Fot. PAP/Tomasz Gzell
Nie wszystkim politykom, uczestniczącym w marszu zorganizowanym w
obronie Telewizji Trwam, maszerowanie wyszło na zdrowie. Głównym przegranym
wczorajszej imprezy został nieoczekiwanie Zbigniew Ziobro. Szef Solidarnej
Polski pokazał coś, co dla mnie od zawsze jest oczywiste – absolutny brak
charyzmy. Pokazał również, że w pobliżu Jarosława Kaczyńskiego ulatnia się
gdzieś jego pewność siebie, wpada w panikę, głos mu się łamie i z dumnego
Zbigniewa robi się spietrany Zbysio. Żałośnie wyglądał ten występ w kontekście prezydenckich
ambicji lidera Solidarnej Polski.
Po wczorajszej manifestacji widać już wyraźnie w jak trudnej sytuacji
jest Zbigniew Ziobro. Podział środowiska Prawa i Sprawiedliwości na PiS i Solidarną
Polskę, od początku był sztuczny. Formacje te, prawie niczym się od siebie nie
różnią. Powstały w wyniku ambicjonalnego sporu liderów, dotyczącego stylu działania
partii, a nie meritum programowego czy kwestii ideologicznych. Wszystko to, ujawniło się teraz w pełnej krasie. Solidarna Polska, z
Ziobrą, Kurskim i socjalnymi hasłami lewicy, nie ma żadnych szans na zajęcie miejsca między
PiS a Platformą Obywatelską. Wczorajszy dzień pokazał, że równie kiepsko rysują
się perspektywy przy prawej ścianie sceny politycznej. Dla radykałów, Ziobro w porównaniu z Kaczyńskim jest nikim. Reakcja demonstrantów na przemówienie lidera SP to świetna
ilustracja tezy, którą w książce „Koniec PiS-u” postawił Michał Kamiński. Po katastrofie
smoleńskiej, twardy radiomaryjny elektorat, związał się emocjonalnie z
Jarosławem Kaczyńskim nie mniej silnie, niż związany jest z ojcem Tadeuszem Rydzykiem.
Dlatego, Ziobro nie ma co marzyć o przejęciu tych wyborców. Jednocześnie, sytuacja
ta cementuje Kaczyńskiego z Rydzykiem, który musi zdawać sobie sprawę, że nie
ma już takiej swobody żonglowania poparciem politycznym, jak w przypadku swoich
wcześniejszych faworytów. Do problemów Ziobry, doszedł wczoraj jeszcze jeden. Dał
się ograć prezesowi PiS, który apelem o jedność, sprytnie przerzucił na niego
odpowiedzialność za rozpad obozu socjalnej prawicy. Pole działania jest więc
niewielkie. Do wyborów jednak ponad trzy lata, więc ziobryści mogą liczyć na
bardziej sprzyjającą koniunkturę polityczną. Gdyby na przykład, Jarosław
Kaczyński zdecydował się odejść w cień, przekazując stery partii komu innemu,
politycy Solidarnej Polski zyskaliby szansę na powrót do macierzystej formacji bez utraty
twarzy.
Wszystko to przywodzi na myśl jeszcze inną refleksję. Przepaść między
Platformą Obywatelską a PiS i SP, jest dziś tak wielka, że trudno sobie
wyobrazić istnienie elektoratu, który mógłby przenosić swoje poparcie między
tymi dwoma, wrogimi wobec siebie obozami. A przecież nie zawsze tak było. W
wyborach 2005 roku, wielu wyborców głosowało na zapowiadaną koalicję POPiS i znaczna
część z nich była skłonna głosować na oba te ugrupowania. Co się z nimi stało?
Spodziewam się, że wobec tak wyraźnej radykalizacji PiS zdążyli się już wykruszyć
z elektoratu tej partii. Z braku rozsądnych alternatyw popierają więc PO, albo
nie głosują wcale. I to jest przestrzeń polityczna, którą można zagospodarować.
Z pewnością większa niż 2%, które uzyskał w ostatnich wyborach PJN. Ciekawe, że
media zdają się tego nie dostrzegać. Wciąż prowadzone są dywagacje na temat
szans ziobrystów, podczas gdy ekipę Pawła Kowala de facto już pogrzebano. Cóż,
dla dziennikarzy nie istnieje polityka poza parlamentem. Niestety również PJN,
mimo imponującej aktywności lidera w sferze polityki zagranicznej, nie ma pomysłu
jak wykorzystać okazję. Potwierdzają to wyniki ostatniego sondażu CBOS-u.
PJN otrzymał tylko 1% poparcia, wobec 3% uzyskanych przez Kongres Nowej Prawicy Janusza
Korwina-Mikkego. Szkoda, bo w przeciwieństwie do KNP, formacja Kowala, Migalskiego i Poncyliusza ma jeden wielki atut
- możliwość zaakceptowania przez mainstream.

