Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kibole. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kibole. Pokaż wszystkie posty

środa, 13 czerwca 2012

Bitwa warszawska 2012



Tym razem się pomyliłem. Typowałem jedno bramkową porażkę, okazując się człowiekiem małej wiary. Apetyt rośnie w miarę jedzenia, mam więc pewne uczucie niedosytu. Wbrew wcześniejszym przypuszczeniom mecz był z pewnością do wygrania, a przy tak wielkim ładunku emocji nasi zawodnicy stanęli u progu historycznego zwycięstwa na miarę Wembley (choć tam był również remis). Najbardziej jednak się cieszę, że po raz pierwszy od wielu lat znaleźliśmy się w sytuacji, w której awans do dalszej tury rozgrywek zależy wyłącznie od sprawności i determinacji polskiej drużyny w ostatnim meczu. Bez tych wszystkich upokarzających kalkulacji, że jak Grecja wygra z Rosją różnicą pięciu bramek, to nam wystarczy zwycięstwo 6:0.

Nie pomyliłem się natomiast w kwestii kibolskich zadym przed meczem. Mechanizm samospełniającej się przepowiedni zadziałał tak samo, jak w przypadku Marszu Niepodległości, 11 listopada ubiegłego roku. Jeżeli rosyjscy kibicie zapowiadają marsz ulicami Warszawy z symbolami sierpa i młota, jeśli minister sportu podgrzewa nastroje tworząc atmosferę zagrożenia, a media niestrudzenie budują kontekst historyczny i polityczny dla sportowego widowiska, to jest przecież oczywiste, że w miejscu akcji stawią się kibolskie szumowiny, gotowe stoczyć nową bitwę warszawską. Kiedy więc ostatecznie zamiast hord ruskich barbarzyńców z sierpami i młotami, w znakomitej większości pojawili się normalni fani rosyjskiej drużyny, to i tak polscy kibole musieli znaleźć kogoś komu można dać w mordę. Histeria mediów rozdzierających szaty nad przebiegiem wczorajszych zajść przypomina mi postępowanie strażaka, który spragniony silnych wrażeń sam roznieca pożar, by potem bohatersko rzucić się do gaszenia. To przykre, że nie brakuje takich, którzy te chuligańskie ekscesy traktują jako potwierdzenie krzywdzącej tezy z filmu BBC.

W kolejnym meczu Polaków typuję zwycięstwo 2:1 i wyjście z grupy na drugim miejscu. Niestety, Robert Lewandowski otrzyma drugą żółtą kartkę i nie zobaczymy go w meczu ćwierćfinałowym z Niemcami. Spotkanie to będzie więc ostatnim akordem występów naszej drużyny na EURO 2012, co i tak zostanie uznane za wielki sukces. A prawdziwymi zwycięzcami turnieju będą, Grzegorz Lato (zabetonowany na stanowisku prezesa PZPN) i Joanna Mucha, która utrzyma ministerialny stołek, choć nie lada absurdem jest wiązanie tego stanowiska ze sportowym sukcesem polskiej reprezentacji.

środa, 30 maja 2012

Poczuj się jak w trumnie


Tego nie było w słynnym filmie wyemitowanym przez BBC

Wygląda na to, że ciężko odchorujemy to Euro. Póki co, niekończące się pasmo nieszczęść. Pomijam już case autostrad, czy Warszawy zamienionej w plac budowy, akurat na mistrzostwa. Jak nie polityczny bojkot Ukrainy, który rykoszetem uderza w wizerunek Polski, to Ruskim zachciało się mieszkać w Bristolu i ministra nie może spać po nocach z tego powodu. Sprawa jeszcze nie zdążyła wybrzmieć, a tu nowe ruskie nieszczęście. Druzja ze wschodu zapragnęli przemaszerować sobie przez stolicę, co jakoś nie rodzi najfajniejszych skojarzeń. Kolejny dzień i nowy syf. BBC wyemitowała sympatyczny filmik „zachęcający” kibiców z wysp brytyjskich do przyjazdu na piłkarskie mistrzostwa w Polsce i na Ukrainie. Dziełko to niesie optymistyczne przysłanie: nie jedźcie, bo możecie wrócić w trumnie. Brzmi prawie jak hasło reklamowe całej imprezy.

I znowu rozpętała się wielka debata. Wśród licznych komentarzy, niezłe kuriozum wysmażył niejaki Tomasz Lis, na swoim własnym portalu. Otóż, zgodnie z wzorcem lansowanym od lat przez środowisko Gazety Wyborczej, redaktor Lis przykleił łatkę hipokryty wszystkim oburzonym rzeczonym dokumentem filmowym, dla siebie rezerwując rolę sprawiedliwego. Mamy obejrzeć w lustrze nasze obmierzłe gęby antysemitów, posypać hojnie głowy popiołem, uderzyć się w piersi bądź dokonać innych, równie wdzięcznych aktów ekspiacji. Ja tego czynić nie zamierzam. Dziwię się natomiast, że tak doświadczony dziennikarz nie chce dostrzec bijącej po oczach tendencyjności materiału BBC. Skoro przesłanie pasuje do tezy, to zbożny cel uświęca środki, prawda panie redaktorze?

Jasne, obrazki pokazane przez BBC są prawdziwe, ale kontekst i teza to manipulacja. To przecież nie jest film na temat kibolskich burd na meczach ligowych w Polsce. Autor pokazuje swoim rodakom, co może ich czekać na mistrzostwach organizowanych w naszym kraju (i na Ukrainie). Ustami Sola Campbella, byłego kapitana reprezentacji Anglii, wprost formułuje ostrzeżenie, by tę imprezę sobie darować. Uderza celnie, bo w tej formie przekaz ten zyskuje szczególnie mocną wymowę. Ekscesy kiboli to fakt, ale to nie jest problem Euro. Prawdziwy kibol gardzi imprezami dla pikników i omija je szerokim łukiem. Kibolskie zadymy to zjawisko związane z rozgrywkami drużyn ligowych, które występuje także w innych krajach, również w Anglii. Taki po prostu jest urok futbolu, najbardziej plebejskiego sportu na kuli ziemskiej.

Mnie wkurza przede wszystkim co innego. Wieczne wałkowanie tezy na temat polskiego antysemityzmu, którego emanacją mają być właśnie zachowania kiboli. Prymitywna, wulgarna, chamska estetyka kibolskiej subkultury mierzi mnie do imentu, ale niewiele ma wspólnego z antysemityzmem, rozumianym zgodnie z definicją tego pojęcia. W tej obyczajowości, określenie „Żyd” dawno już oderwało się od swojego rasowego kontekstu. W środowisku kiboli jest po prostu obelgą. Epitet „ty Żydzie” nie jest adresowany do jegomościa narodowości żydowskiej, tylko do fana przeciwnej drużyny, który nie ma nic wspólnego z semitą. Kibol nienawidzi innego kibola i rasa nie ma tu nic do rzeczy. To oczywiście haniebna głupota, którą należy tępić, ale kwalifikowanie jej z miejsca jako nienawiści rasowej, podnosząc jednocześnie do rangi problemu narodowego jest przesadą. Nadgorliwość w tropieniu wszelkich przejawów antysemityzmu prowadzi do dewaluacji tego pojęcia. Nie dajmy się zwariować terrorowi wszechobecnej poprawności politycznej.


PS Chętnie pielęgnujemy stereotyp Polaka antysemity. Inne nacje nie mają w sobie tej masochistycznej potrzeby ekspiacji. Dość wspomnieć, że w świadomości światowej opinii publicznej, zbrodni holocaustu dokonali jacyś tajemniczy, pozbawieni narodowości, naziści. Kim więc byli owi naziści? Tego nie wie nawet Barack Obama. 

poniedziałek, 21 maja 2012

Magia i wariactwo



Powyższe zdjęcie mówi chyba samo za siebie. Piłka Nożna to jednak niesamowity fenomen. Kiedy odbywa się ważny mecz, taki jak sobotni finał Ligi Mistrzów na stadionie w Monachium, świat staje w miejscu. Uczestnicy szczytu G8 w Camp David, odwracają wzrok od upadającej Grecji, zapominają o kryzysie finansowym w strefie euro, przestają dumać nad problemem przyspieszonego wyjścia z Afganistanu, z zapartym tchem śledząc zmagania herosów. Kogo powinien wpuścić na boisko trener Jupp Heynckes? Czy Arjen Robben pokona Petra Cecha? W który róg uderzy Didier Drogba? To te pytania domagają się natychmiastowych odpowiedzi.

I choć sam folklor związany z kibicowaniem, którego emanacją są te wszystkie infantylne gadżety (czapeczki, szaliki, trąbki etc.), wymalowane twarze, ludowe przyśpiewki, wydaje mi się żałosny, to w przypadku meczów o najwyższą stawkę, nie obce są mi piłkarskie emocje. Przyznam jednak, że kapkę irytuje mnie nadawanie tym wydarzeniom rangi niemal państwowej. Sytuacja, w której prezydenci, premierzy i rzesze pomniejszych oficjeli, ze śmiertelną powagą rozprawiają o facetach ganiających po trawie za skórzaną piłką, stwarza wrażenie, że rywalizacja na boisku jest czymś więcej niż jest w istocie. To w końcu tylko sport, gra, zabawa, nawet jeżeli towarzyszą jej wielkie pieniądze. Owszem, bywa emocjonująca, ale to jednak rozrywka, nic więcej. Pośrednim tego skutkiem jest niezamierzona nobilitacja zjawiska kibolstwa stadionowego. Łatwo przecież odnieść wrażenie, że skoro piłkarskim zmaganiom patronują przedstawiciele najwyższych władz, zwykłe chuligańskie wybryki zyskują wagę niemal potyczek militarnych.  Jeżeli są generałowie, musi być i wojsko, z żołnierzami gotowymi bić się w imię barw klubowych.

Patrzenie na świat przez pryzmat stadionowych trybun, w przededniu EURO 2012, ujawnia się u nas w całej okazałości. To ważna impreza. Przygotowywaliśmy się do niej kilka lat, wydatkując ogromne środki finansowe (które przynajmniej w odniesieniu do infrastruktury sportowej w znacznej części zostaną zmarnowane), ale czynienie z niej epokowego wydarzenia w historii Polski, to co najmniej lekka przesada. „To być może jedne z najważniejszych trzech tygodni w historii naszego kraju, bo rzadko kiedy uwaga całego świata i szczególnie Europy była skierowana na Gdańsk, Warszawę, Poznań, Wrocław i całą Polskę tak mocno, jak będzie w tych trzech tygodniach” – mówi Donald Tusk. I brzmi to tyleż pompatyczne co śmiesznie, wpisując się w wizerunek premiera jako niespełnionego Donaldinho, haratającego w gałę z kumplami po lekcjach. Z drugiej strony mamy równie absurdalne lamenty feministek, których rzecznikiem stała się groteskowa Kazimiera Szczuka. Jej zdaniem piłkarska impreza to siedlisko wszelkiego zła. Barwnie odmalowuje dantejskie wizje piekła, w których obleśne pijane samce pławią się w testosteronie, w towarzystwie zniewolonych, roznegliżowanych niewiast oferujących odpłatnie swoje wdzięki. Poziom egzaltacji naprawdę szokujący w ustach wojującej feministki. A nie można by tak normalnie? Bez tego całego wariactwa i niemożliwego nadęcia? Odzyskać właściwą miarę i proporcje odpowiadające rzeczywistości?

Finał finału, w Camp David równie wspaniały jak w Monachium. Nieprawdaż?


piątek, 25 listopada 2011

Święte krowy



Kiedy 11 listopada patrzyłem na podpalony wóz techniczny TVN-u, z miejsca zdałem sobie sprawę, że dopiero ten płomień rozgrzeje dyskusję wokół ulicznego bandytyzmu. Pobicie dziennikarza Polsatu, po niedzielnej demonstracji w Poznaniu dolało tylko oliwy do ognia. Różne rzeczy uchodzą u nas na sucho, ale nie zadzieranie z mediami. Tak było kiedy pojawił się pomysł lustracji dziennikarzy, a także wtedy gdy ujawniono podejrzenia w sprawie inwigilacji kilku przedstawicieli mediów. Takie sprawy natychmiast zyskują wysoki priorytet. Teraz też już podjęto inicjatywę, dotyczącą zmiany w ustawie o bezpieczeństwie imprez masowych, w myśl której dziennikarz byłby chroniony w taki sam sposób jak policjant na służbie. Agresję wobec przedstawicieli mediów należy bezwzględnie potępić (podobnie jak przemoc kierowaną do wszystkich innych ludzi i środowisk), ale nie może być tak, żeby w debacie toczonej na ten temat, dziennikarze usadowieni w wygodnych fotelach recenzentów, zajmowali się wyłącznie wskazywaniem drzazgi u innych, nie widząc belki we własnym oku.

Prawdą jest, że agresją zioną politycy rzucając się sobie do gardeł przy każdej nadarzającej się okazji. Jest faktem, że przed wyborami, dla doraźnych korzyści politycznych, Jarosław Kaczyński otworzył puszkę Pandory legitymizując kiboli jako środowisko patriotyczne. Chciał ich instrumentalnie wykorzystać i porzucić, ale oni poczuli się pełnoprawnym bytem politycznym i dziś są jak wstydliwa kochanka z przeszłości, która wszczyna pijackie burdy w najmniej odpowiednich momentach. Ale bez wątpienia agresję prowokują też niektóre środowiska medialne. Z jednej strony media ojca Rydzyka głosząc ksenofobiczny katolicyzm, z drugiej Gazeta Wyborcza i Krytyka Polityczna organizując blokadę legalnej demonstracji, zapraszając zadymiarzy z zagranicy, tworząc atmosferę zbrojnej konfrontacji i lekką ręką przyklejając łatkę faszystów swoim oponentom politycznym. Inne media też nie są święte.

Największy wpływ na kształtowanie ocen i modelowanie postaw mają media elektroniczne. Bożkiem, medialnych decydentów są dziś wskaźniki oglądalności i to one ich zdaniem rozgrzeszają miałkość przekazu i odpowiadają za stabloidyzowaną wizję rzeczywistości. W myśl tej zasady, newsem godnym zainteresowania jest przede wszystkim mord, gwałt, mordobicie, strzelanina, stek inwektyw rzucany z mównicy sejmowej etc. Dokładnie według tej recepty relacjonowano obchody Święta Niepodległości. Do dziś trwa dyskusja o marszu, którego - gdyby chcieć opierać się na przekazie mainstreamowych mediów - w ogóle nie było. Tylko kibole naparzali się płytami chodnikowymi na placu Konstytucji i palili samochody na placu Na Rozdrożu. Dziesięciu tysięcy ludzi, którzy w spokojnym pochodzie przeszli pół miasta już dziennikarze nie zauważyli. Czy taki sposób prezentowania rzeczywistości jest uczciwą relacją czy może jednak napędza spiralę agresji? W ten sposób tworzy się przecież błędne koło. Nierzetelny przekaz formuje rzeczywistość zamiast ją relacjonować. Politycy, ale też bandy kiboli, chcąc zaistnieć dopasowują swoje zachowanie do oczekiwań mediów, a to tylko potęguje agresję. Potem Jarosław Kaczyński, z pianą na ustach, próbuje się odegrać mówiąc o polskojęzycznych mediach, co jeszcze bardziej nakręca krytykę dziennikarzy i polityków. I tak w kółko, aż do momentu, w którym wszystkich połączy narodowe nieszczęście, takie jak śmierć polskiego papieża albo katastrofa smoleńska. Wtedy na chwilę milkną inwektywy i pojawia się przesłanie miłości, szacunku i zrozumienia. Kiedy pierwsza trauma mija, podziały okazują się głębsze niż były a błędne koło toczy się dalej.

Media są czwartą władzą, a dziennikarze niczym święte krowy, upojeni fetyszem własnej potęgi są tak samo aroganccy jak przedstawiciele wszystkich trzech jej pozostałych organów. Nawet ci, których szanuję, nie są w stanie przyjąć krytyki postępowania własnego, ani swoich kolegów. Nie jeden raz trafiał mnie szlag, kiedy arogancko, ex cathedra, Grzegorz Miecugow odpowiadał na zarzuty telewidzów w „Szkle kontaktowym”, nawet  wtedy, gdy krytyka była chłodną, merytoryczną oceną. Przewaga redaktora jest tu oczywista, można powiedzieć „nie sportowa”. Wiadomo, że do niego będzie należało ostatnie słowo i puenta. Niestety w Polsce wciąż funkcjonuje mit rzetelnego, obiektywnego dziennikarstwa. I prawie każdy dziennikarz uważa, że to on jest tym obiektywnym i rzetelnym. To bzdura, widać przecież gołym okiem, kto do której partii „się zapisał”. Ale ja nie jestem aż tak wymagający. Rzetelność rzeczywiście by się przydała, ale obiektywizm bym dziennikarzom odpuścił. Mają prawo mieć własne poglądy i trudno oczekiwać, żeby pracowali wbrew sobie. Tylko darujmy sobie wreszcie tą hipokryzję.

sobota, 1 października 2011

Jihad Legia



W niektórych mediach wybuchła awantura po czwartkowym meczu Ligii Europejskiej, w którym Legia podejmowała w Warszawie izraelski Hapoel Tel Awiw. Emocje sportowe zeszły na plan dalszy ponieważ stała się rzecz straszna. Kibice Legii (z pewnością kibole), w pierwszych minutach meczu wywiesili transparent z napisem „Jihad Legia”, wydrukowanym czcionką stylizowaną na język arabski. O rety! O jejku! Oh my god! Okropne! (wszystko na „o”).

Teraz policja prowadzi intensywne dochodzenie, czy przypadkiem ktoś, oprócz publicystów Gazety Wyborczej, nie poczuł się obrażony tym obrazoburczym napisem. Na razie nie udało się tego ustalić, ale policja jest dobrej myśli. Są na tropie. Jest nadzieja, że odpowiednie nagłośnienie tej sprawy w mediach pozwoli na ujawnienie kogoś, kto sam jeszcze nie wie o tym, że powinien poczuć się dotknięty.

Transparent wywieszony przez kibiców Legii pewnie miał być jakąś tam prowokacją, ale jeśli już, raczej podprogową. Do diabła! Co aż tak nagannego jest w haśle „Święta wojna Legia”? Dlaczego zdaniem dziennikarzy Gazety, ten napis jest obelżywy, antysemicki i rasistowski? I za co UEFA ma karać klub? Ale czujnym tropicielom antysemityzmu we wszystkich jego przejawach, rzeczywistych, a zwłaszcza urojonych, to wystarczy. Wszak grzeszyć można nie tylko mową i uczynkiem, ale również myślą i zaniedbaniem. W książce „Rok 1984” George’a Orwella, takie przestępstwo nazywało się myślozbrodnią.

To są szczyty obrzydliwej poprawności politycznej, która jest już niestety obowiązującą norma. Łatkę antysemity przykleja się chętnie wszystkim oponentom, ponieważ w dzisiejszych czasach taka łatka stanowi stygmat ostateczny. Z kimś napiętnowanym w ten sposób, „światli, poprawni, europejczycy” po prostu nie dyskutują, bo to cham, ciemniak, prostak i ksenofob. I dzieje się to w kraju, w którym toczącą się właśnie dyskusję, na temat udziału Nergala w show telewizji publicznej, ci sami mądrale ucinają z kpiną, pogadankami o wolności słowa i tolerancji. A przecież, Nergal znany jest ze swoich satanistycznych prowokacji, które obrażają wielu religijnych Polaków. Ale to, jakoś im nie przeszkadza. Hipokryzja jak wiadomo nie ma granic.

Żeby wszystko było jasne. Nie jestem kibicem Legii, ani kibicem w ogóle, nie jestem religijny, a Nergal, podobnie jak show, w którym występuje wisi mi kalafiorem. Nie mogę natomiast zdzierżyć tych Himalajów hipokryzji i serwilizmu wobec starozakonnych, którzy hasłami „antysemityzm” i „holocaust” terroryzują wszystkich, ze szczególnym uwzględnieniem kraju nad Wisłą.


W kąciku odjechanych spotów czas wreszcie na PO, choć trzeba przyznać, że również w tej kategorii partia rządząca, nie za bardzo ma się czym pochwalić.


wtorek, 27 września 2011

Donald matole



…twój rząd obalą kibole. Niewykluczone. Taka możliwość wydaje się coraz bardziej prawdopodobna w sytuacji, w której notowania PO i PiS w sondażach dzieli już ledwie kilka procent głosów. Kto wie, czy to nie głosy kibiców piłkarskich zaważą na wyniku wyborów. A wszystko zaczęło się od hipokryzji i bezsensownego wymachiwania szabelką.

Nie jestem kibicem piłkarskim. Kibicowanie kojarzy mi się z chamstwem i debilną agresją. Śmieszą mnie te plemienne walki w obronie barw klubowych, choć rozumiem, że to substytut wojennych potyczek w czasach pokoju. Denerwuje mnie też wieczna nobilitacja futbolu, w ramach której premierzy, prezydenci i rozmaite autorytety ze śmiertelną powagą rozprawiają o facetach ganiających po trawie za piłką, tak jakby nie było ważniejszych problemów. Ale od rządu oczekuję przede wszystkim skuteczności. Tymczasem od początku było wiadomo, że działania podjęte w maju br. w odpowiedzi na chuligańskie zajścia na stadionie w Bydgoszczy, po finałowym meczu o puchar Polski, skuteczne nie będą.

Przede wszystkim podobne kampanie powinny być zaplanowane, strategia przemyślana, zawarte sojusze. Tutaj działania podjęte zostały ad hoc, pod publiczkę, w konflikcie z całym środowiskiem piłkarskim. Nie wszyscy kibice to bandyci, a w tej sprawie do jednego wora wrzucono wszystkich. Spowodowało to radykalizację postawy normalnych sympatyków futbolu i dzisiaj w ich wypowiedziach można zauważyć poczucie wspólnoty z chuliganerią. Silniejszym spoiwem niż miłość do ukochanej drużyny okazał się wspólny wróg czyli rząd i chęć przeciwstawienia się jego fasadowym działaniom. Zamykanie stadionów, zamiast skutecznej walki z chuliganami przychodzącymi na stadiony to dowód słabości państwa w egzekwowaniu porządku za pomocą narzędzi prawnych, które przecież istnieją. W efekcie pod sztandarami agresywnych kiboli, najlepiej zorganizowanych grup w środowisku piłkarskim, zjednoczyli się wszyscy kibice. A przecież zasada: „Divide et impera” obowiązuje zawsze i wszędzie. Tusk najwyraźniej o tym zapomniał.

Donald Tusk działa w tej sprawie jak słoń w składzie porcelany. W dodatku sam zapędził się w kozi róg. Skoro kibole to bandyci, dlaczego teraz, w kampanii wyborczej z tymi bandytami się spotyka? A jeżeli nie wszyscy są bandytami, dlaczego państwo potraktowało ich jak bandytów? Po raz kolejny można było się przekonać, że demokracja we współczesnym wydaniu to ustrój promujący miernotę i pozory zamiast realnych działań. Skrócenie smyczy, jeżeli czynione jest mądrze i skutecznie dobrze by demokracji zrobiło. Niestety w tym wypadku tak nie jest. Owoce swojej nieudolności w tej sprawie premier zbiera dzisiaj.

Oliwy do ognia dolało jeszcze upolitycznienie problemu, co przecież łatwo było przewidzieć. Jarosław Kaczyński najchętniej hurtem zapisałby do PiS-u wszystkich tych szczerych patriotów ze stadionów. Obrzydliwa hipokryzja? Owszem.

Jestem przekonany, że rachunek zysków i strat walki rządu z kibicami jest ujemny. Wątpię czy wśród dzisiejszych wyborców PO jest wielu takich, którzy głosują na tę partię właśnie ze względu na twardy kurs wobec kiboli. Jest za to cała masa aktywnych, zorganizowanych, głośnych i widocznych grup kibiców, którzy na PO nie zagłosują na pewno. Ba, sądzę, że w znacznej mierze są to osoby, które na ogół nie biorą udziału w wyborach, ale tym razem wezmą i zagłosują na PiS.


W dzisiejszym kąciku najbardziej odjechanych spotów wyborczych znowu bryluje kandydat SLD.