Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PSL. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PSL. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 21 września 2015

Wszyscy przeciw PiS



Odnoszę wrażenie, że właściwie wszyscy, i politycy i komentatorzy, pogodzili się już z myślą, że po 25 października rządzić będzie Prawo i Sprawiedliwość. Takie są nastroje społeczne i sondaże wskazywały dotąd, że nawet jeśli partia Jarosława Kaczyńskiego nie zdoła uzbierać samodzielnej większości, to w koalicji z ugrupowaniem Pawła Kukiza nic takiej większości nie zagrozi.

Tymczasem wcale tak być nie musi. Doskonale pokazuje to badanie, które dla „Rzeczpospolitej" przeprowadziła pracownia IBRiS, już po burzliwej debacie sejmowej na temat uchodźców, opublikowane wczoraj na stronach gazety.

Przy takim rozkładzie poparcia i frekwencji na poziomie ca 50%, kalkulator przeliczający głosy na mandaty wg metody d’Hondta wskazuje 225 mandatów dla PiS, a więc o 6 za mało do uzyskania samodzielnej większości w Sejmie. A Kukiz jest tutaj pod progiem wyborczym.

W takiej sytuacji klucz do rządzenia spocząłby niestety w rękach PSL, wzmacniając i tak wystarczająco destrukcyjną rolę tej partii. Jestem jednak skłonny założyć, że Piechociński wolałby nie zmieniać koalicjanta i postawiłby na sprawdzony alians z Platformą Obywatelską. Wtedy najbardziej prawdopodobnym scenariuszem byłaby koalicja PO + PSL + Zjednoczona Lewica + Nowoczesna, czyli wszyscy przeciw PiS, który pomimo zwycięstwa w wyborach pozostałby w opozycji.

Czy to byłoby dobre rozwiązanie dla Polski? Moim zdaniem nie. Jako nie PiS-owiec i krytyk wielu pomysłów i koncepcji politycznych tej partii wolę chyba samodzielne rządy PiS, za które pełną odpowiedzialność bierze Jarosław Kaczyński niż koalicję od sasa do lasa, która musiałaby być jakąś koszmarną karykaturą rządzenia, gorszą od tego co dotychczas mieliśmy okazję doświadczać. W dodatku koalicję skazaną na ciągłą konfrontację z pałacem prezydenckim. Jak w Polsce wygląda kohabitacja widzieliśmy w latach 2007-2010 i widzimy teraz. Poza tym, taki scenariusz wyraźnie rozmijałby się z istniejącym nastrojem społecznym co podgrzewałoby temperaturę tego konfliktu.


Na koniec, warto zwrócić uwagę na fakt, że dzisiaj realny jest właściwie każdy scenariusz. Aż cztery formacje (ZLew, Nowoczesna, PSL, Kukiz 15) balansują na granicy progu wyborczego i to od tego, które z nich ostatecznie znajdą się w Sejmie zależy liczba mandatów zwycięskiego ugrupowania. Wariant omówiony powyżej jest jednak bardzo prawdopodobny.


piątek, 3 kwietnia 2015

Kluczem jest KORWiN



Politycy i zwolennicy PiS powinni wznosić modły za jak najlepszy wynik wyborczy partii KORWiN, bo tylko jej obecność w Sejmie stwarza szansę na utworzenie rządu przez ugrupowanie Jarosława Kaczyńskiego.

Stawiam taką tezę na podstawie sondaży partyjnych, w których dwie główne partie idą w łeb w łeb, zmieniając się w roli lidera, a pozostali balansują wokół progu wyborczego. Oczywiście do jesieni jeszcze trochę czasu, po drodze jest elekcja prezydencka, póki co jednak nic nie wskazuje na to żeby ta sytuacja miała ulec fundamentalnej zmianie.

Zwycięstwo wyborcze PiS niewielką przewagą głosów (moim zdaniem inne nie wchodzi w rachubę) jeszcze nie gwarantuje rządzenia. PiS potrzebuje koalicjanta. Rozważmy więc dwa scenariusze, w których zmienną jest KORWiN.

1. Sejm bez KORWiN

Kto mógłby utworzyć rząd razem z PiS? Teoretycznie PSL. W praktyce jednak ludowcy nie będą musieli ryzykować zmiany sprawdzonego koalicjanta by pozostać u steru władzy. Po niepowodzeniu misji powołania rządu przez Jarosława Kaczyńskiego, wraz z PO ponownie stworzą koalicję, która uzyska większość głosów w Sejmie. Podsumowując, PiS wygra ale przegra.

2. Sejm z KORWiN

Tutaj sytuacja jest znacznie ciekawsza ponieważ PiS ma do wyboru dwóch potencjalnych koalicjantów. Janusz Korwin Mikke otwarcie deklarował, że gotów jest do koalicji z każdym kto zgodzi się na realizację części jego wolnorynkowych postulatów. Pole do kompromisów jest w polityce rozległe więc mimo wszelkich różnic między Jarosławem Kaczyńskim i JKM, panowie zapewne byliby skłonni się porozumieć. Wszak nadrzędnym celem jest władza, nie mam co do tego złudzeń.

Oczywiście KORWiN byłby koalicjantem bardzo niewygodnym. Zwłaszcza stosunek do Rosji i wojny na Ukrainie to tematy trudne do przełknięcia dla elektoratu PiS. Bardziej poręcznym partnerem jest PSL, które z teoretycznego koalicjanta w scenariuszu nr 1, zamienia się w partnera chętnego do współpracy. Skąd ta cudowna przemiana? Jej sprawcą jest KORWiN oczywiście. Ostatnia rzecz jakiej mogą sobie życzyć ludowcy to oderwanie od koryta. Widząc perspektywę powstania koalicji PIS-KORWiN bez wahania złożą hołd lenny Kaczyńskiemu. KORWiN jako straszak zadziała bez zarzutu.


Jest jeszcze trzeci wariant, w którym PiS ma szansę na władzę. Dwupartyjny Sejm, w którym PiS uzyskuje przewagę (nawet minimalną) nad PO, a pozostałe partie pozostają pod wyborczym progiem. Taki scenariusz jest zapewne marzeniem Jarosława Kaczyńskiego, tyle że jak to z marzeniami bywa, szansa na jego realizację jest znikoma. 


środa, 2 stycznia 2013

Bruksela Jest Najważniejsza?



Umiejętność zawierania kompromisów jest w polityce rzeczą cenną. Mam jednak wrażenie że Paweł Kowal z koncyliacyjnością odrobinę przesadza, na co zwrócił uwagę również Marek Migalski (kolega z tej samej partii), recenzując książkę Kowala pt. „Między Majdanem a Smoleńskiem”. Ceną jest tutaj brak wyrazistości, bez której nie można skutecznie funkcjonować w polityce. W odczuciu znacznej większości wyborców, PJN to wciąż PiS light i nie zanosi się na zmianę w tej kwestii.

Dostrzegam różnice między podejściem czysto ideowym a realpolitik, ale kiedy okazuje się, że formacji Kowala jest po drodze praktycznie z każdym, to nie mogę oprzeć się wrażeniu, że owa realpolitik sprowadza się wyłącznie do utrzymania foteli w Brukseli, w ostateczności zajęcia mniej atrakcyjnych stołków w polskim parlamencie. PJN przedstawia się jako partia liberalna gospodarczo i umiarkowanie konserwatywna, lokująca się z prawej strony centrum sceny politycznej. Tymczasem rozważano już koncepcje łączenia się z ultra socjalną Solidarną Polską Ziobry, współpracę z socjalnym i zafiksowanym smoleńsko PiS-em, a także alianse z wypaloną i zgnuśniałą Platformą Obywatelską, która połknęłaby PJN na śniadanie. Teraz, Paweł Kowal chce podjąć inicjatywę Janusza Piechocińskiego i budować z PSL-em (i może też, o zgrozo, z ziobrystami) nowe ugrupowanie o obliczu wolnorynkowym i chadeckim. Wolne żarty. PSL ani nie jest chadeckie, ani tym bardziej wolnorynkowe. Jest korporacją zrzeszającą, pazernych, grabiących do siebie działaczy będących niedoścignionym wzorcem nepotyzmu, kolesiostwa i korupcji czyli tego wszystkiego co odrzuca od polityki normalnych wyborców. Kompletnie się to nie klei. Do zdobycia mandatu w eurowyborach być może wystarczy, ale żadna zmiana jakości w polityce się z tego nie wykluje.

Jedyną sensowną alternatywą dla wyżej wymienionych pomysłów jest stworzenie Partii Republikańskiej skupiającej środowiska bliskie sobie ideowo – PJN, gowinowców, umiarkowanych działaczy Nowej Prawicy - wspierane przez ekonomiczne think tanki, jak Fundacja Republikańska i Centrum im. Adama Smitha. Z pewnością jest miejsce na taką partię. To nie jest łatwy szlak, ale podobno tylko ciasna brama i wąska droga prowadzi do życia, a mało jest takich, którzy ją znają. Prawda, panie Pawle? W każdym bądź razie, tak to wygląda z mojej perspektywy. Paweł Kowal może oczywiście uznać, że i tak niewiele ma do stracenia, oprócz sympatii Hipokrytesa, więc jak się nie ma co się lubi, trzeba polubić nawet PSL.

Co ciekawe, inicjatywa Piechocińskiego niesie znacznie większe ryzyka dla PSL. Z tym, że akurat los tej partii wisi mi kalafiorem. Przede wszystkim, nie wierzę w cudowną przemianę ludowców, anonsowaną przez nowego prezesa. Z punktu widzenia aktywistów PSL poszerzanie bazy wyborczej wcale nie jest pożądanym celem politycznym. Wręcz przeciwnie. Dopuszczenie nowych do koryta jest sprzeczne z żywotnym interesem beneficjentów istniejącego systemu. Ponadto, próby tworzenia szerszej formacji chadeckiej w miejsce dzisiejszej partii ludowej grożą zachwianiem wiary tradycyjnego elektoratu, że to ugrupowanie nadal reprezentuje ich chłopskie interesy widziane dotąd w opozycji do miastowych partii. W tym kontekście ambicje Piechocińskiego mogą się jawić jako szkodliwe fanaberie. Dlatego też, cały projekt wydaje się i tak mało realny. Żeby dokonać fundamentalnego zwrotu potrzebny jest silny przywódca zdolny przeforsować swój projekt, wbrew interesom działaczy. Wątpię, by Janusz Piechociński dał sobie z tym radę. Można więc cnotę stracić, a rubla nie zarobić. Warto, panie Pawle?

poniedziałek, 19 listopada 2012

Nowe przyszło piechotą



Sensacyjna zmiana szefa Polskiego Stronnictwa Ludowego wzbudziła masę rozmaitych komentarzy i spekulacji, wśród nich zachwyty nad wewnętrzną demokracją PSL i nadzieje, że pozytywna energia płynąca z kongresu ludowców opromieni całą sceną polityczną. To zabawne, że wystarczyło jedno takie wydarzenie, by w partii będącej dotąd wzorcem z Servres oportunizmu politycznego, nepotyzmu i kolesiostwa zobaczyć ostoję demokracji.

Co się stało?
Żeby ta sensacja mogła się wydarzyć Janusz Piechociński musiał wykonać solidną pracę w terenie budując sobie poparcie, a osłabienie pozycji Waldemara Pawlaka musi być większe niż ktokolwiek przypuszczał, skoro jego kandydatura w ogóle znalazła się w strefie ryzyka. Wygląda jednak na to, że decydujący był przypadek (tu zgadzam się z opinią Jacka Żakowskiego wypowiedzianą w programie „Loża Prasowa”). Peeselowscy włościanie najwyraźniej chcieli sprzedać kuksańca sołtysowi. A juści! Niech se ino nie myśli, buc jeden, coby u nas demonkracji nie było i o tak se, znowu bedzie sołtysem. Nie ma to tamto. Entuzjastów wychowywania władzy poprzez wymierzanie kuksańców znalazło się zbyt wielu, więc ku ogólnemu zdumieniu miast poturbować lekko, ukatrupili sołtysa. Za taką tezą przemawia całkowite zaskoczenie rozwojem wydarzeń aktywistów PSL-u, nie wyłączając samego szczęśliwego elekta. Nie jestem fanem walorów intelektualnych działaczy tej partii, niemniej jednak nie sądzę, by byli ostatnimi kołkami, nie czującymi zupełnie pulsu swojej formacji. Wszystko wskazuje więc na to, że nowe nie przyjechało czołgami na czele silnej armii, a przyszło piechotą, samotnie, nawet bez gwardii przybocznej, z teczką i głową pełną idealistycznych wizji. 

Co z PSL?
Nie mam pojęcia co zrobi Piechociński, ale wiem co zrobić powinien. Jeżeli okaże się takim pięknoduchem jak wynikałoby to z jego deklaracji na Kongresie PSL, nie wróżę mu długiej kariery. Już na starcie jest dużo słabszym szefem niż Waldemar Pawlak. Klub PSL w Sejmie to jego opozycja wewnątrzpartyjna, więc najgłupsza rzecz jaką można zrobić to pozostawić Pawlaka w rządzie. Władza to struktury rządowe, skąd spływają dobra i łaski w ręce poddanych. Jeśli dysponentem konfitur pozostanie dotychczasowy prezes, będzie to prosta droga do tego, by być królem bez królestwa. Sama praca w terenie nic nie da, jeśli zwolennicy Piechocińskiego wciąż będą patrzeć przez szybę jak ucztują wasale Pawlaka. A sam Pawlak dysponując instrumentami władzy będzie bardzo groźnym przeciwnikiem. Z tej perspektywy, ogłoszona w afekcie rezygnacja poprzednika to wymarzony prezent dla elekta. I samobój Pawlaka. Tym bardziej, że dzięki temu nowy szef partii nie musi nawet brudzić sobie rąk. Teki ministra może przecież nie obejmować, wystarczy, że desygnuje zaufanego kandydata, który nie znarowi się od nadmiaru zaszczytów. To dopiero byłby fundament, na którym realnie można próbować coś zmieniać. Jeśli Piechociński nie skorzysta z tej sytuacji to być może jest przyzwoitym człowiekiem, za to na pewno kiepskim politykiem. I gorzko tego pożałuje.

Co z koalicją?
Zmiana na stanowisku szefa PSL nie zagrozi trwałości koalicji rządzącej, ale dla PO raczej nie jest to dobra nowina. Donald Tusk będzie musiał mierzyć się z nowym partnerem, po którym nie wiadomo czego można się spodziewać. W dodatku, partner koalicyjny stanie się teraz bardziej aktywny niż dotychczas, ponieważ nowy wódz będzie chciał odcisnąć swoje piętno u steru władzy. Trza w końcu jakoś pokazać, że coś się zmieniło, nawet gdyby miał to być jedynie face lifting. Do tego dojdą tarcia między nowym prezesem a żołnierzami Pawlaka okupującymi klub parlamentarny, co premier będzie próbował umiejętnie rozgrywać. Tak czy inaczej, należy spodziewać się większej dynamiki, a jak wszystkim wiadomo, Donald Tusk za dynamiką nie przepada.

środa, 21 marca 2012

Burza w szklance wody



Komediodramat polityczny, który właśnie gości na ekranach naszych telewizorów, jest tak przewidywalny i czytelny, że miałem wątpliwości czy w ogóle warto o nim pisać. Widzę jednak, że o dziwo, bardzo wielu komentatorów (zawodowych i blogowych) traktuje serio tę szopkę z kryzysem w koalicji rządzącej. A więc, niech tam. Będę miał się do czego odwołać, mówiąc za miesiąc lub dwa: a nie mówiłem?

O rety! Kryzys! Koalicja się wali! Taki mniej więcej mesydż, przepływał wczoraj przez kolorowe paski stacji informacyjnych. Marsowe miny polityków. Mrukliwy Pawlak. Zdawkowe komentarze. Reporterzy sejmowi, zaplątani w kable mikrofonów miotający się po korytarzach. Dramatyczne pytania o przyszłość. Rozmaite spekulacje. Będzie porozumienie (w sprawie emerytur), czy nie będzie? Co z kompromisem (w sprawie propozycji PSL)? Wyjdą czy nie wyjdą (ludowcy z koalicji)? Co zrobi Palikot? Co na to Miller? Czy wchodzi w grę zmiana koalicjanta (na Palikota albo na SLD), czy nie wchodzi? Będą wybory, czy nie będą? I tak przez cały dzień, kocopoły w tym stylu.

Leniwie zwlokłem się z kanapy. Odnalazłem w piwnicy szklaną kulę. Przetarłem starannie szmatką i czytam z niej, jak nie przymierzając, z Gazety Wyborczej. W górę serca! Zaprawdę powiadam wam, koalicja rządząca się nie rozpadnie. To co widzimy, to amatorski spektakl według przewidywalnego scenariusza. Role zostały rozdane i wszyscy aktorzy zakończą występy zadowoleni. Platforma przepchnie swoje zmiany w ustawie emerytalnej, co jest honorową sprawą miłościwie panującego premiera. Zapewne zostaną trochę pokancerowane, więc alibi w postaci kryzysu w koalicji bardzo się przyda. Pawlak pozostanie dziewicą, bo zmiany w ustawie uratuje sztukmistrz z Lublina, który gościnnie wystąpi w roli państwowca. Takie rozwiązanie opłaca się wszystkim, nie ma więc powodu żeby miało być inaczej.

Jest oczywiste, że jak dwa razy dwa równa się cztery, tak ani PO ani PSL, nowych wyborów nie chcą. Platforma nie miałaby szans na powtórkę z października, a i ludowcy, zdając sobie sprawę, że łaska pańska na pstrym koniu jeździ, nie zamierzają przeprowadzać crash testu. Zwłaszcza, że jak wszyscy wiemy kasą nie śmierdzą, a kluczyk do serum na finansową niedyspozycję „zielonej strony mocy” trzyma w kieszeni minister Rostowski. Zresztą i Palikot nie rwie się do odpowiedzialności za rządzenie, które jak wiadomo zużywa. I jak tu potem zużyty Janusz miałby się potykać z nie zużytym Leszkiem? Klops.

Słowem nuda, nic się nie dzieje. Ale za to, wiosna! Cieplejszy wieje wiatr... :)

poniedziałek, 10 października 2011

Tusk i Palikot Rulez!



Dwóch zwycięzców i jeden skazaniec, który tym razem nie uniknie stryczka (Napierniczak). Sondażowe wyniki są zaskakujące. Przede wszystkim wielki, nadspodziewany triumf Donalda Tuska, który na finiszu kampanii przez moment znalazł się przecież w defensywie. Zaskakuje  duża różnica głosów między PO a PiS, prawie identyczna jak w poprzednich wyborach. Wtedy ten wyniki był efektem pospolitego ruszenia wyborców, pod hasłem pogrzebania projektu IV RP, co znalazło odzwierciedlenie w relatywnie wysokiej frekwencji – 53,9%. Teraz stało się to samo, już bez takiej mobilizacji elektoratu (prognozowana frekwencja 47,7%). W dodatku po udanej kampanii wyborczej PiS i marnej, bezbarwnej PO. Jarosław Kaczyński ma nad czym się zastanawiać.

Sytuacja Platformy Obywatelskiej wygląda znacznie bardziej komfortowo niż 4 lata temu. Wszystkie zmiany jakie czekają nas na politycznej scenie są korzystne dla Tuska. Spójrzmy.

1.   Podział mandatów w Sejmie wskazuje, że do uzyskania większości, PO potrzebuje tylko jednego partnera. Nawet mariaż z SLD, które uzyskało niewiele mandatów, daje minimalną większość.
2.   W dodatku PSL, RPP, SLD przebierają nogami by znaleźć się w tej koalicji. Dla PSL, urzędy i stołki są racją bytu w polityce, dla SLD koalicja może być szansą na zahamowanie marginalizacji, a dla Palikota to spełnienie politycznych ambicji. Nawet jeśli stery rządu wciąż dzierżyć będzie dotychczasowa koalicja (a tak zapewne się stanie), to siła przetargowa Waldemara Pawlaka znacząco spadnie. Wciąż będzie czuł na plecach oddech Janusza Palikota wiedząc, że rezerwowy koalicjant czeka w przedpokoju gabinetu premiera.
3.   Zwycięstwo partii rządzącej w kolejnych wyborach to siłą rzeczy znacznie silniejszy mandat od wyborców.

Sukces Palikota i zmasakrowany Napieralski to drugi, obok wyniku PO, wielki triumf Donalda Tuska. Mnie najbardziej żal PJN, który poniósł porażkę trochę na własne życzenie i Nowej Prawicy Janusza Korwin-Mikkego skrzywdzonej przez PKW (Nie ważne wybory).

Choć… w ciągu najbliższych godzin, całą tą analizę może trafić szlag, jeżeli ostateczne rezultaty wyborów trochę przemeblują ten sondażowy wynik.

wtorek, 4 października 2011

PiS nie będzie rządzić



Ośrodki badania opinii publicznej, niemal codziennie fundują nam nowe sondaże preferencji wyborczych. W jedynych wygrywa PO, w innych PiS, ale różnice są minimalne. W zasadzie wiadomo już teraz, które partie przekroczą próg 5%. Ze wszystkich stron grzmią rozmaite głosy rozsądku, które straszą nas Polską, w której możemy obudzić się 10 października albo upiornymi wizjami możliwych koalicji powyborczych.

O co ten cały hałas? Moim zdaniem, karty są już rozdane. I wcale nie jest takie istotne, który z dwóch pretendentów do władzy pierwszy dobiegnie do mety. Niezależnie od ostatecznego werdyktu wyborców, już dzisiaj z olbrzymim prawdopodobieństwem, można powiedzieć, że PiS nie będzie rządzić. Przeanalizujmy na spokojnie wariant, w którym to lider dzisiejszej opozycji będzie triumfował w najbliższą niedzielę.

Wygrana PiS jest możliwa, ale przewaga, którą uzyska nad PO będzie niewielka. Co się wtedy stanie? Obrażony premier Tusk, pogratuluje konkurentowi i powtórzy swoje oświadczenie sprzed kilku dni, że to zwycięska partia powinna stworzyć nowy rząd. I będzie mógł się cynicznie przyglądać obrzędom, związanym z budową większości przez PiS. Te wysiłki z góry skazane są na porażkę. Bo niby z kim miałby rządzić PiS? Ruch Poparcia Palikota od razu możemy wykluczyć. Moim zdaniem SLD również. Po kiepskim wyniku wyborczym Napieralski, który chciałby być wice premierem za wszelką cenę, będzie miał zbyt słabą pozycję w partii, by przeforsować udział SLD w tak egzotycznej koalicji. Jest też bardzo prawdopodobne, że w ogóle przestanie być szefem, o czym pisałem kilka dni temu (Napierniczak). Pozostaje PSL. Sądzę, że ludowcy, nazywani partią obrotową (taki eufemizm dla politycznej prostytucji), nie będą mieli ochoty zawierać politycznych aliansów ze zwycięskim PiS. Zadziała instynkt samozachowawczy. Zbyt świeże jest wspomnienie ceny, jaką zapłacili politycy Samoobrony i LPR za koalicję z partią Jarosława Kaczyńskiego. Tym bardziej, że Waldemar Pawlak nie ma się czym martwić. PSL jest przecież partią preferowaną do roli koalicjanta przez Platformę, która po fiasku PiS-owskich usiłowań podejmie misję tworzenia rządu. Stołki w około rządowych instytucjach, które są dla PSL-u solą działalności politycznej, nie będą więc zagrożone. Spokojnie można udać się za stodołę popykać trochę w tenisa.

Dlatego też, główną konsekwencją wyborczego zwycięstwa PiS, będzie polityczny galimatias związany z próbą budowy większości parlamentarnej dla poparcia rządu Jarosława Kaczyńskiego. PO będzie spokojnie przyglądać się nieudanym zabiegom przeciwników wiedząc, że władza i tak pozostanie w jej rękach.

To wręcz wymarzona sytuacja dla Donalda Tuska. Im dłużej potrwa szopka z tworzeniem rządu przez PiS, tym częściej będzie słychać apele autorytetów, by się zlitował i wziął losy kraju w swoje ręce. A on będzie się wahał, zastanawiał, rozważał, wreszcie, strojąc się w piórka męża stanu, skorzysta z niezapomnianej frazy klasyka i oświadczy ludowi „Nie chcem, ale muszem”. Dla dobra Polski, łaskawie zgodzi się dźwigać nadal brzemię rządzenia. I to on będzie wtedy stawiał koalicjantom warunki, na których zgodzi się podjąć to wyzwanie. Nie ma tu większego znaczenia kto znajdzie się w tej koalicji. Luksus PO polega na tym, że może związać się z każdym oprócz PiS. SLD, PSL, Ruch Palikota, do wyboru, do koloru. Kto to będzie, zadecyduje ostateczny układ sił w Sejmie. Paradoksalnie, niewielka porażka Platformy może oznaczać znacznie większy komfort rządzenia dla nowego rządu Tuska niż niewielkie zwycięstwo. „Miałeś chamie złoty róg … ostał ci się ino sznur” – z tym, cytatem brzmiącym w uszach, będzie zasypiał i budził się Jarosław Kaczyński.

Tak naprawdę, najwięcej do ugrania w tych wyborach ma jeszcze PJN. Walczy o przekroczenie progu 3% głosów, czyli dofinansowanie z budżetu państwa, które stanowi o być albo nie być tej partii na politycznej scenie. Bo Nowa Prawica Janusza Korwin-Mikkego, skrzywdzona prze Państwową Komisję Wyborczą, już takiej szansy raczej nie ma (Nie ważne wybory).

W tych rozważaniach jest tylko jedno „ale”. Czy aby na pewno, Platforma będzie chciała rządzić w tych trudnych czasach, które nadchodzą?


Wobec wyczerpania puli interesujących propozycji, zamykam kącik odjechanych spotów wyborczych. Okazuje się, że najbardziej odjechało SLD. Za to PiS i PSL nie odjechały wcale. No oczywiście poza klipami emitowanymi w telewizji, ale publikowanie ich w tym miejscu nie miałoby sensu.