Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Napieralski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Napieralski. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 30 października 2011

Arłukowicz jak Tusk



Bartosz Arłukowicz to zmarnowana szansa SLD. Szansa, która dziś mogłaby być ostatnią deską ratunku, dla tej formacji. Grzegorz Napieralski ma wiele grzechów na sumienia. Ukradł SLD nie tylko teraźniejszość, sądzę że ukradł też przyszłość. Chyba nikt dotąd, nie poniósł tak spektakularnej porażki właściwie bez powodu. Można ją porównać jedynie do klęski Unia Wolności w 2001 roku, ale ta partia długo rządziła w koalicji, a władza zazwyczaj zużywa (świeży przykład PO pokazuje, że nie zawsze).

Moim zdaniem, ogromnym błędem Napieralskiego, praktycznie pomijanym przez media, było dopuszczenie do odejścia Arłukowicza, w maju bieżącego roku. Pomijam już kwestię tego, jaki miało to wpływ na wyborczy wynik SLD i PO. Jego odejście z Sojuszu (choć formalnie nie był jego członkiem), odebrało tej partii szansę na nowe, wiarygodne otwarcie, po przegranych wyborach. Dziś widać to jak na dłoni. W poturbowanym obozie SLD, obserwujemy kabaret zgranych aktorów. Leszek Miller, próbuje sobie przypomnieć czasy świetności, Józef Oleksy znowu jest wszędzie potrzebny i wypada mi nawet z lodówki, w mediach coraz częściej miga twarz Krzysztofa Janika, jedni wznoszą modły do Kwaśniewskiego, drudzy do Cimoszewicza. Tylko patrzeć jak wypełznie skądś, mój faworyt, Jaskiernia. Mam deja vu. Przed dziesięciu laty toczono dyskusję na temat konieczności odmłodzenia SLD, a teraz twarzami nowej lewicy mają znowu być komunistyczni aparatczycy, którzy wtedy już byli passe? No tak, ale Kalisz ze swoim jaguarem, reputacją hedonisty i wizerunkiem celebryty ma tyle wspólnego z lewicowością co Jarosław Kaczyński z paleniem trawki. Komedia. Ale cóż, król jest nagi. Wśród młodszych działaczy Sojuszu nie ma nikogo sensownego. Nie ma, ale mógł być.

Właśnie Bartosz Arłukowicz. Młody, przystojny, sympatyczny, elokwentny, popularny, lubiany przez media, jeszcze świeży w polityce, nie skompromitowany dawnymi porażkami, z pewnymi zadatkami na charyzmę. Byłby idealną twarzą SLD. Posiada te same cechy, za które lud pokochał kiedyś Aleksandra Kwaśniewskiego a teraz Donalda Tuska. Świetny wynik wyborczy, który osiągnął w Szczecinie, świadczy, że nadaje się na politycznego kochanka. Tusk zużyje się w drugiej kadencji rządów, więc lud będzie szukał kogoś nowego do kochania. Najlepiej takiego, który niewiele będzie się różnił. Bartosz Arłukowicz byłby jak znalazł. W PO, nie ma na to szans, nawet jak zostanie ministrem zdrowia. W SLD już teraz grałby na siebie. A, że jest plastikowy? Bez wyraźnych poglądów? Specjalista od mowy trawy? To zalety w dzisiejszej polityce. Niestety.

Los postkomunistycznej lewicy nie leży mi na sercu. Bez żalu pożegnam czerwony sztandar wyprowadzany do lamusa historii. To nie moja bajka. Podobnie jak Bartosz Arłukowicz i jego kariera polityczna. Ale nie mogę oprzeć się wrażeniu, że właśnie ten człowiek był ostatnią szansą lewicy, przeputaną przez Napieralskiego.

wtorek, 25 października 2011

Przypadki Don Kichota z Biłgoraja



Janusz Palikot nie pozwala o sobie zapomnieć. Po awanturze o krzyż, wywołał kolejny kontrowersyjny temat, który podnosi ciśnienie politykom. Legalizacja marihuany (pisałem o tym w tekście "Odlot"). Tym razem, inaczej niż w sprawie krzyża, jestem po jego stronie, ale oczywiście zdaję sobie sprawę, że ten projekt ma jeszcze mniejsze szanse na realizację niż usunięcie krzyża z sali obrad Sejmu. I choć, szef partii swego imienia, nie pojawił się osobiście na konferencji prasowej inicjującej ten temat, wygląda na to, że nie obawia się etykietki Don Kichota, szermierza przegranej sprawy.

Osobiście uważam, że właściwą miarą sukcesu polityka jest jego skuteczność. Tylko czy my mamy w ogóle jakichś polityków, którzy z powodzeniem realizują swoje postulaty polityczne? Donald Tusk? Rzeczywiście, wielka skuteczność w utrzymywaniu władzy, co w przypadku tak bezideowej partii, jaką stała się Platforma Obywatelska, można chyba nawet uznać za sukces programowy. Ale analizując tę sprawę, w kategorii realizacji rzeczywistych zadań, wygląda to bladziutko. Jarosław Kaczyński, a może Grzegorz Napieralski? Nie będę się nad nimi znęcał. W przypadku tego pierwszego, szóste z rzędu przegrane wybory mówią same za siebie, a Grzegorz Napieralski przeszedł właśnie do historii lewicy. Pozostaje Waldemar Pawlak. Tak, to z pewnością najskuteczniejszy lider partyjny. Wieczny koalicjant nie ma wielkich ambicji zmieniania Polski, czy nawet polskiej wsi, ale w utrwalaniu interesów swojego zaplecza politycznego nie ma sobie równych.

Okazuje się więc, że spodziewany brak skuteczności naszego Don Kichota nikogo nie powinien rozczarować. Ot, taki to już mamy polityczny standard. Natomiast, już samo twarde, wyraziste stawianie kontrowersyjnych tematów może się opłacić, zwłaszcza, że były to hasła wyborcze Ruchu Palikota. Poważne traktowanie własnych obietnic z kampanii, standardem w polskiej polityce już niestety nie jest. Tym bardziej więc, zapewni sympatię wyborców. A, że nic nie uda się zrobić? Cóż, głową muru nie przebijesz. W ten sposób, może się okazać, że wobec deficytu skuteczności całej klasy politycznej, zwykłe dotrzymywanie słowa stanie się bardzo cennym kapitałem.
882420f173d315e039bb92b94

poniedziałek, 10 października 2011

Tusk i Palikot Rulez!



Dwóch zwycięzców i jeden skazaniec, który tym razem nie uniknie stryczka (Napierniczak). Sondażowe wyniki są zaskakujące. Przede wszystkim wielki, nadspodziewany triumf Donalda Tuska, który na finiszu kampanii przez moment znalazł się przecież w defensywie. Zaskakuje  duża różnica głosów między PO a PiS, prawie identyczna jak w poprzednich wyborach. Wtedy ten wyniki był efektem pospolitego ruszenia wyborców, pod hasłem pogrzebania projektu IV RP, co znalazło odzwierciedlenie w relatywnie wysokiej frekwencji – 53,9%. Teraz stało się to samo, już bez takiej mobilizacji elektoratu (prognozowana frekwencja 47,7%). W dodatku po udanej kampanii wyborczej PiS i marnej, bezbarwnej PO. Jarosław Kaczyński ma nad czym się zastanawiać.

Sytuacja Platformy Obywatelskiej wygląda znacznie bardziej komfortowo niż 4 lata temu. Wszystkie zmiany jakie czekają nas na politycznej scenie są korzystne dla Tuska. Spójrzmy.

1.   Podział mandatów w Sejmie wskazuje, że do uzyskania większości, PO potrzebuje tylko jednego partnera. Nawet mariaż z SLD, które uzyskało niewiele mandatów, daje minimalną większość.
2.   W dodatku PSL, RPP, SLD przebierają nogami by znaleźć się w tej koalicji. Dla PSL, urzędy i stołki są racją bytu w polityce, dla SLD koalicja może być szansą na zahamowanie marginalizacji, a dla Palikota to spełnienie politycznych ambicji. Nawet jeśli stery rządu wciąż dzierżyć będzie dotychczasowa koalicja (a tak zapewne się stanie), to siła przetargowa Waldemara Pawlaka znacząco spadnie. Wciąż będzie czuł na plecach oddech Janusza Palikota wiedząc, że rezerwowy koalicjant czeka w przedpokoju gabinetu premiera.
3.   Zwycięstwo partii rządzącej w kolejnych wyborach to siłą rzeczy znacznie silniejszy mandat od wyborców.

Sukces Palikota i zmasakrowany Napieralski to drugi, obok wyniku PO, wielki triumf Donalda Tuska. Mnie najbardziej żal PJN, który poniósł porażkę trochę na własne życzenie i Nowej Prawicy Janusza Korwin-Mikkego skrzywdzonej przez PKW (Nie ważne wybory).

Choć… w ciągu najbliższych godzin, całą tą analizę może trafić szlag, jeżeli ostateczne rezultaty wyborów trochę przemeblują ten sondażowy wynik.

piątek, 7 października 2011

Skuchy kampanii


Podsumowanie kampanii czas zacząć. Jaka była? Raczej nudna, tabloidalna, z mnóstwem gadżetów zastępujących merytoryczny przekaz, ale bez bomb i haków. No, chyba że jeszcze ostatniego dnia… A największe skuchy?

1.Grzegorz Napieralski.
Nominacja za całokształt. Same skuchy. Kiepskie spoty telewizyjne, nieudana debata o finansach, zakończona lufą w Grzesiowym indeksie. W debacie liderów olany przez wszystkich liczących się konkurentów i ustawiony w szeregu razem z drugim garniturem działaczy innych partii. W całej kampanii cień Palikota, wciąż pozostający trzy kroki z tyłu.

2.Insynuacje Jarosława Kaczyńskiego pod adresem Angeli Merkel.
Szło naprawdę świetnie. Tak sympatycznego, dowcipnego, ujmującego prezesa nie widziałem nawet w kampanii prezydenckiej. Umiejętnie schodził z linii strzału snajperom czyhającym na każdy błąd lidera opozycji. Aż w końcu, na finiszu kampanii, podłożył się jak dziecko. Fuck up z opinią na temat Angeli Merkel zrujnował pieczołowicie budowany wizerunek dobrotliwego przywódcy, nie przynosząc w zamian żadnych korzyści. Ciekawe, jak duży procent głosów będzie kosztował ten błąd?

3. List byłych ministrów spraw zagranicznych do Angeli Merkel.
Komedia. Nie ma to jak przedobrzyć sprawę. Wczorajsze oburzenie słowami prezesa zamieniło się w niesmak, reakcją kompletnie nie proporcjonalną do skali problemu. Ta żałosna inicjatywa pozwoli odbić Kaczyńskiemu trochę straconych głosów.

4.Wczorajsze śląskie tournee Donalda Tuska.
Niewypał. Najwyraźniej skończyły się premierowi rezerwy empatii dla szlochającego w mankiet elektoratu. Oj, popsuje to efekt udanych przecież wojaży tuskobusem. Duży błąd na finiszu kampanii.

5. Wojenne proroctwa Jacka Rostowskiego na forum Parlamentu Europejskiego.
Wystąpienie w stylu Jarosława Kaczyńskiego. Powściągliwość w ocenach to zaleta nie do przecenienia w przypadku ministra finansów. Zwłaszcza, jeżeli pochodzi z kraju, który inaugurując prezydencję w UE zapowiadał eksport optymizmu do wszystkich krajów unii.

6.Sześciolatki do szkół albo i nie.
Czyli zaskakująca zmiana stanowiska Katarzyny Hall w sprawie reformy edukacji. Ale czego można się spodziewać po minister, która fotografuje się z opuszczonymi spodniami?

W mojej wyliczance brakuje Janusza Palikota. Cóż, jego kampania to pasmo sukcesów. Nie zaszkodziły mu informacje na temat kłopotów z regulacją zobowiązań, doniesienia o kryminalnej przeszłości niektórych kandydatów, ani przegrany proces wyborczy. Na liście nie pojawiło się też PSL, ale mam wrażenie, że Waldemar Pawlak z kolegami wzięli ledwie symboliczny udział w kampanii wyborczej.


Na koniec, mały aneks do kącika odjechanych spotów wyborczych. Ten klip pewnie już wszyscy widzieli, ale bez niego mój przegląd spotów byłby nie kompletny.

wtorek, 4 października 2011

PiS nie będzie rządzić



Ośrodki badania opinii publicznej, niemal codziennie fundują nam nowe sondaże preferencji wyborczych. W jedynych wygrywa PO, w innych PiS, ale różnice są minimalne. W zasadzie wiadomo już teraz, które partie przekroczą próg 5%. Ze wszystkich stron grzmią rozmaite głosy rozsądku, które straszą nas Polską, w której możemy obudzić się 10 października albo upiornymi wizjami możliwych koalicji powyborczych.

O co ten cały hałas? Moim zdaniem, karty są już rozdane. I wcale nie jest takie istotne, który z dwóch pretendentów do władzy pierwszy dobiegnie do mety. Niezależnie od ostatecznego werdyktu wyborców, już dzisiaj z olbrzymim prawdopodobieństwem, można powiedzieć, że PiS nie będzie rządzić. Przeanalizujmy na spokojnie wariant, w którym to lider dzisiejszej opozycji będzie triumfował w najbliższą niedzielę.

Wygrana PiS jest możliwa, ale przewaga, którą uzyska nad PO będzie niewielka. Co się wtedy stanie? Obrażony premier Tusk, pogratuluje konkurentowi i powtórzy swoje oświadczenie sprzed kilku dni, że to zwycięska partia powinna stworzyć nowy rząd. I będzie mógł się cynicznie przyglądać obrzędom, związanym z budową większości przez PiS. Te wysiłki z góry skazane są na porażkę. Bo niby z kim miałby rządzić PiS? Ruch Poparcia Palikota od razu możemy wykluczyć. Moim zdaniem SLD również. Po kiepskim wyniku wyborczym Napieralski, który chciałby być wice premierem za wszelką cenę, będzie miał zbyt słabą pozycję w partii, by przeforsować udział SLD w tak egzotycznej koalicji. Jest też bardzo prawdopodobne, że w ogóle przestanie być szefem, o czym pisałem kilka dni temu (Napierniczak). Pozostaje PSL. Sądzę, że ludowcy, nazywani partią obrotową (taki eufemizm dla politycznej prostytucji), nie będą mieli ochoty zawierać politycznych aliansów ze zwycięskim PiS. Zadziała instynkt samozachowawczy. Zbyt świeże jest wspomnienie ceny, jaką zapłacili politycy Samoobrony i LPR za koalicję z partią Jarosława Kaczyńskiego. Tym bardziej, że Waldemar Pawlak nie ma się czym martwić. PSL jest przecież partią preferowaną do roli koalicjanta przez Platformę, która po fiasku PiS-owskich usiłowań podejmie misję tworzenia rządu. Stołki w około rządowych instytucjach, które są dla PSL-u solą działalności politycznej, nie będą więc zagrożone. Spokojnie można udać się za stodołę popykać trochę w tenisa.

Dlatego też, główną konsekwencją wyborczego zwycięstwa PiS, będzie polityczny galimatias związany z próbą budowy większości parlamentarnej dla poparcia rządu Jarosława Kaczyńskiego. PO będzie spokojnie przyglądać się nieudanym zabiegom przeciwników wiedząc, że władza i tak pozostanie w jej rękach.

To wręcz wymarzona sytuacja dla Donalda Tuska. Im dłużej potrwa szopka z tworzeniem rządu przez PiS, tym częściej będzie słychać apele autorytetów, by się zlitował i wziął losy kraju w swoje ręce. A on będzie się wahał, zastanawiał, rozważał, wreszcie, strojąc się w piórka męża stanu, skorzysta z niezapomnianej frazy klasyka i oświadczy ludowi „Nie chcem, ale muszem”. Dla dobra Polski, łaskawie zgodzi się dźwigać nadal brzemię rządzenia. I to on będzie wtedy stawiał koalicjantom warunki, na których zgodzi się podjąć to wyzwanie. Nie ma tu większego znaczenia kto znajdzie się w tej koalicji. Luksus PO polega na tym, że może związać się z każdym oprócz PiS. SLD, PSL, Ruch Palikota, do wyboru, do koloru. Kto to będzie, zadecyduje ostateczny układ sił w Sejmie. Paradoksalnie, niewielka porażka Platformy może oznaczać znacznie większy komfort rządzenia dla nowego rządu Tuska niż niewielkie zwycięstwo. „Miałeś chamie złoty róg … ostał ci się ino sznur” – z tym, cytatem brzmiącym w uszach, będzie zasypiał i budził się Jarosław Kaczyński.

Tak naprawdę, najwięcej do ugrania w tych wyborach ma jeszcze PJN. Walczy o przekroczenie progu 3% głosów, czyli dofinansowanie z budżetu państwa, które stanowi o być albo nie być tej partii na politycznej scenie. Bo Nowa Prawica Janusza Korwin-Mikkego, skrzywdzona prze Państwową Komisję Wyborczą, już takiej szansy raczej nie ma (Nie ważne wybory).

W tych rozważaniach jest tylko jedno „ale”. Czy aby na pewno, Platforma będzie chciała rządzić w tych trudnych czasach, które nadchodzą?


Wobec wyczerpania puli interesujących propozycji, zamykam kącik odjechanych spotów wyborczych. Okazuje się, że najbardziej odjechało SLD. Za to PiS i PSL nie odjechały wcale. No oczywiście poza klipami emitowanymi w telewizji, ale publikowanie ich w tym miejscu nie miałoby sensu.

piątek, 30 września 2011

Napierniczak



Nie pamiętam już kto ukuł ten zgrabny kryptonim dla tandemu Napieralski-Olejniczak, który chwycił stery SLD po klęsce wyborczej w 2005 roku. Wszyscy pamiętamy, że fala tsunami po aferze Rywina, zmyła wtedy ze sceny politycznej całą wierchuszkę starych towarzyszy, z Leszkiem Millerem i Józefem Oleksym na czele.

Nowe otwarcie firmował właśnie Napierniczak. Ale twarzą numer 1 odmłodzonego SLD został chłopaczkowaty Wojciech Olejniczak. Jego miękkość, chwiejność, brak charyzmy aż biły po oczach w zderzeniu ze wspomnieniem byłego szefa twardziela, Leszka Millera zwanego żelaznym kanclerzem lewicy. Nic dziwnego, iż nowy lider za późno się zorientował, że za jego plecami, partner z tandemu, podstępny Grzegorz Napieralski wybudował wewnętrzną opozycję i zamierza przejąć partię. Po kongresie SLD w 2008 roku, Wojtek wylądował w politycznej zamrażarce, czyli w Parlamencie Europejskim, a przebiegły Grześ poobsadzał swoimi ludźmi wszystkie najważniejsze funkcje w strukturach partii. Tandem Napierniczak przeszedł do historii. Szybko się jednak okazało, że charyzma nie należy też do mocnych stron nowego lidera.

I kiedy wydawało się, że w atmosferze histerii, jaka zapanowała po katastrofie smoleńskiej i śmierci Jerzego Szmajdzińskiego, wewnętrznej opozycji partyjnej udało się wpuścić Grzesia na minę czyli start w wyborach prezydenckich 2010 roku, ten wyszedł z tej batalii wzmocniony. Starcie gigantów, czyli pojedynek Komorowski – Kaczyński, powinien był zetrzeć na proch takie miałkie indywiduum jak Napieralski. A tu niespodzianka. Szef SLD uzyskał 13, 7% głosów, co stanowiło trzeci wynik w kraju. Odtrąbiono sukces. Napieralski triumfował a Ryszard Kalisz i Wojciech Olejniczak musieli udać się do Canossy. Do dzisiaj nie rozumiem, jak to możliwe, że te fałszywe uśmiechy, taneczne podrygi z bliźniaczkami, rozdane jabłuszka i kanapki przyniosły tak dobry efekt. Ale stało się.

Wtedy spodziewałem się tego, na co zanosi się dzisiaj. W trwającej kampanii wyborczej, jak by się Napieralski nie ustawił zawsze dupa zostaje z tyłu. Nic nie wychodzi. Prawie każda inicjatywa czy wystąpienie zamienia się w mniejszą lub większą katastrofę. Niesforni wyborcy zadają trudne pytania, córki obrażają się na tatusia przed kamerą, minister Rostowski strofuje jak uczniaka punktując oczywiste niekonsekwencje programowe, Arłukowicz bije na głowę w szczecińskich sondażach i jeszcze ten wredny Palikot, który potrafi być sexi dla lewicowych wyborców w przeciwieństwie do szefa lewicy. Bez wątpienia, Napieralski stał się chłopcem do bicia tej kampanii wyborczej i mam wrażenie, że to już kopanie leżącego. Ciosy, którymi jeszcze niezgrabnie próbuje razić przeciwników chybiają celu. Słania się na nogach, jak Tomasz Adamek w dziesiątej rundzie niedawnego pojedynku z Witalijem Kliczko.  

Skłamałbym mówiąc, że mu współczuję. Kiedy skończy karierę polityczną, zawsze znajdzie zatrudnienie jako wzorzec w Sevres. To modelowy wręcz przykład hipokryty, śliskiego, fałszywego, bezideowego karierowicza politycznego.

A jaki będzie epilog tej nie udanej kampanii Grzegorza Napieralskiego? Być może historia zatoczy koło. Lewicę czeka kolejne nowe otwarcie, które tym razem będzie firmował tercet pod szyldem The Best of SLD. Odświeżona fizjonomia Leszka Millera, lepsza połowa duetu Napierniczak i reprezentant lewicy kawiorowej Ryszard Kalisz. A nad całością będzie unosił się duch Aleksandra Kwaśniewskiego jako patrona tego nowego projektu.


Wygląda na to, że najbardziej odjazdowe spoty wyprodukowali kandydaci SLD. Dzisiaj trochę dłuższy klip, ale warto. Polecam zwłaszcza cztery ostatnie sekundy nagrania:)