Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PiS. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PiS. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 21 września 2015

Wszyscy przeciw PiS



Odnoszę wrażenie, że właściwie wszyscy, i politycy i komentatorzy, pogodzili się już z myślą, że po 25 października rządzić będzie Prawo i Sprawiedliwość. Takie są nastroje społeczne i sondaże wskazywały dotąd, że nawet jeśli partia Jarosława Kaczyńskiego nie zdoła uzbierać samodzielnej większości, to w koalicji z ugrupowaniem Pawła Kukiza nic takiej większości nie zagrozi.

Tymczasem wcale tak być nie musi. Doskonale pokazuje to badanie, które dla „Rzeczpospolitej" przeprowadziła pracownia IBRiS, już po burzliwej debacie sejmowej na temat uchodźców, opublikowane wczoraj na stronach gazety.

Przy takim rozkładzie poparcia i frekwencji na poziomie ca 50%, kalkulator przeliczający głosy na mandaty wg metody d’Hondta wskazuje 225 mandatów dla PiS, a więc o 6 za mało do uzyskania samodzielnej większości w Sejmie. A Kukiz jest tutaj pod progiem wyborczym.

W takiej sytuacji klucz do rządzenia spocząłby niestety w rękach PSL, wzmacniając i tak wystarczająco destrukcyjną rolę tej partii. Jestem jednak skłonny założyć, że Piechociński wolałby nie zmieniać koalicjanta i postawiłby na sprawdzony alians z Platformą Obywatelską. Wtedy najbardziej prawdopodobnym scenariuszem byłaby koalicja PO + PSL + Zjednoczona Lewica + Nowoczesna, czyli wszyscy przeciw PiS, który pomimo zwycięstwa w wyborach pozostałby w opozycji.

Czy to byłoby dobre rozwiązanie dla Polski? Moim zdaniem nie. Jako nie PiS-owiec i krytyk wielu pomysłów i koncepcji politycznych tej partii wolę chyba samodzielne rządy PiS, za które pełną odpowiedzialność bierze Jarosław Kaczyński niż koalicję od sasa do lasa, która musiałaby być jakąś koszmarną karykaturą rządzenia, gorszą od tego co dotychczas mieliśmy okazję doświadczać. W dodatku koalicję skazaną na ciągłą konfrontację z pałacem prezydenckim. Jak w Polsce wygląda kohabitacja widzieliśmy w latach 2007-2010 i widzimy teraz. Poza tym, taki scenariusz wyraźnie rozmijałby się z istniejącym nastrojem społecznym co podgrzewałoby temperaturę tego konfliktu.


Na koniec, warto zwrócić uwagę na fakt, że dzisiaj realny jest właściwie każdy scenariusz. Aż cztery formacje (ZLew, Nowoczesna, PSL, Kukiz 15) balansują na granicy progu wyborczego i to od tego, które z nich ostatecznie znajdą się w Sejmie zależy liczba mandatów zwycięskiego ugrupowania. Wariant omówiony powyżej jest jednak bardzo prawdopodobny.


czwartek, 11 czerwca 2015

Przyspieszyć wybory?



Do wyborów parlamentarnych tylko cztery miesiące ale dynamika spraw jest tak wielka, że wszystko jeszcze może się zdarzyć. Stawiam tezę, że przyspieszenie wyborów to kusząca alternatywa dla obu głównych politycznych graczy. Czy możliwe jest więc porozumienie w tej sprawie ponad podziałami?

Sytuacja Platformy

Efekt kuli śniegowej. Szansa, że uda się Platformie zwiększyć poparcie jest znacznie mniejsza niż dalsza jego utrata. Rekonstrukcja rządu i „nowe” twarze w rodzaju Trzaskowskiego czy nie daj Boże Rutnickiego to dalece za mało żeby odbudować pozytywny wizerunek formacji po ośmiu latach kiepskich rządów i pasma kompromitacji. Zwłaszcza, że ujawnienie kolejnych taśm od Sowy wisi w powietrzu.

NowoczesnaPL. Miarą sukcesu ugrupowania Ryszarda Petru może być tylko skala porażki PO. To NowoczesnaPL odbierze lwią część jej zawiedzionego elektoratu. Pod warunkiem, że zdoła zbudować struktury przed wyborami. Do jesieni najpewniej zdąży się sformować, wcześniej raczej nie.

Sytuacja PiS

Fala sukcesu. Po wyborach prezydenckich PiS jest na fali, ale sukces Andrzeja Dudy wynika w znacznej mierze z odrzucenia dotychczasowego wizerunku tej partii. Łatwiej to zrobić w spersonalizowanych wyborach prezydenckich, trudniej w parlamentarnych gdzie startuje drużyna z całym dobrodziejstwem inwentarza.

Paweł Kukiz. Mimo efektu Dudy, tworzący się Ruch Kukiza blokuje wzrost poparcia dla PiS. Antysystemowcom łatwiej przełknąć głosowanie na muzyka niż na partię Jarosława Kaczyńskiego. Oficjalnie, PiS przyjął strategię hodowania koalicjanta, ale na pewno z niepokojem obserwuje kolejne triumfy Kukiza w sondażach. Rozgrywka z koalicjantem dysponującym 10% głosów to jednak co innego niż z 20% partnerem. Kaczyńskiego powinny też niepokoić informacje na temat nieciekawych postaci czających się za plecami Pawła Kukiza. Z jego sejmową drużyną może być trudniej rządzić niż kiedyś z Samoobroną.

Rozwiązanie

I Platforma i PiS nie mają dostatecznych argumentów żeby zakładać, że na jesieni będą w lepszej sytuacji niż dziś. Przyspieszając wybory parlamentarne obie te partie pozbywają się swoich konkurentów, którzy dopiero tworzą struktury w terenie. Obie mają więc dobre powody, żeby przyspieszenie wyborów uznać za korzystne dla siebie rozwiązanie.

Trudno jednak otwarcie przyznać się do podobnych kalkulacji. Dlatego też, rolę inicjatora takiego scenariusza mógłby przyjąć prezydent elekt. Bliski współpracownik Andrzeja Dudy, Krzysztof Szczerski, zgłosił już taki pomysł.


Pomocna dłoń

Jakiego biegu wydarzeń można by się spodziewać w przypadku samorozwiązania Sejmu i ogłoszenia wcześniejszych wyborów? Popuśćmy wodze fantazji.

Platforma wyciągnie pomocną dłoń do Ryszarda Petru. Zaproponuje mu de facto przejęcie kontroli nad PO i możliwość realizacji programu NowoczesnejPL licząc, że takie odświeżenie wizerunku i przywództwa pozwoli odbudować poparcie na poziomie 30%. Słabe? Nic innego nie ma w zanadrzu, a na bezalternatywnej (znowu) scenie politycznej może się udać.

PiS z kolei, chcąc przejąć wkurzonych antysystemowców, zaproponuje Kukizowi zawiązanie koalicji wyborczej. Zyska w ten sposób kontrolę nad powstającym ruchem i tworzeniem list.


Oczywiście to tylko political fiction, takie polskie House of Cards. Oparte za to na racjonalnych przesłankach:)


środa, 13 maja 2015

Projekt „Donald Tusk”




Często zarzucałem PiS-owi, że nie uczy się na błędach, że nie wyciąga wniosków. Myliłem się. Po serii porażek Jarosław Kaczyński wzorowo odrobił lekcje. Konkluzja okazała się prosta. Żeby wygrać, twarzą partii musi być Donald Tusk.

Skąd go wziąć, skoro jest w innej partii? Należy znaleźć kopię u siebie. Musi być równie gładki, sympatyczny, zręczny, elokwentny i europejskiego formatu. Zupełnie nie podobny do ponurych postaci zaludniających szeregi PiS. Prototyp, profesor Gliński, jeszcze nie zachwycał, w końcu pierwsze koty za płoty. Za to Andrzej Duda udał się już znakomicie. Energiczny, bezpośredni, miły, efektowny, naturalny w kontaktach z ludem. I tak jak pierwowzór wszystko wszystkim obieca.

Kiedy w 2011 roku lider PO przemierzał Polskę Tuskobusem, brylując w mediach i na wiecach, jego konkurentem był niezdarny, staromodny, sztywny, wykpiwany za obciachowość lider opozycji. Od tamtej pory sytuacja na scenie politycznej w Polsce uległa zasadniczej zmianie. Donald Tusk ją opuścił, robiąc miejsce dla kandydata PiS, który równie sprawnie poczyna sobie w kampanii prezydenckiej. Co więcej, teraz to PO ma obciachowego kandydata wyśmiewanego na tysiące sposobów w mediach społecznościowych.

Kto więc wygra elekcję prezydencką? Wszystko dziś wskazuje na to, że PiS-owski Donald Tusk – Andrzej Duda. Dobra robota Panowie!


piątek, 3 kwietnia 2015

Kluczem jest KORWiN



Politycy i zwolennicy PiS powinni wznosić modły za jak najlepszy wynik wyborczy partii KORWiN, bo tylko jej obecność w Sejmie stwarza szansę na utworzenie rządu przez ugrupowanie Jarosława Kaczyńskiego.

Stawiam taką tezę na podstawie sondaży partyjnych, w których dwie główne partie idą w łeb w łeb, zmieniając się w roli lidera, a pozostali balansują wokół progu wyborczego. Oczywiście do jesieni jeszcze trochę czasu, po drodze jest elekcja prezydencka, póki co jednak nic nie wskazuje na to żeby ta sytuacja miała ulec fundamentalnej zmianie.

Zwycięstwo wyborcze PiS niewielką przewagą głosów (moim zdaniem inne nie wchodzi w rachubę) jeszcze nie gwarantuje rządzenia. PiS potrzebuje koalicjanta. Rozważmy więc dwa scenariusze, w których zmienną jest KORWiN.

1. Sejm bez KORWiN

Kto mógłby utworzyć rząd razem z PiS? Teoretycznie PSL. W praktyce jednak ludowcy nie będą musieli ryzykować zmiany sprawdzonego koalicjanta by pozostać u steru władzy. Po niepowodzeniu misji powołania rządu przez Jarosława Kaczyńskiego, wraz z PO ponownie stworzą koalicję, która uzyska większość głosów w Sejmie. Podsumowując, PiS wygra ale przegra.

2. Sejm z KORWiN

Tutaj sytuacja jest znacznie ciekawsza ponieważ PiS ma do wyboru dwóch potencjalnych koalicjantów. Janusz Korwin Mikke otwarcie deklarował, że gotów jest do koalicji z każdym kto zgodzi się na realizację części jego wolnorynkowych postulatów. Pole do kompromisów jest w polityce rozległe więc mimo wszelkich różnic między Jarosławem Kaczyńskim i JKM, panowie zapewne byliby skłonni się porozumieć. Wszak nadrzędnym celem jest władza, nie mam co do tego złudzeń.

Oczywiście KORWiN byłby koalicjantem bardzo niewygodnym. Zwłaszcza stosunek do Rosji i wojny na Ukrainie to tematy trudne do przełknięcia dla elektoratu PiS. Bardziej poręcznym partnerem jest PSL, które z teoretycznego koalicjanta w scenariuszu nr 1, zamienia się w partnera chętnego do współpracy. Skąd ta cudowna przemiana? Jej sprawcą jest KORWiN oczywiście. Ostatnia rzecz jakiej mogą sobie życzyć ludowcy to oderwanie od koryta. Widząc perspektywę powstania koalicji PIS-KORWiN bez wahania złożą hołd lenny Kaczyńskiemu. KORWiN jako straszak zadziała bez zarzutu.


Jest jeszcze trzeci wariant, w którym PiS ma szansę na władzę. Dwupartyjny Sejm, w którym PiS uzyskuje przewagę (nawet minimalną) nad PO, a pozostałe partie pozostają pod wyborczym progiem. Taki scenariusz jest zapewne marzeniem Jarosława Kaczyńskiego, tyle że jak to z marzeniami bywa, szansa na jego realizację jest znikoma. 


środa, 31 października 2012

Cui prodest?



Wyjaśniam od razu na wstępie, że tytuł tej notki nie odnosi się do rozważań na temat ewentualnych sprawców katastrofy smoleńskiej, bo nie jestem piewcą wersji zamachu. Tytułowym pytaniem pragnę natomiast dociec kto najbardziej korzysta na tym, że to tragiczne wydarzenie wciąż stanowi płonące centrum politycznego konfliktu.

Kaczyński
Większość komentatorów politycznych głównego nurtu, z Waldemarem Kuczyńskim na czele, twierdzi niezłomnie, że ciągłe podsycanie nastrojów wokół katastrofy smoleńskiej przynosi polityczne korzyści Jarosławowi Kaczyńskiemu, który po trumnach ofiar pragnie wspiąć się do władzy. Taka teza nie wytrzymuje próby faktów. Dla Kaczyńskiego, Smoleńsk jest kłębowiskiem emocji, kwestią niemal życia i śmierci, w tej sprawie nie potrafi prowadzić chłodnych kalkulacji, a bez tego nie da się uprawiać skutecznej polityki. Świetnie pokazuje to jego dzisiejsza reakcja na rewelacje zawarte w artykule opublikowanym w Rzeczpospolitej. Bez wahania położył na szali cały swój autorytet bazując na niesprawdzonej informacji. I przegrał z kretesem. Hołdując spiskowej wersji katastrofy zabrnął już tak daleko, że nie ma możliwości, by jakiekolwiek ustalenia, dowody czy fakty, mogły go z tej drogi zawrócić. Gotowość, by podżyrować każdą bzdurę, jeżeli tylko pasuje do koncepcji zamachu, rujnuje żmudne starania jego partii, która próbuje zmienić wizerunek zabierając głos w ważnych dla Polski sprawach. Nawet jeżeli PiS ma tu coś sensownego do powiedzenia, to smoleńska histeria natychmiast to unieważnia. Jest niemal pewne, że gdyby Kaczyński zdobył władzę nie wahałby się zaangażować wszelkich dostępnych instrumentów państwa żeby swoją idee fix udowodnić i uczynić ją priorytetem rządów.

Cementowanie elektoratu, który jest już dawno scementowany nie ma żadnego sensu. Odstrasza natomiast pozostałych, co wkrótce zapewne pokażą sondaże. Bo jest ogromna różnica między twierdzeniem, że Tusk jest złym premierem, a jego administracja dopuściła do szeregu zaniechań i zaniedbań w sprawie smoleńskiego śledztwa, a zarzucaniem mu zbrodni i matactw.

Tusk
Czy rząd korzysta na tym, że Smoleńsk ciągle definiuje polską politykę? Owszem. Od dawna wiadomo, że Jarosław Kaczyński w roli mściciela prowadzącego krucjatę smoleńską jest największym sojusznikiem Donalda Tuska. Układ jest prosty. Z jednej strony, nieobliczalny, rządny zemsty, rzucający na oślep oskarżenia, szaleniec i czająca się za jego plecami horda barbarzyńców, z drugiej partia ludzi rozsądnych, jedynych zdolnych powstrzymać napierających fanatyków. Dzięki takiej obsadzie ról, przez ostatnie lata Donald Tusk mógł praktycznie uchylać się od rządzenia. Wystarczało, że jest. Ale koszty własne też są spore. Widoczna gołym okiem nieudolność rządu wokół smoleńskiego śledztwa oburza coraz większą część Polaków. Pojawiają się nowe pytania, mnożą wątpliwości, budząc zniechęcenie do partii rządzącej. W dodatku PiS prowadzi udaną ofensywę polityczną, zyskując w sondażach. Nawet mainstreamowe media dziwią się, że zniknął szklany sufit. W takiej sytuacji dzisiejsza koncertowa kompromitacja PiS-u to wymarzony prezent dla Platformy, który przywraca wygodny dla tej partii porządek na scenie politycznej. Podniecony Kaczyński, w świetle kamer, popełnił serię efektownych samobójstw i został zepchnięty do smoleńskiej twierdzy, z której ostatnio robił coraz śmielsze wypady na terytorium przeciwnika.

W tym kontekście zastanawiająca jest następująca kwestia. Rzepa nie wzięła przecież z sufitu swoich rewelacji o śladach trotylu na elementach wraku samolotu. Dokonała jedynie nie uprawnionej, zbyt daleko idącej interpretacji materiału, będącego w posiadaniu prokuratury. Jakim więc cudem te informacje w ogóle z prokuratury wyciekły? Prowokacja? Na to wygląda, a nawet jeśli nie, jest to kolejny dowód na fatalną kondycję najważniejszych polskich instytucji państwowych.

Putin
Kto więc korzysta najbardziej na smoleńskim konflikcie? I to bez strat własnych? Bardzo ciekawą hipotezę przedstawił Rafał Ziemkiewicz w swojej najnowszej książce, o której pisałem w poprzedniej notce. Nie dając wiary w zamach, należy zauważyć, że podsycanie teorii o zamachu leży w interesie Rosjan. Zgodzimy się przecież, że sprawa ta jak nic innego destabilizuje polską politykę, pokazuje nieudolność polskich władz oraz słabość Polski, która mimo członkostwa w UE i NATO, dwa i pół roku od tragedii nie może się doprosić czarnych skrzynek i wraku samolotu. Mamy za to rozmaite wrzutki i budzące podejrzenia działania Rosjan jak mycie wraku, wybijanie szyb w oknach samolotu, publikacja zdjęć ofiar katastrofy etc. Rosjanie trzymają w ręku wszystkie sznurki w tej sprawie i wedle uznania mogą wpływać na nastroje w polskim społeczeństwie, wcielając w życie starą rzymską zasadę „divide et impera”. Jednocześnie Putin puszcza oko do świata mówiąc, nie było żadnego zamachu, ale pamiętajcie, że Rosja dopada swoich wrogów nawet w kiblu. Powszechnie wiadomo, że taki gangsterski wizerunek ojca chrzestnego bardzo mu odpowiada. Być może mamy więc do czynienia z grą Rosjan wykorzystujących katastrofę do własnych celów. Gra się tak jak przeciwnik pozwala, a że polski rząd pozwolił na bardzo wiele, mamy tego coraz bardziej żałosne efekty. 

Oczywiście, ktoś zaraz powie że to spiskowa teoria dziejów. Cóż, niewiara, że spiski w ogóle istnieją jest taką samą chorobą jak szukanie ich za każdym rogiem.

piątek, 12 października 2012

Wojna pozycyjna



Rozmaite ruchy w łonie koalicji i wewnątrz PO oraz ich uboczne skutki, wywołują wielkie poruszenie w mediach i wśród komentatorów. Moim zdaniem niesłusznie. To co obserwujemy jest tylko kolejną odsłoną działań zmierzających do politycznej emancypacji Jarosława Gowina i wspierającej go grupy posłów. Gowin już od dawna buduje zaplecze i wzmacnia pozycję lidera frakcji konserwatywnej w Platformie, ponieważ długoterminowo gra na rozłam w partii. Ale do wyborów jeszcze droga daleka, więc krótkoterminowo, secesja mu się nie opłaca.

Dla Donalda Tuska, rozłam jest scenariuszem jeszcze bardziej niekorzystnym. Wobec kruchej większości koalicyjnej, z olimpijskim spokojem i dobrą miną do złej gry, musi znosić coraz większą autonomię Gowina. Nie ma innego wyboru. Spekulacje na temat doszlusowania do koalicji SLD to moim zdaniem bajki o żelaznym wilku. Takie rozwiązanie również nie opłaca się żadnemu z zainteresowanych. Leszek Miller musiałby wziąć odpowiedzialność za rządzenie w głębokim kryzysie, w obliczu gwałtownej radykalizacji nastrojów społecznych, a jako słaby partner i tak miałby niewiele do gadania. Natomiast Tusk, zafundowałby sobie nowy problem ze skonfliktowanymi nawzajem koalicjantami, ryzykując jednocześnie znaczne podniesienie ciśnienia w PO. Jest przecież oczywiste, że taki ruch prowokowałby frakcję konserwatywną. Zamiana Gowina na Millera byłaby modelową wręcz ilustracją przysłowia: zamienił stryjek siekierkę na kijek. Z tych samych powodów nie wierzę w alians z Ruchem Palikota.

Nierealną alternatywą są również przyspieszone wybory parlamentarne. Wobec przecięcia sondaży na korzyść PiS, widmo samobója jakiego w 2007 roku wbił sobie Jarosław Kaczyński, to wystarczające memento dla Donalda Tuska. A więc klincz, co oznacza, że takie tarcia wewnątrz partii rządzącej będziemy nadal oglądać. Takie samo źródło jak w przypadku Gowina, mają harce Waldemara Pawlaka. Skoro koalicjant jest słaby jak nigdy wcześniej, trzeba wykorzystać okazję by wzmocnić własną pozycję i jednocześnie zagrać na nosie premierowi. Ale to wszystko gierki i takie tam strachy na lachy, co potwierdzi jutrzejsze wotum zaufania dla rządu.

Zupełnie inną sprawą jest fakt, że nie podoba mi się okazja, którą wykorzystał Jarosław Gowin by zademonstrować swoją autonomię. Rozumiem, że wybrał głosowanie, które wbrew larum które wszczęto w mediach, nie niesie ze sobą żadnego realnego ryzyka zmiany ustawy aborcyjnej. To Grupiński ośmiesza się passusami w rodzaju, że każdy poseł klubu PO miał prawo zagłosować zgodnie z własnym sumieniem ale umówiliśmy się, że oba projekty zostaną odrzucane. Brzmi jak słynny bon mot Henry Forda, który mówił, że każdy może mieć samochód w dowolnym kolorze pod warunkiem, że będzie to kolor czarny. Z mojego punktu wiedzenia problem leży gdzie indziej.  Akcentowanie akurat tematu aborcji jest złym sygnałem w kontekście nowego projektu konserwatywno-liberalnego, któremu kibicuję. Wspiera oblicze Gowina-Taliba, popychając go w kierunki PiS, Ziobry i Kurskiego, zamiast wzmacniać wizerunek Gowina-liberała gospodarczego gotowego do aliansu z PJN. Wariant numer jeden skazuje przyszłą formację na margines polityczny, nawet w przypadku sukcesu wyborczego. Jarosławie Gowin! Proszę nie iść ta drogą!

sobota, 6 października 2012

Przewrót w sondażach?



Najnowszy sondaż TNS Polska dla programu "Forum" TVP Info wywołał małe trzęsienie ziemi na scenie politycznej. Zmianę lidera w sondażach, po raz pierwszy od pięciu lat, wieszczyło wielu komentatorów. Kilka udanych przedsięwzięć PiS koncentrujących uwagę opinii publicznej na meritum wobec defensywy i marazmu Platformy musiało przynieść efekt. Natomiast skala tej zmiany (6% na korzyść PiS) zaskoczyła wszystkich. Można oczywiście wybrzydzać na małą reprezentatywność sondażu, wskazywać, że dopiero kolejne badania pokażą ewentualnie zmianę trendu, przypominać, że do wyborów parlamentarnych jeszcze 3 lata. To wszystko prawda, jest to jednak wydarzenie symboliczne, które może dać sporo wiatru w żagle partii Jarosława Kaczyńskiego. Ale najważniejsze jest jednak co innego. Ten sondaż znacznie więcej mówi o PO niż o PiS. Dzieje się to, co przewidywałem od dawna. Słabe rządy Donalda Tuska, pozbawione wizji i prawdziwej woli zmian nawet w obliczu kryzysu ekonomicznego w Europie rozczarowały wyborców Platformy Obywatelskiej. Przede wszystkim tych, którzy w ostatnich wyborach oddali na nią głos, w istocie głosując przeciw PiS. A przecież dopiero zaczynamy pogrążać się w kryzysie. Ekonomiści, od prawa do lewa są zgodni, że rok 2013 będzie dla Polski znacznie gorszy niż obecny. Mało kto widzi dziś w Tusku Mojżesza, który suchą stopą przeprowadzi nas przez Morze Czerwone. Po pięciu latach rządów, oprócz problemu niemożności pojawia się syndrom wypalenia. Nie bez przyczyny kadencja zarządu w spółkach kapitałowych trwa właśnie pięć lat. Po tym okresie brakuje już świeżości i dystansu do własnych pomysłów z początku kadencji, które okazały się chybione. A ławki rezerwowych brak. Ci, którzy mogliby na niej siedzieć (Rokita, Gilowska, Olechowski, Piskorski) padli ofiarą partyjnych czystek. Pozostały miernoty.

Niezależnie od korzystnego sondażu dla PiS podtrzymuję tezę, że to ugrupowanie ma bardzo małe szanse na objęcie władzy. Łatwo jest dać Tuskowi prztyczka w nos wskazując w sondażu na znienawidzonego konkurenta, trudniej zagłosować w ten sam sposób w wyborach. Żółta kartka nic nie kosztuje a czerwona może oznaczać realizację przysłowia „na złość babci odmrożę sobie uszy”. Uważam, że wynik wyborczy w znacznym stopniu nadal będzie determinował strach przed rządami Jarosława Kaczyńskiego. Awans w sondażach, wzmacniając pewność siebie lidera, prędzej czy później obudzi demony, z którymi kojarzy się PiS. Nie wierzę po prostu, że Jarosław Kaczyński przestanie być Jarosławem Kaczyńskim, tak samo jak Janusz Korwin Mikke nie przestanie być sobą co trwale skazuje go na marginalizację w okolicach 2% poparcia.

W ten sposób dochodzimy do kluczowego wniosku. Tego samego, który puentuje mój poprzedni wpis. Sytuacja dojrzewa do powołania nowej formacji politycznej, która zbierze rozczarowanych centroprawicowych wyborców PO (lewicowych weźmie Palikot albo Miller) z poprzednich wyborów i tych, którzy ostatnio nie głosowali ponieważ po klęsce idei POPiSu już wcześniej zniechęcili się do obu tych partii. PJN najwyraźniej nie radzi sobie w tej roli. Potrzebny jest nowy projekt pozbawiony brzemienia skojarzeń z PiS-em, Kluzik-Rostkowską i całym tym kompromitującym bałaganem, który jest grzechem pierworodnym tego ugrupowania. Dotąd sądziłem, że z uwagi na odległy dystans do wyborów nie ma się z tym co spieszyć. Szkoda byłoby stracić walor świeżości. Jeśli jednak podobny wynik sondażowy utrzyma się w kolejnych badaniach trzeba zacząć działać. Inaczej, może się okazać, że mimo zasiedzenia na roponośnej działce, jak to barwnie określił Marek Migalski, kto inny otrzyma licencję na dokonanie odwiertów.

poniedziałek, 1 października 2012

A mnie z wami nie po drodze



Nie jestem zwolennikiem rozmemłanej Platformy Obywatelskiej. Nie jestem entuzjastą miernych rządów Donalda Tuska. Ale nie jestem też fanem katolicko-socjalnej opozycji, która wczoraj maszerowała w Warszawie. I nie przyjmuję do wiadomości, że realny wybór to alternatywa między tymi dwiema wizjami Polski. To politycy obu zwalczających się formacji i sekundujące im media utrwalają ten fałszywy obraz rzeczywistości przekonując nas, że albo my albo oni, albo jesteś z nami albo przeciw nam. W tym kontekście, nie ma większego znaczenia pod jakimi hasłami zorganizowano ten marsz. Chodziło przede wszystkim o to, by zmierzyć swoją siłę i to się udało. Ale „budzenie Polski” pokazało też kilka innych rzeczy.

Determinacja i status quo
Cykliczne zwieranie szeregów z pewnością dyscyplinuje elektorat, a tak liczna manifestacja jak sobotni marsz musi budować poczucie siły. Determinacja środowisk skupionych wokół PiS i Radia Maryja rośnie, a w zderzeniu z kryzysem ekonomicznym, który nas nie ominie, potężne ciśnienie społeczne musi znaleźć ujście. Nie sądzę jednak by determinacja ta przekładała się na rosnącą liczbę sympatyków Prawa i Sprawiedliwości. Wszyscy ci, których mogła przyciągnąć narracja Jarosława Kaczyńskiego od dawna już głosują na jego partię. Dla coraz liczniejszej grupy rozczarowanych rządami Platformy, retoryka zdrady narodowej, spiskowe teorie katastrofy smoleńskiej, związki z Radiem Maryja, stanowią obciążenie nie do zaakceptowania. Stąd bierze się ta bezprecedensowa odporność Tuska w obliczu kolejnych mielizn i raf.

Triumwirat
W tej części sceny politycznej, którą kompletnie bez sensu przyjęło się w Polsce nazywać prawicą, coraz wyraźniej krystalizuje się triumwirat przywódczy silnych osobowości: Kaczyński-Rydzyk-Duda. To bardzo ciekawy układ współzależności. Z jednej strony Jarosław Kaczyński, który jest zakładnikiem ojca Tadeusza Rydzyka, z drugiej Rydzyk, który  wie, że lojalność swoich wyznawców musi dzielić z Kaczyńskim. Zmiana aliansów, gdyby chciał ją przeprowadzić nie zostałaby zrozumiana przez radiomaryjny elektorat. W najlepszej sytuacji jest Piotr Duda, który póki co ma największe pole manewru. To o jego poparcie trzeba będzie zabiegać co musi oznaczać eskalację socjalnych żądań. Paradoksalnie, to co cementuje siłę wspierającą PiS, tworzy jednocześnie spory dyskomfort dla Kaczyńskiego, który bardzo by chciał mieć monopol na rząd dusz na socjalnej prawicy.

Na politycznym oucie
Sobotni marsz, w pełnej krasie ujawnił porażkę koncepcji politycznej Solidarnej Polski. Zbigniew Ziobro już się nie liczy w tej grze, co zresztą nie jest dla mnie żadną niespodzianką. Jeszcze w kwietniu, kiedy drżącym głosikiem próbował zapanować nad tłumem był w ringu, choć słaniał się na nogach. Teraz patron z Torunia zadał nokautujący cios odmawiając mu prawa do wystąpienia przed zgromadzonym tłumem. Ziobryści nie mają kompletnie nic do zaoferowania. Są tylko słabym, groteskowym PiSikiem, z przywódcą kompletnie pozbawionym charyzmy. Jedyna realna różnica to miękki kurs w sprawie katastrofy smoleńskiej co wbrew pozorom może ich tylko pogrążyć. Dla elektoratu spod znaku Radia Maryja to błąd ocierający się o zdradę, a dla innych i tak nie ma znaczenia wobec reputacji Kurskiego i Ziobry, uosabiających wszystkie słabości PiS-u.

Alternatywa
Z jednej strony okopany na swoich pozycjach PiS, z drugiej gnijąca Platforma Obywatelska. Dokąd pójdą wyborcy, którzy kolejny raz nie oddadzą głosu PO, w istocie głosując przeciw PiS? Scenariusz powstania nowego konserwatywno-liberalnego ugrupowania pomiędzy tymi partiami, czemu od dawna kibicuję, wygląda bardziej realnie niż kiedykolwiek wcześniej. Widmo rozłamu w PO zbliża się nieuchronnie, politolodzy wreszcie zauważyli wolne miejsce na scenie politycznej, publicyści coraz częściej snują rozważania jak je wypełnić. Dzisiaj wydaje się, że oferta polityczna oparta o PJN i  przyszłych secesjonistów z Platformy pod wodzą Jarosława Gowina jest już tylko kwestią czasu. Warunkiem powodzenia takiego projektu jest spójność programu i profilu politycznego osób tworzących nową formację. Dlatego też przestrzegam! Socjaliści od Ziobry pasowaliby tu jak pięść do nosa, ich udział może zniweczyć cały projekt. A ja znowu nie miałbym na kogo głosować.

poniedziałek, 24 września 2012

Punkt dla PiS



Debata ekonomistów pod auspicjami PiS odbyła się według scenariusza, którego się spodziewałem. Wypadła nawet trochę lepiej niż można było zakładać. Prawdopodobnie dlatego, że z zaproszenia nie skorzystali ekonomiści z pierwszych stron gazet, tacy jak Leszek Balcerowicz, Grzegorz Kołodko, Marek Belka czy Ryszard Petru. Zapewne zdominowaliby dyskusję, a przecież  z góry wiadomo co mogliby powiedzieć. A tak, można było posłuchać innych.

Ciekawe wątki i konkretne propozycje mieszały się z biciem piany znanym z trybuny Sejmowej. Pasjonujące niekiedy zderzenia skrajnie odmiennych światopoglądów. Starcie Gwiazdowski – Bugaj to niemalże wyzwanie na miarę sporu Kopernika z geocentrystami. Ale tak być musiało i chyba nikt przy zdrowych zmysłach nie spodziewał się jakichś konstruktywnych wniosków. Generalna konkluzja jest jednak druzgocąca dla całej klasy politycznej. Mamy fatalny system podatkowy, brak rozwiązań aktywizujących przedsiębiorczość i żadnych pomysłów na walkę z niekorzystnymi zmianami demograficznymi.

Poziom debaty w naszym życiu publicznym osiągnął już takie dno, że sam fakt iż ludzie o różnych poglądach spokojnie ze sobą rozmawiają stanowi wartość nie do przecenienia. Wizerunkowy sukces PiS jest więc bezsporny, choć  najsłabszym ogniwem okazał się sam Jarosława Kaczyński, którego podsumowanie debaty można streścić jednym zdaniem: Wy tu sobie gadajcie, my grzecznie wysłuchamy, a potem i tak zrobimy po swojemu. Niby nic odkrywczego, w końcu od polityków trudno się spodziewać czegoś innego, ale ta szczerość popsuła nieco pozytywny wydźwięk całej debaty. Bardzo jestem ciekaw na ile trwała okaże się tym razem zmiana wizerunku największej partii opozycyjnej. Bowiem jedną rzecz należy sobie  uświadomić. Jakość rządzących, w znacznym stopniu zależy od jakości opozycji. Dopóki PiS zamyka się w oblężonej twierdzy koncentrując na wskazywaniu zdrajców Ojczyzny, Donald Tusk może spać spokojnie niezależnie od skali potknięć, wpadek i fuckupów. Nic nie jest w stanie zburzyć jego dominującej pozycji politycznej. Nie ma więc żadnych powodów, dla których miałby podejmować trudne i ryzykowne wyzwania związane z reformowaniem państwa. Tylko gorący oddech konkurencji za plecami może go do tego zmusić.

Acha, mam złą wiadomość dla wielbicieli parytetów. Żadna przedstawicielka płci pięknej uczestnicząca w debacie nie powiedziała niczego specjalnie interesującego.

niedziela, 9 września 2012

Łże-debata?



No i masz babo placek! Najgorzej jak Kaczor wylezie z oblężonej twierdzy smoleńskiej i odezwie się ludzkim głosem. Póki bredzi o zamachach, w towarzystwie Antoniego M., ciskającego wokół złowrogie spojrzenia jest spoko i luz. Można se robić jaja, pukać się w czoło, szydzić, narzekać, że opozycja wyłącznie zajmuje się wojną polsko-polską i wymyśla tematy zastępcze. Słowem, nie trzeba się wysilać. Nic a nic. Wystarczy odprawić rytualne olaboga! i każde wystąpienie prezesa to murowane wzmocnienie partii rządzącej w sondażach. Bywa jednak, rzadko bo rzadko, ale zawsze, że Mr Kaczyński zajmie jakieś z grubsza sensowne stanowisko albo co gorsza zaproponuje coś, co trudno z miejsca zakwalifikować jako idiotyzm. Wtedy zaczyna się problem. Szlag! Kto mu to podpowiedział? Przecież nie Błaszczak. No bo choćby nie wiem jak nie znosić PiS-u, trudno tak bez ceregieli, a priori zlać koncepcję ekonomicznej burzy mózgów na szczycie. Zwłaszcza w kontekście szybkiego więdnięcia zieleni na naszej wyspie szczęśliwości. Tak trudne ćwiczenia nie zdarzają się często, więc przedstawicielom partii rządzącej i życzliwym im komentatorom brakuje doświadczenia w zgrabnym odkręcaniu kota ogonem. Dokonują jakichś cudacznych wygibasów, co by przekonać lud spijający słowa z ekranu telewizora, że to pomysł zły, bez sensu, medialna szopka, hucpa polityczna, poza tym za późno i w ogóle do dupy. A jak który ekonomista skorzysta z zaproszenia to najpewniej cienias, gamoń albo w najlepszym wypadku lanser.

Hmm… obawiam się, że musicie państwo wysilić się odrobinę bardziej, bo te argumenty są cienkie jak kawa z automatu na komendzie w Tucholi (copyright nie mój). Od tego, między innymi jest opozycja, żeby inicjować dyskusję w kontekście założeń ekonomicznych proponowanych przez rząd. I nie ma tu znaczenia, czy zgłaszane kontrpropozycje oceniamy jako przebłysk geniuszu czy brednie. Żeby było jasne. Nie mam złudzeń, że walna debata ekonomistów pod auspicjami tych czy innych polityków przyniesie jakąś zmianę jakościową. Ekonomia to nie matematyka i proste dodawanie dwóch cyferek daje różny wynik w zależności od tego, kto zajmuje się liczeniem. Zaś politycy mają dar dokładnie odwrotny niż mityczny król Midas i wszystko czego się tkną na ogół zamienia się w g…, no… wiadomo w co się zamienia. Zawszeć to jednak wyzwanie intelektualne, któremu warto się przyjrzeć. W końcu, debaty polityków, pełne są niemożliwych frazesów, wśród których meritum trudno odnaleźć nawet okiem uzbrojonym w mikroskop, a przecież dzisiejsi krytycy inicjatywy PiS płonęli świętym oburzeniem, kiedy w trakcie kampanii wyborczej Jarosław Kaczyński debat unikał. Interesujące, że teraz tak wielu komentatorów nie jest zainteresowanych wzajemną konfrontacją tuzów polskiej myśli ekonomicznej. Czyżby za ich plecami czaiła się hipokryzja?

A że proponowana debata może poprawić wizerunek PiS-u? Cóż, bardzo mi przykro. Nawet Kaczyński znajdzie czasem taki pomysł, który może jego partii pomóc, a nie zaszkodzić. Trzeba z tym jakoś żyć.

poniedziałek, 23 kwietnia 2012

Maszerować też trzeba umieć


Fot. PAP/Tomasz Gzell

Nie wszystkim politykom, uczestniczącym w marszu zorganizowanym w obronie Telewizji Trwam, maszerowanie wyszło na zdrowie. Głównym przegranym wczorajszej imprezy został nieoczekiwanie Zbigniew Ziobro. Szef Solidarnej Polski pokazał coś, co dla mnie od zawsze jest oczywiste – absolutny brak charyzmy. Pokazał również, że w pobliżu Jarosława Kaczyńskiego ulatnia się gdzieś jego pewność siebie, wpada w panikę, głos mu się łamie i z dumnego Zbigniewa robi się spietrany Zbysio. Żałośnie wyglądał ten występ w kontekście prezydenckich ambicji lidera Solidarnej Polski.

Po wczorajszej manifestacji widać już wyraźnie w jak trudnej sytuacji jest Zbigniew Ziobro. Podział środowiska Prawa i Sprawiedliwości na PiS i Solidarną Polskę, od początku był sztuczny. Formacje te, prawie niczym się od siebie nie różnią. Powstały w wyniku ambicjonalnego sporu liderów, dotyczącego stylu działania partii, a nie meritum programowego czy kwestii ideologicznych. Wszystko to, ujawniło się teraz w pełnej krasie. Solidarna Polska, z Ziobrą, Kurskim i socjalnymi hasłami lewicy, nie ma żadnych szans na zajęcie miejsca między PiS a Platformą Obywatelską. Wczorajszy dzień pokazał, że równie kiepsko rysują się perspektywy przy prawej ścianie sceny politycznej. Dla radykałów, Ziobro w porównaniu z Kaczyńskim jest nikim. Reakcja demonstrantów na przemówienie lidera SP to świetna ilustracja tezy, którą w książce „Koniec PiS-u” postawił Michał Kamiński. Po katastrofie smoleńskiej, twardy radiomaryjny elektorat, związał się emocjonalnie z Jarosławem Kaczyńskim nie mniej silnie, niż związany jest z ojcem Tadeuszem Rydzykiem. Dlatego, Ziobro nie ma co marzyć o przejęciu tych wyborców. Jednocześnie, sytuacja ta cementuje Kaczyńskiego z Rydzykiem, który musi zdawać sobie sprawę, że nie ma już takiej swobody żonglowania poparciem politycznym, jak w przypadku swoich wcześniejszych faworytów. Do problemów Ziobry, doszedł wczoraj jeszcze jeden. Dał się ograć prezesowi PiS, który apelem o jedność, sprytnie przerzucił na niego odpowiedzialność za rozpad obozu socjalnej prawicy. Pole działania jest więc niewielkie. Do wyborów jednak ponad trzy lata, więc ziobryści mogą liczyć na bardziej sprzyjającą koniunkturę polityczną. Gdyby na przykład, Jarosław Kaczyński zdecydował się odejść w cień, przekazując stery partii komu innemu, politycy Solidarnej Polski zyskaliby szansę na powrót do macierzystej formacji bez utraty twarzy.

Wszystko to przywodzi na myśl jeszcze inną refleksję. Przepaść między Platformą Obywatelską a PiS i SP, jest dziś tak wielka, że trudno sobie wyobrazić istnienie elektoratu, który mógłby przenosić swoje poparcie między tymi dwoma, wrogimi wobec siebie obozami. A przecież nie zawsze tak było. W wyborach 2005 roku, wielu wyborców głosowało na zapowiadaną koalicję POPiS i znaczna część z nich była skłonna głosować na oba te ugrupowania. Co się z nimi stało? Spodziewam się, że wobec tak wyraźnej radykalizacji PiS zdążyli się już wykruszyć z elektoratu tej partii. Z braku rozsądnych alternatyw popierają więc PO, albo nie głosują wcale. I to jest przestrzeń polityczna, którą można zagospodarować. Z pewnością większa niż 2%, które uzyskał w ostatnich wyborach PJN. Ciekawe, że media zdają się tego nie dostrzegać. Wciąż prowadzone są dywagacje na temat szans ziobrystów, podczas gdy ekipę Pawła Kowala de facto już pogrzebano. Cóż, dla dziennikarzy nie istnieje polityka poza parlamentem. Niestety również PJN, mimo imponującej aktywności lidera w sferze polityki zagranicznej, nie ma pomysłu jak wykorzystać okazję. Potwierdzają to wyniki ostatniego sondażu CBOS-u. PJN otrzymał tylko 1% poparcia, wobec 3% uzyskanych przez Kongres Nowej Prawicy Janusza Korwina-Mikkego. Szkoda, bo w przeciwieństwie do KNP, formacja Kowala, Migalskiego i Poncyliusza ma jeden wielki atut - możliwość zaakceptowania przez mainstream.

sobota, 14 kwietnia 2012

Tydzień smoleński


Rys. Michał Tomaszek

Trudno chyba o lepszą ilustrację mijającego tygodnia niż ten rysunek Michała Tomaszka. W wojnie polsko-polskiej stoczono kolejną wielką bitwę, a jej front znowu przebiega przez Krakowskie Przedmieście.

Kiedy w świątecznym wywiadzie dla Onetu, prezes PiS porzucił wątpliwości dotyczące przyczyn katastrofy smoleńskiej, przenosząc teorię zamachu ze sfery hipotez do sfery faktów i wskazując winnych, można się było spodziewać, że odbezpieczony pistolet wystrzeli w drugim akcie tego dramatu. Tak też się stało. Polityczny taran smoleński ujawnił się w pełnym blasku na pisowskim wiecu zorganizowanym przed Pałacem Prezydenckim, pod hasłem obchodów drugiej rocznicy katastrofy. Próżno było tam szukać nastroju żałoby, refleksji czy modlitwy. Parafrazując Cata Mackiewicza, komentującego sławne przemówienia Becka w maju 1939 roku, można by było powiedzieć, że Jarosław Kaczyński z trumny swojego brata uczynił sobie piedestał. Pisałem już wcześniej, że taka radykalizacja postawy PiS, oparta na kipiących emocjach, będzie nie do przyjęcia dla wielu wyborców, którzy dotychczas dostrzegali w partii Kaczyńskiego jakąś alternatywę dla kiepskich rządków Platformy Obywatelskiej. Prezes PiS de facto zażądał od swoich zwolenników jednoznacznej deklaracji. Albo jesteś z nami, wierząc bez zastrzeżeń w spisek, zamach, zdradę premiera i prezydenta albo przeciw nam, stojąc tam gdzie stało ZOMO, a raczej ruskie komando smoleńskich zabójców. Oblicze Prawa i Sprawiedliwość tworzą dziś Jarosław Kaczyński, Antoni Macierewicz i ojciec Tadeusz Rydzyk, o którego względy toczy się zażarta walka ze Zbigniewem Ziobro. Taki PiS, to oferta dla fanatyków, którzy dzielą fobie swojego prezesa. Kaczyński rezygnuje z sojuszników na rzecz wiernej armii wyznawców, która choć zdeterminowana jest zbyt mało liczna, by zwycięsko stoczyć kolejna bitwę wyborczą.

Alternatywa, którą narzucił Kaczyński rodzi sprzeciw. Nie ma zgody na ten czarno-biały obraz rzeczywistości. Nie trzeba wierzyć w zamach, by zdawać sobie sprawę ze słabości państwa ujawnionej w toku wyjaśniania przyczyn katastrofy. Nie trzeba używać retoryki „zdradzonych o świcie” żeby wiedzieć, że wszystkie wątpliwości, które można wyjaśnić powinny być wyjaśnione. Wystarczy odrobina obiektywizmu, by zauważyć, że państwowe obchody smoleńskiej rocznicy odbyły się chyłkiem, wstydliwie, nijako. I równie bez klasy jak pisowska feta na Krakowskim Przedmieściu. Ja nie składałem kwiatów pod Pałacem Prezydenckim jak redaktor Robert Mazurek, ale moje odczucia są dość podobne. Polecam jego świetny tekst z czwartkowej Rzeczpospolitej.

Wczoraj, smoleńska wojna przeniosła się do Sejmu. I choć premier podjął próbę wyjścia z defensywy, okoliczności grają przeciwko rządowi. Dopóki zgłaszane wątpliwości będą zderzały się z arogancją władzy, zamiast z cierpliwą, merytoryczną dyskusją, wszelkie deklaracje będą brzmiały fałszywie. Donald Tusk dał się zwieść definicji stron konfliktu przedstawianej przez Jarosława Kaczyńskiego i umieścił sprawę smoleńską w tej samej czarno-białej rzeczywistości. Tych, którzy chcą dalszych wyjaśnień automatycznie kwalifikuje jako sympatyków PiS-u. To błędna diagnoza, która kiedyś może zaważyć na wyniku wyborczym. Nie poprzez wzmocnienie partii Kaczyńskiego, ale zniechęcenie części zwolenników PO do udziału w kolejnej elekcji.

wtorek, 10 kwietnia 2012

Mściciel w państwie bezprawia



Jeżeli ktoś jeszcze miał wątpliwości, czy Jarosław Kaczyński odegra istotną rolę w polskiej polityce, wczorajszy wywiad w Onecie powinien pozbawić go złudzeń. Prezes Prawa i Sprawiedliwości nie jest już politykiem. Jest mścicielem, którego celem jest wyrównanie rachunku krzywd. By tego dokonać konieczna jest władza. Jednak im głębiej brnie w smoleński radykalizm, tym bardziej odpycha od siebie ster rządów. Dotychczas, w oficjalnych wypowiedziach nie wykluczał spiskowych teorii katastrofy. We wczorajszym wywiadzie poszedł krok dalej. Jako najbardziej prawdopodobną, otwarcie wymienia wersję zamachu, między wierszami  wskazując winnych. „Wszystko wskazuje na to, że skończyło się zamachem” – mówi Kaczyński. „Mam poczucie, że prezydent Lech Kaczyński został zamordowany” – dodaje.

Ta retoryka zapewne na mur beton cementuje coraz mniej liczną grupę radykałów, ale odrzuca pozostałych. Niezależnie od wielu niejasności i błędów popełnionych w toku smoleńskiego śledztwa, nie da się, rozumując logicznie, uprawdopodobnić wersji zamachu. Taką teorię można zbudować wyłącznie na emocjach i mitach, a nie na faktach. Jarosław Kaczyński najwyraźniej nie dostrzega, że krucjata smoleńska jest źródłem jego porażek. Wizja rządów Kaczyńskiego, owładniętego psychozą smoleńską po prostu przeraża. Zrozumieli to rozłamowcy z PJN i Solidarnej Polski. Nie chcieli ginąć w prywatnej wojnie prezesa, w której nie ma szans na zwycięstwo.

Ale jest też druga strona medalu. Przebieg śledztwa niewątpliwie obnażył słabość państwa polskiego. Brak dostępu do wraku samolotu, nie odzyskanie czarnych skrzynek, piętrzące się niejasności, są paliwem dla działań Kaczyńskiego i Macierewicza. Odpowiedzią na radykalizm PiS jest dezawuowanie wszelkich wątpliwości. Zamiast merytorycznej dyskusji są kpiny. Można czasem odnieść wrażenie, że priorytetem jest zrobienie na złość Kaczyńskiemu, a nie uczciwe wyjaśnienie tej tragedii. Nie mam niestety przeświadczenia, że polski rząd zrobił w tej sprawie wszystko co było możliwe.

Jest w tej historii jeszcze jedna rzecz, dla której nie znajduję usprawiedliwienia. Kwestia odpowiedzialności politycznej. To niebywałe, że przy tylu nieprawidłowościach popełnionych przez organa władzy państwowej, potwierdzonych później w raporcie komisji Jerzego Millera, nikt nie poniósł odpowiedzialności politycznej za tą tragedię. W katastrofie smoleńskiej zginął Prezydent Rzeczpospolitej, wielu dowódców wojskowych,  posłów i ważnych urzędników państwowych. W normalnym kraju, dymisje na najwyższym szczeblu posypałyby się nazajutrz po ujawnieniu błędów związanych z organizacją lotu. Tymczasem, minister Klich pożegnał się z resortem obrony narodowej dopiero przed wyborami parlamentarnymi, czule żegnany przez premiera. Krótko po katastrofie awansowano szefa Biura Ochrony Rządu. Tomasz Arabski zachował stołek szefa Kancelarii Prezesa Rady Ministrów. Zresztą wskazywanie winnych to nie moja rola. Sytuacja, w której praktycznie nikt nie poniósł odpowiedzialności politycznej w tak doniosłej i wrażliwej sprawie to bezprzykładna arogancja władzy. To coś więcej niż zbrodnia, to błąd jak powiedziałby Talleyrand. Taka postawa rządzących w pewnym stopniu legitymizuje działania PiS.

Wypada zauważyć, że głównym beneficjentem tej sytuacji jest Donald Tusk. Wobec kolejnego zaostrzenia retoryki Kaczyńskiego znowu odezwą się głosy nawołujące do konsolidacji wszystkich sił wokół PO, bez względu na wszystko. Byle tylko ten wstrętny Kaczafi nie zbliżył się w okolice tronu. W ten sposób, nawet w obliczu kolejnych porażek rządu  premier może spać spokojnie.

sobota, 24 marca 2012

Nie będzie żadnej jedności



Taka już specyfika naszej polityki, że od czasu do czasu musi odbyć się przedstawienie pod hasłem: jednoczmy się! Na ogół bywa zabawnie. Ostatnio, jednoczyła się lewica (ZLew), w roli ojca chrzestnego wystąpił Aleksander Kwaśniewski, a mający się jednoczyć liderzy, nie szczędzili sobie wymyślnych złośliwości i drwin. Teraz przyszedł czas na prawicę. Stosowny apel wystosował sam Jarosław Kaczyński. Uchwała Komitetu Politycznego PiS, z apelem o jedność, odbiła się szerokim echem w gronie adresatów tego przesłania. Zabrali głos prawie wszyscy liczący się wychodźcy z tej partii i oczywiście skorzystali z okazji, by dać upust swoim dawnym pretensjom i żalom. Nie jestem wychodźcą z PiS-u, nie toczą mnie żadne zakurzone animozje, więc dorzucę swoje skromne trzy grosze do dzieła zjednoczenia.

O co chodzi?

Jarosław Kaczyński chyba się nie spodziewa, że Kurski, Ziobro, Kowal, Migalski, Poncyliusz czy Kamiński, ze szlochem pełnym wzruszenia rzucą mu się nagle w ramiona? Ten apel jest sygnałem skierowanym do partyjnych dołów, do szeregowych posłów, znakiem, że miłosierny pan gotów jest wybaczyć zbłąkanym owieczkom. Jest to więc zagranie obliczone na osłabienie politycznych konkurentów, czyli w istocie pogłębia podziały, a nie je usuwa. Być może ktoś się skusi, choć wiara w miłosierdzie prezesa to ryzykowna inwestycja. Wiadomo jednak, że wiara czyni cuda. Zawsze kiedy widzę Elżbietę Jakubiak, mam wrażenie, że wprost emanuje cierpieniem, iż nie jest już w PiS-ie. Dla takich osób to może być szansa.

Po co ta jedność?

Jaki w ogóle ma sens zjednoczenie według koncepcji Kaczyńskiego? Co ma wspólnego tak zwana prawica socjalna z konserwatywno-liberalnym modelem gospodarczym? PiS niech szuka porozumienia wokół roszczeniowych postulatów związkowych i troski o najbiedniejszych, podszytej podejrzliwością wobec tych, którym się trochę lepiej powiodło. Ale taki PJN powinien raczej myśleć o aliansach z Kongresem Nowej Prawicy, a nie z PiS-em.

Kto ma jednoczyć?

Wydaje się oczywiste, że tym kto jednoczy nie może być ten kto zburzył. Jarosław Kaczyński jest zgranym politykiem, który w znacznej części społeczeństwa budzi skrajnie negatywne emocje. Ci ludzie prędzej wybraliby wcielonego Belzebuba niż Kaczyńskiego. I nic tu nie pomoże biadolenie, że prezes jest dobry, tylko złe media robią z niego raroga. Nawet gdyby tak było, niczego to nie zmienia. Jarosław Kaczyński nie ma żadnych szans na pozyskanie nowych wyborców, co jest warunkiem wyborczego zwycięstwa. On musi to wiedzieć. Jeśli nie wie, oznacza to, że stracił kontakt z rzeczywistością. Jeśli wie i mimo tego nadal chce odgrywać główną rolę, przedkłada własne ambicje ponad interes państwa, ciągnąc w niebyt swoją formację. Gdyby jedność prawicy rzeczywiście leżała na sercu Kaczyńskiemu, napisałby inny list:

Przyjaciele,

Po raz pierwszy od dłuższego czasu pojawia się realna szansa na odsunięcie od władzy specjalistów od pustych obietnic i szkodliwych decyzji. Może tego dokonać tylko zjednoczona prawica. Popełniłem wiele błędów, dopuszczając do rozbicia naszego obozu. Dlatego odchodzę. Wymaga tego dobro Ojczyzny, które musi być traktowane jako ważniejsze od osobistych interesów i ambicji. Usuwając się w cień wskazuję nowego lidera. Wierzę, że pod nowym przywództwem uda się zasypać niepotrzebne podziały i zjednoczyć wszystkich ludzi prawicy pod sztandarem Prawa i Sprawiedliwości. Wierzę w nowe otwarcie.

Ale Jarosław Kaczyński woli żyć wśród miraży władzy, tworzonych wokół niego przez sektę fanatycznych wyznawców.

środa, 14 marca 2012

Epidemia politycznych nonsensów



Siarczyste mrozy chyba na dobre nas opuściły, zapachniało wiosną i od razu są pierwsze skutki podwyższonego ryzyka zarażenia infekcją bakteryjną. Jakiś tajemniczy wirus auto-anihilacji sieje spustoszenie w szeregach polityków. Brednie w ustach wybrańców narodu to niby żadna nowość, ale tym razem skala abstrakcji zdaje się być wyższa i co bardziej niepokojące, w niektórych przypadkach zawiera sporą dozę samodestrukcji.

Jako pierwszy zarażony, ujawnił się w sobotę Mariusz CBA Kamiński, który w wywiadzie dla RMF FM roztoczył fantastyczną wizję egzotycznej koalicji wszystkich partii opozycyjnych, uchwalającej konstruktywne wotum nieufności dla rządu Donalda Tuska, po to by na stolcu premiera mogła zasiąść wskazana przez PiS Zyta Gilowska. Hmm… nie zbadano posła alkomatem, ale ranna pora audycji wskazywałaby raczej na chorobowe pochodzenie zaobserwowanych objawów lewitacji politycznej. To dobrze, że PiS próbuje wyściubić nos z warownej twierdzy, w której zamknął się na własne życzenie i szuka niekonwencjonalnych rozwiązań, ale cóż…. jak to się mówi, pierwsze koty za płoty. Jeszcze kilka prób i być może uda się zaorbitować gdzieś w sąsiedztwie rzeczywistości politycznej.

Podejrzewam, że infekcja przenosi się drogą kropelkową, bo już dwa dni później, ni z gruchy ni z pietruchy huknęła wieść, że Platforma Obywatelska zamierza postawić Jarosława Kaczyńskiego i Zbigniewa Ziobrę przed Trybunałem Stanu. O kurde balans! Co prawda przesłanki są cienkie jak Polsilver i sama Platforma olała wcześniejszy wniosek SLD w tej sprawie, traktując go jako trampolinę wyborczą Ryszarda Kalisza, ale teraz w obliczu przejściowych trudności, miłościwie panującego nam premiera, kuchmistrz Grupiński postanowił odgrzać ten nie świeży kotlet. Pomijając już wartość merytoryczną stawianych zarzutów, a także bardzo wątpliwą zdolność zdobycia wymaganej większości głosów w Sejmie, taki wniosek to oczywisty strzał we własną stopę. Nie wierzę, by postępowanie przed Trybunałem Stanu, nawet jeśli jakimś cudem do niego dojdzie, zakończyło się skazaniem Kaczyńskiego i Ziobry na banicję z polityki, nie mówiąc już o poważniejszych konsekwencjach. Za to jest to doskonały sposób, by w oczach znacznej części społeczeństwa, prezes PiS stał się męczennikiem prześladowanym przez zbrodniczy reżim Tuska. Lech Kaczyński już nim jest, czyżby premier zdecydował się na sakralizację postaci drugiego z braci bliźniaków? Na tej operacji Platforma może włącznie stracić. Za to Janusz Palikot i Leszek Miller nie mogą się już doczekać spektaklu politycznego z Trybunałem Stanu w roli głównej i czym prędzej rezerwują miejsca w pierwszym rzędzie. Dla nich  kolejny pomysł na osłabienie PO jest hojnym darem niebios.

Tego samego dnia i  to już z samego rana, dał o sobie znać inny zarażony nieszczęśliwiec. Europoseł PJN, Paweł Kowal, w rozmowie z dziennikarzem TVN 24 począł snuć dywagacje na temat przyspieszonych wyborów parlamentarnych we wrześniu i wspólnych list wyborczych z PiS-em, nie bacząc, że ta chora koncepcja to oczywisty wyrok śmierci dla własnej formacji, ale o tym szerzej pisałem już wczoraj.

Póki co, niepojąco odporni na zbierającą swoje żniwo zarazę, pozostają przedstawiciele lewicy. Jeżeli epidemia dalej będzie się rozprzestrzeniać w tym tempie, w najbliższych dniach należy oczekiwać eksplozji głupoty z tamtej strony sceny politycznej.

wtorek, 13 marca 2012

Pawle Kowalu i PJN-ie, nie idźcie tą drogą!



„Jeżeli będą przedterminowe wybory, to czas pomyśleć o wspólnej liście z PiS czy Solidarną Polską. Jeżeli chce się wygrać, to trzeba pójść wspólnie. (…) Dziś niech każdy kształtuje swoją tożsamość. Musimy bronić rodziny, wolności, wolnego rynku. To są nasze wartości. Nie możemy pozwolić, by ktoś nam je odebrał.”

Niemalże udławiłem się śniadaniem, czytając te słowa, wypowiedziane przez Pawła Kowala w TVN24. I to z trzech powodów. Po pierwsze, pomysł by wiązać się z PiS-em budzi mój niesmak. Po drugie, naprawdę trudno jest zmieścić tyle niedorzeczności w ledwie pięciu zdaniach. Po trzecie, uważałem dotąd Pawła Kowala za bardzo zdolnego polityka, w którym pokładałem nadzieję na zmiany w polskiej polityce. Ale po kolei.

Tożsamość

Przyczyną wyborczej porażki PJN, oprócz destrukcji w łonie tej partii i nie dającej się niczym usprawiedliwić wolty Joanny Kluzik Rostkowskiej, która długo jeszcze będzie stanowić wzorzec absolutnego dna w polityce; było postrzeganie PJN jako przybudówki PiS-u. Wygłaszając takie opinie, Paweł Kowal potwierdza, że ta ocena była prawdziwa, że jego ugrupowanie było i będzie wyłącznie przybudówką partii Jarosława Kaczyńskiego. W ten sposób, PJN nie zbuduje swojej własnej tożsamości, ponieważ może ona powstać tylko w dystansie do PiS-u. Inaczej, ta formacja nikomu do niczego nie jest potrzebna. Trzymanie się spodni Kaczyńskiego odbiera jej szansę na konserwatywno-liberalnych wyborców. Tych, na których nie może liczyć Prawo i Sprawiedliwość, ani Solidarna Polska. W tej sprawie nie da się zjeść ciastka i mieć ciastko.

Naiwność

Owszem, Donald Tusk ma kłopoty ale to jeszcze nie jest powód do rozpisywania wcześniejszych wyborów we wrześniu. Zakładając nawet utratę większości przez koalicję PO-PSL, znacznie bardziej prawdopodobnym wariantem jest trwanie obecnego rządu z cichym wsparciem Palikota. Zresztą, brak siły sprawczej to wygodne alibi dla kontynuacji polityki zaniechać. Tak czy inaczej, werdykt wyborczy najpewniej wzmocniłby lewicę, co ani Platformie, ani PiS-owi się nie opłaca.

Rejterada

Trudno mi uwierzyć w polityczną naiwność Pawła Kowala. Jeżeli wygłasza tak kontrowersyjne opinie (wspólna lista wyborcza z PiS-em, godząca w budowaną tożsamość PJN), przy tak wątpliwej okazji, jak mało poważne spekulacje na temat przyspieszonych wyborów, to wydaje się oczywiste, że musi to służyć innym celom. Być może, Kowal potraktował tę okoliczność jako pretekst, by wysłać sygnał Jarosławowi Kaczyńskiemu, że jest gotów zrezygnować z ambicji tworzenia własnej formacji. Wygląda to jak zapowiedź pielgrzymki do Canossy, jak przygrywka do operacji posypania głowy popiołem, a przynajmniej otwarcie rozmów o powrocie na łono PiS. Ja wiem, że polityka i prostytucja to pokrewne sobie profesje, przyznaję jednak, iż akurat Pawła Kowala nie chciałbym znaleźć w politycznym lupanarze. Zwłaszcza, że dla twardego elektoratu PiS, politycy PJN pogardliwie nazywani PJoNkami, zawsze już będą renegatami, zdrajcami i sprzedawczykami.

Wolny rynek

Mówienie jednym tchem o wolnym rynku i wiązaniu się z PiS-em to czysta groteska. PiS jest partią etatystyczną, jawnie odżegnującą się od liberalnych rozwiązań gospodarczych, wspierającą roszczenia związków zawodowych, zainteresowaną wzmacnianiem roli państwa w życiu obywateli. 

Konkluzja

Wypowiedź Pawła Kowala jest świadectwem grzechu pierworodnego PJN. Obnaża kierunek, którego obawiałem się od samego początku istnienia tej formacji. Już przecież wcześniej pojawiały się niepokojące symptomy, jak koncepcje wiązania się z ziobrystami. Okazuje się, że pępowina z byłą partią nie została odcięta (modne określenie). Zamiast bajać na temat wcześniejszych wyborów i snuć wizje wspólnych list wyborczych z PiS-em, czas najwyższy zająć się pracą u podstaw, działać jako zespół. Dzisiaj PJN to grający na siebie soliści: Paweł Kowal i Marek Migalski. Nic więcej. Należy szukać wsparcia w środowiskach związanych z Kongresem Nowej Prawicy, namówić do współpracy Jana Rokitę. Polecam uwadze wywiad z nim, w najnowszym Uważam Rze. Rokita prezentuje poglądy i oceny, które idealnie komponują się z ideą  PJN. I trzymać rękę na pulsie, by korzystając z destrukcji w PO mieć jakąś ofertę dla potencjalnych wychodźców z tej partii. W ten sposób można byłoby podjąć próbę wykreowania reprezentacji posłów w dzisiejszym Sejmie. Tylko, że do tego trzeba stanowić jakąś alternatywę na scenie politycznej.

Panie Pawle, wyjątkowo nie transparentne wyjaśnienia na pańskim blogu ani na jotę nie zmieniają mojego wrażenia. Publicystykę proszę zostawić Markowi Migalskiemu, który radzi z nią sobie znacznie lepiej.

Poza tym uważam, iż nazwa PJN powinna zostać zmieniona!

sobota, 25 lutego 2012

Polityczny szarm



Dlaczego fotka Tadeusza Cymańskiego firmuje mój dzisiejszy wpis? Otóż okazuje się, że nie srogie i krwawe fizis Zbigniewa Ziobro wbijającego gwoździe, wiadomo gdzie; ani nie cyniczny uśmieszek Jacka Kurskiego gmerającego w życiorysie dziadków, wiadomo czyich; tylko oblicze sympatycznego Cymańskiego ma stworzyć nowy wizerunek Solidarnej Polski. Nie oznacza to wcale, że ma on teraz być twarzą tego ugrupowania. Nie, to pozostali liderzy próbują złagodzić swój drapieżny image.

Ziobryści łamali sobie głowę jakby tu odróżnić się od PiS-u, a rozwiązanie okazało się dziecinnie proste. Wystarczy być miłym, sympatycznym, uprzejmym, okazywać szacunek oponentom, prowadzić z nimi spór w oparciu o merytoryczne argumenty, a nie półgębkiem rzucane oskarżenia i jeżeli to tylko możliwe współpracować ponad podziałami politycznymi. Kiedy w trakcie dyskusji nad planowanymi zmianami w ustawie emerytalnej, na grzecznościowe dusery wobec nielubianego premiera zdobywają się tacy politycy jak Zbigniew Ziobro czy Beata Kempa, efekt jest naprawdę piorunujący. Genialne, prawda? I jak fatalnie świadczy o jakości naszej debaty publicznej, skoro już samo zachowanie dobrych manier może być silnym orężem politycznym. Ale to wcale nie był jednorazowy incydent. Klub Solidarnej Polski najwyraźniej eksperymentuje z wizerunkiem. To politycy tej formacji (nie SLD, ani nie PO) złożyli dziewięć brakujących podpisów pod wnioskiem Ruchu Palikota, skierowanym do Trybunału Konstytucyjnego, w sprawie rent i zasiłków dla wdów po górnikach, którzy zginęli w kopalniach. Czyżby nowa jakość w polityce?

Bardzo jestem ciekaw, co na to sondaże. Obawiam się, że twardy elektorat PiS, do którego dotychczas odwoływało się ugrupowanie Ziobry, takiej zmiany nie oczekuje. Te wizerunkowe zabiegi sugerowałyby przemarsz w miejsce między PO i PiS, które chciałby zająć również PJN. I tutaj też jestem sceptyczny. O ile Kowal, Poncyliusz czy Migalski mogą być wiarygodni w umiarkowanej, konserwatywno-liberalnej narracji, to nie widzę na to szans w przypadku Kurskiego i Ziobry, w dodatku z ojcem Rydzykiem na plecach. Gołym okiem widać w tym fałsz, zwłaszcza że jastrzębie z Solidarnej Polski nie czuję się chyba najlepiej w swoich nowych kostiumach. Umówmy się, że łagodny jak baranek Jacek Kurski to jednak dziwadło. No i pozostaje pytanie, jak długo zdołają wytrzymać w nowych rolach?

środa, 8 lutego 2012

Pogłoski o śmierci PO są mocno przesadzone


Obraz Jacka Yerki "Prywatna fala"

Wciąż czytam triumfalne wieszczenia końca dominacji Platformy Obywatelskiej. Wyspecjalizował się w nich między innymi Marek Migalski. W kolejnych wpisach na swoim blogu („PO – to już koniec!”, „Co po PO?”, „PO – kronika zapowiedzianej śmierci”) snuje wizje wewnętrznego rozkładu Platformy i upatruje w tym wielkiej szansy dla swojej partii. Jest bardzo pewny swego:

„Z każdym dniem coraz bardziej to widać, słychać i czuć (że Platforma się kończy). Kto tego nie rozumie, nie powinien zajmować się polityką. CI którzy twierdzą, że nic się nie dzieje, że Tusk nie przez takie zawirowania przechodził, że nie takie kryzysy przezwyciężał, ośmieszają się i będą w przyszłości wykpiwani jak ci, którzy na jesieni 1991 roku twierdzili, że Związek Radziecki pokona wolny świat.”

Lubię teksty Marka Migalskiego, uważam, że jest znacznie sprawniejszym publicystą niż politykiem, zgadzam się z większością spostrzeżeń zawartych w przywoływanych wpisach, a jednak wyciągam z nich inne wnioski.

Tak, to prawda. Donald Tusk jest dziś poturbowany jak nigdy wcześniej. Stracił wiele z wizerunku politycznego króla Midasa, który każdy problem jest w stanie zamienić w dobry PR. Gdyby wybory odbywały się wiosną, miałby twardy orzech do zgryzienia, choć wcale nie stałby na straconej pozycji. Ale do wyborów mamy jeszcze prawie 4 lata rejsu rozklekotaną łajbą, płynącą przez wzburzony, nawiedzany sztormami ocean. W tym kontekście, to co dzieje się dzisiaj nie ma tak wielkiego znaczenia. Donald Tusk odniesie jeszcze nie jedną ranę, rząd nie jeden raz się skompromituje, ale to wcale nie oznacza przewrotu na scenie politycznej. Mandatem do sprawowania władzy przez PO, nie są sukcesy Donald Tuska w roli premiera tylko strach przed PiS-em. Paraliżującym strachem spętane są media tworzące przekaz, w którym zwycięstwo PiS byłoby narodowym kataklizmem. Ten strach, każe wybaczyć każdy błąd w imię wyższej racji. To psychoza, ale trzeba przyznać uczciwie, że PiS zapracował sobie na rolę czarnego luda. Jarosław Kaczyński jest, bez wątpienia, największym sojusznikiem Donalda Tuska. Warunkiem dokonania zmian jest rozpad dwubiegunowej sceny politycznej. Dopóki będzie istniał PiS w obecnym kształcie, z Jarosławem Kaczyńskim na czele, Donald Tusk może czuć się bezpiecznie. Litania kolejnych wpadek spowoduje jedynie zmianę motywów poparcia dla jego rządów. W coraz mniejszym stopniu miłość, w coraz większym wyrachowanie. Z punktu widzenia sprawowania władzy nie ma to jednak większego znaczenia. Strach jest najlepszym spoiwem. Dopiero na gruzach PO i PiS będzie możliwe nowe otwarcie.

Tu dochodzimy do kolejnej kwestii, która rodzi optymizm pana Migalskiego, choć moim zdaniem, póki co, nie ma ku temu nawet najmniejszych podstaw. Kto miałby być beneficjentem klęski PO? Platforma jest dzisiaj bezideową korporacją, w której znaleźć można wszystkie środowiska polityczne. Część z nich, mają szansę przejąć Janusz Palikot i SLD, ale co z centrum i tak zwanym prawym skrzydłem Platformy, które teoretycznie mógłby zagospodarować PJN? Nie widzę dziś żadnej aktywności tej partii. Każdy z jej rozpoznawalnych członków gra na siebie. Paweł Kowal, wyspecjalizował się w polityce wschodniej i powoli buduje pozycję eksperta również w sprawach europejskich, wyraźnie dystansując się od polskiego grajdołka politycznego. Publicystyka Marka Migalskiego utrwala jego odrębność. Paweł Poncyliusz w ogóle zniknął ze sceny, poza Sejmem dopadła go proza życia. Michał Kamiński, w PJN jest chyba tylko przez pomyłkę. Jego kuriozalne one man show i nie przyzwoite umizgi do PO robią fatalne wrażenie. Panie Marku! Nie tworzycie żadnej alternatywy politycznej. Jeżeli sądzi Pan, że pospolite ruszenie i medialne ADHD, na pięć minut przed wyborami, pozwoli wam wejść do pierwszej ligi, to jest Pan naiwny. W Polsce brakuje, rozsądnej, konserwatywno-liberalnej opozycji, która będzie miała własny pogląd w każdej ważnej sprawie, miast w czambuł krytykować wszystkie posunięcia rządu. Ale wy nie chcecie nią być. Konserwatywno-liberalni wybory PO nie mają dokąd pójść.

Moja rada. Zamiast upajać się wizją agonii PO, zajmijcie się pracą u podstaw. Zacznijcie działać na rzecz nowego projektu politycznego jako zespół. I zmieńcie ten obciachowy szyld. PJN kojarzy się z PiS-em, Kluzik-Rostkowską i całym tym kompromitującym bałaganem, który jest grzechem pierworodnym tej formacji. Po co dźwigać to brzemię?

wtorek, 3 stycznia 2012

Wieszczem być…


Obraz Jana Matejki „Wernyhora”

Początek roku sprzyja refleksjom nad przyszłością polskiej polityki. Większość komentatorów jest zgodna, że zderzenie z kryzysem będzie miało decydujący wpływ na kształt sceny politycznej. Ale jest też kilka innych okoliczności, które moim zdaniem, zdefiniują nowe rozdanie, choć wcale nie musi to nastąpić już w bieżącym roku. Omówię je pokrótce, w kolejności w jakiej należy się ich spodziewać.

Nowa oś sporu politycznego

Ten podział właściwie już się dokonał. Niezręczne przemówienie Radosława Sikorskiego w Berlinie wzniosło nowy mur między Polakami. Nagle okazało się, że zwolennicy Unii Europejskiej rozumianej jako wspólnota suwerennych państw, zostali zepchnięci na pozycję eurosceptyków, a nawet eurofobów. W eleganckim towarzystwie, koncepcja federacji stała się obowiązującym trendem w tym sezonie politycznym i jest chętnie przeciwstawiana wizji ciemnogrodu reprezentowanego przez PiS (który histerycznym pohukiwaniem idealnie się w tą szufladkę wpasował). Ale wielka ofensywa medialna, wspierająca profederacyjny kurs rządu, ostatnio straciła impet. Badania opinii publicznej najwyraźniej pokazały, że ten eurofanatyzm budzi nieufność. Przekaz został stonowany, intencje Sikorskiego nieco rozmyto, osłabiając wrażenie dążenia do pogłębionej integracji za wszelką cenę, pojawiły się miękkie interpretacje definicji federacji. Emocje trochę opadły, dyskusja staje się bardziej rzeczowa, ale tak czy inaczej, nowa oś sporu jest faktem. Trudno dziś sobie wyobrazić, by poważna siła polityczna mogła funkcjonować bez jasnego określenia stanowiska wobec przyszłości Europy, w kontekście planowanych zmian traktatowych i poza traktatowych.

Oblicze Ruchu Palikota

Ekipa Palikota zdążyła narobić sporo szumu, podnosząc kontrowersyjne hasła światopoglądowe, ale niewiele z tego wynika. Sam Janusz Palikot stoi w rozkroku między wizerunkiem szokującego showmana, a konterfektem poważnego polityka, który jestem przekonany, swoje ambicje polityczne lokuje już w Pałacu Prezydenckim. Rozpoznawalne postacie z tej partii to działacze na rzecz swoich wąsko rozumianych interesów środowiskowych: gejowskich, proaborcyjnych, feministycznych, antyklerykalnych, trans płciowych. Gdzie są ci pełni sukcesów przedsiębiorcy, którzy mieli stanowić oblicze tej partii? Ruch Palikota wciąż jest na fali, korzystając z taryfy ulgowej przysługującej sejmowemu beniaminkowi, ale powoli przychodzi czas na określenie tożsamości. Grupa odjazdowych happenerów czy poważna oferta polityczna?

Osłabienie Platformy Obywatelskiej

To nieuchronna kolej rzeczy. Sukces PO opiera się na dwóch podstawach. Pierwsza to niepodejmowanie niepopularnych społecznie decyzji, czego efektem stała się kadencja zmarnowanych szans, w czasie względnie korzystnej koniunktury. Drugą jest stanowienie alternatywy wobec znienawidzonego PiS-u. Jestem głęboko przekonany, że to wyborcy głosujący przeciw PiS zapewnili zwycięstwo Platformie. Jarosław Kaczyński jest jokerem w talii kart Donalda Tuska. Wszystko co dobre ma jednak swój kres. Premier wciąż boi się reform, ale nawet ta jedna, emerytalna, zapowiedziana w expose, plus niekorzystne zmiany podatkowe odbiorą mu sporo popularności. Na ile osłabi to PO, zależy od siły zderzania z kryzysem.

Nowa rola Jarosława Kaczyńskiego

Przypuszczam, że w ciągu najbliższych dwóch lat, w Prawie i Sprawiedliwości nastąpią istotne przeobrażenia. Sądzę, że Jarosław Kaczyński rozumie, iż nie jest już w stanie sięgnąć po władzę. Wie, że uosabia zbyt głębokie podziały, personifikuje nienawiść znacznej części Polaków i żaden projekt polityczny, który on będzie podejmował nie ma szans na szersze poparcie. Nawet ewentualna kompromitacja rządu Donalda Tuska nie zmieni tej sytuacji. Zniechęcony elektorat prędzej popłynie do Palikota niż do Kaczyńskiego. Dlatego też, prezes PiS, z czasem usunie się w cień, ale na swoich warunkach. Z pewnością nie mógł tego uczynić pod presją secesjonistów. Przygotowanie do przejęcia władzy już się rozpoczęło. Na początku listopada, w notce „Wielka Czystka” przewidywałem, że miejsce Zbigniewa Ziobro w zarządzie partii zajmie Mariusz Kamiński, co wkrótce nastąpiło. Kiedy nowy wiceprezes zdoła zbudować silną pozycję w partii, zostanie namaszczony na następcę, a realna władza będzie stopniowo przechodzić w jego ręce. Jarosław Kaczyński pozostanie guru narodowej, socjalnej prawicy, ale zadowoli się rolą mentora i patrona inicjatyw politycznych. Będzie miał podobną pozycję do tej, którą Aleksander Kwaśniewski cieszy się na lewicy.

W powyższym kontekście, dzisiejsze rokosze, secesje i przegrupowania uważam za falstart. Do następnych wyborów szmat czasu, a dopiero fundamentalne zmiany umożliwią nowe rozdanie. Nie widzę w nim miejsca dla Solidarnej Polski, jako samodzielnego bytu politycznego. SP i PiS odwołują się do tych samych wyborców, a proweniencja Jacka Kurskiego i Zbigniewa Ziobro bardzo utrudnia poszerzanie elektoratu. Za to osłabiona, przesunięta na lewo Platforma zrobi miejsce dla rozsądnego, konserwatywno-liberalnego projektu politycznego w stylu PJN. To będzie szansa dla Pawła Kowala, o ile wcześniej nie da się uwieść PO albo nie rozmieni się na drobne wchodząc w alians z „ziobrystami” czy kanapą Marka Jurka. Najwyższy czas, by prawica w Polsce przestała być utożsamiana z socjalnym programem ekonomicznym. Przyszłość lewej strony politycznej sceny zależy od tego, jak ostatecznie skrystalizuje się oblicze Ruchu Palikota. Palikot w czapeczce błazna na głowie jest ostatnią szansą Leszka Millera i jego formacji.