Jeżeli
ktoś jeszcze miał wątpliwości, czy Jarosław Kaczyński odegra istotną rolę w polskiej polityce, wczorajszy wywiad w Onecie powinien pozbawić go złudzeń.
Prezes Prawa i Sprawiedliwości nie jest już politykiem. Jest mścicielem,
którego celem jest wyrównanie rachunku krzywd. By tego dokonać konieczna jest
władza. Jednak im głębiej brnie w smoleński radykalizm, tym bardziej odpycha od
siebie ster rządów. Dotychczas, w oficjalnych wypowiedziach nie wykluczał
spiskowych teorii katastrofy. We wczorajszym wywiadzie poszedł krok dalej. Jako
najbardziej prawdopodobną, otwarcie wymienia wersję zamachu, między wierszami wskazując winnych. „Wszystko wskazuje na to,
że skończyło się zamachem” – mówi Kaczyński. „Mam poczucie, że prezydent Lech
Kaczyński został zamordowany” – dodaje.
Ta
retoryka zapewne na mur beton cementuje coraz mniej liczną grupę radykałów, ale
odrzuca pozostałych. Niezależnie od wielu niejasności i błędów popełnionych w
toku smoleńskiego śledztwa, nie da się, rozumując logicznie, uprawdopodobnić
wersji zamachu. Taką teorię można zbudować wyłącznie na emocjach i mitach, a
nie na faktach. Jarosław Kaczyński najwyraźniej nie dostrzega, że krucjata
smoleńska jest źródłem jego porażek. Wizja rządów Kaczyńskiego, owładniętego
psychozą smoleńską po prostu przeraża. Zrozumieli to rozłamowcy z PJN i
Solidarnej Polski. Nie chcieli ginąć w prywatnej wojnie prezesa, w której nie
ma szans na zwycięstwo.
Ale
jest też druga strona medalu. Przebieg śledztwa niewątpliwie obnażył słabość
państwa polskiego. Brak dostępu do wraku samolotu, nie odzyskanie czarnych
skrzynek, piętrzące się niejasności, są paliwem dla działań Kaczyńskiego i
Macierewicza. Odpowiedzią na radykalizm PiS jest dezawuowanie wszelkich
wątpliwości. Zamiast merytorycznej dyskusji są kpiny. Można czasem odnieść
wrażenie, że priorytetem jest zrobienie na złość Kaczyńskiemu, a nie uczciwe
wyjaśnienie tej tragedii. Nie mam niestety przeświadczenia, że polski rząd
zrobił w tej sprawie wszystko co było możliwe.
Jest
w tej historii jeszcze jedna rzecz, dla której nie znajduję usprawiedliwienia.
Kwestia odpowiedzialności politycznej. To niebywałe, że przy tylu nieprawidłowościach
popełnionych przez organa władzy państwowej, potwierdzonych później w raporcie komisji
Jerzego Millera, nikt nie poniósł odpowiedzialności politycznej za tą tragedię. W katastrofie
smoleńskiej zginął Prezydent Rzeczpospolitej, wielu dowódców wojskowych, posłów i ważnych urzędników państwowych. W normalnym
kraju, dymisje na najwyższym szczeblu posypałyby się nazajutrz po ujawnieniu
błędów związanych z organizacją lotu. Tymczasem, minister Klich pożegnał się z
resortem obrony narodowej dopiero przed wyborami parlamentarnymi, czule żegnany
przez premiera. Krótko po katastrofie awansowano szefa Biura Ochrony Rządu.
Tomasz Arabski zachował stołek szefa Kancelarii Prezesa Rady Ministrów. Zresztą
wskazywanie winnych to nie moja rola. Sytuacja, w której praktycznie nikt nie poniósł odpowiedzialności politycznej w tak doniosłej i wrażliwej sprawie to bezprzykładna arogancja władzy. To coś
więcej niż zbrodnia, to błąd jak powiedziałby Talleyrand. Taka postawa
rządzących w pewnym stopniu legitymizuje działania PiS.
Wypada
zauważyć, że głównym beneficjentem tej sytuacji jest Donald Tusk. Wobec kolejnego
zaostrzenia retoryki Kaczyńskiego znowu odezwą się głosy nawołujące do
konsolidacji wszystkich sił wokół PO, bez względu na wszystko. Byle tylko ten
wstrętny Kaczafi nie zbliżył się w okolice tronu. W ten sposób, nawet w obliczu kolejnych porażek rządu premier może
spać spokojnie.
