Paraolimpijski wpis, na blogu Janusza Korwin-Mikkego, rozgrzał
Internet do białości. Przeprowadzono serię nalotów dywanowych z inwektywami,
zrzucono napalm, zrównano z ziemią i rozerwano na strzępy. Lud zawsze lubi
przyłączyć się do nagonki, w której uczestniczy większość. Zwłaszcza, że sprawa
wydaje się ze wszech miar słuszna. Wszak szydzić z niepełnosprawnych może tylko
nikczemnik. Mnie też się pewnie dostanie. Nim jednak schylicie się po kamień,
by wziąć udział w linczu warto dokładniej przyjrzeć się istocie sprawy.
Większość argumentów JKM jest słuszna. Problemem nie jest meritum,
ale sposób w jakim się o nim mówi. Legendarna bezkompromisowość, która w
przypadku wypowiedzi stricte politycznych może budzić szacunek, w dyskusji na
tematy wrażliwe społecznie zamienia się w zwykłe chamstwo. Ale takie prowokacje
to specialite de la maison Korwina, o czym wie każdy kto go zna. Żelazna logika,
która od zawsze jest jego głównym orężem nader często bywa nie poprawna
politycznie i przykra. Skoro olimpiada jest areną rywalizacji najsprawniejszych
herosów to ustanawianie odrębnej kategorii dla tych, którzy z przyczyn
obiektywnych najsprawniejsi być nie mogą jest w pewnym sensie zaprzeczeniem
idei takich igrzysk. Tak jak ideą konkursu miss świata jest rywalizacja
najpiękniejszych kobiet i wybór tej, która przewyższa urodą swoje rywalki.
Zapewne kobiety brzydkie również chciałyby wziąć udział w takim konkursie, w
końcu co one są winne, że los im urody poskąpił? Jednak para wybory miss byłyby
zaprzeczeniem idei wyboru królowej piękności i póki co się ich (chyba) nie
organizuje. Tyle żelazna logika. Różnica polega na tym, że ten sam wywód w moim
przykładzie brzmi jak anegdotka, a w przypadku niepełnosprawnych jak kpina z
kalectwa.
Sam słysząc o kolejnych sukcesach polskich para
olimpijczyków zastanawiałem się jak ta rywalizacja przebiega, skoro jej
uczestnicy dotknięci są różnym rodzajem i stopniem niepełnosprawności. Ktoś nie
ma dłoni, kto inny całej ręki, w ten sposób warunki na starcie są przecież
różne. Rodzaj kalectwa może forować zawodnika w danej dyscyplinie kosztem jego
rywali. Taki problem pojawił się przy okazji niespodziewanego zwycięstwa
Brazylijczyka Alana Oliveiry w biegu na 200 metrów, któremu jego rywal, Oscar
Pistorius, zarzucił nieprzepisową długość protez. W istocie, wobec różnych
warunków niepełnosprawności sprawiedliwa rywalizacja jest fikcją i sprowadza
się do umownych formuł matematycznych, które tworzą złudzenie obiektywnych
reguł gry. Na tej zasadzie można pójść za ciosem dopuszczając rywalizację
sprawnych z niepełnosprawnymi. Jednemu odejmie się trochę punktów, drugiemu
doda i będzie „sprawiedliwie”.
Najbardziej kontrowersyjna teza JKM to zarzut szkodliwego
wpływu promocji inwalidztwa (poprzez organizowanie paraolimpiady) na kondycję fizyczną
gatunku ludzkiego. Rzeczywiście, im większa liczba osób niepełnosprawnych, tym
słabsze społeczeństwo. Jednakże założenie, iż gdy popatrzę sobie jak niepełnosprawni
fajnie uprawiają sport, przestanę o siebie dbać i zapragnę zostać inwalidą, jest
idiotyczne. Taki sam zarzut, i to ze znacznie większym sensem, można byłoby
postawić medycynie. W końcu rozwój medycyny zaburza pierwotne prawo selekcji
naturalnej zapobiegając eliminacji słabszych jednostek, niewątpliwie
przyczyniając się do osłabienia kondycji homo sapiens. Nie jest przecież
tajemnicą, że geny mamy coraz słabsze. Nikt przy zdrowych zmysłach nie domaga
się jednak ograniczenia dostępu do leczenia. Natomiast, stawianie sprawy w ten
sposób, wprowadza problem na bardzo śliski grunt, otwierając pole do
nadinterpretacji, co skwapliwie czynią krytycy Korwina. Bo stąd już tylko krok
do zarzutów o zapędy eugeniczne i porównania do Adolfa Hitlera, który jak
wiadomo z eugeniką eksperymentował. Ale to są właśnie manowce, na które wiedzie
doprowadzona do absurdu żelazna logika made in Janusz Korwin Mikke.
Generalnie, problem Korwina to problem sposobu komunikacji.
JKM kocha prowokacje i z premedytacją, wśród spraw delikatnych,
porusza się ze zręcznością słonia w składzie porcelany. A przecież nie jest
tak, że odwrotnością poprawności politycznej jest bezgraniczna szczerość bez
względu na wszystko. Do otyłego faceta nie zwracamy się per „grubasie” nie
dlatego, że ulegamy terrorowi poprawności politycznej tylko stosując normy
kultury, które wykształciła cywilizacja. Trudno się spodziewać, by ktoś kto zawsze
mówi to co myśli miał jakichś przyjaciół. Podobnie jak nie należy zakładać, iż
polityk, który zawsze mówi prawdę, będzie miał jakiekolwiek szanse na elekcję.
Prawda, panie Januszu?




