Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kurski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kurski. Pokaż wszystkie posty

sobota, 25 lutego 2012

Polityczny szarm



Dlaczego fotka Tadeusza Cymańskiego firmuje mój dzisiejszy wpis? Otóż okazuje się, że nie srogie i krwawe fizis Zbigniewa Ziobro wbijającego gwoździe, wiadomo gdzie; ani nie cyniczny uśmieszek Jacka Kurskiego gmerającego w życiorysie dziadków, wiadomo czyich; tylko oblicze sympatycznego Cymańskiego ma stworzyć nowy wizerunek Solidarnej Polski. Nie oznacza to wcale, że ma on teraz być twarzą tego ugrupowania. Nie, to pozostali liderzy próbują złagodzić swój drapieżny image.

Ziobryści łamali sobie głowę jakby tu odróżnić się od PiS-u, a rozwiązanie okazało się dziecinnie proste. Wystarczy być miłym, sympatycznym, uprzejmym, okazywać szacunek oponentom, prowadzić z nimi spór w oparciu o merytoryczne argumenty, a nie półgębkiem rzucane oskarżenia i jeżeli to tylko możliwe współpracować ponad podziałami politycznymi. Kiedy w trakcie dyskusji nad planowanymi zmianami w ustawie emerytalnej, na grzecznościowe dusery wobec nielubianego premiera zdobywają się tacy politycy jak Zbigniew Ziobro czy Beata Kempa, efekt jest naprawdę piorunujący. Genialne, prawda? I jak fatalnie świadczy o jakości naszej debaty publicznej, skoro już samo zachowanie dobrych manier może być silnym orężem politycznym. Ale to wcale nie był jednorazowy incydent. Klub Solidarnej Polski najwyraźniej eksperymentuje z wizerunkiem. To politycy tej formacji (nie SLD, ani nie PO) złożyli dziewięć brakujących podpisów pod wnioskiem Ruchu Palikota, skierowanym do Trybunału Konstytucyjnego, w sprawie rent i zasiłków dla wdów po górnikach, którzy zginęli w kopalniach. Czyżby nowa jakość w polityce?

Bardzo jestem ciekaw, co na to sondaże. Obawiam się, że twardy elektorat PiS, do którego dotychczas odwoływało się ugrupowanie Ziobry, takiej zmiany nie oczekuje. Te wizerunkowe zabiegi sugerowałyby przemarsz w miejsce między PO i PiS, które chciałby zająć również PJN. I tutaj też jestem sceptyczny. O ile Kowal, Poncyliusz czy Migalski mogą być wiarygodni w umiarkowanej, konserwatywno-liberalnej narracji, to nie widzę na to szans w przypadku Kurskiego i Ziobry, w dodatku z ojcem Rydzykiem na plecach. Gołym okiem widać w tym fałsz, zwłaszcza że jastrzębie z Solidarnej Polski nie czuję się chyba najlepiej w swoich nowych kostiumach. Umówmy się, że łagodny jak baranek Jacek Kurski to jednak dziwadło. No i pozostaje pytanie, jak długo zdołają wytrzymać w nowych rolach?

poniedziałek, 7 listopada 2011

Wielka czystka



Jarosław Kaczyński bardzo lubi odwoływać się do tradycji piłsudczykowskich, ale jego styl sprawowania władzy zdradza raczej fascynacje osobą  Josefa Wissarionowicza, czym z kolei się nie chwali. Wszystkich, którzy przejawiają własne ambicje polityczne lub okazują choćby cień zwątpienia w geniusz posunięć politycznych wodza, odkrawa po kolei niczym plasterki salami. W ten sposób ofiarami despotii padli ci najbardziej oddani PiS-owcy.

To ciekawe, że trzymając się tej historycznej analogii, zwraca uwagę cały szereg skojarzeń personalnych. Ludwik Dorn, błyskotliwy intelektualista, najbliższy współpracownik Jarosława Kaczyńskiego z okresu początków kariery politycznej prezesa, zasłużony działacz Porozumienia Centrum, a potem PiS, nazywany trzecim bliźniakiem, a dzisiaj jak sam o sobie mówi „PiS-owiec na wygnaniu”, to postać przywołująca na myśl osobę Lwa Dawidowicza Trockiego. Zbigniew Ziobro i Jacek Kurski, bez mrugnięcia okiem pomagali eliminować działaczy, którzy zboczyli z wyznaczonej linii partii, a kiedy sami urośli w siłę podzielili los Kamieniewa i Zinowiewa. Na szczęście, dla PiS-owskich renegatów, czasy się odrobię zmieniły. Zmieniły się też metody politycznej anihilacji. Ludwik Dorn, miast wyzionąć ducha z czekanem w czaszce, wrócił w pokutnym worku na PiS-owską orbitę, a Ziobrze i Kurskiemu nie grozi kulka w łeb, po pokazowym procesie, w którym w rolę oskarżyciela wcieliłby się Karol Karski. Za to wymienieni sowieccy towarzysze, jako ofiary stalinowskich czystek, zostali przez historię zapamiętani jako ci dobrzy komuniści, choć byli takimi samymi skurwysynami jak Wujaszek Joe (kto wie czy Trocki nie byłby nawet gorszy). Klasyczny syndrom ofiary. Nasi rozłamowcy, w role ofiar złego despoty, wcielili się tylko chwilowo, więc nie mogą liczyć na podobną ułomność historycznej pamięci.

Aż trudno się oprzeć pokusie, by jeszcze przez chwilę pozostać w tej konwencji, poszukując dalszych personalnych podobieństw. W rolę uzdolnionego politycznie, bezwzględnie lojalnego Mołotowa, najlepiej wcieliłby się, nieżyjący już, Przemysław Gosiewski. Wobec braku tej możliwość, godnie mógłby go zastąpić, pozbawiony własnych ambicji politycznych, Adam Lipiński. Wizerunek polityczny i dotychczasowa kariera, doskonale predysponują Mariusza Kamińskiego, by z oskarową finezją zmierzył się z postacią Ławrientija Berii. Tylko którą figurą, w tym historycznym pasjansie, zostałby Antoni Macierewicz? Feliks Edmundowicz Dzierżyński? To chyba zbyt łatwe skojarzenie. I byłby tu pewien anachronizm wobec pozostałych członków obsady.

Ale żarty żartami, a chyba warto rzucić okiem na prawdopodobne scenariusze polityczne. Inicjatywa „ziobrystów” bardzo zaszkodzi PiS. Rozłamowcy z PJN mogli liczyć na przejęcie części zwolenników PO, oraz wyborców o sympatiach konserwatywno-liberalnych, którzy nie biorą udziału w wyborach ponieważ nie ma dla nich oferty politycznej. Profil „ziobrystów” plasuje ich na prawo od PiS, a tam mogą walczyć jedynie ze swoją byłą partią, o ten sam elektorat. Taka walka nie przyniesie ani jednego, nowego głosu, za to ubyć może sporo, bo kłótnie w rodzinie zawsze zniechęcają wyborców. Ale i sam PiS, w ciągu dwóch najbliższych lat, ulegnie istotnym przeobrażeniom. Mariusz Kamiński, który najprawdopodobniej zajmie stanowisko wiceprezesa, zwolnione przez Zbigniewa Ziobrę, zbuduje w tym czasie silną pozycję w partii. I paradoksalnie, dostanie to, czego teraz chciał Ziobro. Zostanie namaszczony na następcę, a realna władza w partii będzie stopniowo przechodzić w jego ręce. Jarosław Kaczyński pozostanie guru narodowej, socjalnej prawicy, ale zadowoli się rolą mentora i patrona inicjatyw politycznych. Będzie miał podobną pozycję do tej, którą  Aleksander Kwaśniewski cieszy się na lewicy.

Nie można zapominać, że wszystkie te zmiany będą miały miejsce w kontekście starcia z kryzysem, co moim zdaniem doprowadzi do rozbicia Platformy Obywatelskiej. Wiele wskazuje na to, że w bieżącej kadencji, polską politykę czeka wielka czystka. Za 4 lata (kto wie czy nie szybciej) będziemy mieli do czynienia z kompletnie przemodelowaną sceną polityczną.


*****

Zabawa w skojarzenia historyczne dotyczy wyłącznie pewnych podobieństw w stylu uprawiania polityki. Aż tyle i tylko tyle. Proszę więc nie czynić mi zarzutów, iż w sposób niegodziwy porównuję współczesnych polskich polityków do komunistycznych zbrodniarzy. Nie było to moją intencją.

środa, 26 października 2011

Skruszony beton


Rys. Andrzej Mleczko 

Jeszcze trzy miesiące temu wydawało się, że polska scena polityczna jest zabetonowana na wieki. Komentatorzy polityczni prześcigali się w biadoleniu, że tort został podzielony między dwie duże partie, splecione w konwulsyjnym zwarciu, i co najwyżej okruszki dostać się mogą pozostałym. Wybory parlamentarne skruszyły ten beton.

Pierwszy, betonową ścianę sforsował Janusz Palikot. Spektakularnym wejściem smoka zdekomponował sejmowy układ sił. Nagle okazało się, że Donald Tusk ma znacznie szersze pole manewru niż wcześniej i Waldemar Pawlak musi być czujny. Przy okazji, szermując nośnymi hasłami światopoglądowymi i obyczajowymi, niczym drogowym walcem, rozjechał lewicową konkurencję, błyskotliwie przejmując jej elektorat. Okazało się, że Sojusz Lewicy Demokratycznej nie ma monopolu na te postulaty, a wyborcy wolą płonącą pochodnię niż świeczkę i ogarek, palone po społu diabłu i panu Bogu. Koniec końców, tradycyjna lewica stała się dziś marginesem, bez pomysłu na przyszłość, z Leszkiem Millerem, symbolem poprzedniej klęski na czele. W otwartą ranę wdała się gangrena, do sporów personalnych i ideowych, dołączyły niejasne rozliczenia finansowe z kampanii wyborczej. Nie uronię łzy, na pogrzebie tej formacji politycznej.

Ale najbardziej pasjonujące rzeczy dzieją się w Prawie i Sprawiedliwości. Prezes Kaczyński zadeklarował odstąpienie od powyborczych rozliczeń, a tu grupa prominentnych posłów PiS ma odmienne zdanie na ten temat. Krótko po ogłoszeniu wyniku wyborów, z wewnątrz partii zaczęły docierać nieśmiałe grymasy, aż w końcu defetyzm wylał się na powierzchnię. Saperem, który zdetonował bombę okazał się Tadeusz Cymański, mówiąc o konieczności reformowania partii i w krótkich żołnierskich słowach, wyrażając dezaprobatę dla przybocznych pochlebców prezesa. Wkrótce okazało się, że nie działał sam. W grupie dywersyjnej są Zbigniew Ziobro oraz Jacek Kurski, z nie do końca przejrzystą frakcją tzw. „ziobrystów”. I tu małe deja vu. Po kampanii prezydenckiej, rozłamowcy z PJN też próbowali się przebić z pomysłami odnowy partii, a jeszcze wcześniej Ludwik Dorn z kolegami z późniejszej Polski Plus (swoją drogą interesujące, że wszyscy renegaci z PiS, zawsze szukają schronienia pod szyldem zaczynającym się górnolotnie od słowa „Polska”). Jawna krytyka Jarosława Kaczyńskiego, nikomu z nich nie wyszła na dobre.

Teraz może być trochę inaczej, choć zapowiada się podobna rozgrywka. Chór partyjnych hipokrytów coraz śmielej krytykuje reformatorów. Sam prezes, w swoim stylu, upokorzył dziś obu harcowników na forum klubu. Czeka ich więc podróż na kolanach do Canossy, w worku pokutnym, albo wykluczenie z partii. Ale Ziobro z Kurskim musieli mieć w głowie jakiś scenariusz, podejmując swoją akcję. W zasadzie, nie mają wiele do stracenia. Bezrobocie, poza polityką, grozi im dopiero za niecałe 3 lata, a wiedzą doskonale, że z dzisiejszym PiS-em i tak nie ma co marzyć o wygrywaniu wyborów. Tak czy inaczej ferment się rozpoczął. Gra idzie o osłabienie pozycji Jarosława Kaczyńskiego, co umożliwiłoby przejęcie władzy w partii. Alternatywą jest budowa nowego ugrupowania.

Choć obu liderów wewnętrznej opozycji PiS-owskiej uważam za ucieleśnienie najgorszych cech tej partii, to trzymam za nich kciuki. Dlaczego? Nie wierzę w reformowanie PiS-u. PiS to Jarosław Kaczyński, a on jak kameleon może się zmieniać na potrzeby kampanii wyborczych, ale nie potrafi, ani nie chce zmienić się trwale. Liczę na to, że reformatorski zapał Kurskiego i Ziobry prędzej czy później wysadzi PiS w powietrze. Dopiero na gruzach tej partii może powstać sensowna konserwatywno-liberalna ofera polityczna, skoncentrowana na programie gospodarczym. Oczywiście bez Kurskiego i Ziobry (ich miejsce widzę w jakiejś nowej formacji w stylu LPR), ale mam nadzieję, że z Pawłem Kowalem. Przewiduję też zresztą rozpad PO, wykrwawionej w starciu z kryzysem, więc szanse na całkiem nowe otwarcie wydają się wcale nie małe.  A czasu jest sporo. Pozostaje cierpliwie czekać.