Kochani politycy i dziennikarze. Zerknijcie łaskawie w kalendarz. Pleciecie
w kółko dyrdymały na temat przyspieszonych wyborów i wszystko się wam pomerdało.
Przyspieszenie, owszem, jest teoretycznie możliwe w przypadku wyborów parlamentarnych,
ale wyścig do prezydentury to horyzont
ponad trzech lat. No chyba, że zgodnie z trendem obowiązującym w tym sezonie w
Europie, nasz gajowy wplącze się w jakiś skandal obyczajowy, weźmie łapówkę, przepisze
od kogoś pracę doktorską czy wywinie jakąś równie krzywą akcję. Póki co, nic na
to nie wskazuje, zresztą nasi politycy nie przejmują się takimi duperelami jak osobista
kompromitacja. Po co więc teraz te emocje związane z przyszłym lokatorem dużego
pałacu?
Dzisiejszej deklaracji Jarosława Kaczyńskiego, na temat startu w wyborach
prezydenckich, nie należy czytać w kontekście przyszłej prezydentury. Jest jedynie elementem bieżącej gry politycznej. Prezes PiS naprawił wcześniejszy
błąd. Rezygnacja z ambicji prezydenckich otworzyła pole dla Zbigniewa Ziobro,
na którym mógłby budować autorytet najpoważniejszego kandydata socjalnej
prawicy w przyszłych wyborach, z czego skwapliwie skorzystał. Koniec kropka,
cała sensacja. Ale nie ma tak łatwo. Kaczor zmienił zdanie, więc huzia na Józia,
tak jakby kłamstwo, pokrętność i mydlenie oczu nie były główną cechą polityków.
Zawsze to dobra okazja, by hipokryta Kajdanowicz nie mógł się nadziwować
upadkowi obyczajów w polityce.
Polityka naprawdę przestała się różnić od telewizyjnego show. Liczy
się to, co można sprzedać krzykliwym nagłówkiem albo na żółtym pasku w
programie informacyjnym. Politycy podejmują tę grę. Autopromocja zastąpiła
treść. I niema nikogo kto zachowałby trzeźwość umysłu w tym szaleństwie. Zamiast
żonglować kandydaturami na prezydencki stolec, który nawet jeszcze nie majaczy
na horyzoncie, warto chyba zastanowić się nad sensownością istniejącego ustroju
politycznego? Po co nam w ogóle prezydent, z miernymi kompetencjami i silnym mandatem społecznym pochodzącym z
wyborów powszechnych? Jakie są efekty takiego modelu władzy mieliśmy okazję się
przekonać. Kiedy głowa państwa jest w opozycji do rządu, pojawia się dwugłos u
steru władzy i spór kompetencyjny z przysłowiową bitwą o krzesła. Jeżeli prezydent
wspiera rząd, staje się kompletnie zbędnym głosicielem oczywistych komunałów,
co możemy obserwować w trakcie bieżącej kadencji. Oba warianty są absurdalne.
Zlikwidujmy więc w cholerę ten urząd, albo przynajmniej sprowadźmy rolę pary prezydenckiej
wyłącznie do reprezentacji, na wzór księcia Williama i księżnej Kate. Już bez bizantyjskiego
budżetu na utrzymanie kancelarii i z prezydentem wybieranym przez parlament.
Jest jeszcze drugi wariant. Zmiana systemu parlamentarnego na prezydencki, gdzie realną
władzę dzierży prezydent wybierany w wyborach powszechnych. Silny mandat do
rządzenia, przy jednoczesnym ograniczeniu roli władzy ustawodawczej dawałby szansę na zmianę jakości w polityce. Albo strażnik żyrandola albo głowa państwa. Warto się na coś zdecydować. Dzisiejszy model jest najgorszy z możliwych. Szkoda, że klasa
polityczna zupełnie nie interesuje się tą sprawą. Zmiana konstytucji wymaga szerokiego konsensusu. Bez istniejącej w przestrzeni publicznej debaty na ten temat, taki
projekt nigdy nie będzie miał szansy dojrzeć do realizacji. Tuning polskiej demokracji postulowałem już wcześniej. Proponowałem wtedy długie vacatio
legis (nawet 10 czy 15 lat) dla tego typu zmian konstytucyjnych. Po to, by dyskusja
na temat fundamentów ustroju politycznego nie toczyła się w cieniu partykularnych
interesów poszczególnych partii, szacujących swoje szanse w najbliższych
wyborach.
Wiem, że to głos wołającego na puszczy. Rozumowanie w kategoriach
interesu państwa, w dodatku w perspektywie dekad, a nie najbliższych miesięcy,
naszym politykom jest obce. W końcu jakie horyzonty intelektualne mogą mieć
ludzie, którzy nie potrafią umiejscowić w czasie Powstania Warszawskiego?
WESOŁYCH ŚWIĄT!
