Tekst jest polemiką z tezami zawartymi we wpisie „Secesja i hipokryzja” zamieszczonym na blogu wrskalski.bloog.pl i w komentarzu wrs do mojej poprzedniej notki.
Alternatywa związana z przyszłym modelem Unii Europejskiej, stawiana przez lewicowych euroentuzjastów, którzy mają dziś dominującą pozycję w Europie
jest fałszywa. Forsując swoje projekty pogłębionej integracji pod hasłem
„więcej Europy”, wszystkich oponentów ustawiają w roli przeciwników Unii
Europejskiej w ogóle. To nawet semantycznie jest absurdem, ponieważ właśnie ich
koncepcje oddalają model UE od idei unii czyli związku państw, w którym strony
zachowują równorzędność i suwerenność, na rzecz federacji, która jest związkiem
państw tworzących jedno większe państwo, zachowując w nim jedynie pewną
samodzielność i odrębność. Nastąpiło więc zawłaszczenie samego pojęcia.
Naprawdę nie jest tak, że albo głęboka integracja albo rozpad. To nachalnie forsowana
integracja jest zagrożeniem dla projektu europejskiego ponieważ staje
się zapalnikiem konfliktów antagonizujących europejskie społeczeństwa.
Niezależnie od zaklęć federastów, przywiązanie do państw
narodowych w Europie ma się dobrze. Rozbieżność interesów jest więc rzeczą
naturalną. Teza o braku sprzeczności między interesem narodowym poszczególnych
państw, a interesem Europy jako całości jest idealistyczną naiwnością. Widać to
doskonale w czasie wszystkich szczytów UE, a w kwestii podziału
środków finansowych z unijnego budżetu, różnice interesów skupiają się jak w
soczewce. Nie chcę się wdawać w filozoficzną dysputę gdzie leży granica między interesem
a egoizmem narodowym, ale egoizmy istnieją i nie ma co się na nie obrażać.
Tworzenie modelu systemu politycznego w oparciu o życzeniowe a nie istniejące
interesy i emocje jest budowaniem utopii, która nie ma prawa działać tak samo
jak mlekiem i miodem płynąca ojczyzna proletariatu, którą wszyscy pamiętamy. Projekt
Unii Europejskiej musi uwzględniać te rozbieżności. Europejska Wspólnota Węgla
i Stali czy Europejska Wspólnota Gospodarcza znacznie lepiej odzwierciedlały
ducha Europy, szukając porozumienia na płaszczyźnie wzajemnych interesów
gospodarczych, ale z poszanowaniem suwerenności i bez ingerencji w
narzędzia polityki gospodarczej poszczególnych państw. Momentem krytycznym, w którym
zaprzepaszczono całkiem fajny projekt europejski stało się wprowadzenie unii
walutowej. O tym, że koncepcję integracji posunięto o jeden most za daleko również zadecydowały partykularne interesy narodowe a nie idealistyczna wizja interesu Europy jako całości. Zgoda RFN na wspólną walutę była
ceną jakiej zażądała Francja za zjednoczenie Niemiec. To wspólna waluta leży u podstaw nowego podziału Europy. Dzisiaj kraje
wchodzące w skład strefy euro podporządkowują interesy całej Unii ratowaniu unii
walutowej, która okazała się pomysłem chybionym. Milton Friedman miał rację
wieszcząc dwanaście lat temu: „Z euro jest jak z socjalizmem. To piękna idea,
która nie sprawdzi się w praktyce. Daję unii walutowej szanse na kolejne 10 lat.
Potem kryzys i rozpad strefy euro.”
Problem armii wymagałby odrębnego omówienia. Europa jest
wojskowym impotentem co zostało bezwzględnie obnażone przy okazji wojny na
Bałkanach. Dla żyjących dziś pokoleń wojna jest abstrakcją. Społeczeństwa
złożone z rozpieszczonych socjalem konsumentów, którym wkłada się do głowy idee
pacyfizmu piętnując jednocześnie patriotyzm, nie mają ochoty i nie będą się bić.
Upadek Cesarstwa Rzymskiego dokonał się w wyniku wewnętrznego bezwładu imperium
a nie w starciu z silniejszym przeciwnikiem. Dbajmy więc o własną armię żebyśmy
byli w stanie obronić się chociaż przed Białorusią, bo w zderzeniu z silniejszym sąsiadem
ze wschodu nawet stając na głowie nie mielibyśmy szans.




