Pokazywanie postów oznaczonych etykietą demokracja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą demokracja. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 8 lutego 2015

Na kogo zagłosuję w wyborach prezydenckich?


Kampania wyborcza to zawsze festiwal hipokryzji. Pełen socjotechniki spektakl, który dodatkowo psuje ułomny i tak ustrój polityczny jakim jest demokracja. Zainteresowani polityką nie potrzebują kampanii żeby wiedzieć kogo chcą poprzeć w wyborach. Reszta najlepiej niech nie głosuje wcale. Jeżeli pójdą to urn wybiorą najprzystojniejszych, najładniej opalonych albo tych, którzy obiecają najwięcej.

Na kogo więc zamierzam głosować? W pierwszej turze wyborów oddam swój głos na Janusza Korwin Mikkego. Wcale nie dlatego, że jest najlepszym kandydatem na prezydenta (nie ma zresztą najmniejszych szans na ten urząd). Uważam natomiast, że im lepszy wynik osiągnie w wyborach prezydenckich, tym większe są szanse jego partii na przekroczenie progu w nadchodzących wyborach parlamentarnych. Od lat nie mogę doczekać się udziału konserwatywnych liberałów w pierwszej lidze polskiej polityki, w końcu jest na to szansa więc trzeba ją wesprzeć. Bardzo jestem ciekaw działalności korwinistów w Sejmie. Mam jedynie nadzieję, że JKM nie zaprzepaści szans swojego ugrupowania jakimś wygłupem czy ekstrawagancją w swoim stylu.

A co w drugiej turze? Sądzę, że wbrew buńczucznym zapowiedziom polityków obozu rządzącego, druga tura wyborów prezydenckich się odbędzie. Zmierzą się w niej Bronisław Komorowski i Andrzej Duda. Moje doświadczenie zawodowe wskazuje, że w zarządzaniu nie ma nic gorszego niż nie ostre kompetencje poszczególnych osób i rozmyta odpowiedzialność. To doskonały przepis na porażkę, w której każda ze stron odpowiedzialność widzi w działaniach bądź zaniechaniach adwersarza. Konstytucyjne uprawnienia prezydenta w Polsce są niby nie wielkie, pozwalają jednak blokować inicjatywy rządu i odgrywać destrukcyjną rolę w polityce. Nigdy nie zapomnę Kwaśniewskiemu zawetowania ustawy wprowadzającej liniowy PIT w 1999 roku. Dobrze pamiętam też wojnę o krzesła z czasów prezydentury Lecha Kaczyńskiego, nie wchodząc tu w dyskusję, kto ponosił większą winę za tę sytuacją.

Skoro więc, nie można dodać prezydentowi uprawnień (tworząc system prezydencki), ani odebrać mu tych, które ma sprowadzając formalnie jego rolę do strażnika żyrandola w pałacu, najlepiej żeby prezydent i premier należeli do tego samego obozu politycznego. Wtedy prezydent nie przeszkadza rządowi i jego rola sprowadza się głównie do obowiązków reprezentacyjnych. Dzięki temu, wiadomo przynajmniej kto odpowiada za efekty rządzenia. Z tej perspektywy nie ma też większego znaczenia co kandydaci powiedzą w kampanii wyborczej.

Zgodnie z powyższą logiką, mój wybór w drugiej turze wyborów prezydenckich będzie spekulacją. Jeżeli uznam, że większe szanse na stworzenie rządu po wyborach do Sejmu ma PiS, zagłosuję na Andrzeja Dudę, jeśli więcej będzie wskazywało na PO, oddam głos na Bronisława Komorowskiego. Nie chcę sobie nawet wyobrażać jaki chaos zapanuje w polskiej polityce jeżeli wyborczy werdykt zmusi do kohabitacji Andrzeja Dudę z rządem Platformy Obywatelskiej, albo Bronisława Komorowskiego z rządem Prawa i Sprawiedliwości.

poniedziałek, 19 listopada 2012

Nowe przyszło piechotą



Sensacyjna zmiana szefa Polskiego Stronnictwa Ludowego wzbudziła masę rozmaitych komentarzy i spekulacji, wśród nich zachwyty nad wewnętrzną demokracją PSL i nadzieje, że pozytywna energia płynąca z kongresu ludowców opromieni całą sceną polityczną. To zabawne, że wystarczyło jedno takie wydarzenie, by w partii będącej dotąd wzorcem z Servres oportunizmu politycznego, nepotyzmu i kolesiostwa zobaczyć ostoję demokracji.

Co się stało?
Żeby ta sensacja mogła się wydarzyć Janusz Piechociński musiał wykonać solidną pracę w terenie budując sobie poparcie, a osłabienie pozycji Waldemara Pawlaka musi być większe niż ktokolwiek przypuszczał, skoro jego kandydatura w ogóle znalazła się w strefie ryzyka. Wygląda jednak na to, że decydujący był przypadek (tu zgadzam się z opinią Jacka Żakowskiego wypowiedzianą w programie „Loża Prasowa”). Peeselowscy włościanie najwyraźniej chcieli sprzedać kuksańca sołtysowi. A juści! Niech se ino nie myśli, buc jeden, coby u nas demonkracji nie było i o tak se, znowu bedzie sołtysem. Nie ma to tamto. Entuzjastów wychowywania władzy poprzez wymierzanie kuksańców znalazło się zbyt wielu, więc ku ogólnemu zdumieniu miast poturbować lekko, ukatrupili sołtysa. Za taką tezą przemawia całkowite zaskoczenie rozwojem wydarzeń aktywistów PSL-u, nie wyłączając samego szczęśliwego elekta. Nie jestem fanem walorów intelektualnych działaczy tej partii, niemniej jednak nie sądzę, by byli ostatnimi kołkami, nie czującymi zupełnie pulsu swojej formacji. Wszystko wskazuje więc na to, że nowe nie przyjechało czołgami na czele silnej armii, a przyszło piechotą, samotnie, nawet bez gwardii przybocznej, z teczką i głową pełną idealistycznych wizji. 

Co z PSL?
Nie mam pojęcia co zrobi Piechociński, ale wiem co zrobić powinien. Jeżeli okaże się takim pięknoduchem jak wynikałoby to z jego deklaracji na Kongresie PSL, nie wróżę mu długiej kariery. Już na starcie jest dużo słabszym szefem niż Waldemar Pawlak. Klub PSL w Sejmie to jego opozycja wewnątrzpartyjna, więc najgłupsza rzecz jaką można zrobić to pozostawić Pawlaka w rządzie. Władza to struktury rządowe, skąd spływają dobra i łaski w ręce poddanych. Jeśli dysponentem konfitur pozostanie dotychczasowy prezes, będzie to prosta droga do tego, by być królem bez królestwa. Sama praca w terenie nic nie da, jeśli zwolennicy Piechocińskiego wciąż będą patrzeć przez szybę jak ucztują wasale Pawlaka. A sam Pawlak dysponując instrumentami władzy będzie bardzo groźnym przeciwnikiem. Z tej perspektywy, ogłoszona w afekcie rezygnacja poprzednika to wymarzony prezent dla elekta. I samobój Pawlaka. Tym bardziej, że dzięki temu nowy szef partii nie musi nawet brudzić sobie rąk. Teki ministra może przecież nie obejmować, wystarczy, że desygnuje zaufanego kandydata, który nie znarowi się od nadmiaru zaszczytów. To dopiero byłby fundament, na którym realnie można próbować coś zmieniać. Jeśli Piechociński nie skorzysta z tej sytuacji to być może jest przyzwoitym człowiekiem, za to na pewno kiepskim politykiem. I gorzko tego pożałuje.

Co z koalicją?
Zmiana na stanowisku szefa PSL nie zagrozi trwałości koalicji rządzącej, ale dla PO raczej nie jest to dobra nowina. Donald Tusk będzie musiał mierzyć się z nowym partnerem, po którym nie wiadomo czego można się spodziewać. W dodatku, partner koalicyjny stanie się teraz bardziej aktywny niż dotychczas, ponieważ nowy wódz będzie chciał odcisnąć swoje piętno u steru władzy. Trza w końcu jakoś pokazać, że coś się zmieniło, nawet gdyby miał to być jedynie face lifting. Do tego dojdą tarcia między nowym prezesem a żołnierzami Pawlaka okupującymi klub parlamentarny, co premier będzie próbował umiejętnie rozgrywać. Tak czy inaczej, należy spodziewać się większej dynamiki, a jak wszystkim wiadomo, Donald Tusk za dynamiką nie przepada.

niedziela, 16 września 2012

Republika bananowa



„Myślenie o IV Rzeczpospolitej nie wynika z kaprysu znudzonego umysłu czy z woluntarystyczno-rewolucyjnych sympatii. Wynika z przekonania, że grozi nam nawet nie tyle katastrofa, ile miernota, prowincjonalizm, dryfowanie, poczucie bezradności, a przede wszystkim próżnia władzy”

Kto zgadnie kogo zacytowałem na wstępie? Któregoś z ideologów Prawa i Sprawiedliwości? Nic bardziej błędnego. To słowa Pawła Śpiewaka, socjologa, byłego posła Platformy Obywatelskiej, z artykułu, który ukazał się na łamach Rzeczpospolitej w styczniu 2003 roku. Któż dzisiaj pamięta, że hasło IV RP, pojawiło się jako postulat odnowy moralnej państwa, zgłaszany przez zmierzającą do władzy koalicję POPiS? Po wyborach 2005 roku, odnową moralną zajęła się inna, wątpliwa moralnie koalicja i wszyscy wiedzą jaki był finał. Niestety, wraz z szyldem skompromitowano również samą ideę.

Jeśli kogoś szokuje efekt prowokacji, przeprowadzonej przez dziennikarzy Gazety Polskiej Codziennie wobec prezesa Sądu Okręgowego w Gdańsku, powinien się zastanowić czy ma jeszcze kontakt z rzeczywistością. Oto Polska właśnie. Kraj, w którym z zadęciem opowiada się o niezawisłości sądów i niezależności prokuratury, a funkcjonariusze państwowi zatrudnieni w tych instytucjach bez szemrania oddają się do pełnej dyspozycji rządzących (prowokacja GPC). Kraj, w którym oszust finansowy, mimo kilku wyroków skazujących może nadal funkcjonować w biznesie, zakładać nowe spółki, zasiadać w zarządach i radach nadzorczych (afera Amber Gold). Kraj, w którym spółki Skarbu Państwa stanowią łup polityczny i prywatny folwark rządzących polityków, gdzie kadry ustawiają chłopaczkowie haratający w gałę z premierem (afera taśmowa, a wcześniej prowokacja dziennikarzy TVN wobec dyrektora oddziału ARR z PSL). Kraj, w którym minister obrony narodowej nie płaci żadnej ceny za dwie największe w dziejach Polski katastrofy lotnicze, z udziałem samolotów, za które odpowiadało podległe mu ministerstwo. Kraj, w którym kupuje się posłów oferując im osobiste korzyści (taśmy Beger). Kraj, w którym „samobójstwa" w celi są ulubionym hobby świadków zatrzymanych w związku z prowadzeniem śledztw dotyczących powiązań przestępców ze światem polityki. I tak dalej, etc, niezależnie od tego, które ugrupowanie dzierży akurat ster rządów.

W wypadku gdańskiej prowokacji będzie tak samo jak zawsze. Zapowiadane z marsowym obliczem kontrole wykażą niezbicie, że ten pożałowania godny incydent był na szczęście wypadkiem odosobnionym. Będziemy mogli odetchnąć z ulgą. Państwo zdaje egzamin, choć czasem zdarzają się potknięcia.

Diagnoza, która legła u podstaw koncepcji IV RP jest wciąż aktualna. To państwo nie działa i żadne kosmetyczne reformy tego nie zmienią. Istniejący system polityczny, z nabożną czcią nazywany przez polityków demokracją jest ledwie jej fasadą, a w istocie oligarchią partyjną. W ramach demokratycznych reguł gry zmiana tego systemu jest prawie niemożliwa bez woli partii politycznych, które musiałyby tu zadziałać wbrew swoim partykularnym interesom. A więc klincz. Dlatego ani jednomandatowe okręgi wyborcze, ani likwidacja senatu, ani zmiana reguł finansowania partii politycznych, ani żadne inne inicjatywy ustrojowe nie mają szans na realizację. Przynajmniej dopóki demos się nie wpieni i korekta demokracji nie dokona się przy pomocy kamieni i butelek z benzyną.

wtorek, 15 maja 2012

Prowokacja


fot. Grzegorz Celejewski

Prowokacja! Słowo to robi w ostatnich dniach oszałamiającą karierę. W piątek, w Sejmie i przyległościach, wszyscy prowokowali wszystkich, a przynajmniej takie można odnieść wrażenie słuchając podnoszonych zarzutów. Donald Tusk sprowokował Jarosława Kaczyńskiego, Kaczyński Palikota, a ten z kolei posła SLD. Ewa Stankiewicza prowokowała Stefana Niesiołowskiego, marszałek Ewa Kopacz związkowców z Solidarności, a koalicja rządowa wszystkich Polaków sprzeciwiających się podniesieniu wieku emerytalnego. Uff, nie wiem czy nie pominąłem jakiejś ważnej prowokacji. W całej tej hałastrze prowokatorów był jednak ktoś kto nie prowokował. A raczej obawiając się, że sprowokować może, nie robił tego co należało zrobić. Tym zbiorowym ktosiem jest niestety policja, która bezradnie przyglądała się radosnej twórczości związkowców szarpiących się z posłami usiłującymi przełamać blokadę Solidarności oblegającej Sejm. Ograniczenie swobody obywatelskiej jest pogwałceniem prawa i podstawowych reguł demokracji, którą wszyscy chętnie wycierają sobie gębę, wtedy kiedy im to pasuje. I nie ma tu nic do rzeczy fakt, że w głębi duszy mało kto tych biednych posłów żałuje.

Związki Zawodowe są niezwykle destrukcyjnym uczestnikiem demokratycznego systemu władzy.  A kiedy są silne, tak jak w Polsce, politycy stają się zakładnikami działaczy związkowych brnąc w populistyczne obietnice. Karykaturę liberalnej gospodarki, którą mamy okazję doświadczać, w znacznej mierze zawdzięczamy związkokracji. Utrzymywanie nierentownych przedsiębiorstw i całych branż, wysokie koszty prywatyzacji, masa przywilejów socjalnych, nadmierny fiskalizm, to wszystko haracz jaki płacimy w imię spokoju społecznego, którego depozytariuszem są związki zawodowe. Demonstracje, pikiety, protesty i marsze są pełnoprawnym elementem systemu i nie ma co się na to obrażać. Czym innym jednak jest przekraczanie granic prawa, co miało miejsce w piątek. Nie rozdzierałbym szat i byłbym nawet skłonny zbagatelizować to krótkotrwałe „aresztowanie” posłów w Sejmie, widząc w tym akt o charakterze symbolicznym, gdyby szef Solidarności zadeklarował post factum, że metod tego rodzaju nie zamierza więcej stosować. Tak się jednak nie stało. Piotr Duda zaprezentował niesłychaną butę lansując śmiałą tezę, iż związkowcy chronili posłów przed gniewem ludu, z którym spotkaliby się na ulicy. Taki tekst, jako żywo przypomina argumentację stosowaną przez gangsterów wymuszających haracze za rzekomą ochronę. Duda, niczym ojciec chrzestny wydał rozkaz żeby nikogo z Sejmu nie wypuszczać i jego zdaniem posłowie mieli obowiązek się do niego stosować, cytuję: „Bezczelność i głupota tego posła (Pawła Suskiego z PO). Nie dość, że źle zagłosował, myślał bezmyślny poseł, że on wyjdzie bo ma immunitet. To my cię chłopie tu chronimy, żeby ci się nic gorszego nie stało. Niech przeprosi ten poseł za to, że tak głosował. Rozkaz był jeden, że nikt nie wychodzi”.

Duda to przeciwnik zupełnie innego kalibru niż niezbyt lotny i ciepło kluchowaty Janusz Śniadek. Twardy, charyzmatyczny fighter, któremu bardzo szybko wyrastają skrzydła. Piątkowa awantura to mimo wszystko drobiazg, gorzej gdyby wkrótce okazało się, że przewodniczący zasmakował w takich akcjach. W przededniu EURO 2012 mogłoby to być groźne. Łatwo sobie wyobrazić scenariusz, zgodnie z którym podobne ekscesy mają miejsce przy okazji licznie organizowanych protestów w trakcie piłkarskiej imprezy, choćby jakaś blokada paraliżująca miasto w dniu meczu, uniemożliwiająca dotarcie na stadion. I tu znowu pojawia się słowo – prowokacja. W takich okolicznościach, policja zostałaby zmuszona do znacznie bardziej stanowczej reakcji niż w ubiegły piątek. A stąd już tylko krok do ulicznych zamieszek. Taki rozwój wypadków zapewne bardzo by odpowiadał prezesowi PiS, który niestrudzenie próbuje zbudować obraz sytuacji oparty na kliszy z 1980 roku, gdzie słuszny gniew ludu stanął na przeciw kordonu ZOMO. Mam nadzieję, że szef Solidarności nie pozwoli się wykorzystać w ten sposób. Zakładam, że zdaje sobie sprawę z błędów popełnionych w piątek a jego postawa jest nieodzownym atrybutem budowanej legendy twardego lidera związku.

wtorek, 8 maja 2012

Ta ostatnia niedziela



Trudno było kibicować wyborom prezydenckim we Francji, bo jak tu wybierać między dżumą a cholerą? Zupełnie jak u nas. Wyborcze zmagania nad Sekwaną to świetna ilustracja absurdów demokracji. Zwycięzcą został socjalista, który w swej kampanii upchnął wszystkie lewicowe idiotyzmy jakie można sobie wyobrazić, z górnym progiem podatkowym na poziomie 75%, skróceniem tygodnia pracy, obniżeniem wieku emerytalnego, tworzeniem miejsc pracy w sferze budżetowej i zwiększeniem deficytu budżetowego. Wszystko to, rzecz jasna, recepty na kryzys finansowy. Ale francuski lud zakochany w zdobyczach wielkiej rewolucji francuskiej (egalite, fraternite) ucieszył się niezmiernie, że już nie trza zaciskać pasa, bo lewicowy geniusz niczym Robin Hood czy inny Janosik zabierze wrednym burżujom, rozda pozostałym, znakiem czego zapanuje powszechna szczęśliwość i sprawiedliwość, koniecznie społeczna. I jak tu na takiego nie zagłosować? Co ciekawe, wszystkie te postulaty (poza wzrostem deficytu) jakże bliskie są sercu naszych „prawicowych”, pożal się Boże, polityków. W tym kontekście nie może dziwić, że nie tylko Miller i Palikot, ale również politycy PiS i Solidarnej Polski trzymali kciuki za zwycięstwo socjalisty Hollande’a.

Irytującą właściwością demokracji jest to, że wszystkie te bzdety wygłaszane w trakcie kampanii wyborczej uważa się za kłamstwa uświęcone niemal procesem elekcji. Komentatorzy tłumaczą, że kampania ma swoje prawa, więc pleść androny można bez konsekwencji, a zwycięski Hollande i tak zrobi co innego niż zapowiadał, czyli zachowa się rozsądnie. Czerwona małpa z brzytwą nie jest więc groźna, bo wymachiwanie tym ostrym narzędziem to tylko taka zabawa na użytek jełopów… to jest zbiorowej mądrości ludu. Co to za krzywy system polityczny, w którego reguły wpisane jest powszechnie akceptowane kłamstwo wyborcze? U nas podobne hucpy kwituje się frazesami na temat młodej, ułomnej jeszcze demokracji. Ale we Francji? Jedyna odmienność jaką można dostrzec, to różnica klas rywali, którzy potrafią godnie przegrać. W końcu elegancja-Francja.

W kategoriach europejskich, porażka Sarkozego to przede wszystkim rozpad burzliwego romansu tandemu Merkozy, który przewodził licznym szczytowaniom ku chwale UE. Wprost nie mogę się nadziwić, jak szybko zmienia się punkt widzenia mainstreamowych mediów. Kiedy trzy miesiące temu zgłaszałem szereg wątpliwości do paktu fiskalnego (ukochanego dziecka Merkozy), twierdząc że to pozorowanie walki z kryzysem, a nie realne działania, mainstream widział w tym wybawienie od zła wszelkiego. Do tego stopnia, że racją stanu stał się nasz udział w tym przedsięwzięciu, choć syf w strefie euro to nie nasza broszka. I jak na europejskiego prymusa przystało, za kilka mld EUR pożyczki do MFW, kupiliśmy sobie bilet do tego zacnego grona (niestety bez wyszynku). Teraz, kiedy kolejne kraje strefy euro, kręcą nosem na ów genialny pakt, dowiaduję się z mediów, że to od początku zła koncepcja była, a Monsieur Hollande, czołowy krytyk tego projektu jawi się nową nadzieją Europy. Biedna pani kanclerz. Świeżo upieczony pryncypał Francji to znacznie mniej atrakcyjny kandydat na politycznego kochanka. Nowy mariaż, ochrzczony już szyldem Merllande, nie zapowiada sielanki. 

sobota, 7 kwietnia 2012

Albo strażnik żyrandola albo głowa państwa



Kochani politycy i dziennikarze. Zerknijcie łaskawie w kalendarz. Pleciecie w kółko dyrdymały na temat przyspieszonych wyborów i wszystko się wam pomerdało. Przyspieszenie, owszem, jest teoretycznie możliwe w przypadku wyborów parlamentarnych, ale wyścig do prezydentury  to horyzont ponad trzech lat. No chyba, że zgodnie z trendem obowiązującym w tym sezonie w Europie, nasz gajowy wplącze się w jakiś skandal obyczajowy, weźmie łapówkę, przepisze od kogoś pracę doktorską czy wywinie jakąś równie krzywą akcję. Póki co, nic na to nie wskazuje, zresztą nasi politycy nie przejmują się takimi duperelami jak osobista kompromitacja. Po co więc teraz te emocje związane z przyszłym lokatorem dużego pałacu?

Dzisiejszej deklaracji Jarosława Kaczyńskiego, na temat startu w wyborach prezydenckich, nie należy czytać w kontekście przyszłej prezydentury. Jest jedynie elementem bieżącej gry politycznej. Prezes PiS naprawił wcześniejszy błąd. Rezygnacja z ambicji prezydenckich otworzyła pole dla Zbigniewa Ziobro, na którym mógłby budować autorytet najpoważniejszego kandydata socjalnej prawicy w przyszłych wyborach, z czego skwapliwie skorzystał. Koniec kropka, cała sensacja. Ale nie ma tak łatwo. Kaczor zmienił zdanie, więc huzia na Józia, tak jakby kłamstwo, pokrętność i mydlenie oczu nie były główną cechą polityków. Zawsze to dobra okazja, by hipokryta Kajdanowicz nie mógł się nadziwować upadkowi obyczajów w polityce.

Polityka naprawdę przestała się różnić od telewizyjnego show. Liczy się to, co można sprzedać krzykliwym nagłówkiem albo na żółtym pasku w programie informacyjnym. Politycy podejmują tę grę. Autopromocja zastąpiła treść. I niema nikogo kto zachowałby trzeźwość umysłu w tym szaleństwie. Zamiast żonglować kandydaturami na prezydencki stolec, który nawet jeszcze nie majaczy na horyzoncie, warto chyba zastanowić się nad sensownością istniejącego ustroju politycznego? Po co nam w ogóle prezydent, z miernymi kompetencjami i silnym mandatem społecznym pochodzącym z wyborów powszechnych? Jakie są efekty takiego modelu władzy mieliśmy okazję się przekonać. Kiedy głowa państwa jest w opozycji do rządu, pojawia się dwugłos u steru władzy i spór kompetencyjny z przysłowiową bitwą o krzesła. Jeżeli prezydent wspiera rząd, staje się kompletnie zbędnym głosicielem oczywistych komunałów, co możemy obserwować w trakcie bieżącej kadencji. Oba warianty są absurdalne. Zlikwidujmy więc w cholerę ten urząd, albo przynajmniej sprowadźmy rolę pary prezydenckiej wyłącznie do reprezentacji, na wzór księcia Williama i księżnej Kate. Już bez bizantyjskiego budżetu na utrzymanie kancelarii i z prezydentem wybieranym przez parlament.

Jest jeszcze drugi wariant. Zmiana systemu parlamentarnego na prezydencki, gdzie realną władzę dzierży prezydent wybierany w wyborach powszechnych. Silny mandat do rządzenia, przy jednoczesnym ograniczeniu roli władzy ustawodawczej dawałby szansę na zmianę jakości w polityce. Albo strażnik żyrandola albo głowa państwa. Warto się na coś zdecydować. Dzisiejszy model jest najgorszy z możliwych. Szkoda, że klasa polityczna zupełnie nie interesuje się tą sprawą. Zmiana konstytucji wymaga szerokiego konsensusu. Bez istniejącej w przestrzeni publicznej debaty na ten temat, taki projekt nigdy nie będzie miał szansy dojrzeć do realizacji. Tuning polskiej demokracji postulowałem już wcześniej. Proponowałem wtedy długie vacatio legis (nawet 10 czy 15 lat) dla tego typu zmian konstytucyjnych. Po to, by dyskusja na temat fundamentów ustroju politycznego nie toczyła się w cieniu partykularnych interesów poszczególnych partii, szacujących swoje szanse w najbliższych wyborach.

Wiem, że to głos wołającego na puszczy. Rozumowanie w kategoriach interesu państwa, w dodatku w perspektywie dekad, a nie najbliższych miesięcy, naszym politykom jest obce. W końcu jakie horyzonty intelektualne mogą mieć ludzie, którzy nie potrafią umiejscowić w czasie Powstania Warszawskiego?


WESOŁYCH ŚWIĄT!

czwartek, 1 marca 2012

Białoruski paradoks



Przedwczoraj, wydarzeniem dnia stało się wydalenie z Białorusi ambasadorów Polski i Unii Europejskiej oraz wezwanie na konsultacje do Mińska, białoruskich dyplomatów z Warszawy i Brukseli. To odpowiedź Aleksandra Łukaszenki na kolejne sankcje, wprowadzone przez UE. Unia domaga się demokratyzacji białoruskiego reżimu, przestrzegania praw człowieka i zaprzestania prześladowań opozycji. Unijne żądania, wszystkim wydają się tak oczywiste, że nikt nawet nie zastanawia się, czy demokratyczna Białoruś jest aby na pewno w interesie Polski.

Białoruś to kraj bez historii państwowości, bez świadomości narodowej, bez języka zakorzenionego w kulturze, za to z głębokim poczuciem bliskości z Rosją. Kraje te łączą więzi językowe, religijne, wspólnota historii i nostalgia za czasami sowieckimi, kiedy to Białoruś była jedną z najlepiej rozwiniętych republik radzieckich. Istnieją też bardzo silne powiązania gospodarcze i uzależnienie od rosyjskich surowców. A nie jest przecież tajemnicą, że Kreml prowadzi agresywną politykę ekspansji ekonomicznej, dążąc do wchłonięcia mniejszego sąsiada. Aleksandr Łukaszenka jest w trudnej sytuacji wobec Moskwy, ale stara się lawirować w taki sposób, żeby utrzymać suwerenność Białorusi. Nie może sobie pozwolić na zaostrzenie stosunków z Rosją, ale od czasu do czasu flirtuje również z Unią Europejską. Zarzuty w stosunku do Łukaszenki, że zmierza do przyłączenia Białorusi do Rosji są co najmniej dyskusyjne. Gdyby rzeczywiście tego chciał, dawno by to zrobił. Tylko jaki miałby w tym interes? Teraz jest samodzierżawcą, po fuzji z Rosją straciłby samodzielność polityczną i stał się jedynie namiestnikiem prowincji o znaczeniu lokalnym. A Łukaszenka jest przecież ambitnym despotą, który na wzór koreański, marzy o sukcesji dla swojego syna.

Jak sądzę, nie ma sporu co do tego, że w interesie polskiej racji stanu leży istnienie suwerennej Białorusi, a jedynym zagrożeniem jej suwerenności może być Rosja. Wraz z Unią Europejską prowadzimy więc politykę wspierania białoruskiej opozycji, w dążeniach do wprowadzenia tam pełnej demokracji. I choć u nas ten system kiepsko się sprawdza, koniecznie chcielibyśmy widzieć go u wschodniego sąsiada. Sęk w tym, że na Białorusi demokracja może sprawdzić się jeszcze gorzej, więc taka polityka to przysłowiowe podrzynanie gałęzi na której siedzimy. Otóż, według badań przeprowadzonych 10 lat temu, w referendum na temat integracji z Rosją, 57,6% Białorusinów zagłosowałoby za połączeniem Rosji i Białorusi w jedno państwo, 25,6% byłoby przeciw takiemu rozwiązaniu. W tej sytuacji należy się liczyć z tym, że jak już, dzięki naszym staraniom, na Białorusi zatriumfuje demokracja i Białorusini uzyskają dostęp do demokratycznych narzędzi, to demokratycznie zagłosują za przyłączeniem swojego kraju do Rosji. Taki rozwój wydarzeń wydaje się bardzo prawdopodobny, zwłaszcza kiedy przypomnimy sobie pierwsze skutki gospodarcze transformacji ustrojowej, wdrażanej w Polsce przez Leszka Balcerowicza. Lud białoruski, przyzwyczajony do surowego ale opiekuńczego batki, może ciężko znieść zderzenie z kapitalizmem.  Jeżeli więc, ktoś może być naszym sojusznikiem przeciw anszlusowi Białorusi do Rosji, to właśnie Aleksandr Ryhorawicz Łukaszenka. Wot przykrość, w imię racji stanu, zamiast zwalczać, należałoby wspierać satrapę.

piątek, 17 lutego 2012

Wielka epoka małych liderów



„Tak jak mitem jest legenda, że „Solidarność” obaliła komunizm, tak samo mitem jest opowieść, że kolejne rządy zbudowały nad Wisłą demokrację i kapitalizm”.
Robert Krasowski - "Po południu"

Bez zrozumienia historii, trudno rozumieć teraźniejszość. W przypadku historii najnowszej wpadamy jednak w pułapkę. Granica między współczesnością a historią jest płynna. Wydarzenia, w których uczestniczyliśmy zwykle trudno nam traktować jako materiał historyczny. Sądzimy, że to co przeżyliśmy i pamiętamy to najbardziej obiektywna prawda o najnowszej historii. Nic bardziej błędnego. Warunkiem rzetelnej analizy jest chłodna ocena, odrzucenie własnych emocji, cząstkowych informacji, zapamiętanej publicystyki i spojrzenie na minione wydarzenia z pozycji historyka, który analizuje materiał badawczy.

Taką metodę przyjął Robert Krasowski w swojej pasjonującej książce o pierwszych latach III RP pt. „Po południu” (podtytuł „Upadek elit solidarnościowych po zdobyciu władzy”), która właśnie trafiła na księgarskie półki. To pierwszy, z planowanych trzech tomów, obejmujący okres od upadku komunizmu do zwycięstwa Aleksandra Kwaśniewskiego w wyborach prezydenckich w 1995 roku. Autor proponuje, żeby naszą dzisiejszą, ukształtowaną już i dojrzałą, wrażliwość polityczną i współczesne kryteria oceny polityków, zastosować do oceny działań uczestników sceny politycznej sprzed 20 lat. Ten prosty zabieg sprawia, że nasze historyczne opinie w sposób diametralny ulegają przewartościowaniu. To książka szczególna. Krasowski nie oferuje ani prawicowej, ani lewicowej wersji historii. Obala mity, odsłania kulisy intryg i nieporozumień, dokonuje chłodnej analizy motywacji i działań podejmowanych przez ludzi, którzy na początku transformacji ustrojowej dzierżyli władzę. Jest jednakowo surowy dla polityków wszystkich opcji. Nie ucieka od ostrych sądów i wyrazistych charakterystyk bohaterów tamtych wydarzeń.

Chyba najbardziej interesująca jest ocena roli Lecha Wałęsy. Wałęsa jest postacią, z którą zawsze wiązał się olbrzymi dysonans poznawczy. Z jednej strony poczucie, że jest w nim jakaś wielkość, z drugiej, jego codzienne zachowania tej wielkości przeczyły. To przekłada się na skrajne opinie na jego temat. Ludowy prostaczek i samorodny talent polityczny. Żywy pomnik, symbol obalenia komunizmu i agent Bolek. Co ciekawe, na swój sposób każda z tych ocen jest słuszna. Mieszają się w jakiś dziwny melanż, wymykając łatwym osądom. Krasowski z tego chaosu ułożył wizerunek sprawnego gracza politycznego, jedynego który miał wizję i próbował ją realizować, wbrew wszystkim. Na pierwszy rzut oka, ta ocena może wydawać się bardzo kontrowersyjna, ale podążając za tokiem rozumowania Krasowskiego nie sposób jej zaprzeczyć. Nie oznacza to, że ze wszystkim się zgadzam. Pewnie, gdyby nieco poprzestawiać akcenty, ten obraz stałby się mniej klarowny. Warto jednak spróbować, zbudować sobie od nowa wizerunek postaci Wałęsy. Zwłaszcza, że wśród utalentowanych polityków tamtych czasów, Krasowski nie wymienia legendarnych przywódców Solidarności:  Mazowieckiego, Geremka, Kuronia. Byli lirycznymi romantykami, naiwnymi Don Kichotami, nie nadającymi się do rządzenia. Trudno się z tą oceną nie zgodzić.

Generalna konkluzja tej książki jest gorzka i bezwzględnie krytyczna wobec polskich elit politycznych. To co udało się osiągnąć w procesie transformacji gospodarczej (i tak strasznie mało versus możliwości i potrzeby), osiągnięto mimo destrukcyjnej działalności polskich polityków, a nie dzięki nim. Wyłącznie dlatego, że główny nurt wydarzeń wyznaczał nóż na gardle rządzących, trzymany przez przedstawicieli MFW i Banku Światowego. „Po południu”, to również druzgocąca krytyka demokracji parlamentarnej. Największą zmarnowaną szansę, autor postrzega przede wszystkim w tym, że nie chciano wykorzystać ambicji Lecha Wałęsy, który walczył o wzmocnienie roli prezydenta kosztem partii politycznych i Sejmu. To była jedyna możliwość wymuszenia reform. Niezależnie od sympatii dla Wałęsy, był on jedynym podmiotem władzy, który chciał wziąć na siebie odpowiedzialność za transformację, podczas gdy kolejni premierzy robili wszystko żeby odsunąć od siebie i od swojego ugrupowania tę odpowiedzialność. Politycy partyjni, poświęcili rozwój gospodarczy w imię schlebiania masom. Smutne, że w odniesieniu do dzisiejszej polityki ta ocena jest tak samo prawdziwa. Bez zmiany ustroju politycznego niczego nie uda się zrobić. Tę książkę naprawdę warto przeczytać.

czwartek, 12 stycznia 2012

Tyrania głupoty


Rys. Artur Żukow

Demokracja jest do chrzanu. Nic w tym odkrywczego, sam już nie raz o tym pisałem, ale temat jest tak wdzięczny, że można do niego wracać w nieskończoność. W końcu ustrój, którego trwałym elementem jest próba realizacji (z woli wyborców), sprzecznych ze sobą postulatów, nie może działać dobrze. Nie da się jednocześnie podwyższać emerytur i obniżać wieku emerytalnego, ani podwyższać zasiłków dla bezrobotnych i zmniejszać bezrobocia. Żadne przedsiębiorstwo nie jest zarządzane demokratycznie, za to państwa jak najbardziej. Widać lud na prowadzeniu biznesu się nie zna, ale sztukę rządzenia państwem opanował wyśmienicie. A może to drugie jest po prostu łatwiejsze?

Jestem realistą i zdaję sobie sprawę, że podobne filipiki mogą nawet fajnie wyglądać, lecz nie mają żadnej siły sprawczej. Wszak Churchill powiedział, że to ustrój najlepszy z najgorszych, a inni też bąkali podobne rzeczy itd. etc. Ale zastanówmy się serio. W końcu, w zbożnym celu, nawet w ramach demokracji można byłoby spróbować trochę ten system stuningować, by był choćby ociupinę mądrzejszy. Rakiem demokracji jest konieczność nieustannego podlizywania się ludowi. Mądrzejsi czy głupsi politycy, wciąż muszą obiecywać gruszki na wierzbie, żeby dostać się do Sejmu. A kiedy już zostaną wybrani, boją się cokolwiek zreformować, bo zawsze naruszy to interes jakiejś grupy społecznej. A ciemny lud w końcu i tak zapomina o starych obietnicach i kupuje nowe. Czyli, pierwszy wniosek jaki się nasuwa to, mniej wyborów. Wtedy jest szansa, że politycy będą mniej sparaliżowani strachem przez karcącą ręką ludu podczas kolejnej elekcji, która tuż tuż.

Co więc należałoby zrobić? Przede wszystkim, zlikwidować uciążliwy dualizm władzy wykonawczej, który w sytuacji zgodnej kohabitacji prezydenta i premiera jest kwiatkiem do kożucha, a w przypadku konfliktu rodzi absurdalne spory kompetencyjne. Należałoby więc, ograniczyć rolę prezydenta do czynności reprezentacyjnych i integrujących społeczeństwo, podobnych do tych, które w praktyce pełni królowa brytyjska. Do tego nie byłby potrzebny silny mandat społeczny, więc zamiast wyborów bezpośrednich, prezydenta mógłby wybierać Parlament, np. wg systemu obowiązującego w wyborach prezydenckich w 1922 roku czyli tzw. „wyścigu australijskiego”. W tym systemie, głosowania odbywają się w kolejnych turach, gdzie po każdej turze odpada kandydat z najmniejszą liczbą głosów, a głosowania trwają do czasu, aż jeden z kandydatów zdobędzie ponad 50% głosów. W ten sposób, od razu mielibyśmy z głowy jedne wybory bezpośrednie i koszmar, pełnej hipokryzji i obietnic, kampanii wyborczej. Jednocześnie, można byłoby wzmocnić ten efekt wydłużeniem kadencji Sejmu do 5 lat, a przy okazji ograniczyć nieco liczebność posłów, skoro większość z nich to i tak bezmyślne maszynki do głosowania.

Koniecznie też, trzeba coś zrobić z Senatem. Kazimierz Kutz miał słuszność w swoim kontrowersyjnym wystąpieniu na inauguracyjnym posiedzeniu Senatu bieżącej kadencji. Albo należy Senat zlikwidować albo doprowadzić do tego, żeby bardziej przypominał izbę mędrców na wzór Rady Koronnej, od której się wywodzi. W tym celu należałoby powrócić do rozwiązania przyjętego w konstytucji marcowej z 1921 roku i podnieść minimalny limit wieku dla Senatora z 30 do 40 lat, oraz wprowadzić czynne prawo wyborcze do Senatu, dla wyborców, którzy ukończyli 30-ty rok życia. Jednocześnie, trzeba wprowadzić cenzus wykształcenia, np. kandydat do Senatu musiałby legitymować się posiadaniem stopnia naukowego, powiedzmy od doktora wzwyż.

O cenzusie wykształcenia dla posłów, czy cenzusie majątkowym dla wyborców już nawet nie wspominam, ponieważ tym razem ograniczam rozważania do propozycji rozwiązań, które uważam za realne. A jest przecież absurdem, jak mawia Janusz Korwin-Mikke, że w demokracji profesor uniwersytetu ma dwa razy mniej głosów niż dwóch żuli, ćwiczących winko, pod sklepem spożywczym.

W tym miejscu ktoś mógłby zaoponować, że żadnych zmian i tak nie da się przeprowadzić, ponieważ w tym celu należałoby zmienić konstytucję a do tego potrzebna jest zgoda ponad podziałami politycznymi, a zawsze zwycięży doraźna kalkulacja i partykularny interes którejś ze stron. To prawda, ale jest i na to rada. Bardzo długie vacatio legis. Po prostu należy się umówić, że planowane zmiany wchodzą w życie za 10 lat, albo za 15. W takim horyzoncie czasowym naprawdę trudno prowadzić kalkulacje, kto będzie miał większe szanse upchnąć swojego człowieka na prezydenckim stolcu. A w końcu lepiej późno niż wcale.

środa, 9 listopada 2011

Cyrk VII kadencji



Najtrwalszym elementem systemu demokratycznego jest hipokryzja. Kadencje się zmieniają a wszechpotężna hipokryzja niezawodnie zamienia w cyrk polityczny spektakl. Ale tym razem, cyrk rozpoczął się już na długo przed uroczystą premierą. Przy okazji wyborów, politycy, media i autorytety karmiły lud frazesami o święcie demokracji. O tym, że każdy głos jest ważny, że razem zmieniamy Polskę, o obywatelskim obowiązku, mądrości i woli wyborców etc. Politycy, przez chwilę, musieli zająć się szczerzeniem kłów do elektoratu, udając frasunek i zatroskanie sprawami maluczkich. Lud zrobił swoje i lud może się wypchać, przynajmniej na najbliższe 4 lata.

Zanim wybrańcy narodu zdążyli się rozsiąść w swoich fotelach, postanowili kapkę skorygować, uświęcony demokracją, werdykt wyborczy. Pierwsze koty za płoty przerzucił niejaki poseł Kopyciński, opuszczając dziurawą, rozchwianą szalupę SLD na rzecz nowoczesnego jachtu motorowego (prosto ze stoczni) z Januszem Palikotem za sterem. W ten sposób, nieznany nikomu poseł, zapisał się złotymi zgłoskami w annałach prostytucji politycznej. Minęły dwa tygodnie i detal zamienił się w hurt. Szesnastu posłów, wybranych ledwie miesiąc temu z list PiS-u, dokonało politycznej emancypacji.  A co? Chrzanić wyborców. Grunt, że rodzina na swoim.

Jeszcze w kampanii wyborczej, miłościwie nam panujący Donald Tusk, nie mógł się nachwalić kompetencji pani minister Kopacz jako szefowej resortu zdrowia. Przyznaję, że łyknąłem tę laurkę jak młody pelikan, bo i mnie wydawała się sensownym ministrem. Pochlebną opinię o pani Kopacz potwierdzał też mój przyjaciel, który w tej branży działa, więc się zna. Czyli cool, mamy dobrego ministra na tym trudnym odcinku. Tylko jakie to ma znaczenie wobec uświadomionej konieczności politycznej? Chrzanić ministerstwo, chrzanić zdrowie kiedy na stolcu marszałka Sejmu potrzebny jest wierny i oddany żołnierz. A przecież, zgodnie z konstytucyjnym porządkiem prawnym, marszałek, będący drugą osobą w państwie, przewodzi Sejmowi, który sprawuje funkcję kontrolną wobec rządu. Tylko, że w naszej fasadowej demokracji, marszałek zawsze jest przydupasem lidera partii rządzącej, zwyczajowo sprawującego funkcję premiera. Nie ma to jak skuteczna kontrola. Ale to zupełnie nie przeszkadza, żeby przy każdej okazji wycierać sobie gębę konstytucją. Nie przeszkadza również opozycji, podnosić teraz ten argument, tak jakby Ludwik Dorn czy Marek Jurek, w roli marszałków Sejmu byli wzorami niezależności. Oczywista hipokryzja. Ale taką samą hipokryzją jest uzasadnianie kandydatury pani Ewy Kopacz, jako gestu wobec idei wyrównywania szans kobiet i mężczyzn w polityce. Bardzo zręczny argument, ciemny lud na pewno to kupi.

Hipokryzją jest także burza wokół głosowania nad kandydaturą Wandy Nowickiej na stanowisko wicemarszałka Sejmu. O co kaman? Że raz jeden, posłowie skorzystali z prawa do głosowania zgodnie z własną wolą a nie wytycznymi partii?  Skucha, wynik okazał się niezgodny z oczekiwaniem światłych strażników dobrych obyczajów w demokracji, więc trzeba było głosować po raz wtóry, do skutku. Skoro demokracja się nie sprawdziła, tym gorzej dla demokracji.

sobota, 15 października 2011

Droga krzyżowa


Salvador Dali - Chrystus św. Jana od Krzyża

Historia współczesnej Europy opiera się na chrześcijańskim systemie wartości, który z czasem stał się uniwersalnym kanonem moralnym. Z tego dziedzictwa wyrosła nasza cywilizacja i kultura. Symbolem tej drogi jest krzyż. Nie widzę żadnego powodu, by się tego wstydzić. Nie podoba mi się lewicowa retoryka, która w imię źle pojmowanej tolerancji, chce z tym symbolem walczyć.

Zadziwiające, że debata na ten temat toczy się w tak jednowymiarowy sposób. Zupełnie różne zagadnienia wrzuca się do jednego worka, z napisem „krzyż”. To sprzyja konfliktom i prowadzi do eskalacji problemu, a nie jego rozwiązania. W tej sprawie, istnieje bardzo cienka granica oddzielająca sacrum od profanum, więc warto unikać skrajnych, emocjonalnych ocen. Czym innym jest problem udziału Kościoła Katolickiego w życiu publicznym, czym innym wojna o krzyż na Krakowskim Przedmieściu, a jeszcze zupełnie czym innym obecność krzyża w Sejmie.

Obrońcom krzyża przed Pałacem Prezydenckim nie chodziło przecież o manifestowanie wiary. Krzyż stał się orężem walki z przeciwnikami politycznymi, zakładnikiem ideologii zmierzającej do wykreowania mitu katastrofy smoleńskiej, jako kolejnej hekatomby Polaków, wokół której pewna część społeczeństwa będzie mogła zwierać swoje szeregi. Próbowano budować absurdalną, bluźnierczą wręcz, symetrię między zbrodnią katyńską a tragedią smoleńską, między dzisiejszą Polską a ojczyzną zniewoloną przez zaborców i późniejszych okupantów. To zwykły fałsz. Awantura o krzyż na Krakowskim Przedmieściu nie miała nic wspólnego z dyskusją na temat świeckości państwa, ale jej skutkiem ubocznym jest radykalizacja postaw wobec Kościoła i krzyża, co umiejętnie wykorzystał Janusz Palikot tworząc swoją partię.

Krzyż w sali sejmowej nie jest elementem dominującym przestrzeń publiczną. Nikt nie wznosi przed nim modłów ani nie wymaga od nikogo jego adoracji. Polska ma być państwem świeckim? Zgoda. Ale krzyż nie jest symbolem podległości państwa wobec Kościoła, ale ważnym dla większości Polaków symbolem wielowiekowej wspólnoty narodowej opartej na tradycji chrześcijańskiej. I dlatego powinien, w sali sejmowej, pozostać.  Jeżeli ta argumentacja kogoś nie satysfakcjonuje, proponuję inne rozwiązanie. Głosowanie. Nie jestem wielbicielem demokracji, ale jeśli już ją mamy, dlaczego akurat sprawy światopoglądowe mają być wyłączone spod jej reguł? Niech Sejm większością głosów zadecyduje, czy krzyż może pozostać, czy powinien zniknąć. W tej sprawie popieram stanowisko Jarosława Kaczyńskiego, choć zapewne z innych pobudek.

Nie może być tak, że pod płaszczykiem poprawności politycznej i haseł na temat ochrony praw mniejszości, tak naprawdę terroryzuje się większość. Przez konstytucyjną równoprawność wszystkich kościołów i związków wyznaniowych rozumiem umożliwienie im legalnego funkcjonowania w oparciu o jednakowe warunki prawne, a także wolność przekonań i swobodnego wyrażania poglądów religijnych. Nie mechaniczne stawianie znaku równości między religiami, niezależnie od tego czy mają miliony wiernych czy tylko garstkę wyznawców. Jeżeli w Sejmie znajdzie się poseł, który jest wyznawcą Kościoła Latającego Potwora Spaghetti (Latający Potwór Spaghetti), to należy usunąć krzyż, albo powiesić obok niego ikonograficzny emblemat „Flying Spaghetti Monster”?  Apeluję o rozsądek. To nie jest problem, który można załatwić zerojedynkowo.

niedziela, 9 października 2011

Cisza jej mać!



Demokracja kocha hipokryzję i lubuje się w fikcji. Fikcją jest teza o zbiorowej mądrości ludu (Festiwal hipokryzji), fikcją jest demokratyczne głosowanie posłów w sejmie, spętane przecież więzami dyscypliny partyjnej (Po co nam ten cały sejm?), fikcją są obietnice składane w kampanii wyborczej (Kampania w drodze), więc kolejna fikcja, w postaci ciszy wyborczej, doskonale pasuje do kolekcji.

W czasach powszechnego dostępu do Internetu, cisza wyborcza jest absurdalnym reliktem przeszłości. Kompletną aberracją jest sytuacja, w której policja, na wniosek Państwowej Komisji Wyborczej zajmuje się ściganiem faceta, który wywiesił plakat wyborczy w Pcimiu Dolnym. Albo wydarzenie sprzed bodajże 6 lat, kiedy w całym kraju wydłużono ciszę wyborczą, ponieważ zaspał cieć w Pierdziszewie i nie otworzył na czas lokalu wyborczego. Z innej strony patrząc, cisza wyborcza ma pewien urok jako zabawny element tradycji politycznej. Obyczaj tym bardziej sympatyczny, im mniej w nim sensu. Coś jak topienie marzanny albo noc kupały.


Gdyby jednak ktoś miał ochotę zagłuszyć trochę tę ciszę, polecam zanurzenie w archiwach polskich stacji radiowych zza żelaznej kurtyny: Radia Wolna Europa, Polskiej Sekcji BBC, Polskiej Sekcji France Internationale (Radia Wolności). To niezwykła podróż w czasie, do epoki zimnej wojny, w której obowiązywała doktryna  Mutual Assured Destruction. Dla miłośników historii rzecz bezcenna.

Można tam wyszperać fantastyczne świadectwa XX-wiecznej historii Polski. Posłuchać w oryginale słynnych audycji RWE, w których zbiegły z Polski w 1953 roku Józef Światło, wyższy oficer Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, odsłania kulisy działania bezpieki i partii; relacji z wydarzeń marca 68 czy nagrań satyrycznego cyklu Jacka Fedorowicza „Kolega kierownik”, z końca lat 80-tych. OLBRZYMI KAWAŁ HISTORII. A to jeszcze nie koniec. Wciąż są digitalizowane zasoby innych stacji, nadających do Polski przed 1989 rokiem, a także archiwa polskiego radia. Miłego słuchania, w ciszy.

środa, 5 października 2011

Kobiety na wybory


Zamknąłem już kącik odjechanych spotów wyborczych, ale ten, o którym dzisiaj piszę nie promuje żadnej partii politycznej i nie jest odjechany. Jest bezdennie głupi. I nie chodzi mi tym razem o to, że już sam fakt naganiania ludu do urn, klipami emitowanymi w telewizji, uważam za wystarczająco idiotyczny i szkodliwy.

Ad rem. Jakaś organizacja społeczna postanowiła wydać pieniądze na kampanię aktywizującą wyborczo kobiety. Oto widzimy gromadę pań, ustawioną jak stado baranów (sorry, ale tak to właśnie wygląda) i beczącą sztucznym chórem jakieś farmazony, zakończone apelem: „kobiety na wybory”! Drugie skojarzenie. Totalitarne społeczeństwo rodem z Orwella albo „Seksmisji”, w którym kontyngent otumanionych kobiet, nieprzytomnym wzrokiem, bezmyślnie klepie wyuczoną formułkę.

Żeby było jasne. Głupota spotu nie polega wcale na tym, że emituje fałszywy przekaz. Moim zdaniem, dość dobrze ilustruje absurdalność demokratycznego głosowanie, ludu siłą zaciągnietego do urn. Spodziewam się jednak, że autorom tego filmiku chodziło o dokładnie odwrotny efekt.

Faceci to świnie, wiadomo. Ale żeby tak kobieta kobiecie? Ech…


poniedziałek, 3 października 2011

Po co nam ten cały Sejm?


Ryszard Kalisz przedstawia raport komisji do zbadania okoliczności śmierci Barbary Blidy, przemawiając do pustej sali.

Wybory wyborami, ale po co nam w ogóle taki liczny Sejm? Posłowie nie cieszą się zaufaniem opinii publicznej, czemu trudno się dziwić. Sejm wypełnia galeria rozmaitych indywiduów, które nie dość, że nie mają o niczym pojęcia, to nie radzą sobie nawet z kleceniem zdań poprawną polszczyzną. Cóż, werdykt wyborczy jest krzywym zwierciadłem, w którym przegląda się marna kondycja społeczeństwa. Tak intelektualna jak i moralna. Tylko, że mimo wszystko, wśród wybrańców narodu chcielibyśmy widzieć tych mądrzejszych i lepszych, a na to chyba nie ma co liczyć.

Dlatego też, warto byłoby się pochylić nad słabościami obowiązującego systemu parlamentarnego i wyciągnąć wnioski. Niestety nie zrobią tego politycy, ponieważ wszyscy wiedzą, że konkluzje nie sprzyjałyby interesom partii politycznych. Wszystkich partii! Rzadko zdarza się taka jednomyślność, ale w tym wypadku jest faktem. Spójrzmy.

W polskim Sejmie zasiada 460 posłów. Z praktycznego punktu widzenia to zwykłe marnotrawstwo. Posłami zostają postacie różnego autoramentu: pielęgniarki, historycy, biolodzy, rolnicy, nauczyciele, urzędnicy, lekarze etc. Z całym szacunkiem dla tych osób, ale są one kompletnie do niczego nie potrzebne. Rolą sejmu jest przecież stanowienie prawa, a jaki sensowny projekt może przygotować pielęgniarka albo rolnik? Fatalna jakość ustaw jest tego najlepszym dowodem. Co więcej, w większości istotnych głosowań obowiązuje dyscyplina klubowa, co sprowadza rolę posła do bezmyślnej maszynki, służącej do podnoszenia ręki w momencie ustalonym przez kierownictwo partii. Demokratyczne głosowanie w sejmie jest więc iluzją i mydleniem oczu. Tę sytuację mogłoby trochę poprawić wprowadzenie jednomandatowych okręgów wyborczych. Wtedy poseł, odpowiadałby personalnie za swoją aktywność sejmową, przed lokalną społecznością która go wybrała. Ale mimo licznych deklaracji polityków w tej sprawie, nie zanosi się na taką zmianę ordynacji wyborczej.

Co byłoby więc głosem rozsądku? Postuluję dziesięciokrotne zmniejszenie liczby posłów i rezygnację z sejmowego cyrku, który niczemu nie służy. Odnosząc tę koncepcję do aktualnej reprezentacji w Sejmie, mielibyśmy dziś 21 posłów PO, 16 posłów PIS,  5 reprezentantów SLD+SDPL, 3 PSL i 1 PJN. Prawda, że wystarczy? Mało kto potrafiłby wymienić większą liczbę aktywnych parlamentarzystów. Likwidacja Senatu w takim projekcie to oczywista oczywistość.

Zaoszczędzone w ten sposób środki finansowe należałoby przeznaczyć na pensje dla specjalistów, którzy zgodnie w wytycznymi partii politycznych mogliby zająć się tworzeniem prawa przyzwoitej jakości. Zapewne udałoby się również wygospodarować fundusze na podwyższenie wynagrodzeń tych 46 posłów, tak by było ich stać na opłacanie sensownych doradców. W samym głosowaniu uchwał nic by się nie zmieniło.

Oczywiście zdaję sobie sprawę, że to mrzonki. Jak już wspomniałem, taka idea jest sprzeczna z interesami partii politycznych. Oponenci, z pewnością znaleźliby cały wachlarz argumentów. Recz jasna, w obronie demokracji. Zwracam jednak uwagę, że ten pomysł wcale nie jest taki od czapy. W Parlamencie Europejskim zasiada 736 posłów a Unię Europejską zamieszkują 492 mln ludzi czyli jeden euro parlamentarzysta reprezentuje 668,5 tysiąca osób. Stosując ten sam wskaźnik dla Polski, która liczy 38,5 mln obywateli, łatwo można policzyć, że w Sejmie powinniśmy mieć 58 posłów. W Euro Parlamencie obowiązuje też podobna organizacja pracy, do tej którą proponuję. Mniejsza liczba posłów, większa ekspertów i doradców  przygotowujących akty prawne. I choć unijna biurokracja nie jest może najlepszym wzorem, sama zasada znacznie lepiej trzyma się tu kupy.


Hmm… dzisiaj, w kąciku spotów, znów kandydatka LSD eee…. znaczy chciałem powiedzieć SLD;)


czwartek, 29 września 2011

Jeszcze o demokracji


Wszelkie utyskiwania na demokrację kwituje się zwykle słynnym bon motem Churchilla „Demokracja to najgorsza forma rządu, z wyjątkiem wszystkich innych form”. Na ogół nie towarzyszy temu żadna głębsza refleksja. Piewcy demokracji, równie chętnie powołują się też na tradycję demokracji ateńskiej. Obawiam się jednak, że z tej starożytnej wersji demokratycznych rządów nie byłoby zadowolonych wielu dzisiejszych entuzjastów. Prawo głosu miało tam tylko około 30% ludności, wyłącznie mężczyzn posiadających status obywatela polis. Kobiety nie głosowały. Auć! Co na to feministki? Za to zadowolony mógłby być Robert Biedroń. W starożytnej Grecji stosunki homoseksualne były szeroko rozpowszechnione. Ba, należały wręcz do dobrego tonu.

Mimo, iż w Atenach praktykowano mniej zdegenerowaną odmianę demokracji niż dzisiaj, już Arystoteles nie był zachwycony tą formą rządów. Filozof ów, stworzył własną koncepcje ustroju politycznego, politeję, która jest rodzajem demokracji ograniczonym do rządów klasy średniej, jako najbardziej rozsądnej i przewidywalnej grupy społecznej. Możliwość udziału w tej formie rządów miał określać cenzus majątkowy. Ja jestem za. Należało by się więc zastanowić w jaki sposób, dzisiaj, zdefiniować klasę średnią.

Tymczasem, zgodnie z przewidywaniami, znów ruszyła kampania, której celem jest zagonienie do urn wszystkiego co się rusza. Tym razem, w roli pożytecznych idiotów występują Monika Brodka, Maciej Stuhr i Jurek Owsiak. Bardzo jestem ciekaw, czy ci państwo równie chętnie, w drodze demokratycznego głosowania, będą chcieli decydować o tym kto ma przeprowadzić operację chirurgiczną, jeżeli będą musieli się jej poddać. Dajcie spokój ludziom, którzy zdając sobie sprawę z własnej niekompetencji, mają na tyle zdrowego rozsądku, by powierzyć ten wybór mądrzejszym!


Kącik odjechanych spotów należy dziś do Ruchu Palikota.


wtorek, 27 września 2011

Donald matole



…twój rząd obalą kibole. Niewykluczone. Taka możliwość wydaje się coraz bardziej prawdopodobna w sytuacji, w której notowania PO i PiS w sondażach dzieli już ledwie kilka procent głosów. Kto wie, czy to nie głosy kibiców piłkarskich zaważą na wyniku wyborów. A wszystko zaczęło się od hipokryzji i bezsensownego wymachiwania szabelką.

Nie jestem kibicem piłkarskim. Kibicowanie kojarzy mi się z chamstwem i debilną agresją. Śmieszą mnie te plemienne walki w obronie barw klubowych, choć rozumiem, że to substytut wojennych potyczek w czasach pokoju. Denerwuje mnie też wieczna nobilitacja futbolu, w ramach której premierzy, prezydenci i rozmaite autorytety ze śmiertelną powagą rozprawiają o facetach ganiających po trawie za piłką, tak jakby nie było ważniejszych problemów. Ale od rządu oczekuję przede wszystkim skuteczności. Tymczasem od początku było wiadomo, że działania podjęte w maju br. w odpowiedzi na chuligańskie zajścia na stadionie w Bydgoszczy, po finałowym meczu o puchar Polski, skuteczne nie będą.

Przede wszystkim podobne kampanie powinny być zaplanowane, strategia przemyślana, zawarte sojusze. Tutaj działania podjęte zostały ad hoc, pod publiczkę, w konflikcie z całym środowiskiem piłkarskim. Nie wszyscy kibice to bandyci, a w tej sprawie do jednego wora wrzucono wszystkich. Spowodowało to radykalizację postawy normalnych sympatyków futbolu i dzisiaj w ich wypowiedziach można zauważyć poczucie wspólnoty z chuliganerią. Silniejszym spoiwem niż miłość do ukochanej drużyny okazał się wspólny wróg czyli rząd i chęć przeciwstawienia się jego fasadowym działaniom. Zamykanie stadionów, zamiast skutecznej walki z chuliganami przychodzącymi na stadiony to dowód słabości państwa w egzekwowaniu porządku za pomocą narzędzi prawnych, które przecież istnieją. W efekcie pod sztandarami agresywnych kiboli, najlepiej zorganizowanych grup w środowisku piłkarskim, zjednoczyli się wszyscy kibice. A przecież zasada: „Divide et impera” obowiązuje zawsze i wszędzie. Tusk najwyraźniej o tym zapomniał.

Donald Tusk działa w tej sprawie jak słoń w składzie porcelany. W dodatku sam zapędził się w kozi róg. Skoro kibole to bandyci, dlaczego teraz, w kampanii wyborczej z tymi bandytami się spotyka? A jeżeli nie wszyscy są bandytami, dlaczego państwo potraktowało ich jak bandytów? Po raz kolejny można było się przekonać, że demokracja we współczesnym wydaniu to ustrój promujący miernotę i pozory zamiast realnych działań. Skrócenie smyczy, jeżeli czynione jest mądrze i skutecznie dobrze by demokracji zrobiło. Niestety w tym wypadku tak nie jest. Owoce swojej nieudolności w tej sprawie premier zbiera dzisiaj.

Oliwy do ognia dolało jeszcze upolitycznienie problemu, co przecież łatwo było przewidzieć. Jarosław Kaczyński najchętniej hurtem zapisałby do PiS-u wszystkich tych szczerych patriotów ze stadionów. Obrzydliwa hipokryzja? Owszem.

Jestem przekonany, że rachunek zysków i strat walki rządu z kibicami jest ujemny. Wątpię czy wśród dzisiejszych wyborców PO jest wielu takich, którzy głosują na tę partię właśnie ze względu na twardy kurs wobec kiboli. Jest za to cała masa aktywnych, zorganizowanych, głośnych i widocznych grup kibiców, którzy na PO nie zagłosują na pewno. Ba, sądzę, że w znacznej mierze są to osoby, które na ogół nie biorą udziału w wyborach, ale tym razem wezmą i zagłosują na PiS.


W dzisiejszym kąciku najbardziej odjechanych spotów wyborczych znowu bryluje kandydat SLD.

poniedziałek, 26 września 2011

Nie ważne wybory



Czy warto iść na wybory, które zakładając elementarną przyzwoitość obowiązujących reguł gry, już przed startem powinny być nieważne? Fundamentem współczesnego ustroju demokratycznego jest zapewnienie wszystkim obywatelem biernego i czynnego prawa wyborczego oraz równych szans startu w wyborach. Przepisy prawa mają za zadanie strzec tych zasad.

Tymczasem okazuje się, że postępując w myśl obowiązujących procedur, można zostać wyrolowanym za pomocą interpretacji prawa, która jest kpiną z demokracji. Tak właśnie się stało z listami Nowej Prawicy. W ustawowym terminie, w Państwowej Komisji Wyborczej, partia zgłosiła listy wyborcze z odpowiednią ilością podpisów z ponad połowy okręgów wyborczych. Zgodnie z ustawą powinno to umożliwić NP wystawienie w wyborach, kandydatów we wszystkich (również tych nie zarejestrowanych) okręgach wyborczych. Ale gdzie tam. Okazało się, że urzędnicy z PKW, w ustawowym czasie, nie zdążyli sprawdzić  wszystkich przedstawionych dokumentów, więc wydali decyzję, która blokuje możliwość startu kandydatów tej partii w nie zarejestrowanych okręgach. I niczego nie zmienił fakt, że kiedy już udało się wszystko sprawdzić, okazało się, że Nowa Prawica zarejestrowała listy w 21 okręgach, które stanowią ponad połowę wszystkich istniejących. Decyzji nie można już zmienić i róbta se co chceta.

Ale to nie koniec farsy. Sąd Najwyższy nie może rozpatrzyć skargi wyborczej Nowej Prawicy ponieważ taką skargę można złożyć dopiero 7 dni po wyborach. Paranoja, nie? A nas wciąż bawią filmy Barei piętnujące absurdy PRL. Ciekawe, że współczesne nonsensy już nas tak nie śmieszą.

Przypominam tę historię ponieważ mam wrażenie, że została kompletnie olana przez polityków i media. Tak zwani poważni politycy tematem się nie zajmują, ewentualnie bąkają coś mało istotni delegaci z trzeciego szeregu. Dziennikarze również się nie garną, chlubnym wyjątkiem jest tu o dziwo TVN, który rzetelnie informował o całej sprawie. Sondaże przedwyborcze też uparcie pomijają Nową Prawicę. Efekt jest łatwy do przewidzenia. Większość opinii publicznej uważa, że znowu ten śmieszny pajac z muszką, Korwin Mikke, wymyślił sobie jakiś problem nie z tej planety. A przecież ten facet ma całkowitą rację.

Bardzo jestem ciekaw co PKW zrobi z tym pasztetem po wyborach. Już dzisiaj jest jasne, że powyborczy protest Nowej Prawicy powinien być uznany, a wybory unieważnione. Co więcej, jeśli okaże się, że w tej zarejestrowanej połowie okręgów wyborczych Nowa Prawica uzyska około 2% głosów (a ja zakładam, że tak właśnie się stanie) spokojnie będzie można założyć, że w przypadku zarejestrowania list w całym kraju (co należało się jak psu zupa), próg 5% byłby bardzo prawdopodobny, a 3% uprawniające do uzyskania finansowania z budżetu państwa, niemal pewne. I co wtedy? PKW rozpatrując protest Nowej Prawnicy uzna, że ta sprawa nie miała wpływu na wynik wyborów? Wolne żarty! Ciekawe jakie argumenty zostaną użyte by mógł zatriumfować jawny szwindel.  Hipokryzji z pewnością nie zabraknie.

Ale tu mogą pojawić się jeszcze inne ciekawe scenariusze. Jeżeli wybory wygra Platforma Obywatelska, Korwin Mikke może natychmiast zyskać sojusznika, w swojej walce o unieważnienie wyborów, w osobie Jarosława Kaczyńskiego. Jeśli wygra PiS podobną pokusę może poczuć Donald Tusk. Wyobrażacie sobie unieważnienie wyborów w przypadku zwycięstwa PiS? Krew popłynęłaby po ulicach.


Na koniec, z trochę innej beczki. Nawiązując do poprzednich wpisów dotyczących stylu kampanii wyborczej, która bardziej przypomina telewizyjne show, w rodzaju programów „Top model” czy „Mam talent”, niż polityczną debatę na temat przyszłości Polski, zamieszczam kącik najbardziej odjechanych spotów wyborczych. Dziś kandydat SLD.


niedziela, 25 września 2011

Kampania w drodze



„Rewolucje przerażają, ale kampanie wyborcze wzbudzają obrzydzenie” jak zauważył pewien XX-wieczny filozof i nie sposób się z nim nie zgodzić. Po kraju wciąż krąży Tuskobus z premierem i jego świtą na pokładzie, a prezes PiS nie pozostaje w tyle przemierzając polskie bezdroża kameralnym Kaczowozem. Pękam ze śmiechu patrząc jak ci ojcowie narodu ocierają łzy szlochającym kobietom odpowiadając na pytanie „jak żyć”, rozwiązują problemy gmin i przysiółków, odważnie stają do pyskówki z kibolami, wcinają hot-dogi na stacji benzynowej etc. Słowem bratają się z ludem. I nikogo nie wkurza taka żenująca pokazówka, ta totalna ściema, jawny fałsz. W końcu na co tu się oburzać? Takie są reguły kampanii wyborczej, przecież Obama robił dokładnie to samo. Hipokryzja jest fundamentem demokracji.

Ale naprawdę przykra jest inna refleksja. Forma kampanii jest w końcu odpowiedzią polityków na oczekiwania Polaków. Jak tępym musimy być narodem jeżeli sztab speców od PR uznaje, że takie właśnie działania są najbardziej skuteczne?


I jeszcze jedna bieżąca sprawa, o której nie sposób nie wspomnieć. Na szczyt hipokryzji wspięli się dzisiaj Elżbieta Jakubiak (PJN) i Jacek Kurski (PiS), którzy nie zawahali się obarczyć winą rząd za próbę samospalenia zdesperowanego człowieka pod kancelarią premiera. Ale obciach!

sobota, 24 września 2011

Festiwal hipokryzji



Kampania wyborcza to niebywały festiwal hipokryzji. Od dawna jestem zdania, że instytucja kampanii wyborczej jest kompletnie zbędna, co więcej szkodliwa dla demokracji. Demokracja jest wystarczająco ułomnym ustrojem politycznym żeby psuć ją jeszcze żenującym spektaklem odwołującym się do najprymitywniejszych metod socjotechniki. 

Zainteresowani polityką, bez tych obciachowych występów wiedzą kogo chcą poprzeć w wyborach. Chcesz głosować na Kaczyńskiego? Proszę bardzo, ale głosuj na takiego jakim jest naprawdę, zapiekłego piewcę destrukcji ze smoleńską fobią a nie sympatycznego polityka środka średnio-starszego pokolenia jakim stał się na użytek kampanii, po raz wtóry zresztą. Chcesz poprzeć Tuska? Nie ma sprawy, ale zauważ, że przez ostanie cztery lata zajmował się głównie pustosłowiem i utrzymaniem władzy. Chcesz Pawlaka? Nie, niemożliwe żebyś chciał głosować akurat na niego. O Napieralskim nawet nie wspominam bo ten mimo licznych wysiłków jest tak samo plastikowy i bez jaj w kampanii jak przedtem.

Zawsze rozbrajają mnie zachwyty nad coraz bardziej profesjonalną oprawą kampanii wyborczej w Polsce. Rzeczywiście, pod tym względem jesteśmy prawie w Ameryce. Tam przekaz polityczny kierowany jest do społeczeństwa, które średnio się orientuje gdzie leży Europa. Nic dziwnego, że prezydentem najpotężniejszego mocarstwa świata został facet, który jest dokładnie takim samym produktem public relations jak Tusk. „Yes, we can” i wszyscy mdleją ze szczęścia. Bullshit!

Kampania wyborcza służy całej masie ignorantów, idiotów i kosmitów, którzy zagłosują na najprzystojniejszych, najładniej opalonych albo takich, którzy najwięcej naobiecują. Byłoby znacznie lepiej gdyby ci właśnie wyborcy pozostali w domu. Chrzanić frekwencję! Od kiedy to ilość przechodzi w jakość? Skąd ta wiara w zbiorową mądrość ciemnej masy? Zamiast bredzić o obywatelskim obowiązku wszystkich Polaków, odpowiedzialne media powinny apelować: Nie interesujesz się polityką, nie głosuj! Nie wiesz kogo poprzeć, zostań w domu i pozostaw wybór tym, którzy mają na ten temat jakieś pojęcie.