Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Solidarność. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Solidarność. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 15 maja 2012

Prowokacja


fot. Grzegorz Celejewski

Prowokacja! Słowo to robi w ostatnich dniach oszałamiającą karierę. W piątek, w Sejmie i przyległościach, wszyscy prowokowali wszystkich, a przynajmniej takie można odnieść wrażenie słuchając podnoszonych zarzutów. Donald Tusk sprowokował Jarosława Kaczyńskiego, Kaczyński Palikota, a ten z kolei posła SLD. Ewa Stankiewicza prowokowała Stefana Niesiołowskiego, marszałek Ewa Kopacz związkowców z Solidarności, a koalicja rządowa wszystkich Polaków sprzeciwiających się podniesieniu wieku emerytalnego. Uff, nie wiem czy nie pominąłem jakiejś ważnej prowokacji. W całej tej hałastrze prowokatorów był jednak ktoś kto nie prowokował. A raczej obawiając się, że sprowokować może, nie robił tego co należało zrobić. Tym zbiorowym ktosiem jest niestety policja, która bezradnie przyglądała się radosnej twórczości związkowców szarpiących się z posłami usiłującymi przełamać blokadę Solidarności oblegającej Sejm. Ograniczenie swobody obywatelskiej jest pogwałceniem prawa i podstawowych reguł demokracji, którą wszyscy chętnie wycierają sobie gębę, wtedy kiedy im to pasuje. I nie ma tu nic do rzeczy fakt, że w głębi duszy mało kto tych biednych posłów żałuje.

Związki Zawodowe są niezwykle destrukcyjnym uczestnikiem demokratycznego systemu władzy.  A kiedy są silne, tak jak w Polsce, politycy stają się zakładnikami działaczy związkowych brnąc w populistyczne obietnice. Karykaturę liberalnej gospodarki, którą mamy okazję doświadczać, w znacznej mierze zawdzięczamy związkokracji. Utrzymywanie nierentownych przedsiębiorstw i całych branż, wysokie koszty prywatyzacji, masa przywilejów socjalnych, nadmierny fiskalizm, to wszystko haracz jaki płacimy w imię spokoju społecznego, którego depozytariuszem są związki zawodowe. Demonstracje, pikiety, protesty i marsze są pełnoprawnym elementem systemu i nie ma co się na to obrażać. Czym innym jednak jest przekraczanie granic prawa, co miało miejsce w piątek. Nie rozdzierałbym szat i byłbym nawet skłonny zbagatelizować to krótkotrwałe „aresztowanie” posłów w Sejmie, widząc w tym akt o charakterze symbolicznym, gdyby szef Solidarności zadeklarował post factum, że metod tego rodzaju nie zamierza więcej stosować. Tak się jednak nie stało. Piotr Duda zaprezentował niesłychaną butę lansując śmiałą tezę, iż związkowcy chronili posłów przed gniewem ludu, z którym spotkaliby się na ulicy. Taki tekst, jako żywo przypomina argumentację stosowaną przez gangsterów wymuszających haracze za rzekomą ochronę. Duda, niczym ojciec chrzestny wydał rozkaz żeby nikogo z Sejmu nie wypuszczać i jego zdaniem posłowie mieli obowiązek się do niego stosować, cytuję: „Bezczelność i głupota tego posła (Pawła Suskiego z PO). Nie dość, że źle zagłosował, myślał bezmyślny poseł, że on wyjdzie bo ma immunitet. To my cię chłopie tu chronimy, żeby ci się nic gorszego nie stało. Niech przeprosi ten poseł za to, że tak głosował. Rozkaz był jeden, że nikt nie wychodzi”.

Duda to przeciwnik zupełnie innego kalibru niż niezbyt lotny i ciepło kluchowaty Janusz Śniadek. Twardy, charyzmatyczny fighter, któremu bardzo szybko wyrastają skrzydła. Piątkowa awantura to mimo wszystko drobiazg, gorzej gdyby wkrótce okazało się, że przewodniczący zasmakował w takich akcjach. W przededniu EURO 2012 mogłoby to być groźne. Łatwo sobie wyobrazić scenariusz, zgodnie z którym podobne ekscesy mają miejsce przy okazji licznie organizowanych protestów w trakcie piłkarskiej imprezy, choćby jakaś blokada paraliżująca miasto w dniu meczu, uniemożliwiająca dotarcie na stadion. I tu znowu pojawia się słowo – prowokacja. W takich okolicznościach, policja zostałaby zmuszona do znacznie bardziej stanowczej reakcji niż w ubiegły piątek. A stąd już tylko krok do ulicznych zamieszek. Taki rozwój wypadków zapewne bardzo by odpowiadał prezesowi PiS, który niestrudzenie próbuje zbudować obraz sytuacji oparty na kliszy z 1980 roku, gdzie słuszny gniew ludu stanął na przeciw kordonu ZOMO. Mam nadzieję, że szef Solidarności nie pozwoli się wykorzystać w ten sposób. Zakładam, że zdaje sobie sprawę z błędów popełnionych w piątek a jego postawa jest nieodzownym atrybutem budowanej legendy twardego lidera związku.

piątek, 17 lutego 2012

Wielka epoka małych liderów



„Tak jak mitem jest legenda, że „Solidarność” obaliła komunizm, tak samo mitem jest opowieść, że kolejne rządy zbudowały nad Wisłą demokrację i kapitalizm”.
Robert Krasowski - "Po południu"

Bez zrozumienia historii, trudno rozumieć teraźniejszość. W przypadku historii najnowszej wpadamy jednak w pułapkę. Granica między współczesnością a historią jest płynna. Wydarzenia, w których uczestniczyliśmy zwykle trudno nam traktować jako materiał historyczny. Sądzimy, że to co przeżyliśmy i pamiętamy to najbardziej obiektywna prawda o najnowszej historii. Nic bardziej błędnego. Warunkiem rzetelnej analizy jest chłodna ocena, odrzucenie własnych emocji, cząstkowych informacji, zapamiętanej publicystyki i spojrzenie na minione wydarzenia z pozycji historyka, który analizuje materiał badawczy.

Taką metodę przyjął Robert Krasowski w swojej pasjonującej książce o pierwszych latach III RP pt. „Po południu” (podtytuł „Upadek elit solidarnościowych po zdobyciu władzy”), która właśnie trafiła na księgarskie półki. To pierwszy, z planowanych trzech tomów, obejmujący okres od upadku komunizmu do zwycięstwa Aleksandra Kwaśniewskiego w wyborach prezydenckich w 1995 roku. Autor proponuje, żeby naszą dzisiejszą, ukształtowaną już i dojrzałą, wrażliwość polityczną i współczesne kryteria oceny polityków, zastosować do oceny działań uczestników sceny politycznej sprzed 20 lat. Ten prosty zabieg sprawia, że nasze historyczne opinie w sposób diametralny ulegają przewartościowaniu. To książka szczególna. Krasowski nie oferuje ani prawicowej, ani lewicowej wersji historii. Obala mity, odsłania kulisy intryg i nieporozumień, dokonuje chłodnej analizy motywacji i działań podejmowanych przez ludzi, którzy na początku transformacji ustrojowej dzierżyli władzę. Jest jednakowo surowy dla polityków wszystkich opcji. Nie ucieka od ostrych sądów i wyrazistych charakterystyk bohaterów tamtych wydarzeń.

Chyba najbardziej interesująca jest ocena roli Lecha Wałęsy. Wałęsa jest postacią, z którą zawsze wiązał się olbrzymi dysonans poznawczy. Z jednej strony poczucie, że jest w nim jakaś wielkość, z drugiej, jego codzienne zachowania tej wielkości przeczyły. To przekłada się na skrajne opinie na jego temat. Ludowy prostaczek i samorodny talent polityczny. Żywy pomnik, symbol obalenia komunizmu i agent Bolek. Co ciekawe, na swój sposób każda z tych ocen jest słuszna. Mieszają się w jakiś dziwny melanż, wymykając łatwym osądom. Krasowski z tego chaosu ułożył wizerunek sprawnego gracza politycznego, jedynego który miał wizję i próbował ją realizować, wbrew wszystkim. Na pierwszy rzut oka, ta ocena może wydawać się bardzo kontrowersyjna, ale podążając za tokiem rozumowania Krasowskiego nie sposób jej zaprzeczyć. Nie oznacza to, że ze wszystkim się zgadzam. Pewnie, gdyby nieco poprzestawiać akcenty, ten obraz stałby się mniej klarowny. Warto jednak spróbować, zbudować sobie od nowa wizerunek postaci Wałęsy. Zwłaszcza, że wśród utalentowanych polityków tamtych czasów, Krasowski nie wymienia legendarnych przywódców Solidarności:  Mazowieckiego, Geremka, Kuronia. Byli lirycznymi romantykami, naiwnymi Don Kichotami, nie nadającymi się do rządzenia. Trudno się z tą oceną nie zgodzić.

Generalna konkluzja tej książki jest gorzka i bezwzględnie krytyczna wobec polskich elit politycznych. To co udało się osiągnąć w procesie transformacji gospodarczej (i tak strasznie mało versus możliwości i potrzeby), osiągnięto mimo destrukcyjnej działalności polskich polityków, a nie dzięki nim. Wyłącznie dlatego, że główny nurt wydarzeń wyznaczał nóż na gardle rządzących, trzymany przez przedstawicieli MFW i Banku Światowego. „Po południu”, to również druzgocąca krytyka demokracji parlamentarnej. Największą zmarnowaną szansę, autor postrzega przede wszystkim w tym, że nie chciano wykorzystać ambicji Lecha Wałęsy, który walczył o wzmocnienie roli prezydenta kosztem partii politycznych i Sejmu. To była jedyna możliwość wymuszenia reform. Niezależnie od sympatii dla Wałęsy, był on jedynym podmiotem władzy, który chciał wziąć na siebie odpowiedzialność za transformację, podczas gdy kolejni premierzy robili wszystko żeby odsunąć od siebie i od swojego ugrupowania tę odpowiedzialność. Politycy partyjni, poświęcili rozwój gospodarczy w imię schlebiania masom. Smutne, że w odniesieniu do dzisiejszej polityki ta ocena jest tak samo prawdziwa. Bez zmiany ustroju politycznego niczego nie uda się zrobić. Tę książkę naprawdę warto przeczytać.