W toczącej się debacie na temat zmian w systemie emerytalnym i
systemów emerytalnych w ogóle brakuje mi jak zwykle zdrowego rozsądku, który
pozwoliłby spojrzeć na ten problem bez zbędnych komplikacji i zaklęć
zwolenników tej czy innej opcji politycznej.
Prosta kalkulacja ekonomiczna
Abstrahując od absurdów obowiązującego systemu ubezpieczeń społecznych
(do czego wrócę za chwilę) rozważmy następujący przykład. Gdyby pracownik, zarabiający
2,500 zł brutto miesięcznie, przez cały 40-letni okres aktywności zawodowej,
lokował co miesiąc 488 złotych na koncie w banku, z rentownością realną 3%
rocznie (po odliczeniu inflacji) i z miesięczną kapitalizacją odsetek, to po
upływie 40 lat pracy dysponowałby sumą 450,000 zł. Potem, wypłacając z własnego
konta co miesiąc 1,800 złotych, a pozostałą sumę lokując na tych samych
zasadach, wystarczyłoby mu środków finansowych na 33 lata życia! Te 1,800 zł,
to dokładnie tyle samo ile otrzymywał na rękę przez 40 lat pracy, ponieważ
2,500 zł brutto = 1,800 zł netto. Proste?
A jak to działa w obowiązującym systemie emerytalnym? Pracownik, który
zarabia 2,500 zł brutto odprowadza co miesiąc do ZUS kwotę 488 złotych (połowa
pomniejsza kwotę brutto, a drugą połowę odprowadza pracodawca). ZUS tych
pieniędzy nigdzie nie lokuje ani, ich nie pomnaża (z wyjątkiem niewielkiej
części, która przekazywana jest do OFE). Państwo wykorzystuje je na
finansowanie bieżących wydatków, w większości marnując je w chorym systemie
redystrybucji. Dzieje się tak dlatego, że składka na ZUS nie jest żadną składką
ubezpieczeniową, tylko zwykłym, ordynarnym podatkiem.
Reforma systemu
Reforma systemu emerytalnego z 1999 roku, zakładała zbliżenie
istniejącego systemu opartego na podatku zusowskim i emeryturach wypłacanych de
facto ze środków budżetowych, do systemu kapitałowego działającego w sposób
podobny do lokaty bankowej z mojego przykładu. Niestety reforma OFE została
schrzaniona. Przeregulowano system, istotnie ograniczając możliwości
inwestycyjne funduszy, ustalono nieefektywny i horrendalnie kosztowny mechanizm
opłat za zarządzanie, które uzależnione są od wielkości powierzonego kapitału
oraz od ustawowo ustalonej marży, a nie od wyników ekonomicznych. W czasach
bessy maleje kapitał, będący zabezpieczeniem uczestników OFE na starość,
natomiast zyski firm zarządzających są zawsze. W dodatku, tylko trzecia część
składki ubezpieczeniowej (37,40%) trafiała do OFE, a po ubiegłorocznej zmianie
w ustawie zmniejszono ją do symbolicznej wielkości (11,78%), pozbawiając ten
system jakiegokolwiek sensu istnienia.
Dzisiejsze propozycje dotyczące wydłużenia wieku emerytalnego to nie
jest żadna reforma, co próbuje nam wmówić propaganda rządowa. To wariant
ratunkowy, konieczny właśnie dlatego, że nikt żadnych reform nie zamierza
przeprowadzać. Nie mam również złudzeń, że zrealizowałaby je któraś z partii
opozycyjnych. W efekcie tych zmian, zwiększy się suma składek wpłacanych do budżetu przez pracujących i zmniejszy się czas korzystania ze
świadczeń emerytalnych przez emerytów. Natomiast cały ten beznadziejny system,
przy pomocy którego robi się z emerytów żebraków wmawiając, że czyni się im
wielką łaskę wypłacając emeryturę, pozostanie bez zmian.
Propozycje rozwiązań
Żaden system nie jest w stanie utrzymać setek tysięcy rozmaitych
uprzywilejowanych emerytów i największej na świecie armii rencistów. Żaden
system nie wytrzyma rozdętych wydatków socjalnych, gigantycznej biurokracji,
wysokich kosztów pracy etc, co można sobie dokładnie prześledzić na przykładzie
Grecji. Potrzebne są odważne, kompleksowe zmiany, na które się nie zanosi. Można
więc śmiało powiedzieć, że realnie nic nie da się zrobić, poza wydłużaniem
agonii zusowskiego systemu ubezpieczeń, co właśnie planuje zrobić Donald Tusk.
Ale rozważmy chociaż teoretyczne możliwości.
Przykład z początku tej notki pokazał, że każdy byłby w stanie zarobić
na swoją emeryturę i to nie niższą od pensji otrzymywanej w okresie aktywności
zawodowej. Co więcej, przy założeniu, że średni okres korzystania z emerytury
wynosi raczej 20 niż 33 lata, można stwierdzić, że składka emerytalna mogłaby
być niższa przynajmniej o ¼, co ograniczyłoby koszty pracy. Jednocześnie należy
przyjąć, że wyspecjalizowana instytucja finansowa byłaby w stanie osiągnąć wyższą
realną rentowność niż 3% rocznie, co dodatkowo poprawiałoby parametry tej
symulacji. Przede wszystkim, należy więc wprowadzić swobodę wyboru formy
oszczędzania na emeryturę. Każdy powinien sam określić instytucję, do której
odprowadza składkę w wysokości nie niższej od wielkości minimalnej. Towarzystwa
Emerytalne musiałyby stworzyć system wzajemnych ubezpieczeń,
który gwarantowałby wypłatę świadczeń, na wypadek bankructwa, któregoś z nich.
Głównym problemem jest brak opcji zerowej. Przez około 40 lat musi więc
obowiązywać jakiś system przejściowy. Jednym słowem, ci którzy teraz zaczynają
pracę powinni oszczędzać już na własną rękę, a świadczenia emerytalne
dzisiejszych emerytów i tych, którzy pracują muszą być finansowane lub dofinansowywane,
w odpowiedniej proporcji, z budżetu państwa, czyli z podatków. Na to nie ma
rady. Skąd brać pieniądze? Tutaj przede wszystkim kłania się reforma finansów
publicznych, ale również likwidacja ZUS lub przynajmniej znaczne okrojenie tej
instytucji i sprzedaż jej olbrzymiego majątku. Jak wynika z początkowego
przykładu, przynajmniej ¼ obecnej składki ZUS również mogłaby być wykorzystana
na ten cel. Co jeszcze? Planując reformę emerytalną z 1999 roku, zakładano
przeznaczenie przychodów z prywatyzacji na specjalny fundusz, który wobec niekorzystnych zmian demograficznych miał gwarantować wypłaty emerytur dzisiejszym czterdziestolatkom i ich dzieciom. Niestety, przez pierwszych
kilka lat w ogóle nie odprowadzano do niego środków, a obecna składka jest o
2/3 mniejsza od zakładanej. Co więcej od dwóch lat, środki z Funduszu Rezerwy
Demograficznej pokrywają braki ZUS-u. Teraz cała nadzieja w łupkach. Tyle, że
bez zmian systemowych, które zmniejszą poziom wydatków państwa, żadna manna z
nieba nie wystarczy.
System kanadyjski
System kanadyjski to jeszcze jedna interesująca koncepcja. Problem w
tym, że ostatnio wspomniało o nim Prawo i Sprawiedliwość, a jak powszechnie wiadomo, cały
mainstream uważa, że cokolwiek powie PiS, musi być idiotyzmem do kwadratu.
Obawiam się więc, że idea została spalona. W skrócie, pomysł sprowadza się do
ograniczenia składek ZUS i przejścia na system minimalnej gwarantowanej
emerytury państwowej. Wszyscy zatrudnieni płaciliby jednakową, niewielką
składkę, a w zamian na starość każdy otrzymałby emeryturę wystarczającą do
przeżycia bez pomocy opieki społecznej. Każdy kto chciałby mieć wyższą
emeryturę, sam musiałby odkładać pieniądze w banku lub funduszu emerytalnym.
I kto to mówił, że klipy reklamowe OFE nie były rzetelne i uczciwe?:)

