Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Euro 2012. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Euro 2012. Pokaż wszystkie posty

sobota, 16 czerwca 2012

Hipokrytes radzi Smudzie


Kółeczko

Szanowny Panie Smuda, 

Mam dla Pana niezwykle cenną radę. To absolutnie nowatorskie rozwiązanie taktyczne, które pomoże nam zwyciężyć w dzisiejszym meczu z Czechami, a we wszystkich kolejnych przynajmniej zremisować. Musi Pan zapomnieć wszystko czego dotychczas nauczył się Pan o futbolu. Odrzucić swoje przestarzałe trenerskie myślenie, wznieść się ponad utarte schematy. Otworzyć swój umysł na całkiem nową, oryginalną, śmiałą, awangardową koncepcję. Czas na rewolucję!

Przede wszystkim, podział zawodników na obrońców, pomocników, napastników a nawet bramkarzy, nie mówiąc już o takich zbędnych detalach jak np. prawy obrońca czy lewy defensywny pomocnik staje się sprawą trzeciorzędną. Chrzanić to, piłkarz to piłkarz, sztuka jest sztuka, jak w wojsku. Od dziś nie ważna jest szybkość, indywidualne umiejętności, popisy techniczne, efekciarstwo. Liczy się skromna, konsekwentna praca zespołowa. A więc do rzeczy. Czas odkryć karty. Oto szczegóły tej genialnej w swej prostocie strategii.

Kiedy tylko naszej drużynie uda się uzyskać piłkę, wszyscy zawodnicy błyskawicznie formują zwartą, jednolitą formację ofensywną zwaną kółeczkiem (wygląda mniej więcej tak jak na zdjęciu). Ściśle mówiąc, dziesięciu zawodników tworzy kółeczko, a jeden znajduje się w środku wraz z piłką. Ich zadaniem jest zbudowanie bariery ochronnej dla zawodnika z piłką znajdującego się wewnątrz kółeczka. Optymalnym rozwiązaniem byłoby dziesięciu piłkarzy słusznego wzrostu i jedenasty znacznie niższy od nich. Kapuje Pan? Coś jak libero w siatkówce. W ten sposób ukształtowana formacja, drobnymi kroczkami, powoli, delikatnie przepychając rywali (żeby uniknąć faulu) przesuwa się w kierunku bramki przeciwnika. Gol padnie wtedy, kiedy nasza formacja zdoła dodreptać do bramki, a piłka całym swoim obwodem przekula się przez linię bramkową (w tej kwestii nic się nie zmienia). Strategia gry na remis też jest bajecznie prosta. Dysponując przewagą bramkową wystarczy dreptać po całym boisku, powstrzymując się od zdobywania goli, monopolizując w ten sposób posiadanie piłki. Zwracam uwagę, że dzięki strategii kółeczka, niczym Aleksander Macedoński, który ostrzem swego miecza przeciął gordyjski węzeł, rozstrzyga Pan nierozwiązywalny dylemat, Tytoń czy Szczęsny? 

Jakiś malkontent mógłby powiedzieć, że przeciwnik może zastosować tą samą taktykę. Owszem, ale to i tak gwarantuje remis. W dzisiejszym meczu podział punktów nas nie satysfakcjonuje, ale naszym dodatkowym atutem będzie przecież efekt zaskoczenia. Czesi nie zdołają tak szybko przegrupować swoich sił i zastosować podobnego manewru taktycznego. No chyba, że czytają mój blog. Cóż, być może wdrożenie strategii kółeczka obniży nieco atrakcyjność sportowego widowiska, ale przecież liczy się wynik. Kończąc, proszę by nie kłopotał się Pan kwestią mojego honorarium. Dla dobra polskiej piłki, wspaniałomyślnie zrzekam się wszelkich praw do opisanej koncepcji. Ewentualnie, stadion we Wrocławiu, który stanie się areną naszego wiekopomnego zwycięstwa, może zostać nazwany moim imieniem.

Z piłkarskim pozdrowieniem

Hipokrytes

piątek, 15 czerwca 2012

Kto pyta wielbłądzi



Tytoń czy Szczęsny? Burdy czy zamieszki? Telefon Putina to dyplomacja, czy dominacja? Sfera problemów, którymi interesują się Polacy strasznie się ostatnio zawęziła. Rekordowo wysokie oprocentowanie hiszpańskich obligacji, spekulacje przed niedzielną repetą wyborów w Grecji, eskalacja krwawej rebelii w Syrii, te informacje nie mają szans przebić się do masowej świadomości. Dziś tylko rozgrywki w turnieju Euro 2012 przykuwają uwagę. Nawet mój blog niepostrzeżenie odchylił się piłkarsko. O rety! O jejku! Oh my God! (wszystko na „o”). Nie zawracając wam więc głowy problemami świata tego, chciałbym jedynie zwrócić uwagę na całą masę spraw związanych z trwającą imprezą, które jeszcze tydzień temu bez umiaru miętosili politycy, stacje telewizyjne i gazety. Budziły największe emocje, a teraz nawet pies z kulawą nogą się nimi nie interesuje.

Jak nasze rozgrzebane drogi i przejezdne rzutem na taśmę autostrady dają sobie radę ze wzmożonych ruchem kibiców? Czy ruch na drogach w ogóle jest wzmożony? Czy zagraniczni goście stoją w korkach klnąc na czym świat stoi? Czy na odcinku A2 między Strykowem a Warszawą, gdzie brak dodatkowej infrastruktury, samochody zatrzymują się z braku benzyny? Czy z powodu trudności z dojazdem, ktoś nie zdążył na mecz? Czy kolej zdaje egzamin? Nie ma żadnych migawek w telewizji obrazujących sytuację na drogach, nikt nie lata helikopterem nad autostradą. Nikt nie zadaje pytań na ten temat, a przecież martwiliśmy się tym przez całe 4 lata przygotowań do Euro, traktując niemal jak rację stanu.

Ilu kibiców przyjechało do Polski i jak to się ma do założeń i planów? Co z obłożeniem hoteli, z których część wybudowano specjalnie na Euro? Czy ktoś niepokoi rosyjską drużynę wznosząc obraźliwe okrzyki pod hotelem Bristol? Co słychać u Piotra Dudy, który odgrażał się demonstracjami Solidarności w czasie trwania mistrzostw? Co z bojkotem Ukrainy? Czy oficjele z Europy posadzili swe odwłoki na trybunach podczas meczów rozgrywanych na Ukrainie? Co z eksplozją prostytucji, którą wieszczyły feministki? Czy branża sex usług zalicza imprezę do udanych? Co stało się z hitem „Koko Euro spoko”? Wszechobecny przed turniejem, teraz zupełnie zniknął. Rzucam te pytania, choć zdaję sobie sprawę, że to wszystko jest dziś bez znaczenia. W końcu kluczowa kwestia to nieszczęsny dylemat: Szczęsny czy Tytoń? Tytoń czy Szczęsny? 

środa, 13 czerwca 2012

Bitwa warszawska 2012



Tym razem się pomyliłem. Typowałem jedno bramkową porażkę, okazując się człowiekiem małej wiary. Apetyt rośnie w miarę jedzenia, mam więc pewne uczucie niedosytu. Wbrew wcześniejszym przypuszczeniom mecz był z pewnością do wygrania, a przy tak wielkim ładunku emocji nasi zawodnicy stanęli u progu historycznego zwycięstwa na miarę Wembley (choć tam był również remis). Najbardziej jednak się cieszę, że po raz pierwszy od wielu lat znaleźliśmy się w sytuacji, w której awans do dalszej tury rozgrywek zależy wyłącznie od sprawności i determinacji polskiej drużyny w ostatnim meczu. Bez tych wszystkich upokarzających kalkulacji, że jak Grecja wygra z Rosją różnicą pięciu bramek, to nam wystarczy zwycięstwo 6:0.

Nie pomyliłem się natomiast w kwestii kibolskich zadym przed meczem. Mechanizm samospełniającej się przepowiedni zadziałał tak samo, jak w przypadku Marszu Niepodległości, 11 listopada ubiegłego roku. Jeżeli rosyjscy kibicie zapowiadają marsz ulicami Warszawy z symbolami sierpa i młota, jeśli minister sportu podgrzewa nastroje tworząc atmosferę zagrożenia, a media niestrudzenie budują kontekst historyczny i polityczny dla sportowego widowiska, to jest przecież oczywiste, że w miejscu akcji stawią się kibolskie szumowiny, gotowe stoczyć nową bitwę warszawską. Kiedy więc ostatecznie zamiast hord ruskich barbarzyńców z sierpami i młotami, w znakomitej większości pojawili się normalni fani rosyjskiej drużyny, to i tak polscy kibole musieli znaleźć kogoś komu można dać w mordę. Histeria mediów rozdzierających szaty nad przebiegiem wczorajszych zajść przypomina mi postępowanie strażaka, który spragniony silnych wrażeń sam roznieca pożar, by potem bohatersko rzucić się do gaszenia. To przykre, że nie brakuje takich, którzy te chuligańskie ekscesy traktują jako potwierdzenie krzywdzącej tezy z filmu BBC.

W kolejnym meczu Polaków typuję zwycięstwo 2:1 i wyjście z grupy na drugim miejscu. Niestety, Robert Lewandowski otrzyma drugą żółtą kartkę i nie zobaczymy go w meczu ćwierćfinałowym z Niemcami. Spotkanie to będzie więc ostatnim akordem występów naszej drużyny na EURO 2012, co i tak zostanie uznane za wielki sukces. A prawdziwymi zwycięzcami turnieju będą, Grzegorz Lato (zabetonowany na stanowisku prezesa PZPN) i Joanna Mucha, która utrzyma ministerialny stołek, choć nie lada absurdem jest wiązanie tego stanowiska ze sportowym sukcesem polskiej reprezentacji.

czwartek, 7 czerwca 2012

Strefa kibica



Nie kibic, od zaangażowanego kibica, w przededniu EURO 2012, różni się tym czym abstynent w środku hucznej imprezy od jej pozostałych uczestników. Zabawa się rozpoczęła, entuzjazm rośnie, trzeźwość ocen ulega śmiałej transformacji, a ten kto nie płynie z falą jest uważany za malkontenta. Trzymając się powyższej metafory, jestem ledwie po dwóch piwkach czyli gotów na sportowe emocje, lecz daleki od pomroczności jasnej wynikającej z piłkarskiego orgazmu. Idealny stan, by w miarę chłodnym okiem rozejrzeć się dookoła.

Jeszcze dwa miesiące temu dominowało powątpiewanie w piłkarskie atuty naszej drużyny. Perspektywy sukcesu oceniano bardzo ostrożnie. Tylko najwięksi optymiści liczyli na coś więcej niż standardowy pakiet trzech meczów w fazie rozgrywek grupowych (mecz otwarcia, o wszystko i o honor). W międzyczasie polskie orły rozegrały trzy baaardzo przeciętne spotkania z najsłabszymi przeciwnikami jakich trenerowi Smudzie udało się znaleźć, ale jak widać to wystarczyło by rozniecić oczekiwania kibiców. Zawodowi komentatorzy cytują statystki, emocjonując się rekordową ilością meczów bez porażki, zapominając o miernej kondycji rywali. Różowe okulary to obowiązkowe wyposażenie kibica, więc samo wyjście z grupy mało kogo już dziś satysfakcjonuje. Upijamy się więc entuzjazmem coraz bardziej, a szanse na kaca giganta rosną. Cóż, podobno wiara czyni cuda. Będzie okazja, sprawdzić prawdziwość tej sentencji w praktyce. Jakby co, w trosce o poprawę samopoczucia rodaków, po mistrzostwach, drużyna Smudy zafunduje nam kolejną błyskotliwą passę zwycięstw z przeciwnikami klasy San Marino, Malta czy Luksemburg.

Piłkarski entuzjazm objawia się specyficzną formą kibicowskiego patriotyzmu. Trwa licytacja, kto więcej chorągiewek zainstaluje na samochodzie, kto dokładniej wymaluje sobie facjatę, kto założy bardziej groteskowy cylinder, czapeczkę z rogami etc. Hit „Koko Euro spoko” wprost idealnie wpisuje się w tą przaśną estetykę. Nie rozumiem więc, skąd ta fala krytyki? Co ciekawe, ów infantylny patriotyzm bardzo chętnie demonstrują także ci, dla których mówienie o suwerenności to relikt zaścianka, nie przystający do wizerunku światłego Europejczyka. Ci, dla których patriotyzm, na co dzień jest zbędnym balastem. Bo nawiązuje do historii, a więc przegranych powstań i klęsk, jest patetyczny, koturnowy, pełen cierpiętnictwa i bohaterszczyzny, a w ogóle to kojarzy się z PiS, więc generalnie kicha i wstyd. Dla mnie natomiast synonimem obciachu jest właśnie ta odpustowa wersja patriotyzmu, sprowadzona do dziecinnych gadżetów, w których lubują się kibice piłkarscy. I choć będę trzymał kciuki za polską drużynę, nie ustroję się w żadne szaliczki (w lato!), koszulki, flagi i trąbki.

W tym kontekście, szczególnie zabawnie wygląda udowadnianie samym sobie polskości naszych orłów. Sporego zamieszania narobił tu Jan Tomaszewski, próbuje się więc zadać kłam jego krzywdzącym enuncjacjom. I tak, biedny Ludovic Obraniak chcąc zrzucić brzemię farbowanego lisa, zmuszony jest popisywać się swoją świeżo nabytą polszczyzną, składając jednocześnie płomienne deklaracje miłości wobec odzyskanej ojczyzny. Tempo jego przyspieszonej edukacji wskazuje, że lekcje które pobierał mogły wyglądać tak;)



Jak powszechnie wiadomo, każdy doskonale się zna na futbolu (ja również). Przystępuję więc do typowania wyniku najbliższego meczu Polaków. Polska – Grecja, porządek 0:0, ewentualnie 1:1, w każdym bądź razie remis.

poniedziałek, 21 maja 2012

Magia i wariactwo



Powyższe zdjęcie mówi chyba samo za siebie. Piłka Nożna to jednak niesamowity fenomen. Kiedy odbywa się ważny mecz, taki jak sobotni finał Ligi Mistrzów na stadionie w Monachium, świat staje w miejscu. Uczestnicy szczytu G8 w Camp David, odwracają wzrok od upadającej Grecji, zapominają o kryzysie finansowym w strefie euro, przestają dumać nad problemem przyspieszonego wyjścia z Afganistanu, z zapartym tchem śledząc zmagania herosów. Kogo powinien wpuścić na boisko trener Jupp Heynckes? Czy Arjen Robben pokona Petra Cecha? W który róg uderzy Didier Drogba? To te pytania domagają się natychmiastowych odpowiedzi.

I choć sam folklor związany z kibicowaniem, którego emanacją są te wszystkie infantylne gadżety (czapeczki, szaliki, trąbki etc.), wymalowane twarze, ludowe przyśpiewki, wydaje mi się żałosny, to w przypadku meczów o najwyższą stawkę, nie obce są mi piłkarskie emocje. Przyznam jednak, że kapkę irytuje mnie nadawanie tym wydarzeniom rangi niemal państwowej. Sytuacja, w której prezydenci, premierzy i rzesze pomniejszych oficjeli, ze śmiertelną powagą rozprawiają o facetach ganiających po trawie za skórzaną piłką, stwarza wrażenie, że rywalizacja na boisku jest czymś więcej niż jest w istocie. To w końcu tylko sport, gra, zabawa, nawet jeżeli towarzyszą jej wielkie pieniądze. Owszem, bywa emocjonująca, ale to jednak rozrywka, nic więcej. Pośrednim tego skutkiem jest niezamierzona nobilitacja zjawiska kibolstwa stadionowego. Łatwo przecież odnieść wrażenie, że skoro piłkarskim zmaganiom patronują przedstawiciele najwyższych władz, zwykłe chuligańskie wybryki zyskują wagę niemal potyczek militarnych.  Jeżeli są generałowie, musi być i wojsko, z żołnierzami gotowymi bić się w imię barw klubowych.

Patrzenie na świat przez pryzmat stadionowych trybun, w przededniu EURO 2012, ujawnia się u nas w całej okazałości. To ważna impreza. Przygotowywaliśmy się do niej kilka lat, wydatkując ogromne środki finansowe (które przynajmniej w odniesieniu do infrastruktury sportowej w znacznej części zostaną zmarnowane), ale czynienie z niej epokowego wydarzenia w historii Polski, to co najmniej lekka przesada. „To być może jedne z najważniejszych trzech tygodni w historii naszego kraju, bo rzadko kiedy uwaga całego świata i szczególnie Europy była skierowana na Gdańsk, Warszawę, Poznań, Wrocław i całą Polskę tak mocno, jak będzie w tych trzech tygodniach” – mówi Donald Tusk. I brzmi to tyleż pompatyczne co śmiesznie, wpisując się w wizerunek premiera jako niespełnionego Donaldinho, haratającego w gałę z kumplami po lekcjach. Z drugiej strony mamy równie absurdalne lamenty feministek, których rzecznikiem stała się groteskowa Kazimiera Szczuka. Jej zdaniem piłkarska impreza to siedlisko wszelkiego zła. Barwnie odmalowuje dantejskie wizje piekła, w których obleśne pijane samce pławią się w testosteronie, w towarzystwie zniewolonych, roznegliżowanych niewiast oferujących odpłatnie swoje wdzięki. Poziom egzaltacji naprawdę szokujący w ustach wojującej feministki. A nie można by tak normalnie? Bez tego całego wariactwa i niemożliwego nadęcia? Odzyskać właściwą miarę i proporcje odpowiadające rzeczywistości?

Finał finału, w Camp David równie wspaniały jak w Monachium. Nieprawdaż?


wtorek, 15 maja 2012

Prowokacja


fot. Grzegorz Celejewski

Prowokacja! Słowo to robi w ostatnich dniach oszałamiającą karierę. W piątek, w Sejmie i przyległościach, wszyscy prowokowali wszystkich, a przynajmniej takie można odnieść wrażenie słuchając podnoszonych zarzutów. Donald Tusk sprowokował Jarosława Kaczyńskiego, Kaczyński Palikota, a ten z kolei posła SLD. Ewa Stankiewicza prowokowała Stefana Niesiołowskiego, marszałek Ewa Kopacz związkowców z Solidarności, a koalicja rządowa wszystkich Polaków sprzeciwiających się podniesieniu wieku emerytalnego. Uff, nie wiem czy nie pominąłem jakiejś ważnej prowokacji. W całej tej hałastrze prowokatorów był jednak ktoś kto nie prowokował. A raczej obawiając się, że sprowokować może, nie robił tego co należało zrobić. Tym zbiorowym ktosiem jest niestety policja, która bezradnie przyglądała się radosnej twórczości związkowców szarpiących się z posłami usiłującymi przełamać blokadę Solidarności oblegającej Sejm. Ograniczenie swobody obywatelskiej jest pogwałceniem prawa i podstawowych reguł demokracji, którą wszyscy chętnie wycierają sobie gębę, wtedy kiedy im to pasuje. I nie ma tu nic do rzeczy fakt, że w głębi duszy mało kto tych biednych posłów żałuje.

Związki Zawodowe są niezwykle destrukcyjnym uczestnikiem demokratycznego systemu władzy.  A kiedy są silne, tak jak w Polsce, politycy stają się zakładnikami działaczy związkowych brnąc w populistyczne obietnice. Karykaturę liberalnej gospodarki, którą mamy okazję doświadczać, w znacznej mierze zawdzięczamy związkokracji. Utrzymywanie nierentownych przedsiębiorstw i całych branż, wysokie koszty prywatyzacji, masa przywilejów socjalnych, nadmierny fiskalizm, to wszystko haracz jaki płacimy w imię spokoju społecznego, którego depozytariuszem są związki zawodowe. Demonstracje, pikiety, protesty i marsze są pełnoprawnym elementem systemu i nie ma co się na to obrażać. Czym innym jednak jest przekraczanie granic prawa, co miało miejsce w piątek. Nie rozdzierałbym szat i byłbym nawet skłonny zbagatelizować to krótkotrwałe „aresztowanie” posłów w Sejmie, widząc w tym akt o charakterze symbolicznym, gdyby szef Solidarności zadeklarował post factum, że metod tego rodzaju nie zamierza więcej stosować. Tak się jednak nie stało. Piotr Duda zaprezentował niesłychaną butę lansując śmiałą tezę, iż związkowcy chronili posłów przed gniewem ludu, z którym spotkaliby się na ulicy. Taki tekst, jako żywo przypomina argumentację stosowaną przez gangsterów wymuszających haracze za rzekomą ochronę. Duda, niczym ojciec chrzestny wydał rozkaz żeby nikogo z Sejmu nie wypuszczać i jego zdaniem posłowie mieli obowiązek się do niego stosować, cytuję: „Bezczelność i głupota tego posła (Pawła Suskiego z PO). Nie dość, że źle zagłosował, myślał bezmyślny poseł, że on wyjdzie bo ma immunitet. To my cię chłopie tu chronimy, żeby ci się nic gorszego nie stało. Niech przeprosi ten poseł za to, że tak głosował. Rozkaz był jeden, że nikt nie wychodzi”.

Duda to przeciwnik zupełnie innego kalibru niż niezbyt lotny i ciepło kluchowaty Janusz Śniadek. Twardy, charyzmatyczny fighter, któremu bardzo szybko wyrastają skrzydła. Piątkowa awantura to mimo wszystko drobiazg, gorzej gdyby wkrótce okazało się, że przewodniczący zasmakował w takich akcjach. W przededniu EURO 2012 mogłoby to być groźne. Łatwo sobie wyobrazić scenariusz, zgodnie z którym podobne ekscesy mają miejsce przy okazji licznie organizowanych protestów w trakcie piłkarskiej imprezy, choćby jakaś blokada paraliżująca miasto w dniu meczu, uniemożliwiająca dotarcie na stadion. I tu znowu pojawia się słowo – prowokacja. W takich okolicznościach, policja zostałaby zmuszona do znacznie bardziej stanowczej reakcji niż w ubiegły piątek. A stąd już tylko krok do ulicznych zamieszek. Taki rozwój wypadków zapewne bardzo by odpowiadał prezesowi PiS, który niestrudzenie próbuje zbudować obraz sytuacji oparty na kliszy z 1980 roku, gdzie słuszny gniew ludu stanął na przeciw kordonu ZOMO. Mam nadzieję, że szef Solidarności nie pozwoli się wykorzystać w ten sposób. Zakładam, że zdaje sobie sprawę z błędów popełnionych w piątek a jego postawa jest nieodzownym atrybutem budowanej legendy twardego lidera związku.

czwartek, 10 maja 2012

Po pierwsze nie szkodzić czyli bojkot 2012



Występy polskiej reprezentacji, kibiców raczej nie rzucą na kolana. Rozgrzebane drogi, autostrady i miasta (vide radosna twórczość Madame HGW w Warszawie) również. Hit „Koko spoko”, jako wizytówka polskiej kultury to też nie jest szczyt szczęścia. Co zostaje? Atmosfera sportowego święta, którą uparli się popsuć hipokryci z UE, wspierani przez ogarniętego pomrocznością jasną, jednego z przywódców opozycji.

Pięć lat przygotowań, blisko 100 mld złotych wydanych na infrastrukturę, do znudzenia powtarzane zaklęcia, że musimy zaprezentować się z jak najlepszej strony i pokazać, że Polska leży w Europie, a nie w Azji. Sprawić, by ta kosztowna impreza procentowała w przyszłości, zachęcając rzesze turystów do wizyt w naszym kraju. Ja akurat dość kiepsko imaginują sobie taką bezpośrednią zależność, ale politycy niestrudzenie wbijali nam do głów tę argumentację. A teraz, za pięć dwunasta, postanowili zabawić się zapałkami. Mam wszakże nadzieję, że ta antyukraińska krucjata nie popsuje sportowego święta. Chyba nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie wylewał łez, że ten czy inny unijny urzędas nie przywlecze swych czterech liter na stadion. Ale wizerunek Polski, na dobre i złe splecionej w tym przedsięwzięciu z ukraińskim sąsiadem, zapewne ucierpi. Zwłaszcza, że nasi wybrańcy bardzo się o to starają. Powód bojkotu to zwykła hucpa. Ani zły czarownik Janukowycz nie jest takim strasznym satrapą (jest wielu znacznie gorszych, których jakoś się nie bojkotuje), ani księżniczka Tymoszenko nie jest dziewicą orleańską, ani jej uwięzienie nie zaczęło się wczoraj. A kolonia karna, czym z lubością epatują media wykorzystując skojarzenie z sowieckim łagrem, jest zwykłym ukraińskim więzieniem.

Tymczasem, polskie władze zupełnie nie potrafią się zachować. Zamiast demonstracji solidarności z Ukrainą, pojawiają się sprzeczne sygnały i chore pomysły. Komisarz Europejski Janusz Lewandowski wpisuje się w bojkot wraz z resztą darmozjadów z Brukseli. Donald Tusk milczy jak sfinks, nie zamierzając powstrzymywać swojej niemieckiej przyjaciółki i stada unijnych baranów ślepo podążających za przewodnikiem stada. Zabiera głos dopiero wtedy, gdy rzecz została sprowadzona do walki na sztachety na własnym podwórku. Kuriozalny występ Jarosława Kaczyńskiego, zwieńczony apelem o wykolegowanie ukraińskiego partnera wypada pominąć litościwym milczeniem. Dzisiaj natomiast, na wyżyny arogancji wspiął się prezydent Komorowski. Udzielanie wskazówek, dotyczących konieczności dokonania zmian w ukraińskim prawie, jakie raczył był udzielić prezydentowi sąsiedniego państwa, to już nie gafa a grubiaństwo. W dodatku przeciw skuteczne. W ten sposób przemawia udzielny książę do wasala. Żaden szanujący się przywódca nie może z tych zaleceń skorzystać, nawet gdyby chciał. Już widzę tą radość Polaków, gdyby Putin w publicznym wystąpieniu zapragnął przekazać naszemu pryncypałowi kilka wytycznych, w zakresie zmian w polskim systemie prawnym.

Nie należę do wielbicieli Ukraińców, ale rozumiem, że wyrwanie Ukrainy z rosyjskiej strefy wpływów leży w naszym interesie politycznym. Od czasu pomarańczowej rewolucji zrobiliśmy wiele żeby zbudować ciepłe relacje z tym krajem. Jak można więc, w tak bezsensowny sposób trwonić teraz ten kapitał? Za pół roku, nikt już nie będzie pamiętał o kanclerz Merkel et consortes, bojkotujących piłkarską imprezę. Ale arogancji Bronisława Komorowskiego i wiarołomnych pomysłów Jarosława Kaczyńskiego Ukraińcy pewnie nam nie zapomną.

niedziela, 2 października 2011

Face lifting



Kiedy ostatniej wiosny podróżowałem koleją, zadumany gapiąc się przez okno, martwiłem się, że nawet zieleń, która wybuchła pięknie w parkach i ogrodach, nie jest w stanie ukryć brzydoty Polski „ucywilizowanej” rękami człowieka. O ile przez szybę samochodu oglądamy miasta, miasteczka i wioski niejako od frontu, trochę ufryzowane, uładzone, bardziej zadbane, to z okna pociągu przeważnie widzimy to co te fronty zasłaniają. Kłują w oczy porozwalane budy, budki i szopy; rozpieprzone zaplecza jakichś zakładów przemysłowych, zaszczane komórki i garaże z blachy falistej; rozmaite wulgaryzmy i kibolskie wyznania nabazgrane na wszystkim na czym się da. Jednym słowem syf.

Pocieszałem się, że pod hasłem Euro 2012 właśnie odbywa się wielkie picowanie dróg, dworców i hoteli. I choć same mistrzostwa, w wymiarze sportowym, nie budzą moich emocji jestem zadowolony, że stały się katalizatorem szeregu inwestycji infrastrukturalnych, które nawet jeśli nie zostaną zakończone przed terminem imprezy, to przecież powstaną. W końcu „Polska w budowie”. Tylko, że te inwestycje nie poprawią widoku, który goście spieszący na Euro, zobaczą z okien pociągów. Brud, smród i ubóstwo staną się więc naszą wizytówką, która niestety idealnie harmonizuje z funkcjonującym w Europie, stereotypowym wyobrażeniem Polski.

Okazuje się jednak, że nie tylko mnie leżą te sprawy na sercu. Oto kilka dni temu, media doniosły, że na moście średnicowym w Warszawie trwa rozwieszanie biało-czerwonej płachty, która przysłoni jego przerdzewiałą konstrukcję, której miasto nie zdąży odnowić. Dziś już możemy podziwiać ją w pełnej krasie. W wybranych miejscach mają też pojawić się płachty z reklamami sponsorów mistrzostw, które będą mogły ukryć wstydliwe zaniedbania. Ale to jeszcze nie wszystko. Podobno niektóre, od wieków nie remontowane budowle, mają być przykryte olbrzymimi plandekami, na których zostanie przedstawiona wizualizacja ich stanu po rewitalizacji. Hmm… stąd już naprawdę tylko jeden mały kroczek dzieli nas od malowania trawy na zielono w przeddzień przyjazdu pierwszego sekretarza KC PZPR, z czego wszyscy naśmiewali się w czasach ludowej Polski. Co na to inne miasta? Żeby się tylko nie okazało, że za chwilę będzie już za mało czasu nawet na przygotowanie odpowiednich dekoracji.

Chociaż, być może zupełnie niepotrzebnie się tym wszystkim przejmuję. Jest wielce prawdopodobne, że owi goście piłkarskiego Euro, bardziej będą przypominali hordy Hunów niż turystów zbierających krajoznawcze refleksje na temat naszego kraju.


W kąciku odjechanych spotów wyborczych dzisiaj znowu PO. Kompletnie zmyliła mnie estetyka tego klipu Do ostatniej chwili byłem przekonany, że promuje kandydata PSL. A tu niespodzianka.