdołka politycznego. Publicystyka Marka Migalskiego utrwala jego odrębność. Paweł Poncyliusz w ogóle zniknął ze sceny, poza Sejmem dopadła go proza życia. Michał Kamiński, w PJN jest chyba tylko przez pomyłkę. Jego kuriozalne one man show i nie przyzwoite umizgi do PO robią fatalne wrażenie. Panie Marku! Nie tworzycie żadnej alternatywy politycznej. Jeżeli sądzi Pan, że pospolite ruszenie i medialne ADHD, na pięć minut przed wyborami, pozwoli wam wejść do pierwszej ligi, to jest Pan naiwny. W Polsce brakuje, rozsądnej, konserwatywno-liberalnej opozycji, która będzie miała własny pogląd w każdej ważnej sprawie, miast w czambuł krytykować wszystkie posunięcia rządu. Ale wy nie chcecie nią być. Konserwatywno-liberalni wybory PO nie mają dokąd pójść.

Moja rada. Zamiast upajać się wizją agonii PO, zajmijcie się pracą u podstaw. Zacznijcie działać na rzecz nowego projektu politycznego jako zespół. I zmieńcie ten obciachowy szyld. PJN kojarzy się z PiS-em, Kluzik-Rostkowską i całym tym kompromitującym bałaganem, który jest grzechem pierworodnym tej formacji. Po co dźwigać to brzemię?

czwartek, 2 lutego 2012

Pytania, których nikt nie stawia



Obawiam się, że zbyt wiele miejsca poświęcam kiepskiej kondycji polskiego dziennikarstwa, ale są sprawy, którym nie mogę się nadziwić. Minęły dwa dni od zakończenia brukselskiego szczytu, który zdaniem przedstawicieli partii rządzącej, zakończył się satysfakcjonującym kompromisem, a w narracji prorządowych mediów zdążył już nawet przekształcić się w umiarkowany sukces, a ja wciąż nie mogę doczekać się odpowiedzi na pytania, które mnie nurtują. Mediom i komentatorom, tak bardzo spodobała się metafora obiadowa premiera, że nie ma końca wymyślaniu nowych jej interpretacji i licytowaniu, kto siedzi przy stole, kto pod stołem, kto jest w menu i w charakterze jakiego dania występuje. Można odnieść wrażenie, że te około stołowe rozważania wyczerpują zainteresowanie ustaleniami szczytu. Ja jednak zamierzam upierdliwie drążyć kilka kwestii.

Jakie będą konsekwencje podpisania paktu fiskalnego?

Donald Tusk, przedstawiając ustalenia szczytu, na konferencji prasowej w Brukseli poinformował, że kraje spoza strefy euro nie będą zobligowane do przestrzegania zobowiązań wynikających z paktu, do czasu przyjęcie wspólnej waluty. Zapewnił również, że sprawa zasilenia finansowego MFW nie jest elementem paktu. Co w takim razie, wynika dla Polski z podpisania tego dokumentu? Pytanie tym bardziej zasadne, że politycy opozycji, powołując się na lekturę tekstu umowy, twierdzą, że premier mija się z prawdą. Utrzymują, że sankcje za nie przestrzeganie reguł fiskalnych mają nas jednak dotyczyć. Jeżeli więc są wątpliwości w tak kluczowej sprawie, premier tym bardziej powinien rzetelnie podsumować wszystkie konsekwencje przyjęcia paktu. Nie rozumiem natomiast, dlaczego takich oczekiwań nie formułują dziennikarze?

Dlaczego uznano, że aktywny udział Polski w spotkaniach strefy euro to zbyt wygórowane żądanie?

Jak oczywistą oczywistość potraktowano fakt, że jako kraj nie należący do strefy euro, nie możemy mieć prawa głosu na spotkaniach państw siedemnastki. Jednocześnie, w kółko przywołuje się zasadę „pacta sunt servanda” przypominając, że do strefy euro i tak wejść musimy, bo zobowiązaliśmy się do tego przystępując do UE i tylko termin pozostaje kwestią techniczną do ustalenia. No to jak w końcu jest? Jeżeli nasz udział w unii walutowej jest już zdeterminowany, to ustalenia, które tę strefę kształtują interesują nas tak samo jak kraje siedemnastki. Nie może być przecież tak, że mamy bezwzględnie wejść do struktury, która będzie wyglądać zupełnie inaczej niż wtedy kiedy podejmowaliśmy to zobowiązanie. To mniej więcej tak samo, jak umówienie warunków zakupu domu, który mamy nabyć w przyszłości. W momencie zawarcia umowy oglądamy pięknie zadbaną nieruchomość z czystą hipoteką, a po 10 latach właściciel próbuje nam wepchnąć zdewastowaną, zadłużoną po uszy ruinę. Dlaczego nikt tej sprzeczności nie widzi? Ale czego wymagać od dziennikarzy, którzy jak redaktor Morozowski, przyjęcie euro postrzegają jedynie w kategoriach osobistych korzyści wynikających z eliminacji niewygody związanej z wymianą pieniędzy podczas podróży na wakacje (w rozmowie z Ludwikiem Dornem we wtorkowym programie „Tak jest”). To jest kompromitujący poziom dziennikarstwa. Zarząd stacji, powinien chyba pomyśleć o szkoleniach dla swoich gwiazd.

Co z udziałem Polski w finansowaniu ratunkowym MFW?

Dowiedzieliśmy się od premiera, że wbrew wcześniejszym założeniom, pożyczka pomocowa dla MFW nie jest elementem paktu fiskalnego. Ok. Jakie w takim razie jest aktualne stanowisko rządu w kwestii udziału Polski w finansowaniu eurobankrutów? Jestem pewien, że owe 6 mld EUR z rezerw Narodowego Banku Polskiego, na niekorzystnych warunkach, i tak pożyczymy. Musimy być przecież solidarni wobec tych wszystkich państw, które solidarnością z nami wcale się nie przejmują. Zwłaszcza w kontekście negocjacji nowego budżetu wydatków UE, na lata 2014-20, i walki o owe mityczne 300 mld złotych z funduszy strukturalnych, które wydają się coraz mniej prawdopodobne. Wyraźnie już widać, że w interesie Niemiec i Francji będzie skierowanie jak największej ilości środków finansowych na ratowanie gospodarek, pogrążonych w kryzysie, państw strefy euro, kosztem krajów Europy Środkowo-Wschodniej. Tylko dlaczego, nie słyszę dziś tych niewygodnych pytań?


P.S. W kontrze do propagandy sukcesu obowiązującej w większości polskich mediów, zwracam uwagę na ciekawy artykuł, który prezentuje punkt widzenia francuskiej prasy, na ustalenia poniedziałkowego szczytu w Brukseli, tożsamy z moją własną oceną zawartą w notce "Klapa". Oto fragment tego tekstu:

„Polscy dyplomaci sugerują, że wywalczony przez naszą delegację zapis w unijnej umowie międzyrządowej sprawi, że trudniej będzie nas wypraszać z antykryzysowych narad przywódców eurolandu. Będą się one bowiem za każdym razem odbywać po szczytach całej UE. Po spotkaniu w Brukseli Nicolas Sarkozy zasugerował, że to bzdura i przedstawił inną interpretację przyjętego tekstu. Nie będzie potrzeby wypraszać z narad eurolandu przywódców spoza strefy, bo po prostu nie będą oni na nie wpuszczani. „

czwartek, 5 stycznia 2012

O mediach, słów gorzkich parę


Rys. Andrzej Mleczko

Parę dni temu, na wirtualnych łamach magazynu internetowego Maddogowo, pojawił się ciekawy wywiad z Grzegorzem Miecugowem na temat mediów. Cenię pana Miecugowa za program „Inny punkt widzenia”, w którym prowadzi kameralne rozmowy z ludźmi nauki, kultury i sztuki o współczesnym świecie, jakże dalekie od tandetnego blichtru formatów z udziałem celebrytów, pełnych pajacowania i tekstów o dupie Maryni. Ostatnio pan redaktor trochę mi podpadł, za dość aroganckie reakcje na krytykę stacji telewizyjnej, w której pracuje, tym bardziej więc byłem zaskoczony, że jego ocena kondycji polskich mediów w znacznym stopniu pokrywa się z moją opinią. Wybrałem kilka wypowiedzi, które pozwolę sobie skomentować.

„Stan dziennikarstwa w Polsce nie jest zadowalający. Stan mediów jest opłakany i z każdym rokiem będzie gorzej, dlatego że wymusza to rynek. Tabloidyzację wymusza odbiorca. Przecież to nie jest widzimisię szefów stacji radiowych i telewizyjnych czy szefów gazet, że robi się coraz bardziej płytkie teksty, płytkie materiały. Że dyskusja jest coraz bardziej błaha.”

Zgoda, obawiam się jednak, że schlebianie najniższym gustom oznacza zmierzch tradycyjnych mass mediów. Tabloidyzacja przekazu powoduje, że poprzeczkę obniża się coraz bardziej. Na końcu tej drogi jest informacja ograniczona do poziomu krótkiego smsa, do sklecenia której nie będzie potrzebny już żaden dziennikarz. Przyszłością mediów jest więc odejście od przekazu kierowanego do masowego odbiorcy, na rzecz zidywidualizowanych treści adresowanych do mniejszych grup zainteresowanych, co dzieje się w internecie. W sieci, obok masowych portali, dla których liczba kliknięć (istotna z punktu widzenia reklamodawców) jest znacznie ważniejsza od przekazania informacji, funkcjonują rozmaite nisze oferujące niezależną publicystykę. Choćby blogosfera. Trzeba tylko wydeptać ścieżki prowadzące do miejsc, które uznamy za interesujące, co na początku wymaga niestety nieco determinacji.

„Nie da się ukryć, że o bardzo wielu kolegach wiem, co powiedzą na każdy temat. Nie muszę ich słuchać. Oni są kopią polityków. (…) Jest cała grupa dziennikarzy, tzw. „prawicowych”, którzy zawsze skopią Tuska. Jest grupa dziennikarzy proplatformerskich, którzy zawsze dokopią Jarosławowi Kaczyńskiemu. A ta grupa, która powie raz tak, a raz tak, jest coraz mniejsza.”

Pełna zgoda. Spodziewam się, że w ocenie poszczególnych dziennikarzy pewnie znaleźlibyśmy sporo różnic, ale byłem mile zaskoczony, że Piotr Zaremba, Michał Szuldrzyński i Paweł Lisicki zostali wymienieni w pozytywnym kontekście. Natomiast, z oceny postawy Tomasza Lisa w jego przedwyborczej debacie z Jarosławem Kaczyńskim, pan Grzegorz wyraźnie się wymigał. Nie wierzę, że nie widział tego programu. Niestety, podobnie jak dziennikarzy oceniam większość blogerów politycznych. W znacznej mierze blogosfera jest wtórna. Powiela opinie prezentowane w zawodowych mediach, tyle że w sposób wyostrzony, skrajny, często podany w chamski, prostacki sposób, bo tutaj można sobie pozwolić na więcej. Niektóre blogi to zwykłe szamba, każdego dnia wylewające tony ekskrementów na głowy przeciwników politycznych. Ale są to te same, gotowe oceny, podawane na tacy przez mainstreamowe media. W 8 przypadkach na 10, z góry, bez czytania wiem dokładnie jaki pogląd, w danej sprawie, zaprezentuje ten czy inny bloger. Linia demarkacyjna przebiega wzdłuż podziałów partyjnych i nie ma mowy by zadeklarowany zwolennik PO napisał coś dobrego o Jarosławie Kaczyńskim albo PiS-owiec pochwalił Donalda Tuska. Brakuje w tym wszystkim samodzielnego myślenia i formułowania ocen w kategoriach sprawy, a nie opcji politycznej, która ją podnosi.

„Komentatorzy życia publicznego powinni być osobami całkowicie wolnymi i niezależnymi, także od siebie. Powinni w każdej chwili umieć stanąć z boku i popatrzeć na każdą sprawę z pewnego dystansu. Tak jak na obraz nie patrzy się z bardzo bliska, wtedy widzi się tylko grudki farby. Powinno się zrobić cztery kroki do tyłu, wtedy widzi się całość. (…) Ja też czuję, że jestem w tym centrum. Nie jestem zwolennikiem ani jednych, ani drugich. Jestem z boku.”

Poruszałem ten temat w notce „Święte krowy”. Problem polega na tym, że prawie każdy dziennikarz uważa, że on jest właśnie tym obiektywnym i rzetelnym, podczas gdy widać gołym okiem, kto do której partii „się zapisał”. Ja jestem mniej wymagający od pana Miecugowa. Rzetelność dziennikarska z pewnością by się przydała, ale obiektywizm bym dziennikarzom odpuścił. Mają prawo mieć własne poglądy i trudno oczekiwać, żeby pracowali wbrew sobie. Nie wierzę w stanie z boku. Obawiam się, że ktoś kto rzeczywiście stałby z boku, musiałby prezentować strasznie miałki przekaz. Należy obalić więc wreszcie mit obiektywnego dziennikarstwa i skończyć z hipokryzją w tej sprawie.

„Uważam, że 11 listopada stała się rzecz niewiarygodna. Zaatakowano dziennikarzy, po raz pierwszy chyba identyfikując ich z władzą.”

Dziennikarzy atakowano już znacznie wcześniej, tyle że werbalnie. Poziom agresji debaty publicznej, przy walnym udziale mediów, wspiął się dziś na znacznie wyższy poziom, stąd obserwujemy zjawisko przechodzenia od słów do czynów. Wydarzenia z 11 listopada są o tyle symboliczne, że poza wyjątkowo nierzetelnym przekazem, niektórzy dziennikarze zaangażowali się wprost po jednej ze stron konfliktu, biorąc udział w nakręcaniu spirali agresji. Media dzierżą potężną władzę. To one w znacznym stopniu kreują trzy jej konstytucyjne emanacje.  Polityk, który nie pokazuje się w mediach nie istnieje. Jednocześnie, odpowiedzialność za słowo nie wydaje się być najważniejszą troską mediów.


Cały wywiad, pełen jest naprawdę interesujących refleksji. Został przeprowadzony w duchu programu „Inny punkt widzenia”, z tą wszakże różnicą, że tym razem to Grzegorz Miecugow pełni w nim rolę gościa a nie gospodarza. Zachęcam do lektury.

piątek, 25 listopada 2011

Święte krowy



Kiedy 11 listopada patrzyłem na podpalony wóz techniczny TVN-u, z miejsca zdałem sobie sprawę, że dopiero ten płomień rozgrzeje dyskusję wokół ulicznego bandytyzmu. Pobicie dziennikarza Polsatu, po niedzielnej demonstracji w Poznaniu dolało tylko oliwy do ognia. Różne rzeczy uchodzą u nas na sucho, ale nie zadzieranie z mediami. Tak było kiedy pojawił się pomysł lustracji dziennikarzy, a także wtedy gdy ujawniono podejrzenia w sprawie inwigilacji kilku przedstawicieli mediów. Takie sprawy natychmiast zyskują wysoki priorytet. Teraz też już podjęto inicjatywę, dotyczącą zmiany w ustawie o bezpieczeństwie imprez masowych, w myśl której dziennikarz byłby chroniony w taki sam sposób jak policjant na służbie. Agresję wobec przedstawicieli mediów należy bezwzględnie potępić (podobnie jak przemoc kierowaną do wszystkich innych ludzi i środowisk), ale nie może być tak, żeby w debacie toczonej na ten temat, dziennikarze usadowieni w wygodnych fotelach recenzentów, zajmowali się wyłącznie wskazywaniem drzazgi u innych, nie widząc belki we własnym oku.

Prawdą jest, że agresją zioną politycy rzucając się sobie do gardeł przy każdej nadarzającej się okazji. Jest faktem, że przed wyborami, dla doraźnych korzyści politycznych, Jarosław Kaczyński otworzył puszkę Pandory legitymizując kiboli jako środowisko patriotyczne. Chciał ich instrumentalnie wykorzystać i porzucić, ale oni poczuli się pełnoprawnym bytem politycznym i dziś są jak wstydliwa kochanka z przeszłości, która wszczyna pijackie burdy w najmniej odpowiednich momentach. Ale bez wątpienia agresję prowokują też niektóre środowiska medialne. Z jednej strony media ojca Rydzyka głosząc ksenofobiczny katolicyzm, z drugiej Gazeta Wyborcza i Krytyka Polityczna organizując blokadę legalnej demonstracji, zapraszając zadymiarzy z zagranicy, tworząc atmosferę zbrojnej konfrontacji i lekką ręką przyklejając łatkę faszystów swoim oponentom politycznym. Inne media też nie są święte.

Największy wpływ na kształtowanie ocen i modelowanie postaw mają media elektroniczne. Bożkiem, medialnych decydentów są dziś wskaźniki oglądalności i to one ich zdaniem rozgrzeszają miałkość przekazu i odpowiadają za stabloidyzowaną wizję rzeczywistości. W myśl tej zasady, newsem godnym zainteresowania jest przede wszystkim mord, gwałt, mordobicie, strzelanina, stek inwektyw rzucany z mównicy sejmowej etc. Dokładnie według tej recepty relacjonowano obchody Święta Niepodległości. Do dziś trwa dyskusja o marszu, którego - gdyby chcieć opierać się na przekazie mainstreamowych mediów - w ogóle nie było. Tylko kibole naparzali się płytami chodnikowymi na placu Konstytucji i palili samochody na placu Na Rozdrożu. Dziesięciu tysięcy ludzi, którzy w spokojnym pochodzie przeszli pół miasta już dziennikarze nie zauważyli. Czy taki sposób prezentowania rzeczywistości jest uczciwą relacją czy może jednak napędza spiralę agresji? W ten sposób tworzy się przecież błędne koło. Nierzetelny przekaz formuje rzeczywistość zamiast ją relacjonować. Politycy, ale też bandy kiboli, chcąc zaistnieć dopasowują swoje zachowanie do oczekiwań mediów, a to tylko potęguje agresję. Potem Jarosław Kaczyński, z pianą na ustach, próbuje się odegrać mówiąc o polskojęzycznych mediach, co jeszcze bardziej nakręca krytykę dziennikarzy i polityków. I tak w kółko, aż do momentu, w którym wszystkich połączy narodowe nieszczęście, takie jak śmierć polskiego papieża albo katastrofa smoleńska. Wtedy na chwilę milkną inwektywy i pojawia się przesłanie miłości, szacunku i zrozumienia. Kiedy pierwsza trauma mija, podziały okazują się głębsze niż były a błędne koło toczy się dalej.

Media są czwartą władzą, a dziennikarze niczym święte krowy, upojeni fetyszem własnej potęgi są tak samo aroganccy jak przedstawiciele wszystkich trzech jej pozostałych organów. Nawet ci, których szanuję, nie są w stanie przyjąć krytyki postępowania własnego, ani swoich kolegów. Nie jeden raz trafiał mnie szlag, kiedy arogancko, ex cathedra, Grzegorz Miecugow odpowiadał na zarzuty telewidzów w „Szkle kontaktowym”, nawet  wtedy, gdy krytyka była chłodną, merytoryczną oceną. Przewaga redaktora jest tu oczywista, można powiedzieć „nie sportowa”. Wiadomo, że do niego będzie należało ostatnie słowo i puenta. Niestety w Polsce wciąż funkcjonuje mit rzetelnego, obiektywnego dziennikarstwa. I prawie każdy dziennikarz uważa, że to on jest tym obiektywnym i rzetelnym. To bzdura, widać przecież gołym okiem, kto do której partii „się zapisał”. Ale ja nie jestem aż tak wymagający. Rzetelność rzeczywiście by się przydała, ale obiektywizm bym dziennikarzom odpuścił. Mają prawo mieć własne poglądy i trudno oczekiwać, żeby pracowali wbrew sobie. Tylko darujmy sobie wreszcie tą hipokryzję.