Pokazywanie postów oznaczonych etykietą historia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą historia. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 3 września 2012

Pakt Ribbentrop-Beck


Joachim von Ribbentrop i Józef Beck

Wszyscy doskonale wiemy co wydarzyło się 1 września, a potem 17 września 1939 roku i jaką cenę zapłaciliśmy za rozstrzygnięcia II wojny światowej. Od dziesiątków lat przyzwyczailiśmy się wierzyć, że Polska została zmiażdżona przez tryby machiny dziejów i sami Polacy nie mieli większego wpływu na swój tragiczny los. Wierzymy, że łączyły nas więzi przyjaźni z zachodnimi sojusznikami Anglią i Francją i nie mogliśmy przewidzieć, że sprzeniewierzą się swoim zobowiązaniom. Wierzymy, że II wojna światowa wybuchła o Gdańsk, a sowiecki nóż w plecy był zaskoczeniem dla świata.

Nie łatwo jest pozbyć się tych mitów, zakorzenionych tym głębiej, że doskonale wpisują się w polskie idealistyczne i romantyczne myślenie o swojej roli w historii. Dotychczas, w naszej historiografii bardzo nieśmiało przebijała się publicystyka historyczna Stanisława Cata Mackiewicza, niezwykle ostra i krytyczna wobec polityki zagranicznej prowadzonej przez Józefa Becka w przededniu II wojny światowej, która doprowadziła do tego, że największy konflikt zbrojny w dziejach świata rozpoczął się w Polsce. Nie traktowano poważnie analiz historycznych profesora Pawła Wieczorkiewicza, który wprost formułował tezę, że Polska powinna przystąpić do wojny w sojuszu z Niemcami. Beck dokonał po prostu fatalnego wyboru. Zamiast przypieczętować istniejące przymierze z Niemcami, oparł się o wątły alians z Francją i przyjęte za pięć dwunasta szalbiercze gwarancje Anglików. Jakkolwiek szokująco by to nie brzmiało, każdy inny scenariusz, który mógł się wydarzyć byłby korzystniejszy dla Polski. Bardzo przekonująco rozwija ten pogląd Piotr Zychowicz w swojej najnowszej książce pt. „Pakt Ribbentrop-Beck”.

Na początku 1939 roku dokładnie już było wiadomo, że wojna w Europie wybuchnie. Wydawało się jednak, że historia potoczy się zupełnie innym torem. Polska była związana z Niemcami paktem o nieagresji z 1934 roku i łączyły ją dobre stosunki z zachodnim sąsiadem. Plany Hitlera nie zakładały agresji na Polskę. Zamierzał zaatakować Francję i Anglię więc zależało mu na neutralnej postawie Polski w tym konflikcie. Hitler doskonale wiedział, że Polska związana sojuszem z Francją w przypadku wojny, na zachodzie wypełni swoje sojusznicze zobowiązania (w przeciwieństwie do Francji i jej zobowiązań wobec Polski). Nie chciał walczyć na dwóch frontach, więc sojuszem z Polską zamierzał zabezpieczyć tyły Wehrmachtu. Kolejnym celem fuhrera miał być Związek Radziecki i w tej fazie wojny liczył na aktywny udział polskiej armii.

Chcąc odsunąć od siebie groźbę pierwszego uderzenia Anglicy podjęli grę dyplomatyczną udzielając Polsce, w marcu 1939 roku, gwarancji pomocy na wypadek działań wojennych zagrażających niepodległości naszego kraju. Ku zdumieniu samych Anglików, Polska te gwarancje przyjęła znajdując się tym samym w obozie wrogim Niemcom. Rozwścieczony Hitler zerwał pakt o nieagresji z Polską i musiał dokonać weryfikacji swoich planów. Chcąc mieć bezpieczne zaplecze w czasie wojny na froncie zachodnim, musiał najpierw pokonać Polskę i zawrzeć sojusz ze Stalinem, który po zajęciu Polski stawał się bezpośrednim sąsiadem Hitlera. I tak się stało.

A przecież jeszcze w styczniu 1939 roku Niemcy proponowali gwarancję naszej granicy zachodniej, przedłużenie paktu o nieagresji na okres od 10 do 25 lat i przystąpienie do paktu antykominternowskiego. W zamian oczekiwali deklaracji o wspólnym uderzeniu na ZSRR oraz rozwiązania spornej kwestii Gdańska i autostrady przez korytarz do Prus Wschodnich. Te dwie ostatnie sprawy w historii Polski traktowane są jako bezczelne ultimatum Hitlera, na które w żadnym wypadku nie mogliśmy się zgodzić. Tymczasem umieszczenie ich we właściwym kontekście pozwala ocenić tę sprawę bardziej racjonalnie. Z punktu widzenia wodza III Rzeszy, propozycje złożone Polsce były daleko idącym kompromisem. Wszystkie wcześniejsze niemieckie rządy (przed dojściem Hitlera do władzy) bezwzględnie domagały się rewizji Traktatu Wersalskiego, zwrotu Śląska i Pomorza oraz wcielenia Gdańska do Rzeszy. Eksterytorialna autostrada nie byłaby zagrożeniem dla Polski, zwłaszcza że w przypadku poważnego konfliktu mogła być łatwo przez nas zniszczona. Natomiast Gdańsk nie należał przecież wcale do nas. Polacy stanowili w nim ledwie 10% mieszkańców, a Polska miała tam jedynie zagwarantowane pewne swoje interesy, między innymi dostęp do portu i prawo do reprezentowania miasta na arenie międzynarodowej. Absurdalność statusu Wolnego Miasta była dla obu stron oczywista i domagała się jakiegoś rozwiązania. Oddanie Gdańska Niemcom (zwłaszcza że polskie interesy gospodarcze w Gdańsku miały zostać zachowane) nie godziło w polską racją stanu. To propaganda rządów sanacji nadała taki wymiar tej sprawie. W efekcie, historia II wojny światowej potoczyła się według scenariusza zapisanego w pakcie Ribbentrop-Mołotow, zamiast w pożądanym przez Niemcy pakcie Ribbentrop-Beck, który przed rozpoczęciem działań wojennych zupełnie inaczej określiłby układ sił w Europie.

Najważniejsza teza książki Zychowicza zakłada, że w interesie Polski było powtórzenie scenariusza, według którego rozegrała się I wojna światowa. Przypieczętowanie sojuszu z Niemcami (nawet za cenę wyższą niż autostrada przez korytarz i Gdańsk, gdyby była taka konieczność) i wspólne uderzenie na Związek Radziecki, który w tej sytuacji najprawdopodobniej zostałby pokonany. Następnie zmiana sojuszy w momencie odwrócenia sytuacji na zachodzie, po przystąpieniu do wojny Stanów Zjednoczonych. W ten sposób Polska znalazłaby się z w obozie zwycięskich aliantów, w którym zajęłaby znacznie silniejszą pozycję niż miało to miejsce w rzeczywistości.

Zdaję sobie sprawę, że przy tak lapidarnym ujęciu tematu, scenariusz ten może wyglądać fantastycznie i rodzić szereg pytań i wątpliwości. Nie jest moją intencją streszczanie historycznych analiz wypełniających książkę Zychowicza, zapewniam jednak, że zawarta w niej argumentacja wygląda przekonująco. Zainteresowanych zachęcam do tej pasjonującej lektury. Ale warto też zwrócić uwagę, że wszystkie inne, gorsze dla Polski scenariusze wydarzeń i tak postawiłyby nas w znacznie lepszej sytuacji niż ta, w której się znaleźliśmy. Bowiem kluczową kwestią było jak najpóźniejsze wejście do wojny. Im później by to się stało, tym mniejsze koszty musielibyśmy ponieść. Brytyjczycy doskonale to rozumieli. W 1939 roku kiedy wepchnęli Polskę pod gąsienice czołgów Wehrmachtu i później, od połowy 1941 roku do połowy 1944 roku, kiedy dzielnie „walczyli” do ostatniego żołnierza armii czerwonej, opóźniając jak długo się dało utworzenie drugiego frontu w Europie.

Sceptykom, z przyczyn emocjonalnych odrzucającym wariant sojuszu z III Rzeszą wypada przypomnieć, że w 1939 roku Hitler nie był jeszcze odrażającym zbrodniarzem, a w przypadku sojuszu Polski z Niemcami do zbrodni na narodzie polskim najprawdopodobniej w ogóle by nie doszło. Warto też zwrócić uwagę, że Włochy, Węgry, Rumunia, Bułgaria czy Słowacja taki sojusz zawarły i z pewnością na swoim wyborze nie wyszły gorzej niż Polska. Co więcej, po odrzuceniu przez Polskę niemieckiej oferty, pakt z Hitlerem zawarł przecież Związek Radziecki. Nikt dzisiaj nie wytyka tym krajom „brudnego” aliansu. Wreszcie, należy sobie uświadomić, że liczba ofiar władzy Stalina w sposób istotny przekraczała to co miał na koncie reżim III Rzeszy, a jednak alianci nie uważali tego za istotny powód by obrażać się na Wujaszka Joe. Zbrodnie Hitlera mają po prostu znacznie gorszy piar. Cóż, historię zawsze piszą zwycięzcy.

Wniosek z tych rozważań jest następujący. Polityka jest bezwzględna i brudna, zwłaszcza tam, gdzie gra toczy się o wielką stawką. Nie ma w niej miejsca na honor, moralność, godność, solidarność, rzetelność, szlachetność, przyjaźń czyli wszystkie te piękne cechy, które uważa się za zalety w odniesieniu do zachowań poszczególnych ludzi. Polacy nigdy tego rozumieli, stąd taka nasza historia, stąd klęska II wojny światowej i Jałta, kiedy to sojusznicy zdradzili nas po raz wtóry.

piątek, 17 lutego 2012

Wielka epoka małych liderów



„Tak jak mitem jest legenda, że „Solidarność” obaliła komunizm, tak samo mitem jest opowieść, że kolejne rządy zbudowały nad Wisłą demokrację i kapitalizm”.
Robert Krasowski - "Po południu"

Bez zrozumienia historii, trudno rozumieć teraźniejszość. W przypadku historii najnowszej wpadamy jednak w pułapkę. Granica między współczesnością a historią jest płynna. Wydarzenia, w których uczestniczyliśmy zwykle trudno nam traktować jako materiał historyczny. Sądzimy, że to co przeżyliśmy i pamiętamy to najbardziej obiektywna prawda o najnowszej historii. Nic bardziej błędnego. Warunkiem rzetelnej analizy jest chłodna ocena, odrzucenie własnych emocji, cząstkowych informacji, zapamiętanej publicystyki i spojrzenie na minione wydarzenia z pozycji historyka, który analizuje materiał badawczy.

Taką metodę przyjął Robert Krasowski w swojej pasjonującej książce o pierwszych latach III RP pt. „Po południu” (podtytuł „Upadek elit solidarnościowych po zdobyciu władzy”), która właśnie trafiła na księgarskie półki. To pierwszy, z planowanych trzech tomów, obejmujący okres od upadku komunizmu do zwycięstwa Aleksandra Kwaśniewskiego w wyborach prezydenckich w 1995 roku. Autor proponuje, żeby naszą dzisiejszą, ukształtowaną już i dojrzałą, wrażliwość polityczną i współczesne kryteria oceny polityków, zastosować do oceny działań uczestników sceny politycznej sprzed 20 lat. Ten prosty zabieg sprawia, że nasze historyczne opinie w sposób diametralny ulegają przewartościowaniu. To książka szczególna. Krasowski nie oferuje ani prawicowej, ani lewicowej wersji historii. Obala mity, odsłania kulisy intryg i nieporozumień, dokonuje chłodnej analizy motywacji i działań podejmowanych przez ludzi, którzy na początku transformacji ustrojowej dzierżyli władzę. Jest jednakowo surowy dla polityków wszystkich opcji. Nie ucieka od ostrych sądów i wyrazistych charakterystyk bohaterów tamtych wydarzeń.

Chyba najbardziej interesująca jest ocena roli Lecha Wałęsy. Wałęsa jest postacią, z którą zawsze wiązał się olbrzymi dysonans poznawczy. Z jednej strony poczucie, że jest w nim jakaś wielkość, z drugiej, jego codzienne zachowania tej wielkości przeczyły. To przekłada się na skrajne opinie na jego temat. Ludowy prostaczek i samorodny talent polityczny. Żywy pomnik, symbol obalenia komunizmu i agent Bolek. Co ciekawe, na swój sposób każda z tych ocen jest słuszna. Mieszają się w jakiś dziwny melanż, wymykając łatwym osądom. Krasowski z tego chaosu ułożył wizerunek sprawnego gracza politycznego, jedynego który miał wizję i próbował ją realizować, wbrew wszystkim. Na pierwszy rzut oka, ta ocena może wydawać się bardzo kontrowersyjna, ale podążając za tokiem rozumowania Krasowskiego nie sposób jej zaprzeczyć. Nie oznacza to, że ze wszystkim się zgadzam. Pewnie, gdyby nieco poprzestawiać akcenty, ten obraz stałby się mniej klarowny. Warto jednak spróbować, zbudować sobie od nowa wizerunek postaci Wałęsy. Zwłaszcza, że wśród utalentowanych polityków tamtych czasów, Krasowski nie wymienia legendarnych przywódców Solidarności:  Mazowieckiego, Geremka, Kuronia. Byli lirycznymi romantykami, naiwnymi Don Kichotami, nie nadającymi się do rządzenia. Trudno się z tą oceną nie zgodzić.

Generalna konkluzja tej książki jest gorzka i bezwzględnie krytyczna wobec polskich elit politycznych. To co udało się osiągnąć w procesie transformacji gospodarczej (i tak strasznie mało versus możliwości i potrzeby), osiągnięto mimo destrukcyjnej działalności polskich polityków, a nie dzięki nim. Wyłącznie dlatego, że główny nurt wydarzeń wyznaczał nóż na gardle rządzących, trzymany przez przedstawicieli MFW i Banku Światowego. „Po południu”, to również druzgocąca krytyka demokracji parlamentarnej. Największą zmarnowaną szansę, autor postrzega przede wszystkim w tym, że nie chciano wykorzystać ambicji Lecha Wałęsy, który walczył o wzmocnienie roli prezydenta kosztem partii politycznych i Sejmu. To była jedyna możliwość wymuszenia reform. Niezależnie od sympatii dla Wałęsy, był on jedynym podmiotem władzy, który chciał wziąć na siebie odpowiedzialność za transformację, podczas gdy kolejni premierzy robili wszystko żeby odsunąć od siebie i od swojego ugrupowania tę odpowiedzialność. Politycy partyjni, poświęcili rozwój gospodarczy w imię schlebiania masom. Smutne, że w odniesieniu do dzisiejszej polityki ta ocena jest tak samo prawdziwa. Bez zmiany ustroju politycznego niczego nie uda się zrobić. Tę książkę naprawdę warto przeczytać.

sobota, 11 lutego 2012

Jałta


Jałta 1945 - billboard z kampanii reklamowej marki Diesel.

„O ile mi wiadomo, jest to pierwszy wypadek w historii, że naród w wyniku prowadzenia wojny zmienia zarówno swój ustrój, jak granice decyzją trzech innych narodów, które wszystkie są w przymierzu z nim, albo dokładniej dwa są w pełnym przymierzu w ścisłym tego słowa znaczeniu, a trzecie w przymierzu takim lub innym, a w dodatku naród ten jest nieobecny, gdy zapadają decyzje o jego losie.”

To fragment przemówienia jednego z deputowanych, w czasie debaty w brytyjskiej Izbie Gmin, na temat postanowień konferencji krymskiej, która zakończyła się 11 lutego 1945 roku, dokładnie 67 lat temu. Wszyscy wiedzą co stało się w Jałcie i jak złowieszczo zapisało się to miejsce w naszej historii. Ale tak naprawdę, w sprawie Polski, jedynie oficjalnie potwierdzono tam, zakulisowe ustalenia podjęte na poprzedniej konferencji Wielkiej Trójki, w listopadzie 1943 roku, w Teheranie. Pod względem prawnym i moralnym było to złamanie przez Wielką Brytanię i Stany Zjednoczone wszystkich umów zawartych z Polską przed wojną i w czasie wojny oraz wszelkich deklaracji składanych w sprawie jej przyszłych losów. Sprzeniewierzono się także postanowieniom Karty Atlantyckiej, podpisanej z inicjatywy Roosevelta przez członków koalicji antyhitlerowskiej (w tym ZSRR) w 1941, która miała określać cele polityczne aliantów w czasie wojny i po jej zakończeniu. Rozstrzygnięcia konferencji krymskiej złamały co najmniej 3 (z ośmiu) postanowienia tego dokumentu:

Po pierwsze, sygnatariusze nie dążą do żadnego rozrostu ani pod względem terytorialnym, ani pod żadnym innym względem;
Po wtóre, nie pragną oni zrealizowania żadnych zmian terytorialnych, które by nie zgadzały się ze swobodnie wyrażonymi życzeniami ludów zainteresowanych;
Po trzecie, szanują oni prawo wszystkich ludzi do wybrania sobie formy rządu, pod jakim chcą żyć, i pragną oni, żeby przywrócono prawa suwerenne i autonomię tym, którym je odebrano siłą;

Co ciekawe, myśląc o konferencji jałtańskiej, naszą niechęć kierujemy przede wszystkim w stronę Stalina i Churchilla, a nie Roosevelta. Niesłusznie. Stalin był jawnym wrogiem, a Churchill, który za wszelką cenę próbował ocalić resztki Imperium Brytyjskiego, tak naprawdę nie liczył się w tej rozgrywce. Najbardziej złowrogą, fałszywą i perfidną rolę podczas obu spotkań Wielkiej Trójki odegrał arcyhipokryta, Franklin Delano Roosevelt, który jeszcze rok wcześniej nazywał Polskę „sumieniem narodów”. Roosevelt przybył do Jałty, by zawrzeć porozumienie w sprawie swojego ukochanego dziecka, czyli Organizacji Narodów Zjednoczonych, i uzyskać zobowiązania Stalina w sprawie zaangażowania ZSRR w wojnę na Pacyfiku. Europa, z wyjątkiem Niemiec, nie interesowała go prawie wcale. A już na pewno nie wyobrażał sobie, by kwestia jakiejś tam Polski zagroziła jego powojennym planom. Bez cienia skrupułów wepchnął ją w łapy Stalina. Niezapomniany, Stanisław Cat Mackiewicz pisał, że w historii Polski, miejsce F.D. Roosevelta jest obok Fryderyka II i Katarzyny II. To niebywałe, że ten człowiek jest dzisiaj patronem ulic w wielu polskich miastach.

A tak rozumiał Jałtę Jacek Kaczmarski.


czwartek, 19 stycznia 2012

Niemi świadkowie historii



Nie o ludziach dzisiaj, bo tych, którzy każdy szczegół tragicznego lotu do Smoleńska, próbują upchnąć w wygodnym dla siebie scenariuszu wydarzeń, mam już serdecznie dosyć. Kilka słów o magii, która tkwi w przedmiotach będących świadkami historii. Jest jakaś niesamowita siła w ostatniej wysłanej wiadomości tekstowej, w chwili zatrzymanej w banalnym kadrze utrwalonym w pamięci telefonu, w nagraniu zapisanym w skrzynce głosowej. Ale nawet najbardziej prozaiczne przedmioty, które w chwili tragedii towarzyszyły tym którzy zginęli, dla ich bliskich są jak święte relikwie. Zyskały bezcenną, mistyczną wartość. Czy takie przedmioty mają dusze? Czasem patrząc na stare zabytkowe rzeczy zastanawiam się co im w duszy gra? Kto je wcześniej posiadał, co „widziały”, jakich historii były świadkiem? Ja, na przykład, w swojej starej komodzie, pięknym biedermeierze z połowy XIX wieku, trzymam dziś gry komputerowe i laptopa mojej córeczki. Ładny kontrast prawda? Kto wie, co te przepastne szuflady kryły w epoce Stacha Wokulskiego, a co w czasach Nikodema Dyzmy?

Podobne pytania musiał stawiać sobie Andrzej Bart, bo z takich chyba refleksji urodziła się jego powieść „Rien ne va plus”, ku której przywiodły mnie te metafizyczne rozważania. To pierwsza książka, późniejszego autora scenariusza do filmu „Rewers”, uznanego za objawienie 2009 roku. „Rien ne va plus” to niezwykłe, niecodzienne spojrzenie na blisko 200 lat historii Polski, począwszy od Sejmu Wielkiego i Konstytucji 3 maja, aż do zmierzchu epoki Gomułki. Głównym bohaterem książki jest... obraz, portret włoskiego księcia, libertyna i hulaki namalowany na łożu śmierci arystokraty, któremu w tajemniczy sposób, genialnym tchnieniem swego talentu, artysta malarz, przekazał świadomość księcia i uczynił go w pewnym sensie nieśmiertelnym. Zrządzeniem losu obraz trafia do Polski. Tutaj staje się mimowolnym świadkiem historii Polski i Polaków, z jego punktu widzenia narodu dziwnego i trudnego do zrozumienia. Zaklęty w obrazie książę, przekazywany z rąk do rąk, raz trafia na salony elit towarzyskich, innym razem w znacznie mniej godne ręce. Obserwuje zmieniającą się rzeczywistość, losy swych właścicieli, razem z nimi przeżywając wzloty i upadki. Naprawdę świetna, wyrafinowana literatura. Pozostaje tylko żałować, tych ponad czterdziestu lat najnowszej historii Polski, których nie oglądamy już oczami unieśmiertelnionego arystokraty. Ech…  gdyby autor chciał powrócić do swojego dawnego dzieła.

Ciekawe co powiedziałyby przedmioty, niemi świadkowie smoleńskiej tragedii. Czy swoje własne wspomnienia zdołałyby pogodzić z zapisami z czarnych skrzynek?



*****

Dzisiaj, o godzinie 15.00, zakończył się etap głosowania w konkursie BLOG ROKU 2011. Pierwszych dziesięć blogów, zostanie ocenionych przez panią Janinę Paradowską, znaną dziennikarkę i komentatorkę polityczną. W końcowym rankingu, mój blog uplasował się na początku trzeciej dziesiątki, wśród 160 blogów zgłoszonych w kategorii polityka i społeczeństwo. Myślę, że to całkiem przyzwoity wynik. Bardzo dziękuję za wszystkie głosy oddane na mój blog.