Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kowal. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kowal. Pokaż wszystkie posty

środa, 2 stycznia 2013

Bruksela Jest Najważniejsza?



Umiejętność zawierania kompromisów jest w polityce rzeczą cenną. Mam jednak wrażenie że Paweł Kowal z koncyliacyjnością odrobinę przesadza, na co zwrócił uwagę również Marek Migalski (kolega z tej samej partii), recenzując książkę Kowala pt. „Między Majdanem a Smoleńskiem”. Ceną jest tutaj brak wyrazistości, bez której nie można skutecznie funkcjonować w polityce. W odczuciu znacznej większości wyborców, PJN to wciąż PiS light i nie zanosi się na zmianę w tej kwestii.

Dostrzegam różnice między podejściem czysto ideowym a realpolitik, ale kiedy okazuje się, że formacji Kowala jest po drodze praktycznie z każdym, to nie mogę oprzeć się wrażeniu, że owa realpolitik sprowadza się wyłącznie do utrzymania foteli w Brukseli, w ostateczności zajęcia mniej atrakcyjnych stołków w polskim parlamencie. PJN przedstawia się jako partia liberalna gospodarczo i umiarkowanie konserwatywna, lokująca się z prawej strony centrum sceny politycznej. Tymczasem rozważano już koncepcje łączenia się z ultra socjalną Solidarną Polską Ziobry, współpracę z socjalnym i zafiksowanym smoleńsko PiS-em, a także alianse z wypaloną i zgnuśniałą Platformą Obywatelską, która połknęłaby PJN na śniadanie. Teraz, Paweł Kowal chce podjąć inicjatywę Janusza Piechocińskiego i budować z PSL-em (i może też, o zgrozo, z ziobrystami) nowe ugrupowanie o obliczu wolnorynkowym i chadeckim. Wolne żarty. PSL ani nie jest chadeckie, ani tym bardziej wolnorynkowe. Jest korporacją zrzeszającą, pazernych, grabiących do siebie działaczy będących niedoścignionym wzorcem nepotyzmu, kolesiostwa i korupcji czyli tego wszystkiego co odrzuca od polityki normalnych wyborców. Kompletnie się to nie klei. Do zdobycia mandatu w eurowyborach być może wystarczy, ale żadna zmiana jakości w polityce się z tego nie wykluje.

Jedyną sensowną alternatywą dla wyżej wymienionych pomysłów jest stworzenie Partii Republikańskiej skupiającej środowiska bliskie sobie ideowo – PJN, gowinowców, umiarkowanych działaczy Nowej Prawicy - wspierane przez ekonomiczne think tanki, jak Fundacja Republikańska i Centrum im. Adama Smitha. Z pewnością jest miejsce na taką partię. To nie jest łatwy szlak, ale podobno tylko ciasna brama i wąska droga prowadzi do życia, a mało jest takich, którzy ją znają. Prawda, panie Pawle? W każdym bądź razie, tak to wygląda z mojej perspektywy. Paweł Kowal może oczywiście uznać, że i tak niewiele ma do stracenia, oprócz sympatii Hipokrytesa, więc jak się nie ma co się lubi, trzeba polubić nawet PSL.

Co ciekawe, inicjatywa Piechocińskiego niesie znacznie większe ryzyka dla PSL. Z tym, że akurat los tej partii wisi mi kalafiorem. Przede wszystkim, nie wierzę w cudowną przemianę ludowców, anonsowaną przez nowego prezesa. Z punktu widzenia aktywistów PSL poszerzanie bazy wyborczej wcale nie jest pożądanym celem politycznym. Wręcz przeciwnie. Dopuszczenie nowych do koryta jest sprzeczne z żywotnym interesem beneficjentów istniejącego systemu. Ponadto, próby tworzenia szerszej formacji chadeckiej w miejsce dzisiejszej partii ludowej grożą zachwianiem wiary tradycyjnego elektoratu, że to ugrupowanie nadal reprezentuje ich chłopskie interesy widziane dotąd w opozycji do miastowych partii. W tym kontekście ambicje Piechocińskiego mogą się jawić jako szkodliwe fanaberie. Dlatego też, cały projekt wydaje się i tak mało realny. Żeby dokonać fundamentalnego zwrotu potrzebny jest silny przywódca zdolny przeforsować swój projekt, wbrew interesom działaczy. Wątpię, by Janusz Piechociński dał sobie z tym radę. Można więc cnotę stracić, a rubla nie zarobić. Warto, panie Pawle?

poniedziałek, 23 kwietnia 2012

Maszerować też trzeba umieć


Fot. PAP/Tomasz Gzell

Nie wszystkim politykom, uczestniczącym w marszu zorganizowanym w obronie Telewizji Trwam, maszerowanie wyszło na zdrowie. Głównym przegranym wczorajszej imprezy został nieoczekiwanie Zbigniew Ziobro. Szef Solidarnej Polski pokazał coś, co dla mnie od zawsze jest oczywiste – absolutny brak charyzmy. Pokazał również, że w pobliżu Jarosława Kaczyńskiego ulatnia się gdzieś jego pewność siebie, wpada w panikę, głos mu się łamie i z dumnego Zbigniewa robi się spietrany Zbysio. Żałośnie wyglądał ten występ w kontekście prezydenckich ambicji lidera Solidarnej Polski.

Po wczorajszej manifestacji widać już wyraźnie w jak trudnej sytuacji jest Zbigniew Ziobro. Podział środowiska Prawa i Sprawiedliwości na PiS i Solidarną Polskę, od początku był sztuczny. Formacje te, prawie niczym się od siebie nie różnią. Powstały w wyniku ambicjonalnego sporu liderów, dotyczącego stylu działania partii, a nie meritum programowego czy kwestii ideologicznych. Wszystko to, ujawniło się teraz w pełnej krasie. Solidarna Polska, z Ziobrą, Kurskim i socjalnymi hasłami lewicy, nie ma żadnych szans na zajęcie miejsca między PiS a Platformą Obywatelską. Wczorajszy dzień pokazał, że równie kiepsko rysują się perspektywy przy prawej ścianie sceny politycznej. Dla radykałów, Ziobro w porównaniu z Kaczyńskim jest nikim. Reakcja demonstrantów na przemówienie lidera SP to świetna ilustracja tezy, którą w książce „Koniec PiS-u” postawił Michał Kamiński. Po katastrofie smoleńskiej, twardy radiomaryjny elektorat, związał się emocjonalnie z Jarosławem Kaczyńskim nie mniej silnie, niż związany jest z ojcem Tadeuszem Rydzykiem. Dlatego, Ziobro nie ma co marzyć o przejęciu tych wyborców. Jednocześnie, sytuacja ta cementuje Kaczyńskiego z Rydzykiem, który musi zdawać sobie sprawę, że nie ma już takiej swobody żonglowania poparciem politycznym, jak w przypadku swoich wcześniejszych faworytów. Do problemów Ziobry, doszedł wczoraj jeszcze jeden. Dał się ograć prezesowi PiS, który apelem o jedność, sprytnie przerzucił na niego odpowiedzialność za rozpad obozu socjalnej prawicy. Pole działania jest więc niewielkie. Do wyborów jednak ponad trzy lata, więc ziobryści mogą liczyć na bardziej sprzyjającą koniunkturę polityczną. Gdyby na przykład, Jarosław Kaczyński zdecydował się odejść w cień, przekazując stery partii komu innemu, politycy Solidarnej Polski zyskaliby szansę na powrót do macierzystej formacji bez utraty twarzy.

Wszystko to przywodzi na myśl jeszcze inną refleksję. Przepaść między Platformą Obywatelską a PiS i SP, jest dziś tak wielka, że trudno sobie wyobrazić istnienie elektoratu, który mógłby przenosić swoje poparcie między tymi dwoma, wrogimi wobec siebie obozami. A przecież nie zawsze tak było. W wyborach 2005 roku, wielu wyborców głosowało na zapowiadaną koalicję POPiS i znaczna część z nich była skłonna głosować na oba te ugrupowania. Co się z nimi stało? Spodziewam się, że wobec tak wyraźnej radykalizacji PiS zdążyli się już wykruszyć z elektoratu tej partii. Z braku rozsądnych alternatyw popierają więc PO, albo nie głosują wcale. I to jest przestrzeń polityczna, którą można zagospodarować. Z pewnością większa niż 2%, które uzyskał w ostatnich wyborach PJN. Ciekawe, że media zdają się tego nie dostrzegać. Wciąż prowadzone są dywagacje na temat szans ziobrystów, podczas gdy ekipę Pawła Kowala de facto już pogrzebano. Cóż, dla dziennikarzy nie istnieje polityka poza parlamentem. Niestety również PJN, mimo imponującej aktywności lidera w sferze polityki zagranicznej, nie ma pomysłu jak wykorzystać okazję. Potwierdzają to wyniki ostatniego sondażu CBOS-u. PJN otrzymał tylko 1% poparcia, wobec 3% uzyskanych przez Kongres Nowej Prawicy Janusza Korwina-Mikkego. Szkoda, bo w przeciwieństwie do KNP, formacja Kowala, Migalskiego i Poncyliusza ma jeden wielki atut - możliwość zaakceptowania przez mainstream.

środa, 14 marca 2012

Epidemia politycznych nonsensów



Siarczyste mrozy chyba na dobre nas opuściły, zapachniało wiosną i od razu są pierwsze skutki podwyższonego ryzyka zarażenia infekcją bakteryjną. Jakiś tajemniczy wirus auto-anihilacji sieje spustoszenie w szeregach polityków. Brednie w ustach wybrańców narodu to niby żadna nowość, ale tym razem skala abstrakcji zdaje się być wyższa i co bardziej niepokojące, w niektórych przypadkach zawiera sporą dozę samodestrukcji.

Jako pierwszy zarażony, ujawnił się w sobotę Mariusz CBA Kamiński, który w wywiadzie dla RMF FM roztoczył fantastyczną wizję egzotycznej koalicji wszystkich partii opozycyjnych, uchwalającej konstruktywne wotum nieufności dla rządu Donalda Tuska, po to by na stolcu premiera mogła zasiąść wskazana przez PiS Zyta Gilowska. Hmm… nie zbadano posła alkomatem, ale ranna pora audycji wskazywałaby raczej na chorobowe pochodzenie zaobserwowanych objawów lewitacji politycznej. To dobrze, że PiS próbuje wyściubić nos z warownej twierdzy, w której zamknął się na własne życzenie i szuka niekonwencjonalnych rozwiązań, ale cóż…. jak to się mówi, pierwsze koty za płoty. Jeszcze kilka prób i być może uda się zaorbitować gdzieś w sąsiedztwie rzeczywistości politycznej.

Podejrzewam, że infekcja przenosi się drogą kropelkową, bo już dwa dni później, ni z gruchy ni z pietruchy huknęła wieść, że Platforma Obywatelska zamierza postawić Jarosława Kaczyńskiego i Zbigniewa Ziobrę przed Trybunałem Stanu. O kurde balans! Co prawda przesłanki są cienkie jak Polsilver i sama Platforma olała wcześniejszy wniosek SLD w tej sprawie, traktując go jako trampolinę wyborczą Ryszarda Kalisza, ale teraz w obliczu przejściowych trudności, miłościwie panującego nam premiera, kuchmistrz Grupiński postanowił odgrzać ten nie świeży kotlet. Pomijając już wartość merytoryczną stawianych zarzutów, a także bardzo wątpliwą zdolność zdobycia wymaganej większości głosów w Sejmie, taki wniosek to oczywisty strzał we własną stopę. Nie wierzę, by postępowanie przed Trybunałem Stanu, nawet jeśli jakimś cudem do niego dojdzie, zakończyło się skazaniem Kaczyńskiego i Ziobry na banicję z polityki, nie mówiąc już o poważniejszych konsekwencjach. Za to jest to doskonały sposób, by w oczach znacznej części społeczeństwa, prezes PiS stał się męczennikiem prześladowanym przez zbrodniczy reżim Tuska. Lech Kaczyński już nim jest, czyżby premier zdecydował się na sakralizację postaci drugiego z braci bliźniaków? Na tej operacji Platforma może włącznie stracić. Za to Janusz Palikot i Leszek Miller nie mogą się już doczekać spektaklu politycznego z Trybunałem Stanu w roli głównej i czym prędzej rezerwują miejsca w pierwszym rzędzie. Dla nich  kolejny pomysł na osłabienie PO jest hojnym darem niebios.

Tego samego dnia i  to już z samego rana, dał o sobie znać inny zarażony nieszczęśliwiec. Europoseł PJN, Paweł Kowal, w rozmowie z dziennikarzem TVN 24 począł snuć dywagacje na temat przyspieszonych wyborów parlamentarnych we wrześniu i wspólnych list wyborczych z PiS-em, nie bacząc, że ta chora koncepcja to oczywisty wyrok śmierci dla własnej formacji, ale o tym szerzej pisałem już wczoraj.

Póki co, niepojąco odporni na zbierającą swoje żniwo zarazę, pozostają przedstawiciele lewicy. Jeżeli epidemia dalej będzie się rozprzestrzeniać w tym tempie, w najbliższych dniach należy oczekiwać eksplozji głupoty z tamtej strony sceny politycznej.

wtorek, 13 marca 2012

Pawle Kowalu i PJN-ie, nie idźcie tą drogą!



„Jeżeli będą przedterminowe wybory, to czas pomyśleć o wspólnej liście z PiS czy Solidarną Polską. Jeżeli chce się wygrać, to trzeba pójść wspólnie. (…) Dziś niech każdy kształtuje swoją tożsamość. Musimy bronić rodziny, wolności, wolnego rynku. To są nasze wartości. Nie możemy pozwolić, by ktoś nam je odebrał.”

Niemalże udławiłem się śniadaniem, czytając te słowa, wypowiedziane przez Pawła Kowala w TVN24. I to z trzech powodów. Po pierwsze, pomysł by wiązać się z PiS-em budzi mój niesmak. Po drugie, naprawdę trudno jest zmieścić tyle niedorzeczności w ledwie pięciu zdaniach. Po trzecie, uważałem dotąd Pawła Kowala za bardzo zdolnego polityka, w którym pokładałem nadzieję na zmiany w polskiej polityce. Ale po kolei.

Tożsamość

Przyczyną wyborczej porażki PJN, oprócz destrukcji w łonie tej partii i nie dającej się niczym usprawiedliwić wolty Joanny Kluzik Rostkowskiej, która długo jeszcze będzie stanowić wzorzec absolutnego dna w polityce; było postrzeganie PJN jako przybudówki PiS-u. Wygłaszając takie opinie, Paweł Kowal potwierdza, że ta ocena była prawdziwa, że jego ugrupowanie było i będzie wyłącznie przybudówką partii Jarosława Kaczyńskiego. W ten sposób, PJN nie zbuduje swojej własnej tożsamości, ponieważ może ona powstać tylko w dystansie do PiS-u. Inaczej, ta formacja nikomu do niczego nie jest potrzebna. Trzymanie się spodni Kaczyńskiego odbiera jej szansę na konserwatywno-liberalnych wyborców. Tych, na których nie może liczyć Prawo i Sprawiedliwość, ani Solidarna Polska. W tej sprawie nie da się zjeść ciastka i mieć ciastko.

Naiwność

Owszem, Donald Tusk ma kłopoty ale to jeszcze nie jest powód do rozpisywania wcześniejszych wyborów we wrześniu. Zakładając nawet utratę większości przez koalicję PO-PSL, znacznie bardziej prawdopodobnym wariantem jest trwanie obecnego rządu z cichym wsparciem Palikota. Zresztą, brak siły sprawczej to wygodne alibi dla kontynuacji polityki zaniechać. Tak czy inaczej, werdykt wyborczy najpewniej wzmocniłby lewicę, co ani Platformie, ani PiS-owi się nie opłaca.

Rejterada

Trudno mi uwierzyć w polityczną naiwność Pawła Kowala. Jeżeli wygłasza tak kontrowersyjne opinie (wspólna lista wyborcza z PiS-em, godząca w budowaną tożsamość PJN), przy tak wątpliwej okazji, jak mało poważne spekulacje na temat przyspieszonych wyborów, to wydaje się oczywiste, że musi to służyć innym celom. Być może, Kowal potraktował tę okoliczność jako pretekst, by wysłać sygnał Jarosławowi Kaczyńskiemu, że jest gotów zrezygnować z ambicji tworzenia własnej formacji. Wygląda to jak zapowiedź pielgrzymki do Canossy, jak przygrywka do operacji posypania głowy popiołem, a przynajmniej otwarcie rozmów o powrocie na łono PiS. Ja wiem, że polityka i prostytucja to pokrewne sobie profesje, przyznaję jednak, iż akurat Pawła Kowala nie chciałbym znaleźć w politycznym lupanarze. Zwłaszcza, że dla twardego elektoratu PiS, politycy PJN pogardliwie nazywani PJoNkami, zawsze już będą renegatami, zdrajcami i sprzedawczykami.

Wolny rynek

Mówienie jednym tchem o wolnym rynku i wiązaniu się z PiS-em to czysta groteska. PiS jest partią etatystyczną, jawnie odżegnującą się od liberalnych rozwiązań gospodarczych, wspierającą roszczenia związków zawodowych, zainteresowaną wzmacnianiem roli państwa w życiu obywateli. 

Konkluzja

Wypowiedź Pawła Kowala jest świadectwem grzechu pierworodnego PJN. Obnaża kierunek, którego obawiałem się od samego początku istnienia tej formacji. Już przecież wcześniej pojawiały się niepokojące symptomy, jak koncepcje wiązania się z ziobrystami. Okazuje się, że pępowina z byłą partią nie została odcięta (modne określenie). Zamiast bajać na temat wcześniejszych wyborów i snuć wizje wspólnych list wyborczych z PiS-em, czas najwyższy zająć się pracą u podstaw, działać jako zespół. Dzisiaj PJN to grający na siebie soliści: Paweł Kowal i Marek Migalski. Nic więcej. Należy szukać wsparcia w środowiskach związanych z Kongresem Nowej Prawicy, namówić do współpracy Jana Rokitę. Polecam uwadze wywiad z nim, w najnowszym Uważam Rze. Rokita prezentuje poglądy i oceny, które idealnie komponują się z ideą  PJN. I trzymać rękę na pulsie, by korzystając z destrukcji w PO mieć jakąś ofertę dla potencjalnych wychodźców z tej partii. W ten sposób można byłoby podjąć próbę wykreowania reprezentacji posłów w dzisiejszym Sejmie. Tylko, że do tego trzeba stanowić jakąś alternatywę na scenie politycznej.

Panie Pawle, wyjątkowo nie transparentne wyjaśnienia na pańskim blogu ani na jotę nie zmieniają mojego wrażenia. Publicystykę proszę zostawić Markowi Migalskiemu, który radzi z nią sobie znacznie lepiej.

Poza tym uważam, iż nazwa PJN powinna zostać zmieniona!

środa, 7 grudnia 2011

Przyszłość Europy nie jedno ma imię



W najbliższym czasie czeka nas fundamentalna dyskusja na temat kształtu Europy i przyszłości Polski w Europie. Ewentualne pogłębienie integracji będzie wymagało zmian konstytucyjnych. Efektem silnie spolaryzowanej sceny politycznej jest dominująca narracja profederacyjna, oparta na założeniach przedstawionych przez ministra Sikorskiego w Berlinie, której wtórują mainstreamowe media; zderzona z emocjonalną reakcją PiS-u, niezdolnego do merytorycznej dyskusji na ten temat. W ten sposób tworzy się fałszywy przekaz, że alternatywa sprowadza się do wyboru między Platformą Obywatelska a Prawem i Sprawiedliwością. Zgodnie z tą wizją, PO to nowoczesna i zamożna sfederowana Europa, podczas gdy PiS reprezentuje XIX-wieczny zaścianek z obsraną krową przywiązaną postronkiem do chałupy pokrytej słomianą strzechą.

W tej głośnej awanturze, w jazgocie idiotycznych, nie mających końca, potyczek słownych na temat marszów, trybunałów i rezerwatów indiańskich, bardzo słabo przebija się głos innych środowisk konserwatywnych, które wcale nie mówią „nie” Europie. Bardzo mnie cieszy aktywność, jaką przejawia w tej sprawie PJN. Na 20 grudnia, Paweł Kowal zapowiedział seminarium z udziałem przedstawicieli środowisk prawicowych, podczas którego przedstawią one swoje stanowiska w sprawie przyszłości UE: "Chcemy pokazać, także europejskiej opinii publicznej, że w Polsce oprócz hiperfederacyjnej wizji ministra Sikorskiego są też inne poglądy na integrację europejską, nie gorsze, a być może bardziej realistyczne" - mówił szef PJN.

Paweł Kowal, w wystąpieniu wygłoszonym na forum Fundacji im. Kazimierza Pułaskiego w Warszawie, zaprezentował też swoją odpowiedź na projekt ministra Sikorskiego. Przede wszystkim, jest to najbardziej obszerne, merytoryczne, dotykające konkretnych rozwiązań stanowisko jakie zostało zaprezentowane opinii publicznej w sprawie przyszłości Unii Europejskiej i miejsca Polski w tej wspólnocie. Autor sięga w nim do czynników stanowiących genezę dzisiejszego kryzysu, polemizuje z tezami federacjonistów, a także przedstawia własny kierunek myślenia o integracji. Ten materiał ma znacznie bardziej analityczny charakter niż tezy Sikorskiego. Tym samym, twierdzenie, iż prawica nie przedstawia żadnego konstruktywnego stanowiska, z lubością powtarzana w mediach, nie odpowiada już rzeczywistości. Teraz tylko od mediów zależy, czy ten głos w dyskusji odbije się szerszym echem.

Opinie Pawła Kowala, w znacznym stopniu pokrywają się z moją własną oceną, którą przedstawiłem we wpisach „Kto był naprzeciwko?” i „Federacja albo śmierć?”, choć prezes PJN, jak na polityka przystało, jest znacznie bardziej koncyliacyjny. Z pietyzmem wyłuskuje tezy, które nie stanowią osi sporu i stara się być powściągliwy w kwestiach formalnych, odnoszących się do berlińskiego wystąpienia polskiego ministra spraw zagranicznych, które ja uważam za wielce niefortunne. Wnioski jednak mamy podobne. Z tego obszernego wykładu, chciałbym zacytować stanowisko dotyczące dwóch spraw, które budzą chyba największe kontrowersje. Kwestię unifikacji gospodarczej i kwestię samego modelu federacyjnego.

„Kwestia jednolitego zarządzania polityką gospodarczą i budżetową. Dotyczy to modelu gospodarczego, jaki przyjmie Unia. Wydaje się, że w tym punkcie spór z koncepcją Sikorskiego jest najbardziej zasadniczy. W praktyce mamy do czynienia z dyskusją o tym, na ile ważna jest konkurencja wewnątrz UE. Jasne jest, że słabość współczesnej Unii bierze się właśnie z uśpienia konkurencji wewnętrznej. Jej brak powoduje brak konkurencyjności na zewnątrz, w zestawieniu z Chinami czy USA. W interesie Polski nie leży ujednolicanie podatków. Nie możemy konkurować w infrastrukturze, nie możemy zaoferować śródziemnomorskiego wybrzeża jako miejsca powstania nowej fabryki, nie mamy ani Ikei ani Nokii. Naszą siłą pozostają niskie podatki i niskie koszty pracy.”

„Zdrowy rozsądek nakazuje wyjść poza modele i odnieść się do praktyki, do stanu integracji, w jakim się znajdujemy. Jest to miks metody wspólnotowej (poprzez wspólne instytucje) oraz miedzypaństwowej. W ramach pierwszej powinniśmy poddać krytyce próby poszerzania zakresu regulacji, szczególnie w zakresie gospodarki i nie zgadzać się na nowe; w odniesieniu do drugiej powinniśmy zabiegać o zachowywanie suwerenności tam, gdzie nie musi być ona oddawana lub preferować model warunkowego zrzekania się jej. Czy jest sens na pytanie odpowiadać „nigdy nie”? Nie ma ku temu powodu, mimo, że nie widać na horyzoncie realnych przesłanek za federacją. Nie ulega jednak kwestii, że dzisiaj trzeba powiedzieć federacji „nie”, a na pewno trzeba tak powiedzieć wyobrażonym Stanom Zjednoczonym Europy, bo to droga ku europejskiej utopii.”

Nie wiem, czy z pozycji poza parlamentarnej opozycji można skutecznie prowadzić słyszalny dyskurs polityczny. Nigdy dotąd się to nie udawało, ale dzisiaj jest internet, aktywna blogosfera, niezależne portale polityczne, więc być może są jakieś szanse. Paradoksalnie, okazją jest też intelektualna impotencja PiS-u, który nie potrafi niczego zaproponować, więc niejako walkowerem oddaje pozycję lidera w tej dyskusji. Debata na temat przyszłości Unii Europejskiej to doskonała okazja dla PJN, by zaistnieć w roli konserwatywnej opozycji, merytorycznego partnera w dyskusji, już nie żadnego PiS-u light, co stanowiło gwóźdź do wyborczej trumny, ale samoistnego bytu politycznego. Wielkim atutem jest doświadczenie Pawła Kowala w resorcie spraw zagranicznych, ale bardzo pożądane byłoby wsparcie jakiegoś ekonomicznego think-tanku. W kontekście tej debaty wyraźnie widać, jak bardzo PJN brakuje w Sejmie. Zwłaszcza, że między przesuwającą się na lewo Platformą (niech mi ktoś wytłumaczy różnicę między dzisiejszą PO a SLD anno domini 2001), a walczącym o miejsce przy ścianie podzielonym PiS-em, robi się coraz więcej miejsca.

wtorek, 11 października 2011

Polska znowu bez prawicy



Nie mogę się nadziwić głupocie komentatorów różnej maści, bredzących ciągle o polskiej scenie politycznej zdominowanej przez ugrupowania prawicowe. Jak mantrę, powtarzają tę bzdurę od kilku dobrych lat. Prawo i Sprawiedliwość skrajną prawicą? Niezłe jaja. PiS, z hasłami Polski solidarnej, stojące na straży pro-pracowniczych zapisów kodeksu pracy, wspierane przez Związek Zawodowy Solidarność, z wypisaną na sztandarach ochroną najbiedniejszych i rozmaitych zdobyczy socjalnych, niechętne i nie ufne w stosunku do ludzi zamożnych i przedsiębiorców, jest partią socjalistyczną w nie mniejszym stopniu niż SLD. A ponieważ, to wszystko unurzane jest w narodowo-katolickim sosie, mamy tu klasyczny, narodowo-socjalistyczny model polityczny.

Platforma Obywatelska, z pozycji liberalnych i centroprawicowych, od których zaczynała karierę w opozycji, przekształciła się w bezideową partię władzy, molocha w którym znaleźć mogą się wszyscy. I Bartosz Arłukowicz i Joanna Kluzik-Rostkowska, Marian Krzaklewski i Danuta Hubner, Jarosław Gowin i Dariusz Rosati a w przyszłości może nawet Roman Giertych? W efekcie, PO jest partią konformistów, zainteresowanych przede wszystkim własną karierą polityczną. To są te same motywacje, które popchnęły młodego Kwaśniewskiego, Szmajdzińskiego, Jaskiernię (ktoś jeszcze pamięta to nazwisko?) et consortes, w ramiona PZPR-u w latach 70-tych. Nazywanie PO prawicą jest kpiną.

Istniejące partie prawicowe, a raczej kanapy polityczne, wegetują gdzieś na marginesie sceny politycznej, poza parlamentem. Naprawdę czas na sensowną, konserwatywno-liberalną propozycję. Nie Nową Prawicę, kolejną mutację Unii Polityki Nierealnej, której największym  atutem i jednocześnie wielkim nieszczęściem jest Janusz Korwin Mikke (dostrzegam tu pewne analogie do roli Jarosława Kaczyńskiego w PiS). Uwielbiany jako ekscentryczny publicysta, ale z tych samych powodów traktowany jako polityczny folklor, a nie poważny gracz polityczny. Na pewno nie ultra konserwatywną obyczajowo Prawicę Marka Jurka, zafiksowaną na punkcie kościoła i antyaborcyjnych haseł, które zdają się wyczerpywać ambicje polityczne tej partii.

Kilka miesięcy temu, taką nadzieją wydawał się być PJN, ale już na starcie spieprzono to co spieprzyć się dało. Znakiem firmowym tej partii stały się wewnętrzne kłótnie, zakończone niebywałą, kompromitującą woltą Joanny Kluzik-Rostkowskiej. Co z tego, że w kolejnej odsłonie Paweł Kowal okazał się sprawnym liderem? Kapitał założycielski partii został zaprzepaszczony. Reszty dopełniły sondaże i media, robiąc wyborcom wodę z mózgu ostrzeżeniami przed marnowaniem głosów i umacniając monopol dwóch największych partii. Ciemny lud to kupił. Nie wierzę, by konserwatywno-liberalna czy też centroprawicowa (jak kto woli) oferta nie mogła liczyć na werdykt wyborczy powyżej 5% głosów. Wynik poniżej progu finansowania partii z budżetu państwa, nie daje szans na przetrwanie 4-letniej kadencji Sejmu. Szkoda.

Problem więc pozostaje aktualny. Brak dzisiaj przyczółków, na których można byłoby budować nowe, konserwatywno-liberalne ugrupowanie, skoncentrowane na programie gospodarczym. Sukces Ruchu Palikota wskazuje, że Polacy mają dość zakleszczonego uścisku, w którym od lat tkwią PO i PiS i są otwarci na zmiany. Sensowna i wiarygodna propozycja z prawej strony sceny politycznej też miałaby szanse. Ale musi pojawić się rozsądne, wyważone ugrupowanie, które szerokim rzeszom wyborców nie będzie kojarzyć się z małpą z brzytwą. Paweł Kowal mógłby odegrać kluczową rolę w takim projekcie.