Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ACTA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ACTA. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 19 lutego 2012

Czyszczenie przedpola



Upojny smak zwycięstwa często bywa zwiastunem porażki. Wódz, który w geście triumfu stawia stopę na torsie pokonanego wroga i ma dość siły by skazać na wygnanie głównego konkurenta do władzy, traci czujność. To właśnie z powodu pychy, starożytni władcy ogłaszali swoją boskość i stawali się podmiotem kultu poddanych. W sprawie ACTA, Donalda Tuska poniosła arogancja i buta. Na własne życzenie zapędził się do narożnika. Wpadka tym bardziej bolesna, że z punktu widzenia rządu, gra nie toczyła się o wysoką stawkę. Początkowo, głównie chodziło o prestiż, związany z faktem, że z przyjęcia ACTA przez Radę Europy, uczyniono jeden z sukcesów polskiej prezydencji. Wobec skali protestów, prestiż przestał mieć jakiekolwiek znaczenie, ale upór premiera zrobił z tego sprawę honorową. Dlatego kluczył, miotał się, parował ciosy, ale i tak musiał w końcu ustąpić.

Donald Tusk potrafi być zręcznym graczem. Wbrew nadziejom wielu oponentów, nie doszło do istotnego rozprężenia w szeregach władzy. Premier zarządził odwrót z pola walki, w zwartym szyku, z bronią i ze sztandarami. To co zaprezentował na piątkowej konferencji prasowej, to naprawdę kawał udanego piaru. Chmurny Tusk, zamienił się znów w sympatycznego gościa. Skrócił dystans, posypał głowę popiołem, wyznał grzechy i obiecał poprawę. Takiego faceta nie sposób nie lubić. W końcu, kto z nas jest bez wad? Jednocześnie, meritum dotyczące ochrony własności intelektualnej w internecie, umiejętnie przeniósł poza sferę sporu. Co więcej, z gorliwością neofity, odział się w szaty czołowego lobbysty, na rzecz zatrzymania ACTA na gruncie europejskim. Kto wie, czy ta zuchwała zagrywka nie okaże się skuteczna wizerunkowo. W końcu, mimo całej niechęci do polityków, przeciwnicy ACTA potrzebują zinstytucjonalizowanego orędownika swojej sprawy. A urzędujący premier, w roli sojusznika może być nie do pogardzenia. Wydaje się, że Donald Tusk zaczął powoli odzyskiwać grunt pod nogami.

Ale cała ta sprawa, to przede wszystkim czyszczenie przedpola. Szykuje się walna bitwa o zmiany w ustawie emerytalnej, zwane szumnie i na wyrost reformą emerytalną. Tusk chce uczynić ten temat sztandarowym projektem swoich rządów. Trwałym śladem pozostawionym po sobie w polityce. Chce podjąć walkę o wizerunek państwowca i w tej sprawie jest gotów postawić na szali bardzo wiele. Tym bardziej, że zdaje sobie sprawę, że wydłużenie wieku emerytalnego jest konieczne i niezależnie od postawy opozycji, to na jego rząd spadnie odpowiedzialność za zaniechanie jakichkolwiek reform, w obliczu europejskiego kryzysu. Liderzy partii opozycyjnych prześcigają się w hipokryzji i populizmie (postulat referendum jest cynicznym wybiegiem politycznym), chwiejne PSL jak zwykle hamletyzuje, więc ewentualne wsparcie ze strony Janusza Palikota będzie legitymizować go jako jedynego, odpowiedzialnego partnera do rządzenia. To może być punkt zwrotny tej kadencji.

W tej sprawie jestem po stronie premiera, choć same zmiany w ustawie emerytalnej to o wiele za mało. Polsce potrzebny jest nowy plan Balcerowicza, dokonanie całego szeregu zmian systemowych, które stymulowałyby rozwój gospodarczy, bo tylko w ten sposób wydłużenie wieku emerytalnego przyniesie spodziewane efekty. Tymczasem, nie ma na to żadnych szans. Socjaliści z SLD, PSL-u i obu PiS-ów, w imię nieszczęsnych haseł o solidarności społecznej, nie dopuszczą do żadnych zmian. Zresztą, Tuskowi też wcale na tym nie zależy. Jego zwycięstwo może się więc okazać pyrrusowe. Ale spróbować trzeba.


Nie zamieszczałem jeszcze tej naprawdę udanej parodii ścieżki dialogowej, do słynnego fragmentu filmu „Upadek”. Teraz, przy okazji symbolicznego zamknięcia sporu o ACTA, można potraktować ten filmik nieco retrospektywnie. Tym razem, wódz III Rzeszy w roli Donalda Tuska, w momencie wybuchu konfliktu z internautami. Może ktoś jeszcze tego nie widział:)


niedziela, 5 lutego 2012

Grab zagrabione?



Na fali protestów w sprawie ACTA, podjęto dyskusję na temat prawa własności intelektualnej, a także prawa własności w ogóle. Nie zamierzam tu wchodzić w głębsze rozważania, w jaki sposób własność intelektualna powinna być chroniona i jak egzekwowana. Chcę natomiast zwrócić uwagę na dość ciekawy paradoks, zgodnie z którym prawo własności intelektualnej podważają dziś dwa skrajnie opozycyjne wobec siebie środowiska polityczne. Dla libertarian, uznających pełną swobodę dysponowania swoją własnością, prawo własności jest jednym z niepodważalnych praw naturalnych. Kwestionują jednak ten status, w przypadku własności intelektualnej. Zgodnie z wyznawaną doktryną uważają, że uznanie prawa własności intelektualnej twórcy, prowadzi do ograniczenia swobody dysponowania własnością przez legalnego nabywcę dzieła czy utworu.

Z drugiej strony, z zupełnie innych pozycji ideowych, zamach na prawo własności intelektualnej szykują środowiska lewicowe. Kłopot w tym, że w przewrotny sposób odwołując się do wolności i godności człowieka, podnoszą argumenty czysto marksistowskie. Poglądy Janusza Palikota wciąż ewoluują i powoli zaczynają przypominać założenia manifestu komunistycznego. Już teraz, nowy mesjasz lewicy, spór o ACTA przedstawia jak konflikt interesów wyzyskiwanej klasy pracującej (internautów) i burżuazji (twórców), definiując wolność jako brak ograniczeń finansowych w dostępie do internetu. To chytry zabieg. Kiedy brak poszanowania cudzych praw nazwiemy walką o wolność i godność człowieka, to w imię wyższych racji można złamać wszystkie obowiązujące zasady etyczne. Janusz Palikot pisze na swoim blogu:

„Większość młodych ludzi pracuje teraz w Polsce na umowach śmieciowych, bez widoków na emerytury, i na sukces. Dla wielu z nich jest to jedyna „konsumpcja”! Tylko na to ich „stać”, aby za darmo obejrzeć coś w sieci. Teraz – po podpisaniu ACTA – mają za to płacić. I oto jest ten spór! W tych protestach wyraża się żal za to jak dziś wygląda życie młodego człowieka. W świecie rozbudowanych oczekiwań konsumpcyjnych i niskich zdolności płatniczych. Dlatego stało się to sprawą godności tego pokolenia. Tu wolność jest z godnością powiązana jak zawsze – w sposób zasadniczy! (…) Jest w tym wszystkim elementarna dla życia publicznego kwestia proporcji pomiędzy czyjąś własnością, a prawem dostępu. Tak jest, było i będzie, że to zawsze jest w sprzeczności. Własność to zawsze ograniczenie dostępu i już!”

Brzmi jak idea komunizacji internetu. W myśl tych zasad, dostęp do zasobów sieci należy się wszystkim, za darmo, bez oglądania się na cudzą własność. Ale Palikot nie jest tu osamotniony. Podobne poglądy zawsze mogły liczyć na życzliwe wsparcie usłużnych intelektualistów. I oto, w roli ideologa nowej sprawiedliwości społecznej pojawia się Jacek Żakowski, gwiazdor lewicowego dziennikarstwa, relatywizując istotę prawa własności:

„Wbrew temu, co od 20 lat powtarzamy o świętym prawie własności, to jest ono jednym z najmniej świętych praw w historii. Koncepcja własności , co może być własnością, jest historycznie zmienna, jak mało która. Niecałe 200 lat temu chłop, czy niewolnik był przedmiotem prawa własności. A prawo do własności ziemi? Po pierwszej wojnie światowej zakwestionowane w całej Europie. To wszystko jakby ewoluowało. Mamy do czynienia z historyczną zmianą, jaka dokonała się w Stanach Zjednoczonych w odniesieniu do prawa do własności niewolnika. Dobra kultury, dostęp do kultury podlega podobnej emancypacji. Stosunek do prawa własności zawsze był bardzo polityczny, nawet gdy nie postępowała rewolucja. Kończy się codzienność. Chmura jest odpowiednikiem gawiedzi rewolucyjnej.”

A więc w imię, tak zwanej sprawiedliwości społecznej, należy dokonać emancypacji (jakie zgrabne słowo) prawa własności intelektualnej, a być może zastanowić się nad nową definicją tego, co w ogóle może podlegać własności. Lewica zawsze potrafiła znaleźć ładną ideologiczną oprawę dla starej dewizy Lenina „grab zagrabione”. Panie Palikot! Panie Żakowski! Nie idźcie tą drogą!

Ale nie jest też tak, że sam sposób ochrony własności intelektualnej nie podlega dyskusji. Warto się zastanowić nad istniejącymi regulacjami w tym względzie. Dzisiejszy system prawny, w sposób przesadny chroni twórców. W przypadku praw autorskich, ochrona wynosi aż 70 lat, od momentu śmierci autora. Co ciekawe, również w tej sprawie, znaczne skrócenie okresu ochrony postulują bardzo odległe środowiska politycznie (znowu ten sam paradoks). Część środowisk prawicowych, między innymi Janusz Korwin Mikke, ale także europejscy Zieloni, na czele których stoi znany z lewackich sympatii Daniel Cohn-Bendit, jeden z przywódców rewolty 1968 roku.

sobota, 28 stycznia 2012

Wyścig hipokrytów



Protesty w sprawie ACTA to signum temporis. Kiedyś lud wychodził na ulice żądając chleba, teraz domaga się swobody korzystania z zasobów komputerowej sieci. Okazuje się, że dla współczesnej młodzieży, która kontestuje polityków i olewa wybory, dopiero zagrożenie wolności w internecie staje się iskrą zdolną rozpalić aktywność obywatelską. „Stop ACTA”, znaczy dziś tyle samo co kiedyś „No pasaran”.

Mimo, iż uczestnicy manifestacji nie mają ochoty na polityczną kuratelę, politycy za wszelką cenę próbują podłączyć się pod protesty i wejść w rolę rzecznika interesu demonstrantów. Robią to naprawdę pociesznie. Rzadko kiedy, w jednej sprawie, wylewa się aż tyle hipokryzji i obłudy. Posłowie Solidarnej Polski, zupełnie nie zrażeni faktem, że ich przedstawiciele w Parlamencie Europejskim, jak jeden mąż, poparli ACTA, urządzają w Sejmie żałosny spektakl występując z plastrami na ustach, w proteście przeciw próbie kneblowania obywateli. Jarosław Kaczyński, nawet nie zawraca sobie głowy zrozumieniem „what the fuck is ACTA”, podobnie zresztą jak europosłowie PiS, którzy głosowali za przyjęciem tej umowy. Ważne, że trafiła się okazja by uderzyć w rząd Tuska, podlizując się protestującym projektem referendum. Znany z męstwa, bezprzykładnej odwagi i nieugiętej postawy, poseł Ryszard Czarnecki, który bohatersko wstrzymał się od głosu w sprawie ACTA, obiecuje na swoim blogu, że "wysadzi w powietrze to badziewie" (tzn. ACTA) jak tylko wraz z kolegami dorwie się do władzy. Natomiast najzagorzalsi zwolennicy PiS, z pomysłowością godną najbardziej zakręconych hipotez smoleńskich, snują wizje powszechnej rewolty i wieszczą rychłe obalenie znienawidzonego rządu. Nawet, bezkompromisowy zwykle, Janusz Korwin Mikke, niezrażony dominacją lewicowych nastrojów wśród demonstrantów, próbował się do nich przyłączyć i przepadł wygwizdany przez tłum. Co ciekawe, Janusz Palikot też wrócił na tarczy ze spotkania z demonstrantami, żegnany okrzykami: hipokryta! hipokryta!  A wydawało się, że on jeden ma szansę złapać fazę z protestującą młodzieżą.

Z drugiej strony barykady też niezła komedia. Słynny twardziel, Donald Tusk, który jeszcze dwa dni temu prezentował niezwykle pryncypialne stanowisko w kwestii ACTA, zażądał od swoich ministrów wyjaśnień i nie wykluczył surowych konsekwencji. Zarządził konsultacje społeczne, w sprawie, którą dzień wcześniej rozstrzygnął podpisując umowę, by wreszcie przejść do defensywy tłumacząc, że ACTA być może w ogóle nie zostanie przedstawiona do ratyfikacji w parlamencie. Zaiste, zdecydowanie i odwaga godne męża stanu, który jeszcze przez 4 lata nie musi martwić się vox populi.

Ech… żal na to wszystko patrzeć.

czwartek, 26 stycznia 2012

Rewolucja klikaczy



W awanturze wokół ACTA, spór o meritum staje się ofiarą psychologii tłumu. Cybernetycznego tłumu, który podlega tym samym regułom, które opisał Le Bon, w swojej ponadczasowej pracy „Psychologia tłumu”. Żyjemy w erze, w której wola zbiorowości zdominowała indywidualność. Protest, którego nośnikiem jest internet jest fascynującym zjawiskiem socjologicznym.

Wiem, że sprawa ACTA nie jest pierwsza. Ubiegłoroczna, rewolucja arabska, zaczęła się w sieci, internet stanowił spirytus movens ruchu oburzonych, ostatnie protesty przeciw fałszerstwom wyborczym w Rosji też mają swoje źródło w sieci. Z własnego podwórka pamiętamy, że genezą Ruchu Palikota była inicjatywa podjęta w sierpniu 2010 roku na Facebooku, w kontrze do obrońców krzyża na Krakowskim Przedmieściu. Ale te zagraniczne akcje nie dotyczyły nas bezpośrednio, więc nie mogliśmy poczuć jak to działa, a „Akcja krzyż” miała niewielki, lokalny zasięg, choć została nagłośniona przez media. Pospolite ruszenie w sprawie ACTA to nieporównywalnie większa skala zjawiska. Pokazuje, jak w imię nośnej idei łatwo wyzwolić stadny odruch obronny uczestników sieci. Zwłaszcza, że cybernetyczny bunt stał się modny. Mało kto rozumie istotę problemu, ale żeby być cool, trzeba przyłączyć się do protestu, którego emanacją jest zbiorowe klikanie na Facebooku i innych portalach społecznościowych. Ochoczo przyłączyła się też blogosfera. Od trzech dni rozkwita plaga pustych wpisów na blogach, zawierających adnotację, że notki nie będzie, bo autor protestuje przeciw ACTA. Zważywszy, że blogerzy blogują dla przyjemności, taki protest przypomina postępowanie w myśl zasady „na złość mamie odmrożę sobie uszy”. Ale jakie to wygodne, kiedy można zostać buntownikiem nie ruszając się z fotela. Wcześniej, żeby się zbuntować trzeba było przynajmniej pokłócić się z rodzicami o pryncypia albo oflagować w zakładzie pracy. Teraz wystarczy kliknąć myszą w odpowiednim miejscu i cisnąć jakieś grube słowo o sile rażenia butelki z benzyną, by zyskać wrażenie, że zmienia się świat.

Ale jest coś co nie pozwala tego buntu wykpić. Ten wirtualny tłum wyzwala energię zdolną  bardzo szybko zmaterializować tłum realny, skandujący hasła na ulicy. Przecież cała sprawa zaczęła się zaledwie parę dni temu od blokady stron internetowych kilku instytucji rządowych przez hakerów z grupy „Anonymous”, a dzisiaj fala antyrządowych manifestacji przetoczyła się przez kilkanaście polskich miast, wyprowadzając na ulice, łącznie, kilkadziesiąt tysięcy młodych ludzi. Nie obyło się bez aktów wandalizmu i agresji. Władze są wyraźnie zagubione wobec tych akcji. Miotają się. Raz bagatelizując, innym razem karcąc z ojcowską surowością, wydają się nie doceniać siły jaka tkwi w takich inicjatywach. To nie są demonstracje pod auspicjami partii politycznych, związków zawodowych czy branżowych grup interesu, gdzie wiadomo kim są organizatorzy protestu i jak z nimi gadać. Cybernetyczny tłum ma wirtualnych przywódców. Tym razem rozejdzie się po kościach, ale w przyszłości taki ruch może istotnie wpłynąć na kształt politycznej sceny. Donald Tusk ma wielkie szczęście, że do kolejnych wyborów daleko, jest więc sporo czasu na nauką. Ten kto będzie potrafił wykorzystać cybernetyczny tłum dla swoich celów zyska olbrzymi atut.


A póki co, warto się przekonać, że wirtualni przywódcy cybernetycznego tłumu mają wcale nie małe ambicje. Protesty przeciw ACTA, to nie ich pierwsza inicjatywa.

wtorek, 24 stycznia 2012

Kompleks prymusa



Zadziwiający jest ten polski serwilizm, który każe rządzącym migusiem, w podskokach i bez głębszej refleksji realizować życzenia płynące od możnych z zagranicy. Jeżeli tylko, bardzo na czymś zależy Europie albo Stanom Zjednoczonym, polski rząd czuje się zaszczycony kiedy może uprzedzić ich prośby.  Należy przygotować grunt pod plany Angeli Merkel? Polski minister spraw zagranicznych wygłasza wiernopoddańczą tyradę. Wypada sypnąć groszem dla bogatszych od nas państw strefy euro? Pierwsi wyciągamy portfel, jak jakiś frajerski sponsor, z którym i tak nikt nie ma zamiaru się liczyć. Trzeba powojować z talibami i nauczyć ich demokracji? Trwamy wiernie przy amerykańskim sojuszniku, choć ni w ząb nie ma to żadnego sensu. Teraz rząd przebiera nogami, żeby podpisać ACTA (międzynarodową umowę handlową o zwalczaniu obrotu podróbkami), na której zależy Amerykanom. I znowu zachowujemy się jak prymus z pierwszej ławki, który zawsze pierwszy zgłasza się do odpowiedzi, łasy na pochwały nauczyciela. Pamiętam ze szkoły, że nikt takich prymusów nie lubił, a żaden nauczyciel nie szanował. Znamienne, że owi prymusi nie poradzili sobie najlepiej w dorosłym życiu.

Ostatecznym terminem przystapienia do ACTA jest 31 marca 2013 roku. Wydawałoby się więc, że nie ma powodu, by tak bardzo się spieszyć z ratyfikacją. Pozostaje dużo czasu żeby dokładnie przeanalizować zapisy, przeprowadzić konsultacje, przyjrzeć się dyskusji na ten temat, która będzie się toczyć w innych krajach. Niestety, problem polega na tym, że polski rząd umieścił ACTA w ramach priorytetów swojej prezydencji w UE, lobbował za przyjęciem tych regulacji i doprowadził do ich akceptacji przez Radę Europy w grudniu ubiegłego roku. Zwłoka w podpisaniu ACTA przez Polskę, będzie oznaczała, że rząd forsował umowę, której nie przemyślał. Full obciach. Przypomina mi to korowody z ratyfikacją traktatu lizbońskiego, którego prezydent Lech Kaczyński nie miał ochoty podpisać mimo, że osobiście negocjował ten dokument.

Uważam, że prawo własności jest fundamentem gospodarki wolnorynkowej. Zdaję sobie sprawę, że prawo własności intelektualnej jest w internecie łamane i należy te sprawy jakoś uregulować. Ale to wcale nie oznacza, że należy przyjmować regulacje ACTA, które powstały w podejrzanych okolicznościach, budzą olbrzymie kontrowersje i według wielu interpretacji prawnych wylewają dziecko z kąpielą, jednocześnie otwierając pole do groźnych nadużyć. Nie jestem prawnikiem, więc nie będę analizował poszczególnych przepisów. Chcę wyciągać własne wnioski na ten temat, na podstawie dyskusji, która dotąd się nie odbyła. Dlaczego mam polegać na gołosłownych zapewnieniach  ministra Boniego, który twierdzi, że to prawo nie narusza wolności w sieci?