Umiejętność zawierania kompromisów jest w polityce rzeczą
cenną. Mam jednak wrażenie że Paweł Kowal z koncyliacyjnością odrobinę przesadza,
na co zwrócił uwagę również Marek Migalski (kolega z tej samej partii), recenzując książkę Kowala pt. „Między
Majdanem a Smoleńskiem”. Ceną jest tutaj brak wyrazistości, bez której nie
można skutecznie funkcjonować w polityce. W odczuciu znacznej większości
wyborców, PJN to wciąż PiS light i nie zanosi się na zmianę w tej kwestii.
Dostrzegam różnice między podejściem czysto ideowym a
realpolitik, ale kiedy okazuje się, że formacji Kowala jest po drodze
praktycznie z każdym, to nie mogę oprzeć się wrażeniu, że owa realpolitik
sprowadza się wyłącznie do utrzymania foteli w Brukseli, w ostateczności
zajęcia mniej atrakcyjnych stołków w polskim parlamencie. PJN przedstawia się
jako partia liberalna gospodarczo i umiarkowanie konserwatywna, lokująca się z
prawej strony centrum sceny politycznej. Tymczasem rozważano już koncepcje
łączenia się z ultra socjalną Solidarną Polską Ziobry, współpracę z socjalnym i
zafiksowanym smoleńsko PiS-em, a także alianse z wypaloną i zgnuśniałą
Platformą Obywatelską, która połknęłaby PJN na śniadanie. Teraz, Paweł Kowal chce podjąć inicjatywę Janusza Piechocińskiego i budować z PSL-em (i może też, o zgrozo, z ziobrystami)
nowe ugrupowanie o obliczu wolnorynkowym i chadeckim. Wolne żarty. PSL ani nie
jest chadeckie, ani tym bardziej wolnorynkowe. Jest korporacją zrzeszającą,
pazernych, grabiących do siebie działaczy będących niedoścignionym wzorcem
nepotyzmu, kolesiostwa i korupcji czyli tego wszystkiego co odrzuca od polityki
normalnych wyborców. Kompletnie się to nie klei. Do zdobycia mandatu w eurowyborach
być może wystarczy, ale żadna zmiana jakości w polityce się z tego nie wykluje.
Jedyną sensowną alternatywą dla wyżej wymienionych pomysłów jest
stworzenie Partii Republikańskiej skupiającej środowiska bliskie sobie ideowo –
PJN, gowinowców, umiarkowanych działaczy Nowej Prawicy - wspierane przez ekonomiczne
think tanki, jak Fundacja Republikańska i Centrum im. Adama Smitha. Z pewnością jest miejsce na taką partię. To nie
jest łatwy szlak, ale podobno tylko ciasna brama i wąska droga prowadzi do życia,
a mało jest takich, którzy ją znają. Prawda, panie Pawle? W każdym bądź razie,
tak to wygląda z mojej perspektywy. Paweł Kowal może oczywiście uznać, że i tak
niewiele ma do stracenia, oprócz sympatii Hipokrytesa, więc jak się nie ma co
się lubi, trzeba polubić nawet PSL.
Co ciekawe, inicjatywa Piechocińskiego niesie znacznie
większe ryzyka dla PSL. Z tym, że akurat los tej partii wisi mi kalafiorem.
Przede wszystkim, nie wierzę w cudowną przemianę ludowców, anonsowaną przez
nowego prezesa. Z punktu widzenia aktywistów PSL poszerzanie bazy wyborczej wcale
nie jest pożądanym celem politycznym. Wręcz przeciwnie. Dopuszczenie nowych do
koryta jest sprzeczne z żywotnym interesem beneficjentów istniejącego systemu. Ponadto,
próby tworzenia szerszej formacji chadeckiej w miejsce dzisiejszej partii
ludowej grożą zachwianiem wiary tradycyjnego elektoratu, że to ugrupowanie
nadal reprezentuje ich chłopskie interesy widziane dotąd w opozycji do
miastowych partii. W tym kontekście ambicje Piechocińskiego mogą się jawić jako
szkodliwe fanaberie. Dlatego też, cały projekt wydaje się i tak mało realny. Żeby
dokonać fundamentalnego zwrotu potrzebny jest silny przywódca zdolny przeforsować
swój projekt, wbrew interesom działaczy. Wątpię, by Janusz Piechociński dał
sobie z tym radę. Można więc cnotę stracić, a rubla nie zarobić. Warto, panie Pawle?





