Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kryzys. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kryzys. Pokaż wszystkie posty

sobota, 3 grudnia 2011

Federacja albo śmierć?



Kiedyś wyszydzano Jana Rokitę za hasło „Nicea albo śmierć!”, rzucone z trybuny sejmowej, w proteście przeciw niekorzystnym dla Polski, planom zmiany zasad głosowania w Radzie Europy. Teraz bez żenady robi się ludziom wodę z mózgu bardzo podobną retoryką. Federacja albo śmierć! zdają się krzyczeć Angela Merkel i Nikola Sarkozi. Federacja albo śmierć! wtóruje im Donald Tusk!

Ni z tego ni z owego, okazuje się, że projekt Unii Europejskiej, do niedawna uważany za genialny (każdy kto twierdził inaczej nazywany był oszołomem), można bardzo łatwo zepsuć. Europejscy politycy okazali się ignorantami ekonomicznymi. Realizując swoje cele polityczne, z rozmysłem łamali kryteria konwergencji ustalone w traktacie z Maastricht, dla krajów uczestniczących w unii walutowej. Jednym z nich było ograniczenie do 60% PKB, limitu długu publicznego. Tymczasem, w przypadku 8 na 13 krajów, tworzących obecnie strefę euro pogodzono się z długiem przekraczającym tą granicę. Unijni biurokraci nie ogarnęli tego problemu. Teraz tłumaczy się nam, że remedium na kryzys jest przekazanie im jeszcze większej władzy, po to by mogli zadbać o nasz interes lepiej niż my sami. Co ciekawe, pod hasłem polityki fiskalnej, oprócz daleko idących uprawnień do grzebania w podatkach i budżetach państw członkowskich, sprzedaje się od dawna obowiązujące kryteria  z Maastricht jako nowy pomysł utrzymywania dyscypliny budżetowej. Wmawia się nam, że upadek strefy euro to upadek Europy. To nieprawda. Unia walutowa, nie jest elementem bezwzględnie koniecznym dla istnienia wspólnoty europejskiej. Co więcej, geneza trwającego kryzysu wskazuje, że wspólna waluta może być niebezpieczna. Robert Gwiazdowski, ekspert z Centrum im. Adama Smitha, powołując się na pogląd Josepha Stiglitza, laureata nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii uważa, że unia walutowa pomiędzy państwami o różnym stopniu rozwoju nie ma racji bytu, ponieważ uniemożliwia prowadzenie polityki stóp procentowych przez krajowe banki centralne, a taka polityka jest ważnym instrumentem wpływu na konkurencyjność gospodarki krajowej. W 2009 roku polskie przedsiębiorstwa obroniły się przed kryzysem właśnie dzięki dewaluacji złotego wobec euro, co uczyniło polski eksport opłacalnym. Oto tajemnica zielonej wyspy Donalda Tuska. Strefa euro i tak pewnie upadnie, to tylko kwestia czasu. Drukowanie pieniędzy przez Europejski Bank Centralny kryzysu nie uleczy. Skutki upadku będą opłakane, ale Polska, która nie jest członkiem unii walutowej i tak jest w lepszej sytuacji. Nie ma powodu żebyśmy mieli grać pierwsze skrzypce w tej batalii, pchając się na pokład tonącego statku. Profesor Milton Friedman, laureat nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii, jeden z twórców monetaryzmu i orędownik idei wolnego rynku, w dniu wdrożenia waluty euro, w 2000 roku powiedział: „Z euro jest jak z socjalizmem. To piękna idea, która nie sprawdzi się w praktyce. Daję unii walutowej szanse na kolejne 10 lat. Potem kryzys i rozpad strefy Euro.” Wygląda na to, że się nie pomylił.

Ale hipokryzja polityków polega też na czym innym. Proponowane pogłębienie integracji, nie może być narzędziem waliki z trwającym kryzysem. To są rozwiązania systemowe, wymagające zmiany traktatów co jest procesem długotrwałym, więc choćby tylko z tego powodu nie uratują rozpadającej się strefy euro. Wszystko to nie przeszkadza jednak partii rządzącej w tworzeniu atmosfery braku alternatywy dla koncepcji federacji przedstawionej przez Radosława Sikorskiego. W licytacji, w eurofanatyzmie, przekraczając granice głupoty bierze udział SLD. Leszek Miller przebija stawkę,domagając się od rządu konkretnego planu wejścia Polski do strefy euro. Tak absurdalny postulat, wobec aktualnej sytuacji strefy euro, trudno nawet komentować. Pozostaje wierzyć, że minister Rostowski wytrwa przy swojej opinii na ten temat, którą wygłosił kilka dni temu: „Polska obecnie nie może myśleć o wejściu do strefy euro w jej obecnym kształcie, może to zrobić wtedy, kiedybędzie to bezpieczne dla polskiej gospodarki”.

W kontekście debaty na temat przyszłości Unii Europejskiej wyraźnie widać jak bardzo brakuje w Sejmie rozsądnej, konserwatywnej opozycji. Układ sił jest skrajnie niekorzystny. Z jednej strony federaliści, gotowi poprzeć najdalej idące projekty ograniczenia suwerenności władzy państwowej, z drugiej PiS organizujący marsze protestacyjne, z okrzykami o Trybunale Stanu i zdradzie, nie potrafiący zaproponować żadnego alternatywnego pomysłu. W takiej sytuacji, wybór między federacją a inną koncepcją, dla opinii publicznej będzie oznaczał wybór między PO i PiS, a to jest fałszywa alternatywa. Największym sprzymierzeńcem Donalda Tuska w walce o przyszłość Polski w UE jest Jarosław Kaczyński.

sobota, 19 listopada 2011

Mało! – wokół expose



Wczorajsze expose premiera, najkrócej mógłbym skomentować następująco. Znacznie więcej niż mógłbym się spodziewać po Donaldzie Tusku, znacznie mniej niż bym sobie życzył i niestety mniej niż potrzeba.

Gdybym chciał oceniać expose przez pryzmat własnych poglądów ekonomicznych, opartych na szeroko rozumianej wolności gospodarczej, która wymaga istotnego przemodelowania systemu podatkowego, racjonalizacji wydatków państwa i działań aktywizujących przedsiębiorczość, musiałbym je ocenić negatywnie. Ale przecież z góry było wiadomo, że takich zapowiedzi nie można się spodziewać. Odpuszczam więc krytykę z tej perspektywy, ponieważ nie byłaby ona konstruktywna. Warto jednak zauważyć, że Platforma Obywatelska, w 2001 roku powstała w oparciu o takie właśnie założenia. Cóż, upłynęło 10 lat i dzisiaj trudno byłoby znaleźć merytoryczne różnice między PO a SLD z okresu 2001-2003. Oceniając expose przez pryzmat tego, czego można było oczekiwać, oceniam je umiarkowanie pozytywnie. Umiarkowanie, ponieważ zapowiedziano w końcu jakieś reformy, pojawiły się konkretne rozwiązania, ale zabrakło wielu istotnych elementów. Dlatego też, bardzo mnie dziwi entuzjazm wielu ekonomistów (między innymi Ryszarda Petru i Krzysztofa Rybińskiego), których szanuję. Nie potrafię wytłumaczyć tego inaczej jak efektem niskiej bazy. Donald Tusk, brakiem aktywności w sferze reform, w całej poprzedniej kadencji, zawiesił widać poprzeczkę oczekiwań bardzo nisko.  

Ad rem. Podstawowym problemem nie jest to co w expose się znalazło, ale to czego w nim nie ma. W kontekście zagrożenia globalnym kryzysem gospodarczym, to wcale nie jest radykalny program cięć, jak przedstawia to partia rządząca. Wreszcie zapowiedziano reformę emerytalną, o której od dawna wiadomo, że jest bezwzględnie konieczna, ale rozwleczono ją w czasie na zbyt długi okres. Nie jest to działanie, które zmienia sytuację, wobec kryzysu, który zdjął już płaszcz w przedpokoju, założył kapcie i zamierza rozgościć się w naszym domu (copyright by Leszek Miller). Ograniczenie przywilejów, likwidacja ulg, podwyższenie składki rentowej, reforma KRUS, przyniosą efekt szybciej, ale nie uratują finansów publicznych państwa. Wątpię czy wystarczą do zmniejszenia deficytu budżetowego, o którym mówił premier. I tyle konkretów. Zapowiedzi usprawnienia postępowań sądowych, ułatwień związanych z uzyskiwaniem pozwoleń na budowę mają już charakter życzeniowy i można mieć spore wątpliwości, czy i kiedy uda się je wcielić w życie.

Czego zabrakło? Przede wszystkim planu cięć wydatków w obszarze szeroko rozumianej administracji publicznej i elementów stymulujących wzrost gospodarczy. Błyskotliwie wypunktował to Janusz Palikot. Muszę przyznać, że pomijając kwestie światopoglądowe i ukłony w kierunku lewicowego elektoratu, które zawarł w swoim wystąpieniu, w zasadzie mógłbym się podpisać pod tym co powiedział. W programie rządu nie ma ani słowa na temat odbiurokratyzowania życia społecznego i to zarówno w zakresie zmniejszenia kosztów administracji jak i zwiększenia swobody gospodarczej. Nic na temat zmiany absurdalnych przepisów prawnych, uproszczenia przepisów podatkowych, stworzenia przyjaznych warunków funkcjonowania dla przedsiębiorców (min. prawo do błędu) i cięć w sferze administracji rządowej (likwidacja wielu agencji rządowych, likwidacja Senatu, zmniejszenie ilości posłów, połączenie ZUS i KRUS). Co ciekawe, Palikot poruszył też kwestię ochrony polskiego rynku przed transferami zysków dokonywanymi przez zagraniczne koncerny do swoich spółek matek, co pozwala im unikać opodatkowania w Polsce (przede wszystkim chodzi o hipermarkety), o czym dotąd wspominał tylko Jarosław Kaczyński.

Na tle konkretnych wystąpień Donalda Tuska i Janusza Palikota, przemówienia pozostałych partyjnych liderów wypadły znacznie słabiej. Jarosław Kaczyński właściwie nie ustosunkował się do propozycji premiera. Wygłosił za to kontra expose, głęboko przesiąknięte deklaracjami ideowymi i po raz kolejny mogliśmy się przekonać, że wszystkie drogi prowadzą do Smoleńska. Szkoda, bo choć bez wielkiego związku z planami rządu, poruszył kilka istotnych kwestii dotyczących członkostwa w UE.

Najwyższa pora, by rozpocząć dyskusję na temat strategii dalszej integracji Polski z Unią. Widać dziś gołym okiem, że cały szereg założeń związanych z funkcjonowaniem europejskiej wspólnoty nie działa, a hegemonia Niemiec i Francji staje się sprawą oczywistą. Niepokoi brak jakiejkolwiek refleksji w tej sprawie, po stronie partii rządzącej, która bez względu na wszystko dąży do wejścia w strefę euro i pełnej integracji. To już nie jest euro entuzjazm, tylko euro fanatyzm. Drugą sprawą jest przyjęcie pakietu klimatycznego. Totalny absurd, a w sytuacji kryzysu wręcz zbrodnia. Klimat jest sprawą globalną, walczyć z emisją gazów cieplarnianych można wtedy, kiedy uczestniczą w tym wszyscy. Jaki sens mają kosztowne ograniczenia, jeżeli największe gospodarki świata, USA i Chiny się do nich nie stosują? To świadome obniżanie konkurencyjności własnej gospodarki w imię unijnej idei fix.

To prawda, że w zwierciadle wczorajszego expose odbija się nijakość zmarnowanej poprzedniej kadencji. Ale nie pozostaje nic innego, jak kibicować rządowi, by tym razem skutecznie zamienił słowa w czyny. Decydująca jest wola polityczna Donalda Tuska. W tym kontekście, szeroko dyskutowana, obsada personalna rządu ma drugorzędne znaczenie. W końcu poprzedni gabinet był rządem stagnacji przede wszystkim  dlatego, że zabrakło woli premiera do realizacji zmian, a nie z powodu braku kompetencji poszczególnych ministrów. Bez takiej woli, nawet rząd złożony z samych uznanych ekspertów nie mógłby liczyć na sukces.

poniedziałek, 14 listopada 2011

Zmierzch Zachodu


„Rąbanie lasu. Walka” – obraz Witkacego

Już na początku XX-ego wieku pojawiły się koncepcje historiozoficzne, opierające się na założeniu, że świat zachodniej cywilizacji powoli się wypala. Tuż po zakończeniu I-ej wojny światowej ukazała się książka „Zmierzch Zachodu” Oswalda Spenglera, która odwołując się do analogii ze światem przyrody, przyrównała cykl życia społeczeństw do faz rozwoju żywych organizmów - cywilizacje rodzą się, dojrzewają, w końcu starzeją i umierają. W ten sposób, autor tłumaczył dynamiczny rozwój społeczeństw Ameryki i Azji, i jałową stagnację pogrążonej w konsumpcji Europy. Wskazywał też na analogie ze światem antycznym. Imperium Rzymskie, które wydawało się wieczne, upadło ponieważ zdegenerowała się rzymska cywilizacja i kultura. Zniszczono religie, tradycyjne pojęcia i wartości, społeczeństwo popadło w marazm i pogrążyło się w jałowym trwaniu. Ogromne koszty utrzymania imperium, nie efektywny system centralistycznego zarządzania, biurokracja i korupcja, problemy ze ściąganiem danin i podatków spowodowały wewnętrzny kryzys gospodarczy. A z zewnątrz napierały pełne sił witalnych hordy barbarzyńców. Czy niczego wam to nie przypomina?

Podobnie pesymistyczny sposób myślenia znajdował odzwierciedlenie w kulturze. W 1930 roku ukazała się powieść „Nienasycenie” Stanisława Ignacego Witkiewicza. Akcja książki, rozgrywa się w przyszłości, u schyłku XX wieku i pokazuje świat pogrążony w dekadencji. Polska znajduje się pomiędzy młotem bolszewickiej rewolucji, która opanowała niemal cały świat, a kowadłem nacierających wojsk chińskich, które za pomocą narkotyku szczęścia zniewalają podbite kraje.

O ile można dyskutować, na ile trafnie, te katastroficzne wizje opisywały świat początku XX wieku, to z dzisiejszej perspektywy wydają się wręcz prorocze. Globalny kryzys przetacza się przez świat, poziom zadłużenia Europy przekracza możliwości realnej spłaty. Upada Grecja, nad przepaścią stoją Włochy, Portugalia, Hiszpania. Syte społeczeństwa europejskie uwierzyły w demokrację, w wieczny pokój na starym kontynencie, w konsumpcję na kredyt. Jeszcze przed trzema laty rządy państw zachodnich poważnie rozważały bojkot olimpiady w Pekinie (do którego ostatecznie nie doszło), z uwagi na łamanie praw człowieka w Chinach. A dzisiaj? Ci sami przywódcy wznoszą modły do chińskich komunistów, by zechcieli zaangażować się w „ratowanie” Europy. A przecież chiński reżim nie zmienił się ani trochę. Światem rządzi hipokryzja.

I Chińczycy pewnie w końcu pomogą, tylko za jaką cenę. To niezwykłe, że represyjny system komunistyczny tak skutecznie poradził sobie z budową gospodarki quasi rynkowej, w całości opartej na klasie społecznej stanowiącej trzon funkcjonariuszy Komunistycznej Partii Chin. Gospodarcza ekspansja totalitarnych Chin odbywa się kosztem reszty świata. Jest to możliwe, przede wszystkim z uwagi na zaniżanie kursu chińskiego juana przez Ludowy Bank Chin, co pozwala gromadzić ogromne nadwyżki finansowe. Dzięki interwencjom walutowym kurs juana znacznie odbiega od jego rzeczywistej wartości. To tak, jakby chińscy przedsiębiorcy sprzedający do USA i Europy otrzymywali dotacje w wysokości 30-50 procent wartości sprzedaży. Z drugiej strony, dla firm zagranicznych sprzedających towary do Chin, zaniżony kurs juana działa jak wysokie cła importowe. Dzięki temu systemowi Chiny zwiększają swój udział w światowym rynku dóbr i usług oraz wzmacniają pozycję wierzyciela Stanów Zjednoczonych i Europy. Drugim, kluczowym elementem decydującym o konkurencyjności chińskiej gospodarki jest nieprawdopodobnie tania siła robocza. Jedna z międzynarodowych korporacji podała, że w jej chińskich oddziałach, płaca robotnika jest 80 razy niższa niż w USA. W takich warunkach, inne światowe gospodarki nie mogą nawet marzyć o konkurowaniu.

Ironią losu jest to, że dopiero teraz mają szansę spełnić się marzenia teoretyków marksizmu. Militarny triumf komunizmu nie nastąpił, za to totalitaryzm chińskich komunistów ma wszelkie szanse na gospodarczy podbój Europy. A to jeszcze nie wszystko. Od południa ciągną hordy imigrantów z ubogich, targanych głodem i wojnami państw afrykańskich, dla których Europa wciąż jest ziemią obiecaną. Przynoszą ze sobą islam, niechęć do asymilacji i nadzieje na wejście w europejski system świadczeń socjalnych.

sobota, 5 listopada 2011

Tusku, Tusku gdzieś ty?


rys. Artur Krynicki

Wczoraj zakończył się 18-miesięczny eksperyment, w którego ramach, kilku śmiałków uczestniczyło w symulowanej misji kosmicznej na Marsa. Cały ten czas, spędzili zamknięci w konstrukcji imitującej statek kosmiczny, odcięci od świata zewnętrznego. Przez chwilę przemknęło mi przez myśl czy aby nasz premier, Donald Tusk, nie zapragnął wziąć udziału w podobnym przedsięwzięciu. Jego nagłe zniknięcie bardzo niepokoi lud i rodzi szereg fantastycznych spekulacji. Insygnia władzy czekają, by raczył ponownie ująć je w dłonie. Misja na Marsa, fajna rzecz, zwłaszcza kiedy za progiem czai się ten cholerny kryzys. Można by go spokojnie przeczekać na pokładzie takiego statku, niechby nawet symulatora. W końcu przez 520 dni, jakoś by się musiały rozwiązać te wszystkie śmierdzące problemy.

Ale nie, to chyba fałszywy trop. Na szczęście przypomniałem sobie, że był przecież taki dzień, kiedy pan premier brylował w mediach. Robił mądre miny, prężył się i nadymał, tak jakby sam osobiście zredukował greckie długi, albo przynajmniej miał cokolwiek do powiedzenia w tej sprawie. Potem znowu zniknął. Może wyczuł pismo nosem? W końcu twórcy kompromisu, w glorii chwały, chodzili ledwie przez kilka dni.

Jeśli nie misja kosmiczna, to może po prostu klasztorna cela? Bardzo modny ostatnio sposób na wyciszenie, stosowany przez polskich celebrytów. To rozwiązanie tchnie znacznie większym optymizmem, gdyż można się chyba spodziewać, że taka klasztorna izolacja potrwa trochę krócej niż 18 miesięcy. Tak czy inaczej, kiedy premier ponownie objawi się wśród żywych, zastany świat może go nieco zszokować. Kompromis grecki, który przy niewielkiej pomocy Merkozy, zdołał w pocie czoła wypracować, zdążył się już zawalić. W Greckiej tragifarsie pojawiło się kilka kolejnych zwrotów akcji i nikt już nie boi się mówić pełnym głosem o pogonieniu Greków ze strefy euro, co jeszcze przed tygodniem brzmiałoby jak bluźnierstwo. Przegapił premier wielkie narodowe święto ku czci mistrzowskiego lądowania kapitana Wrony, samolotem bez podwozia, i najprawdziwsze cuda i dziwy w krajowym grajdole politycznym. Ziobro Zbigniew & Kurski Jacek, krew z PiS-owskiej krwi, sama sól tej partii nie są już członkami PiS-u! Bywają na tym świecie rzeczy, o których nie śniło się filozofom.

A niech tam. Pojadę na maksa z optymizmem, bez trzymanki, po prostu po bandzie. Hmm, a może w zaciszu przepastnych gabinetów, pan premier Tusk, wraz ministrem Rostowskim i ministrem Boni, z dala od zgiełku i wścibskich mediów, zgodnie z zapowiedzią, pracuje dwa razy szybciej niż wcześniej? Może nadrabia zaległości z poprzedniej kadencji przygotowując dobry, śmiały plan reformy finansów publicznych, której wszyscy z niecierpliwością wyglądają? Może to zniknięcie to błyskotliwy manewr, dla spotęgowania efektu, którym premier olśni nas już 8 listopada, na inauguracyjnym posiedzeniu parlamentu nowej kadencji? No dobra, wiem, bredzę. To już ta hipoteza z kosmiczną misją na Marsa wygląda bardziej realnie;)

sobota, 22 października 2011

Wsi spokojna, wsi wesoła



Malkontenci, marudy, nudziarze i zrzędy wciąż wieszczą jakieś recesje, kryzysy i śmysy. Straszą nas grecką zarazą, która pcha się tu ponoć z Europy. Ale my, defetystom, stanowczo mówimy nie! U nas spokojnie, u nas wesoło, nawet oburzeni, latoś nie obrodzili. Po prostu luzik i cool.

Donald nic nie zrobię Tusk, i cały jego nowy-stary rząd, zgodnie z zapowiedzią, pracują dwa razy szybciej niż dotąd. Premier w pocie czoła mości sobie wygodne leże na drugą kadencję rządów, kombinując jakby tu usiąść jednocześnie na stołku premiera i marszałka sejmu. Koniec końców, na tym drugim zasiądzie per procura. Frasuje się bidny, jak założyć smycz i kaganiec Schetynie, co by ten chodził grzecznie przy nodze i wściekle nie kąsał po kostkach, w zwycięskim pochodzie na karty historii. Błogostan zakłóca jeszcze ten obłudny gajowy z wąsami, co to miał żyrandola pilnować. A tu zhardział, fochy stroi, anse jakieś. Ech… ludziska to wrede są.

Ale nie jest tak źle. Na szczęście są też dobrzy ludzie, którzy zawsze pomogą odciągnąć trochę, tę ujadającą dziennikarską sworę, czepiającą się nogawek spodni. Janusz wbił kły w sejmowy krzyż, ku uciesze gawiedzi zderzając Środy z Niesiołowskimi. Koledzy z PiS-u nie prowadzą rozliczeń powyborczych aż do tego stopnia, że wszyscy z zapartym tchem śledzą nie prowadzenie tych rozliczeń. A po lewej stronie sceny, prawdziwie nowe otwarcie. Lewica stawia na młodych, ale doświadczonych, więc ze studia telewizyjnego nie wychodzi polityk średnio-starszego pokolenia Józef Oleksy. Leszek Mojżesz lewicy Miller, ogrywa kawiorowego Ryśka i z cynicznym uśmieszkiem rozpoczyna długi marsz ku ziemi obiecanej. Co prawda, bardziej przypomina to poczet wyprowadzający sztandar, ale i tak jest fajnie. Zamiast wariantu The Best of SLD, który obstawiałem, zanosi się raczej na last man show. Najwyraźniej przeceniłem chłopaków.

Tymczasem jakieś głąby z Moody's, jednej z trzech największych agencji ratingowych na świecie, grożą nam obniżeniem ratingu kredytowego już na przełomie roku, jeśli miłościwie panujący rząd nie wykombinuje w końcu jakichś reform. Na szczęście, od razu odezwał się chór polityków, z Jerzym Buzkiem na czele, który wyjaśnił nam, że to właśnie wredne agencje ratingowe winne są kryzysu i nie należy im wierzyć ni chu chu. Ufff, co za ulga…

…"Wsi spokojna, wsi wesoła,
Który głos twej chwale zdoła?
Kto twe wczasy, kto pożytki
Może wspomnieć za raz wszytki?"

poniedziałek, 17 października 2011

Oburzony Palikot



Palikot, Palikota, Palikotowi, z Palikotem, o Palikocie, w telewizji, w prasie, w internecie, nawet w mojej lodówce. Zaczęło się jeszcze przed wyborami, kiedy sondaże wpuściły Ruch Palikota na polityczne salony i wciąż się nakręca. Tak, wiem. Podejmując ponownie ten temat (pisałem już o partii Palikota – Umarł Lepper niech żyje Palikot?) sam wpisuję się w ten trend, ale chciałbym zwrócić uwagę na jeszcze jeden aspekt tej sprawy. Polityczny happening ciągle trwa, ale Janusz Palikot już wie, że zapędził się w kozi róg z atakiem na krzyż w Sejmie i walką z kościołem. To temat nośny medialnie, ale zamyka go w wąskim kręgu tematów zastępczych, podczas gdy sytuacja gospodarcza w Europie popycha nas w szpony kryzysu. A sztukmistrz z Lublina nie lubi pozostawać poza głównym nurtem wydarzeń.

Z coraz większym zaciekawieniem obserwuję tak zwany ruch oburzonych, który robi szaloną karierę na świecie. Lewackie hasła budzą mój niesmak, ale jest faktem, że z kapitalizmem stało się coś złego. Runęło status quo oparte o rozdęty socjal i konsumpcję napędzaną długiem. Coraz bardziej wysublimowane instrumenty i piętrowe operacje finansowe spowodowały, że rynek finansowy został całkowicie wyabstrahowany od realnej gospodarki. W dodatku, rządy państw zdecydowały się psuć go dalej, ratując przed upadkiem de facto zbankrutowane instytucje finansowe, a teraz państwa. Jakieś zmiany muszą nastąpić bo wydaje się, że terapia polegająca na reanimacji trupa, zwłaszcza w sytuacji, kiedy ów trup niespecjalnie sobie tego życzy jest skazana na porażkę. Ale oburzeni, poza ogólnymi sloganami nie precyzują swoich żądań. Za to wróg jest jasno zdefiniowany. Tak to już jest z tłumem. Rosnąc w siłę, ruch oburzonych zamienia się w ruch wkurwionych.

W tym kontekście, marsz oburzonych w Warszawie wyglądał zabawnie. Jak widać kryzys jeszcze nie chwycił nas za gardło, więc nie ma zbyt wielu powodów by się oburzać. Raptem dwie setki manifestantów wykrzykujących jakieś naiwne hasła przeciw establishmentowi, których sami nie rozumieją. A między nimi Ryszard Kalisz, przedstawiciel lewicy kawiorowej, uosobienie establishmentu. To hipokryzja, w dodatku groteskowa.

Przewiduję jednak, że ruch oburzonych w Polsce zyska wkrótce godniejszą oprawę. Za chwilę zapewne się okaże, że Ruch Palikota to polski ruch oburzonych. Podobieństw jest wiele, wyborcy RPP też są przecież oburzeni. Janusz Palikot z ulgą przesiądzie się na tego konia. To on (któremu w oczach opinii publicznej udało się zrzucić piętno członka establishmentu), stanie na czele oburzonych. Sprywatyzuje ten ruch i wykorzysta do swoich celów. Ruch oburzonych jest skazany na hipokrytów.

czwartek, 13 października 2011

Co miałeś zrobić dzisiaj, zrób jutro, a najlepiej pojutrze


Rys. Andrzej Mleczko

Jeśli w wyniku głosowania, na Walnym Zgromadzeniu Akcjonariuszy, dotychczasowa większość w Radzie Nadzorczej zostaje utrzymana, a prezes zatrzymuje swój fotel i ma decydujący wpływ na obsadę pozostałych miejsc w zarządzie, w każdej normalnej firmie, zmiany dokonywane są na zasadzie kontynuacji. Odchodzący członkowie zarządu wprowadzają nowych w realizowane projekty. Dokładnie tak samo powinno być w przypadku koalicji rządzącej. Zwłaszcza, że Platforma zdobyła władzę niemalże absolutną (większość w Sejmie i w Senacie, stanowisko marszałka, prezydent z własnej stajni), silny mandat do rządzenia i perspektywę kilku lat do kolejnych wyborów. Wszystko o czym tylko można zamarzyć, chcąc zmierzyć się z poważnym programem reform.

Tymczasem premier sonduje jakieś krzywe rozwiązania odsuwające w przyszłość aktywność rządu i zmierzające do utrzymania personalnego status quo. Wewnętrzne gierki partyjne, znowu ponad interesem publicznym, choć oczywiście elegancko zasłonięte „racjonalnymi” argumentami o zobowiązaniach wynikających z polskiej prezydencji w UE. A przecież, przez dwa miesiące, które pozostały do końca prezydencji, byli ministrowie mogą jeszcze popracować w unijnych radach resortowych, ale już w ramach nowego rządu. Niech dokończą te sprawy, odciążając nowych ministrów, którzy jak najszybciej powinni zająć się wprowadzeniem koniecznej, obiecywanej od 4 lat reformy finansów publicznych. To przecież ta sama ekipa.

Podniosła się wrzawa, więc pewnie Tusk wycofa się w końcu z tego pomysłu, ale pokazuje to niepokojący sposób myślenia. Najpoważniejszy kryzys, od 1929 roku, przetacza się przez świat a premier wciąż się nie spieszy. Kombinuje, kalkuluje, rozważa to, co dawno powinno już być przygotowane. Działa w myśl ulubionej zasady – co miałeś zrobić dzisiaj, zrób jutro, a najlepiej pojutrze. Sprawia wrażenie faceta, który ma nadzieję, że jak cichutko schowa się w kącie, to być może kryzys nas nie zauważy i pójdzie sobie gdzie indziej. Zapomina, że wyborcy, tak naprawdę nie głosowali na PO. Głosowali za utrzymaniem materialnego status quo, a bez głębokich cięć kosztów, status quo utrzymać się nie da. Jeżeli kryzys zajrzy ludziom w oczy, imperium Tuska rozsypie się jak domek z kart. A jeśli nową kadencję zaczyna od pomysłu, by rząd  w starym składzie, do którego sam ma szereg zastrzeżeń, porządził sobie jeszcze trochę, to obawiam się smutnego scenariusza dla Polski.