Pokazywanie postów oznaczonych etykietą reforma emerytalna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą reforma emerytalna. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 23 lutego 2012

Emerytury dla opornych



W toczącej się debacie na temat zmian w systemie emerytalnym i systemów emerytalnych w ogóle brakuje mi jak zwykle zdrowego rozsądku, który pozwoliłby spojrzeć na ten problem bez zbędnych komplikacji i zaklęć zwolenników tej czy innej opcji politycznej.

Prosta kalkulacja ekonomiczna

Abstrahując od absurdów obowiązującego systemu ubezpieczeń społecznych (do czego wrócę za chwilę) rozważmy następujący przykład. Gdyby pracownik, zarabiający 2,500 zł brutto miesięcznie, przez cały 40-letni okres aktywności zawodowej, lokował co miesiąc 488 złotych na koncie w banku, z rentownością realną 3% rocznie (po odliczeniu inflacji) i z miesięczną kapitalizacją odsetek, to po upływie 40 lat pracy dysponowałby sumą 450,000 zł. Potem, wypłacając z własnego konta co miesiąc 1,800 złotych, a pozostałą sumę lokując na tych samych zasadach, wystarczyłoby mu środków finansowych na 33 lata życia! Te 1,800 zł, to dokładnie tyle samo ile otrzymywał na rękę przez 40 lat pracy, ponieważ 2,500 zł brutto = 1,800 zł netto. Proste?

A jak to działa w obowiązującym systemie emerytalnym? Pracownik, który zarabia 2,500 zł brutto odprowadza co miesiąc do ZUS kwotę 488 złotych (połowa pomniejsza kwotę brutto, a drugą połowę odprowadza pracodawca). ZUS tych pieniędzy nigdzie nie lokuje ani, ich nie pomnaża (z wyjątkiem niewielkiej części, która przekazywana jest do OFE). Państwo wykorzystuje je na finansowanie bieżących wydatków, w większości marnując je w chorym systemie redystrybucji. Dzieje się tak dlatego, że składka na ZUS nie jest żadną składką ubezpieczeniową, tylko zwykłym, ordynarnym podatkiem.

Reforma systemu

Reforma systemu emerytalnego z 1999 roku, zakładała zbliżenie istniejącego systemu opartego na podatku zusowskim i emeryturach wypłacanych de facto ze środków budżetowych, do systemu kapitałowego działającego w sposób podobny do lokaty bankowej z mojego przykładu. Niestety reforma OFE została schrzaniona. Przeregulowano system, istotnie ograniczając możliwości inwestycyjne funduszy, ustalono nieefektywny i horrendalnie kosztowny mechanizm opłat za zarządzanie, które uzależnione są od wielkości powierzonego kapitału oraz od ustawowo ustalonej marży, a nie od wyników ekonomicznych. W czasach bessy maleje kapitał, będący zabezpieczeniem uczestników OFE na starość, natomiast zyski firm zarządzających są zawsze. W dodatku, tylko trzecia część składki ubezpieczeniowej (37,40%) trafiała do OFE, a po ubiegłorocznej zmianie w ustawie zmniejszono ją do symbolicznej wielkości (11,78%), pozbawiając ten system jakiegokolwiek sensu istnienia.

Dzisiejsze propozycje dotyczące wydłużenia wieku emerytalnego to nie jest żadna reforma, co próbuje nam wmówić propaganda rządowa. To wariant ratunkowy, konieczny właśnie dlatego, że nikt żadnych reform nie zamierza przeprowadzać. Nie mam również złudzeń, że zrealizowałaby je któraś z partii opozycyjnych. W efekcie tych zmian, zwiększy się suma składek wpłacanych do budżetu przez pracujących i zmniejszy się czas korzystania ze świadczeń emerytalnych przez emerytów. Natomiast cały ten beznadziejny system, przy pomocy którego robi się z emerytów żebraków wmawiając, że czyni się im wielką łaskę wypłacając emeryturę, pozostanie bez zmian.

Propozycje rozwiązań

Żaden system nie jest w stanie utrzymać setek tysięcy rozmaitych uprzywilejowanych emerytów i największej na świecie armii rencistów. Żaden system nie wytrzyma rozdętych wydatków socjalnych, gigantycznej biurokracji, wysokich kosztów pracy etc, co można sobie dokładnie prześledzić na przykładzie Grecji. Potrzebne są odważne, kompleksowe zmiany, na które się nie zanosi. Można więc śmiało powiedzieć, że realnie nic nie da się zrobić, poza wydłużaniem agonii zusowskiego systemu ubezpieczeń, co właśnie planuje zrobić Donald Tusk. Ale rozważmy chociaż teoretyczne możliwości.

Przykład z początku tej notki pokazał, że każdy byłby w stanie zarobić na swoją emeryturę i to nie niższą od pensji otrzymywanej w okresie aktywności zawodowej. Co więcej, przy założeniu, że średni okres korzystania z emerytury wynosi raczej 20 niż 33 lata, można stwierdzić, że składka emerytalna mogłaby być niższa przynajmniej o ¼, co ograniczyłoby koszty pracy. Jednocześnie należy przyjąć, że wyspecjalizowana instytucja finansowa byłaby w stanie osiągnąć wyższą realną rentowność niż 3% rocznie, co dodatkowo poprawiałoby parametry tej symulacji. Przede wszystkim, należy więc wprowadzić swobodę wyboru formy oszczędzania na emeryturę. Każdy powinien sam określić instytucję, do której odprowadza składkę w wysokości nie niższej od wielkości minimalnej. Towarzystwa Emerytalne musiałyby stworzyć system wzajemnych ubezpieczeń, który gwarantowałby wypłatę świadczeń, na wypadek bankructwa, któregoś z nich.

Głównym problemem jest brak opcji zerowej. Przez około 40 lat musi więc obowiązywać jakiś system przejściowy. Jednym słowem, ci którzy teraz zaczynają pracę powinni oszczędzać już na własną rękę, a świadczenia emerytalne dzisiejszych emerytów i tych, którzy pracują muszą być finansowane lub dofinansowywane, w odpowiedniej proporcji, z budżetu państwa, czyli z podatków. Na to nie ma rady. Skąd brać pieniądze? Tutaj przede wszystkim kłania się reforma finansów publicznych, ale również likwidacja ZUS lub przynajmniej znaczne okrojenie tej instytucji i sprzedaż jej olbrzymiego majątku. Jak wynika z początkowego przykładu, przynajmniej ¼ obecnej składki ZUS również mogłaby być wykorzystana na ten cel. Co jeszcze? Planując reformę emerytalną z 1999 roku, zakładano przeznaczenie przychodów z prywatyzacji na specjalny fundusz, który wobec niekorzystnych zmian demograficznych miał gwarantować wypłaty emerytur dzisiejszym czterdziestolatkom i ich dzieciom. Niestety, przez pierwszych kilka lat w ogóle nie odprowadzano do niego środków, a obecna składka jest o 2/3 mniejsza od zakładanej. Co więcej od dwóch lat, środki z Funduszu Rezerwy Demograficznej pokrywają braki ZUS-u. Teraz cała nadzieja w łupkach. Tyle, że bez zmian systemowych, które zmniejszą poziom wydatków państwa, żadna manna z nieba nie wystarczy.

System kanadyjski

System kanadyjski to jeszcze jedna interesująca koncepcja. Problem w tym, że ostatnio wspomniało o nim Prawo i Sprawiedliwość, a jak powszechnie wiadomo, cały mainstream uważa, że cokolwiek powie PiS, musi być idiotyzmem do kwadratu. Obawiam się więc, że idea została spalona. W skrócie, pomysł sprowadza się do ograniczenia składek ZUS i przejścia na system minimalnej gwarantowanej emerytury państwowej. Wszyscy zatrudnieni płaciliby jednakową, niewielką składkę, a w zamian na starość każdy otrzymałby emeryturę wystarczającą do przeżycia bez pomocy opieki społecznej. Każdy kto chciałby mieć wyższą emeryturę, sam musiałby odkładać pieniądze w banku lub funduszu emerytalnym.


I kto to mówił, że klipy reklamowe OFE nie były rzetelne i uczciwe?:)


sobota, 19 listopada 2011

Mało! – wokół expose



Wczorajsze expose premiera, najkrócej mógłbym skomentować następująco. Znacznie więcej niż mógłbym się spodziewać po Donaldzie Tusku, znacznie mniej niż bym sobie życzył i niestety mniej niż potrzeba.

Gdybym chciał oceniać expose przez pryzmat własnych poglądów ekonomicznych, opartych na szeroko rozumianej wolności gospodarczej, która wymaga istotnego przemodelowania systemu podatkowego, racjonalizacji wydatków państwa i działań aktywizujących przedsiębiorczość, musiałbym je ocenić negatywnie. Ale przecież z góry było wiadomo, że takich zapowiedzi nie można się spodziewać. Odpuszczam więc krytykę z tej perspektywy, ponieważ nie byłaby ona konstruktywna. Warto jednak zauważyć, że Platforma Obywatelska, w 2001 roku powstała w oparciu o takie właśnie założenia. Cóż, upłynęło 10 lat i dzisiaj trudno byłoby znaleźć merytoryczne różnice między PO a SLD z okresu 2001-2003. Oceniając expose przez pryzmat tego, czego można było oczekiwać, oceniam je umiarkowanie pozytywnie. Umiarkowanie, ponieważ zapowiedziano w końcu jakieś reformy, pojawiły się konkretne rozwiązania, ale zabrakło wielu istotnych elementów. Dlatego też, bardzo mnie dziwi entuzjazm wielu ekonomistów (między innymi Ryszarda Petru i Krzysztofa Rybińskiego), których szanuję. Nie potrafię wytłumaczyć tego inaczej jak efektem niskiej bazy. Donald Tusk, brakiem aktywności w sferze reform, w całej poprzedniej kadencji, zawiesił widać poprzeczkę oczekiwań bardzo nisko.  

Ad rem. Podstawowym problemem nie jest to co w expose się znalazło, ale to czego w nim nie ma. W kontekście zagrożenia globalnym kryzysem gospodarczym, to wcale nie jest radykalny program cięć, jak przedstawia to partia rządząca. Wreszcie zapowiedziano reformę emerytalną, o której od dawna wiadomo, że jest bezwzględnie konieczna, ale rozwleczono ją w czasie na zbyt długi okres. Nie jest to działanie, które zmienia sytuację, wobec kryzysu, który zdjął już płaszcz w przedpokoju, założył kapcie i zamierza rozgościć się w naszym domu (copyright by Leszek Miller). Ograniczenie przywilejów, likwidacja ulg, podwyższenie składki rentowej, reforma KRUS, przyniosą efekt szybciej, ale nie uratują finansów publicznych państwa. Wątpię czy wystarczą do zmniejszenia deficytu budżetowego, o którym mówił premier. I tyle konkretów. Zapowiedzi usprawnienia postępowań sądowych, ułatwień związanych z uzyskiwaniem pozwoleń na budowę mają już charakter życzeniowy i można mieć spore wątpliwości, czy i kiedy uda się je wcielić w życie.

Czego zabrakło? Przede wszystkim planu cięć wydatków w obszarze szeroko rozumianej administracji publicznej i elementów stymulujących wzrost gospodarczy. Błyskotliwie wypunktował to Janusz Palikot. Muszę przyznać, że pomijając kwestie światopoglądowe i ukłony w kierunku lewicowego elektoratu, które zawarł w swoim wystąpieniu, w zasadzie mógłbym się podpisać pod tym co powiedział. W programie rządu nie ma ani słowa na temat odbiurokratyzowania życia społecznego i to zarówno w zakresie zmniejszenia kosztów administracji jak i zwiększenia swobody gospodarczej. Nic na temat zmiany absurdalnych przepisów prawnych, uproszczenia przepisów podatkowych, stworzenia przyjaznych warunków funkcjonowania dla przedsiębiorców (min. prawo do błędu) i cięć w sferze administracji rządowej (likwidacja wielu agencji rządowych, likwidacja Senatu, zmniejszenie ilości posłów, połączenie ZUS i KRUS). Co ciekawe, Palikot poruszył też kwestię ochrony polskiego rynku przed transferami zysków dokonywanymi przez zagraniczne koncerny do swoich spółek matek, co pozwala im unikać opodatkowania w Polsce (przede wszystkim chodzi o hipermarkety), o czym dotąd wspominał tylko Jarosław Kaczyński.

Na tle konkretnych wystąpień Donalda Tuska i Janusza Palikota, przemówienia pozostałych partyjnych liderów wypadły znacznie słabiej. Jarosław Kaczyński właściwie nie ustosunkował się do propozycji premiera. Wygłosił za to kontra expose, głęboko przesiąknięte deklaracjami ideowymi i po raz kolejny mogliśmy się przekonać, że wszystkie drogi prowadzą do Smoleńska. Szkoda, bo choć bez wielkiego związku z planami rządu, poruszył kilka istotnych kwestii dotyczących członkostwa w UE.

Najwyższa pora, by rozpocząć dyskusję na temat strategii dalszej integracji Polski z Unią. Widać dziś gołym okiem, że cały szereg założeń związanych z funkcjonowaniem europejskiej wspólnoty nie działa, a hegemonia Niemiec i Francji staje się sprawą oczywistą. Niepokoi brak jakiejkolwiek refleksji w tej sprawie, po stronie partii rządzącej, która bez względu na wszystko dąży do wejścia w strefę euro i pełnej integracji. To już nie jest euro entuzjazm, tylko euro fanatyzm. Drugą sprawą jest przyjęcie pakietu klimatycznego. Totalny absurd, a w sytuacji kryzysu wręcz zbrodnia. Klimat jest sprawą globalną, walczyć z emisją gazów cieplarnianych można wtedy, kiedy uczestniczą w tym wszyscy. Jaki sens mają kosztowne ograniczenia, jeżeli największe gospodarki świata, USA i Chiny się do nich nie stosują? To świadome obniżanie konkurencyjności własnej gospodarki w imię unijnej idei fix.

To prawda, że w zwierciadle wczorajszego expose odbija się nijakość zmarnowanej poprzedniej kadencji. Ale nie pozostaje nic innego, jak kibicować rządowi, by tym razem skutecznie zamienił słowa w czyny. Decydująca jest wola polityczna Donalda Tuska. W tym kontekście, szeroko dyskutowana, obsada personalna rządu ma drugorzędne znaczenie. W końcu poprzedni gabinet był rządem stagnacji przede wszystkim  dlatego, że zabrakło woli premiera do realizacji zmian, a nie z powodu braku kompetencji poszczególnych ministrów. Bez takiej woli, nawet rząd złożony z samych uznanych ekspertów nie mógłby liczyć na sukces.