Pokazywanie postów oznaczonych etykietą federacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą federacja. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 21 października 2012

O jeden most za daleko



Tekst jest polemiką z tezami zawartymi we wpisie „Secesja i hipokryzja” zamieszczonym na blogu wrskalski.bloog.pl i w komentarzu wrs do mojej poprzedniej notki.

Alternatywa związana z przyszłym modelem Unii Europejskiej, stawiana przez lewicowych euroentuzjastów, którzy mają dziś dominującą pozycję w Europie jest fałszywa. Forsując swoje projekty pogłębionej integracji pod hasłem „więcej Europy”, wszystkich oponentów ustawiają w roli przeciwników Unii Europejskiej w ogóle. To nawet semantycznie jest absurdem, ponieważ właśnie ich koncepcje oddalają model UE od idei unii czyli związku państw, w którym strony zachowują równorzędność i suwerenność, na rzecz federacji, która jest związkiem państw tworzących jedno większe państwo, zachowując w nim jedynie pewną samodzielność i odrębność. Nastąpiło więc zawłaszczenie samego pojęcia. Naprawdę nie jest tak, że albo głęboka integracja albo rozpad. To nachalnie forsowana integracja jest zagrożeniem dla projektu europejskiego ponieważ staje się zapalnikiem konfliktów antagonizujących europejskie społeczeństwa.

Niezależnie od zaklęć federastów, przywiązanie do państw narodowych w Europie ma się dobrze. Rozbieżność interesów jest więc rzeczą naturalną. Teza o braku sprzeczności między interesem narodowym poszczególnych państw, a interesem Europy jako całości jest idealistyczną naiwnością. Widać to doskonale w czasie wszystkich szczytów UE, a w kwestii podziału środków finansowych z unijnego budżetu, różnice interesów skupiają się jak w soczewce. Nie chcę się wdawać w filozoficzną dysputę gdzie leży granica między interesem a egoizmem narodowym, ale egoizmy istnieją i nie ma co się na nie obrażać. Tworzenie modelu systemu politycznego w oparciu o życzeniowe a nie istniejące interesy i emocje jest budowaniem utopii, która nie ma prawa działać tak samo jak mlekiem i miodem płynąca ojczyzna proletariatu, którą wszyscy pamiętamy. Projekt Unii Europejskiej musi uwzględniać te rozbieżności. Europejska Wspólnota Węgla i Stali czy Europejska Wspólnota Gospodarcza znacznie lepiej odzwierciedlały ducha Europy, szukając porozumienia na płaszczyźnie wzajemnych interesów gospodarczych, ale z poszanowaniem suwerenności i bez ingerencji w narzędzia polityki gospodarczej poszczególnych państw. Momentem krytycznym, w którym zaprzepaszczono całkiem fajny projekt europejski stało się wprowadzenie unii walutowej. O tym, że koncepcję integracji posunięto o jeden most za daleko również zadecydowały  partykularne interesy narodowe a nie idealistyczna wizja interesu Europy jako całości. Zgoda RFN na wspólną walutę była ceną jakiej zażądała Francja za zjednoczenie Niemiec. To wspólna waluta leży u podstaw nowego podziału Europy. Dzisiaj kraje wchodzące w skład strefy euro podporządkowują interesy całej Unii ratowaniu unii walutowej, która okazała się pomysłem chybionym. Milton Friedman miał rację wieszcząc dwanaście lat temu: „Z euro jest jak z socjalizmem. To piękna idea, która nie sprawdzi się w praktyce. Daję unii walutowej szanse na kolejne 10 lat. Potem kryzys i rozpad strefy euro.”

Problem armii wymagałby odrębnego omówienia. Europa jest wojskowym impotentem co zostało bezwzględnie obnażone przy okazji wojny na Bałkanach. Dla żyjących dziś pokoleń wojna jest abstrakcją. Społeczeństwa złożone z rozpieszczonych socjalem konsumentów, którym wkłada się do głowy idee pacyfizmu piętnując jednocześnie patriotyzm, nie mają ochoty i nie będą się bić. Upadek Cesarstwa Rzymskiego dokonał się w wyniku wewnętrznego bezwładu imperium a nie w starciu z silniejszym przeciwnikiem. Dbajmy więc o własną armię żebyśmy byli w stanie obronić się chociaż przed Białorusią, bo w zderzeniu z silniejszym sąsiadem ze wschodu nawet stając na głowie nie mielibyśmy szans.

wtorek, 3 stycznia 2012

Wieszczem być…


Obraz Jana Matejki „Wernyhora”

Początek roku sprzyja refleksjom nad przyszłością polskiej polityki. Większość komentatorów jest zgodna, że zderzenie z kryzysem będzie miało decydujący wpływ na kształt sceny politycznej. Ale jest też kilka innych okoliczności, które moim zdaniem, zdefiniują nowe rozdanie, choć wcale nie musi to nastąpić już w bieżącym roku. Omówię je pokrótce, w kolejności w jakiej należy się ich spodziewać.

Nowa oś sporu politycznego

Ten podział właściwie już się dokonał. Niezręczne przemówienie Radosława Sikorskiego w Berlinie wzniosło nowy mur między Polakami. Nagle okazało się, że zwolennicy Unii Europejskiej rozumianej jako wspólnota suwerennych państw, zostali zepchnięci na pozycję eurosceptyków, a nawet eurofobów. W eleganckim towarzystwie, koncepcja federacji stała się obowiązującym trendem w tym sezonie politycznym i jest chętnie przeciwstawiana wizji ciemnogrodu reprezentowanego przez PiS (który histerycznym pohukiwaniem idealnie się w tą szufladkę wpasował). Ale wielka ofensywa medialna, wspierająca profederacyjny kurs rządu, ostatnio straciła impet. Badania opinii publicznej najwyraźniej pokazały, że ten eurofanatyzm budzi nieufność. Przekaz został stonowany, intencje Sikorskiego nieco rozmyto, osłabiając wrażenie dążenia do pogłębionej integracji za wszelką cenę, pojawiły się miękkie interpretacje definicji federacji. Emocje trochę opadły, dyskusja staje się bardziej rzeczowa, ale tak czy inaczej, nowa oś sporu jest faktem. Trudno dziś sobie wyobrazić, by poważna siła polityczna mogła funkcjonować bez jasnego określenia stanowiska wobec przyszłości Europy, w kontekście planowanych zmian traktatowych i poza traktatowych.

Oblicze Ruchu Palikota

Ekipa Palikota zdążyła narobić sporo szumu, podnosząc kontrowersyjne hasła światopoglądowe, ale niewiele z tego wynika. Sam Janusz Palikot stoi w rozkroku między wizerunkiem szokującego showmana, a konterfektem poważnego polityka, który jestem przekonany, swoje ambicje polityczne lokuje już w Pałacu Prezydenckim. Rozpoznawalne postacie z tej partii to działacze na rzecz swoich wąsko rozumianych interesów środowiskowych: gejowskich, proaborcyjnych, feministycznych, antyklerykalnych, trans płciowych. Gdzie są ci pełni sukcesów przedsiębiorcy, którzy mieli stanowić oblicze tej partii? Ruch Palikota wciąż jest na fali, korzystając z taryfy ulgowej przysługującej sejmowemu beniaminkowi, ale powoli przychodzi czas na określenie tożsamości. Grupa odjazdowych happenerów czy poważna oferta polityczna?

Osłabienie Platformy Obywatelskiej

To nieuchronna kolej rzeczy. Sukces PO opiera się na dwóch podstawach. Pierwsza to niepodejmowanie niepopularnych społecznie decyzji, czego efektem stała się kadencja zmarnowanych szans, w czasie względnie korzystnej koniunktury. Drugą jest stanowienie alternatywy wobec znienawidzonego PiS-u. Jestem głęboko przekonany, że to wyborcy głosujący przeciw PiS zapewnili zwycięstwo Platformie. Jarosław Kaczyński jest jokerem w talii kart Donalda Tuska. Wszystko co dobre ma jednak swój kres. Premier wciąż boi się reform, ale nawet ta jedna, emerytalna, zapowiedziana w expose, plus niekorzystne zmiany podatkowe odbiorą mu sporo popularności. Na ile osłabi to PO, zależy od siły zderzania z kryzysem.

Nowa rola Jarosława Kaczyńskiego

Przypuszczam, że w ciągu najbliższych dwóch lat, w Prawie i Sprawiedliwości nastąpią istotne przeobrażenia. Sądzę, że Jarosław Kaczyński rozumie, iż nie jest już w stanie sięgnąć po władzę. Wie, że uosabia zbyt głębokie podziały, personifikuje nienawiść znacznej części Polaków i żaden projekt polityczny, który on będzie podejmował nie ma szans na szersze poparcie. Nawet ewentualna kompromitacja rządu Donalda Tuska nie zmieni tej sytuacji. Zniechęcony elektorat prędzej popłynie do Palikota niż do Kaczyńskiego. Dlatego też, prezes PiS, z czasem usunie się w cień, ale na swoich warunkach. Z pewnością nie mógł tego uczynić pod presją secesjonistów. Przygotowanie do przejęcia władzy już się rozpoczęło. Na początku listopada, w notce „Wielka Czystka” przewidywałem, że miejsce Zbigniewa Ziobro w zarządzie partii zajmie Mariusz Kamiński, co wkrótce nastąpiło. Kiedy nowy wiceprezes zdoła zbudować silną pozycję w partii, zostanie namaszczony na następcę, a realna władza będzie stopniowo przechodzić w jego ręce. Jarosław Kaczyński pozostanie guru narodowej, socjalnej prawicy, ale zadowoli się rolą mentora i patrona inicjatyw politycznych. Będzie miał podobną pozycję do tej, którą Aleksander Kwaśniewski cieszy się na lewicy.

W powyższym kontekście, dzisiejsze rokosze, secesje i przegrupowania uważam za falstart. Do następnych wyborów szmat czasu, a dopiero fundamentalne zmiany umożliwią nowe rozdanie. Nie widzę w nim miejsca dla Solidarnej Polski, jako samodzielnego bytu politycznego. SP i PiS odwołują się do tych samych wyborców, a proweniencja Jacka Kurskiego i Zbigniewa Ziobro bardzo utrudnia poszerzanie elektoratu. Za to osłabiona, przesunięta na lewo Platforma zrobi miejsce dla rozsądnego, konserwatywno-liberalnego projektu politycznego w stylu PJN. To będzie szansa dla Pawła Kowala, o ile wcześniej nie da się uwieść PO albo nie rozmieni się na drobne wchodząc w alians z „ziobrystami” czy kanapą Marka Jurka. Najwyższy czas, by prawica w Polsce przestała być utożsamiana z socjalnym programem ekonomicznym. Przyszłość lewej strony politycznej sceny zależy od tego, jak ostatecznie skrystalizuje się oblicze Ruchu Palikota. Palikot w czapeczce błazna na głowie jest ostatnią szansą Leszka Millera i jego formacji.

środa, 7 grudnia 2011

Przyszłość Europy nie jedno ma imię



W najbliższym czasie czeka nas fundamentalna dyskusja na temat kształtu Europy i przyszłości Polski w Europie. Ewentualne pogłębienie integracji będzie wymagało zmian konstytucyjnych. Efektem silnie spolaryzowanej sceny politycznej jest dominująca narracja profederacyjna, oparta na założeniach przedstawionych przez ministra Sikorskiego w Berlinie, której wtórują mainstreamowe media; zderzona z emocjonalną reakcją PiS-u, niezdolnego do merytorycznej dyskusji na ten temat. W ten sposób tworzy się fałszywy przekaz, że alternatywa sprowadza się do wyboru między Platformą Obywatelska a Prawem i Sprawiedliwością. Zgodnie z tą wizją, PO to nowoczesna i zamożna sfederowana Europa, podczas gdy PiS reprezentuje XIX-wieczny zaścianek z obsraną krową przywiązaną postronkiem do chałupy pokrytej słomianą strzechą.

W tej głośnej awanturze, w jazgocie idiotycznych, nie mających końca, potyczek słownych na temat marszów, trybunałów i rezerwatów indiańskich, bardzo słabo przebija się głos innych środowisk konserwatywnych, które wcale nie mówią „nie” Europie. Bardzo mnie cieszy aktywność, jaką przejawia w tej sprawie PJN. Na 20 grudnia, Paweł Kowal zapowiedział seminarium z udziałem przedstawicieli środowisk prawicowych, podczas którego przedstawią one swoje stanowiska w sprawie przyszłości UE: "Chcemy pokazać, także europejskiej opinii publicznej, że w Polsce oprócz hiperfederacyjnej wizji ministra Sikorskiego są też inne poglądy na integrację europejską, nie gorsze, a być może bardziej realistyczne" - mówił szef PJN.

Paweł Kowal, w wystąpieniu wygłoszonym na forum Fundacji im. Kazimierza Pułaskiego w Warszawie, zaprezentował też swoją odpowiedź na projekt ministra Sikorskiego. Przede wszystkim, jest to najbardziej obszerne, merytoryczne, dotykające konkretnych rozwiązań stanowisko jakie zostało zaprezentowane opinii publicznej w sprawie przyszłości Unii Europejskiej i miejsca Polski w tej wspólnocie. Autor sięga w nim do czynników stanowiących genezę dzisiejszego kryzysu, polemizuje z tezami federacjonistów, a także przedstawia własny kierunek myślenia o integracji. Ten materiał ma znacznie bardziej analityczny charakter niż tezy Sikorskiego. Tym samym, twierdzenie, iż prawica nie przedstawia żadnego konstruktywnego stanowiska, z lubością powtarzana w mediach, nie odpowiada już rzeczywistości. Teraz tylko od mediów zależy, czy ten głos w dyskusji odbije się szerszym echem.

Opinie Pawła Kowala, w znacznym stopniu pokrywają się z moją własną oceną, którą przedstawiłem we wpisach „Kto był naprzeciwko?” i „Federacja albo śmierć?”, choć prezes PJN, jak na polityka przystało, jest znacznie bardziej koncyliacyjny. Z pietyzmem wyłuskuje tezy, które nie stanowią osi sporu i stara się być powściągliwy w kwestiach formalnych, odnoszących się do berlińskiego wystąpienia polskiego ministra spraw zagranicznych, które ja uważam za wielce niefortunne. Wnioski jednak mamy podobne. Z tego obszernego wykładu, chciałbym zacytować stanowisko dotyczące dwóch spraw, które budzą chyba największe kontrowersje. Kwestię unifikacji gospodarczej i kwestię samego modelu federacyjnego.

„Kwestia jednolitego zarządzania polityką gospodarczą i budżetową. Dotyczy to modelu gospodarczego, jaki przyjmie Unia. Wydaje się, że w tym punkcie spór z koncepcją Sikorskiego jest najbardziej zasadniczy. W praktyce mamy do czynienia z dyskusją o tym, na ile ważna jest konkurencja wewnątrz UE. Jasne jest, że słabość współczesnej Unii bierze się właśnie z uśpienia konkurencji wewnętrznej. Jej brak powoduje brak konkurencyjności na zewnątrz, w zestawieniu z Chinami czy USA. W interesie Polski nie leży ujednolicanie podatków. Nie możemy konkurować w infrastrukturze, nie możemy zaoferować śródziemnomorskiego wybrzeża jako miejsca powstania nowej fabryki, nie mamy ani Ikei ani Nokii. Naszą siłą pozostają niskie podatki i niskie koszty pracy.”

„Zdrowy rozsądek nakazuje wyjść poza modele i odnieść się do praktyki, do stanu integracji, w jakim się znajdujemy. Jest to miks metody wspólnotowej (poprzez wspólne instytucje) oraz miedzypaństwowej. W ramach pierwszej powinniśmy poddać krytyce próby poszerzania zakresu regulacji, szczególnie w zakresie gospodarki i nie zgadzać się na nowe; w odniesieniu do drugiej powinniśmy zabiegać o zachowywanie suwerenności tam, gdzie nie musi być ona oddawana lub preferować model warunkowego zrzekania się jej. Czy jest sens na pytanie odpowiadać „nigdy nie”? Nie ma ku temu powodu, mimo, że nie widać na horyzoncie realnych przesłanek za federacją. Nie ulega jednak kwestii, że dzisiaj trzeba powiedzieć federacji „nie”, a na pewno trzeba tak powiedzieć wyobrażonym Stanom Zjednoczonym Europy, bo to droga ku europejskiej utopii.”

Nie wiem, czy z pozycji poza parlamentarnej opozycji można skutecznie prowadzić słyszalny dyskurs polityczny. Nigdy dotąd się to nie udawało, ale dzisiaj jest internet, aktywna blogosfera, niezależne portale polityczne, więc być może są jakieś szanse. Paradoksalnie, okazją jest też intelektualna impotencja PiS-u, który nie potrafi niczego zaproponować, więc niejako walkowerem oddaje pozycję lidera w tej dyskusji. Debata na temat przyszłości Unii Europejskiej to doskonała okazja dla PJN, by zaistnieć w roli konserwatywnej opozycji, merytorycznego partnera w dyskusji, już nie żadnego PiS-u light, co stanowiło gwóźdź do wyborczej trumny, ale samoistnego bytu politycznego. Wielkim atutem jest doświadczenie Pawła Kowala w resorcie spraw zagranicznych, ale bardzo pożądane byłoby wsparcie jakiegoś ekonomicznego think-tanku. W kontekście tej debaty wyraźnie widać, jak bardzo PJN brakuje w Sejmie. Zwłaszcza, że między przesuwającą się na lewo Platformą (niech mi ktoś wytłumaczy różnicę między dzisiejszą PO a SLD anno domini 2001), a walczącym o miejsce przy ścianie podzielonym PiS-em, robi się coraz więcej miejsca.

sobota, 3 grudnia 2011

Federacja albo śmierć?



Kiedyś wyszydzano Jana Rokitę za hasło „Nicea albo śmierć!”, rzucone z trybuny sejmowej, w proteście przeciw niekorzystnym dla Polski, planom zmiany zasad głosowania w Radzie Europy. Teraz bez żenady robi się ludziom wodę z mózgu bardzo podobną retoryką. Federacja albo śmierć! zdają się krzyczeć Angela Merkel i Nikola Sarkozi. Federacja albo śmierć! wtóruje im Donald Tusk!

Ni z tego ni z owego, okazuje się, że projekt Unii Europejskiej, do niedawna uważany za genialny (każdy kto twierdził inaczej nazywany był oszołomem), można bardzo łatwo zepsuć. Europejscy politycy okazali się ignorantami ekonomicznymi. Realizując swoje cele polityczne, z rozmysłem łamali kryteria konwergencji ustalone w traktacie z Maastricht, dla krajów uczestniczących w unii walutowej. Jednym z nich było ograniczenie do 60% PKB, limitu długu publicznego. Tymczasem, w przypadku 8 na 13 krajów, tworzących obecnie strefę euro pogodzono się z długiem przekraczającym tą granicę. Unijni biurokraci nie ogarnęli tego problemu. Teraz tłumaczy się nam, że remedium na kryzys jest przekazanie im jeszcze większej władzy, po to by mogli zadbać o nasz interes lepiej niż my sami. Co ciekawe, pod hasłem polityki fiskalnej, oprócz daleko idących uprawnień do grzebania w podatkach i budżetach państw członkowskich, sprzedaje się od dawna obowiązujące kryteria  z Maastricht jako nowy pomysł utrzymywania dyscypliny budżetowej. Wmawia się nam, że upadek strefy euro to upadek Europy. To nieprawda. Unia walutowa, nie jest elementem bezwzględnie koniecznym dla istnienia wspólnoty europejskiej. Co więcej, geneza trwającego kryzysu wskazuje, że wspólna waluta może być niebezpieczna. Robert Gwiazdowski, ekspert z Centrum im. Adama Smitha, powołując się na pogląd Josepha Stiglitza, laureata nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii uważa, że unia walutowa pomiędzy państwami o różnym stopniu rozwoju nie ma racji bytu, ponieważ uniemożliwia prowadzenie polityki stóp procentowych przez krajowe banki centralne, a taka polityka jest ważnym instrumentem wpływu na konkurencyjność gospodarki krajowej. W 2009 roku polskie przedsiębiorstwa obroniły się przed kryzysem właśnie dzięki dewaluacji złotego wobec euro, co uczyniło polski eksport opłacalnym. Oto tajemnica zielonej wyspy Donalda Tuska. Strefa euro i tak pewnie upadnie, to tylko kwestia czasu. Drukowanie pieniędzy przez Europejski Bank Centralny kryzysu nie uleczy. Skutki upadku będą opłakane, ale Polska, która nie jest członkiem unii walutowej i tak jest w lepszej sytuacji. Nie ma powodu żebyśmy mieli grać pierwsze skrzypce w tej batalii, pchając się na pokład tonącego statku. Profesor Milton Friedman, laureat nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii, jeden z twórców monetaryzmu i orędownik idei wolnego rynku, w dniu wdrożenia waluty euro, w 2000 roku powiedział: „Z euro jest jak z socjalizmem. To piękna idea, która nie sprawdzi się w praktyce. Daję unii walutowej szanse na kolejne 10 lat. Potem kryzys i rozpad strefy Euro.” Wygląda na to, że się nie pomylił.

Ale hipokryzja polityków polega też na czym innym. Proponowane pogłębienie integracji, nie może być narzędziem waliki z trwającym kryzysem. To są rozwiązania systemowe, wymagające zmiany traktatów co jest procesem długotrwałym, więc choćby tylko z tego powodu nie uratują rozpadającej się strefy euro. Wszystko to nie przeszkadza jednak partii rządzącej w tworzeniu atmosfery braku alternatywy dla koncepcji federacji przedstawionej przez Radosława Sikorskiego. W licytacji, w eurofanatyzmie, przekraczając granice głupoty bierze udział SLD. Leszek Miller przebija stawkę,domagając się od rządu konkretnego planu wejścia Polski do strefy euro. Tak absurdalny postulat, wobec aktualnej sytuacji strefy euro, trudno nawet komentować. Pozostaje wierzyć, że minister Rostowski wytrwa przy swojej opinii na ten temat, którą wygłosił kilka dni temu: „Polska obecnie nie może myśleć o wejściu do strefy euro w jej obecnym kształcie, może to zrobić wtedy, kiedybędzie to bezpieczne dla polskiej gospodarki”.

W kontekście debaty na temat przyszłości Unii Europejskiej wyraźnie widać jak bardzo brakuje w Sejmie rozsądnej, konserwatywnej opozycji. Układ sił jest skrajnie niekorzystny. Z jednej strony federaliści, gotowi poprzeć najdalej idące projekty ograniczenia suwerenności władzy państwowej, z drugiej PiS organizujący marsze protestacyjne, z okrzykami o Trybunale Stanu i zdradzie, nie potrafiący zaproponować żadnego alternatywnego pomysłu. W takiej sytuacji, wybór między federacją a inną koncepcją, dla opinii publicznej będzie oznaczał wybór między PO i PiS, a to jest fałszywa alternatywa. Największym sprzymierzeńcem Donalda Tuska w walce o przyszłość Polski w UE jest Jarosław Kaczyński.

środa, 30 listopada 2011

Kto był naprzeciwko?



„(…)jest coś patologicznego w jego osobowości. Jest jakby zawsze na granicy równowagi psychicznej. Miewa takie dziwne humory, tendencje do zapadania się w sobie. To widać nawet w mimice. To wszystko sprawia, że tak naprawdę, gdy się na niego patrzy, nie ma się pewności, kto jest naprzeciwko.”

To opinia Janusza Palikota, na temat bohatera wczorajszego dnia. Trudno byłoby odmówić autorowi celności spostrzeżeń.


Minister Sikorski nie po raz pierwszy udowodnił, że szef dyplomacji może nie mieć nic wspólnego z praktykowaniem zasad dyplomacji. W trosce o podbudowanie wybujałego ego, zadbał o PR własnej osoby kosztem interesów Polski i przy okazji zagrał na nosie Jarosławowi Kaczyńskiemu. Kiedy komentowałem expose Donalda Tuska i debatę wokół wystąpienia premiera, domagałem się rozpoczęcia dyskusji na temat strategii dalszej integracji z Unią Europejską. W końcu sporo ostatnio się zmieniło w samej UE, więc warto byłoby wiedzieć czego w tej sprawie chcemy. No to się dowiedziałem. Pan minister, o najpoważniejszych zmianach ustrojowych, określających granice suwerenności państwowej, zdecydował się poinformować europejską opinię publiczną, na forum niemieckiego think tanku, bez wcześniejszych konsultacji w kraju. Ba, trudno nawet powiedzieć czy to jego autorska koncepcja, czy stanowisko rządu a może prezydenta, choć jest przecież jasne, że zostało odebrane jako oficjalne wystąpienie. Szkoda, że nie zauważył, iż obsadził się w roli leninowskiego pożytecznego idioty, który zadowolony z siebie wybiega przed orkiestrę, przelicytowując innych europejskich przywódców gotowością do daleko idących ograniczeń suwerenności własnego państwa. Nie mając do tego żadnego mandatu. Jeżeli, jak tłumaczy Sikorski, jego głównym celem było wezwanie Niemiec do działania, w sprawie strefy euro, to nadanie wystąpieniu charakteru deklaracji politycznej było wysoce niefortunne.

Sikorski musiał zdawać sobie sprawę, że tak oryginalne przemówienie wywoła burzę w Polsce. Prowokowanie opozycji niewiele jednak kosztuje. Jarosław Kaczyński, który z uporem maniaka trzyma się nieskutecznej, agresywnej, opartej na pomówieniach metody uprawiania polityki dawno już pozwolił zapędzić się do narożnika. Niezależnie od tego co powie, czy będzie to mądre czy głupie, nie jest traktowany poważnie. Cóż, jeżeli ktoś bez powodu wciąż wszczyna alarm, to kiedy naprawdę dzieje się coś złego, nikt nie będzie go słuchał. Tak jest właśnie tym razem. Prezes PiS, ale też PiS-owscy schizmatycy wytoczyli najcięższe działa, prześcigając się w pomysłach ukarania ministra. Żądają odwołania ze stanowiska, trybunału stanu, jest mowa o zdradzie, pojawia się retoryka powstańców warszawskich i IV Rzeszy. W ustach polityków uważanych za skrajnych germanofobów działa to jak płachta na byka. Mszczą się te wszystkie ataki na Angele Merkel, niemieckojęzyczne media i samych Niemców. Zamiast o meritum, dyskusja toczy się wokół histerycznej reakcji tak zwanej prawicy. Szkoda. Tym razem Radosław Sikorski naprawdę się podłożył. Chłodna, kompetentna, merytoryczna opozycja potrafiłaby to wykorzystać. A tak mamy wymachiwanie szabelką. W odbiorze medialnym, granica między tym co słusznie i nie słuszne przebiega po linii partyjnej, a nie w oparciu o zdrowy rozsądek. Stygmat jest prosty, przeciw Sikorskiemu są tylko zacofane, chore z nienawiści ciemniaki. Nikogo nawet nie oburza arogancja Pawła Olszewskiego z PO, który twierdzi, że „uwłaczającym byłoby dla polskiego parlamentaryzmu, gdyby trzeba było zwoływać posiedzenie w sprawach fobii i frustracji lidera opozycji”. No faktycznie, występowanie ministra przed organem o kompetencjach sejmiku wojewódzkiego z perspektywą dalszego ograniczenia tych kompetencji wydaje się bezsensowne.

Czas wreszcie wspiąć się ponad uprzedzenia partyjne. Potrzebna jest uczciwa dyskusja o przyszłości Unii Europejskiej i Polski w Unii. Sam mam tu bardzo wiele wątpliwość. Niech ścierają się federacyjne projekty Sikorskiego z koncepcją Europy ojczyzn, która jest mi bliska. Ale przede wszystkim należy zacząć rozmawiać językiem zrozumiałym dla zwykłych ludzi. Dzisiaj, za pomocą gładkich słówek politycy zamazują rzeczywisty obraz. Federacja, konfederacja, Rada Europy, Komisja Europejska, strefa euro, Traktat lizboński. Ilu Polaków coś z te go rozumie? Czy głosując za akcesją lud wiedział co owa akcesja oznacza? Czy miał świadomość z czym wiąże się ratyfikacja Traktatu lizbońskiego? Ile osób zdaje sobie sprawę, że już dziś 60% aktów prawnych obowiązujących w Polsce, stanowionych jest w Parlamencie Europejskim, a nie w polskim Sejmie? Że w przypadku realizacji koncepcji Sikorskiego można byłoby mówić ledwie o autonomii w kilku sprawach: edukacji, moralności (to też mydlenie oczu bo jest przecież Karta Praw Podstawowych), podatków dochodowych? Jak ognia unika się mówienia o skutkach integracji w kontekście suwerenności Polski. To dopiero w praniu lud dowiaduje się, że w związku z przynależnością do unijnych struktur, nie do nas należą decyzje w wielu obszarach, jak choćby ostatnio w przypadku przywrócenia kary śmierci. Kiedy lud wydaje pomruki niezadowolenia wmawia się mu, że na wszystko wyraził już zgodę w traktacie akcesyjnym, że nie ma innej drogi, że jak powiedziało się A, trzeba powiedzieć B etc. I tak od rzemyczka do koniczka.