Myślenie o roli Polski w Europie ciągle opiera się na
sławnej przypowieści profesora Bartoszewskiego o brzydkiej pannie, która musi
nadskakiwać potencjalnym adoratorom, mitach o solidarności europejskiej i
strachu, że europejski pociąg odjedzie bez nas. Wszystko to rodzi kompleks
ubogiego krewnego, litościwie wpuszczonego na salony, który powinien być
uprzedzająco grzeczny, nie zabierać głosu nie proszony, słuchać mądrzejszych i
być wdzięczny za każdy akt łaski, który na niego spłynie. W ten sposób
determinowane są nie tylko odczucia społecznie, ale i polityka zagraniczna. Dlatego też, w okresie rządów Donalda Tuska znaleźliśmy się w roli klienta
Niemiec, wierząc że Angela Merkel dbając o swój interes i dla nas załatwi kawałek
tortu. Na krótką metę, taka polityka może być nawet skuteczna, ale strategicznie
odbiera podmiotowość naszej dyplomacji. Po co liczyć się z Polakami, skoro z
góry wiadomo, że Tusk na pewno nie skorzysta z prawa weta (to takie grubiańskie), a ostatecznie i tak zgodzi się na to co ustali kanclerz
Niemiec? Kłopoty zaczynają się wtedy, kiedy wypływa rozbieżność interesów.
Nie zamierzam rozdzierać szat z powodu fiaska piątkowego szczytu
UE, na którym spierano się o podział pieniędzy z europejskiego budżetu. W takiej sprawie zawsze są wygrani i przegrani, a ci ostatni muszą zyskać alibi, że wojowali do ostatka. Nic więc dziwnego, że jeszcze przed
rozpoczęciem szczytu niemal wszyscy przewidzieli finał. Ale przebieg obrad
ujawnił całą miałkość polskiej dyplomacji. Narracja, przed spotkaniem na szczycie, wyglądała z grubsza następująco.
David Cameron, czarny charakter naszej opowieści, wspierany przez przebrzydłego
Kaczora jedzie do Brukseli złupić nasz wdowi grosz. Zjednoczone siły dobra, z
panami Barroso, Van Rompuyem i panią kanclerz Merkel, której dzielnie
asystujemy, odważnie stawią czoła szkodnikowi z Wysp. W ostateczności pogonią
go precz z naszej krainy szczęśliwości. Cóż, delikatnie mówiąc powyższy
scenariusz nieco się posypał. Propozycje Van Rompuya, nie uwzględniające
żadnych oszczędności w rozrastającej się jak nowotwór eurokracji, zostały celnie
wypunktowane przez premiera Wielkiej Brytanii i odesłane na makulaturę, tam
gdzie ich miejsce. Co więcej, ów wredny Cameron wcale nie zażądał cięć w
funduszach przeznaczonych na politykę spójności i na rolnictwo (czyli tych na
którym nam zależy), zajmując stanowisko zgodne z tym co przekazał wcześniej
Jarosław Kaczyński. Ale kto by go tam słuchał? Cały mainstream, z samym
Tuskiem na czele, miał z Kaczora ubaw po pachy. Zamiast izolacji Camerona, powstała
wokół niego koalicja państw płatników netto, do której ochoczo przyłączyła się również
Angela Merkel. Zupełnie mnie to nie dziwi. Już na początku listopada ogłoszono,
że w spawie budżetu Unii, Cameron i Merkel mówią jednym głosem. Szczyt
zakończył się luźną konkluzją, że cięcia nie mogą dotyczyć polityki spójności i
rolnictwa, co natychmiast podchwycił Donald Tusk i próbuje sprzedać jako swój umiarkowany sukces. Jednocześnie nie zauważa, że skrawek materiału którego kurczowo się trzyma to nie spódnica pani kanclerz, tylko nogawka premiera Wielkiej Brytanii. Narracja więc pozostaje
bez zmian. Zło, nadal reprezentuje David Cameron, dobro Angela Merkel, Donald
Tusk jest mężem opatrznościowym, a Jarosław Kaczyński pogubionym na salonach
ćwokiem. Naprawdę niebywałe, że ludzie to kupują.
Wyglądało to słabo, ale stanowisko polskiej dyplomacji i tak nie miało tu większego znaczenia. Cięcia wydatków budżetowych są nieuniknione. Trudno sobie
wyobrazić, by w obliczu kryzysu dokonywano cięć wszędzie poza budżetem
wspólnoty. Kondycja gospodarcza państw Unii Europejskiej stale się pogarsza,
więc presja na oszczędności będzie się zwiększać. Stąd przeciąganie sprawy nie
jest dla nas korzystne. Nie mamy wielkiego pola manewru, ale powinniśmy być na tyle
upierdliwym uczestnikiem negocjacji, żeby w kolejce do golenia przesunąć się na
jak najbardziej odległą pozycję. Wypowiedzi polskiego premiera, w których
nonszalancko oświadcza, że miliard w lewo czy w prawo nie ma dla nas większego
znaczenia, z całą pewnością temu nie służą. Nawet jeśli odpowiada to prawdzie.
Tyle polityka. Ale jest jeszcze meritum. Mam na ten temat pewną
wiedzę praktyczną. Wartość cięć, których należy się spodziewać to naprawdę małe
miki w porównaniu z kwotami, które są marnowane na etapie realizacji inwestycji
z unijnych środków. Skalę marnotrawstwa trudno
oszacować, ale musi być ogromna. W przypadku inwestycji samorządowych i centralnych,
jej źródłem są zbędne inwestycje, sztucznie przewartościowane projekty, kosztowne
technologie, niewłaściwie dostosowane do rzeczywistych potrzeb. Z punktu
widzenia przedsiębiorców, prawdziwą zmorą jest konieczność dopasowania się do
sztywnych, często idiotycznych procedur unijnych i głupoty biurokratów, co również
ma wpływ na efektywność wydatkowanych funduszy. Trzeba pamiętać, że inwestycje
unijne wymagają współfinansowania z innych środków, najczęściej kredytów, które
trzeba będzie zwrócić. Skala marnotrawstwa ma więc znacznie szerszy wymiar. Gdyby
te pieniądze wydawano właściwie, ten sam efekt moglibyśmy osiągnąć mniejszym kosztem.
To jednak niemożliwe, ponieważ nieefektywność jest cechą naszego systemu
urzędniczego i ogólnej kondycji państwa. Musimy więc uzyskać na tyle dużo, by
mimo talentu do marnowania środków, móc się rozwijać.


