Kreatywność rodaków jest wielka. Pod
warunkiem wszak, że dotyczy inwektyw, złośliwych memów i wszelakiego hejtu wymierzonego
w kandydata przeciwnej drużyny. Ta mało odkrywcza konstatacja nasunęła mi myśl,
jak przy okazji wyborów, w prosty i tani sposób, zrobić wyborcom frajdę,
a jednocześnie znacząco zwiększyć frekwencję.
Odwieczna tragedia Polaków, fatum
ciążące nad losami naszego kraju sprawia, że wciąż stawiani jesteśmy przed
fundamentalnym problemem etycznym. Koniecznością wyboru mniejszego zła. Tak to
już u nas jest i nie zanosi się na to by miało być inaczej. Czas przekuć
wreszcie tę słabość w siłę! Należy zmienić reguły głosowania w wyborach, tak by
zamiast pozytywnego głosu („za”), trzeba było oddawać negatywny głos
(„przeciw”). Czyli wprowadzić głosowanie na tego polityka, który naszym zdaniem
pod żadnym pozorem nie powinien rządzić. Wtedy ten przeklęty dylemat wyboru
mniejszego zła, zamieni się w wybór większego dobra! Prawda, że to znacznie
przyjemniejsza możliwość? Każdy przecież chętnie pofatyguje się do urny, by po
chrześcijańsku podziękować temu albo owemu, w dziąsło szarpanemu,
darmozjadowi, złodziejowi, idiocie, złamasowi, oszustowi, zdrajcy, agentowi,
kłamcy, zaprzańcowi, gnidzie, burej suce etc. W dodatku nic nie będzie kosztował
ten mały akt katharsis w lokalu wyborczym. A ile radości! Jaki komfort!
Frekwencja też od razu poszybuje w górę. Trzeba tylko przepchnąć przez Sejm,
odpowiednie zmiany legislacyjne.
Tydzień mija. Kurz bitewny dawno już opadł, wszystko zostało tysiące razy podsumowane, skomentowane i przeżute. Ale ja zachęcam, by spojrzeć na te wybory z jeszcze jednej strony. Z mikro perspektywy środowiska, w którym żyjemy.
Warto odwiedzić, przejrzyście zorganizowany, serwis Państwowej Komisji Wyborczej (PKW), gdzie można znaleźć wyniki wyborów również w przekroju lokalnym. Sprawdźcie, jak głosowano w waszym mieście, miasteczku, wiosce, dzielnicy, a nawet w waszej Obwodowej Komisji Wyborczej. Zobaczcie ile głosów otrzymał każdy z kandydatów na posła czy senatora. To naprawdę interesujące, dowiedzieć się jak głosowali nasi sąsiedzi.
Gdyby o wyniku wyborów decydował werdykt głosujących w mojej macierzystej komisji, do Sejmu dostałyby się tylko trzy ugrupowania: Platforma Obywatelska, Prawo i Sprawiedliwość i Ruch Palikota. Przy czym PO osiągnęłoby dużo większą przewagę nad PiS niż w wyborach ogólnopolskich i uzyskało większość mandatów. Mogłoby więc rządzić samodzielnie. PJN, na który i ja głosowałem, też wypadł tu znacznie lepiej niż w skali całego kraju, pokonując SLD i PSL, choć do przekroczenia progu wyborczego troszeczkę zabrakło.
I choć w tym wypadku ucierpiałby trochę polityczny pluralizm, przyznaję, że taki scenariusz, bardziej by mi odpowiadał. Rząd bez wiecznie pasożytującego na organizmie państwowym PSL, to rzecz bezcenna. Jednocześnie, Donald Tusk straciłby ostatnie alibi dla zaniechań swojego rządu. Ale to takie tam ciekawostki z własnego podwórka.
Nie mogę się nadziwić głupocie komentatorów różnej maści, bredzących ciągle o polskiej scenie politycznej zdominowanej przez ugrupowania prawicowe. Jak mantrę, powtarzają tę bzdurę od kilku dobrych lat. Prawo i Sprawiedliwość skrajną prawicą? Niezłe jaja. PiS, z hasłami Polski solidarnej, stojące na straży pro-pracowniczych zapisów kodeksu pracy, wspierane przez Związek Zawodowy Solidarność, z wypisaną na sztandarach ochroną najbiedniejszych i rozmaitych zdobyczy socjalnych, niechętne i nie ufne w stosunku do ludzi zamożnych i przedsiębiorców, jest partią socjalistyczną w nie mniejszym stopniu niż SLD. A ponieważ, to wszystko unurzane jest w narodowo-katolickim sosie, mamy tu klasyczny, narodowo-socjalistyczny model polityczny.
Platforma Obywatelska, z pozycji liberalnych i centroprawicowych, od których zaczynała karierę w opozycji, przekształciła się w bezideową partię władzy, molocha w którym znaleźć mogą się wszyscy. I Bartosz Arłukowicz i Joanna Kluzik-Rostkowska, Marian Krzaklewski i Danuta Hubner, Jarosław Gowin i Dariusz Rosati a w przyszłości może nawet Roman Giertych? W efekcie, PO jest partią konformistów, zainteresowanych przede wszystkim własną karierą polityczną. To są te same motywacje, które popchnęły młodego Kwaśniewskiego, Szmajdzińskiego, Jaskiernię (ktoś jeszcze pamięta to nazwisko?) et consortes, w ramiona PZPR-u w latach 70-tych. Nazywanie PO prawicą jest kpiną.
Istniejące partie prawicowe, a raczej kanapy polityczne, wegetują gdzieś na marginesie sceny politycznej, poza parlamentem. Naprawdę czas na sensowną, konserwatywno-liberalną propozycję. Nie Nową Prawicę, kolejną mutację Unii Polityki Nierealnej, której największym atutem i jednocześnie wielkim nieszczęściem jest Janusz Korwin Mikke (dostrzegam tu pewne analogie do roli Jarosława Kaczyńskiego w PiS). Uwielbiany jako ekscentryczny publicysta, ale z tych samych powodów traktowany jako polityczny folklor, a nie poważny gracz polityczny. Na pewno nie ultra konserwatywną obyczajowo Prawicę Marka Jurka, zafiksowaną na punkcie kościoła i antyaborcyjnych haseł, które zdają się wyczerpywać ambicje polityczne tej partii.
Kilka miesięcy temu, taką nadzieją wydawał się być PJN, ale już na starcie spieprzono to co spieprzyć się dało. Znakiem firmowym tej partii stały się wewnętrzne kłótnie, zakończone niebywałą, kompromitującą woltą Joanny Kluzik-Rostkowskiej. Co z tego, że w kolejnej odsłonie Paweł Kowal okazał się sprawnym liderem? Kapitał założycielski partii został zaprzepaszczony. Reszty dopełniły sondaże i media, robiąc wyborcom wodę z mózgu ostrzeżeniami przed marnowaniem głosów i umacniając monopol dwóch największych partii. Ciemny lud to kupił. Nie wierzę, by konserwatywno-liberalna czy też centroprawicowa (jak kto woli) oferta nie mogła liczyć na werdykt wyborczy powyżej 5% głosów. Wynik poniżej progu finansowania partii z budżetu państwa, nie daje szans na przetrwanie 4-letniej kadencji Sejmu. Szkoda.
Problem więc pozostaje aktualny. Brak dzisiaj przyczółków, na których można byłoby budować nowe, konserwatywno-liberalne ugrupowanie, skoncentrowane na programie gospodarczym. Sukces Ruchu Palikota wskazuje, że Polacy mają dość zakleszczonego uścisku, w którym od lat tkwią PO i PiS i są otwarci na zmiany. Sensowna i wiarygodna propozycja z prawej strony sceny politycznej też miałaby szanse. Ale musi pojawić się rozsądne, wyważone ugrupowanie, które szerokim rzeszom wyborców nie będzie kojarzyć się z małpą z brzytwą. Paweł Kowal mógłby odegrać kluczową rolę w takim projekcie.
Dwóch zwycięzców i jeden skazaniec, który tym razem nie uniknie stryczka (Napierniczak). Sondażowe wyniki są zaskakujące. Przede wszystkim wielki, nadspodziewany triumf Donalda Tuska, który na finiszu kampanii przez moment znalazł się przecież w defensywie. Zaskakuje duża różnica głosów między PO a PiS, prawie identyczna jak w poprzednich wyborach. Wtedy ten wyniki był efektem pospolitego ruszenia wyborców, pod hasłem pogrzebania projektu IV RP, co znalazło odzwierciedlenie w relatywnie wysokiej frekwencji – 53,9%. Teraz stało się to samo, już bez takiej mobilizacji elektoratu (prognozowana frekwencja 47,7%). W dodatku po udanej kampanii wyborczej PiS i marnej, bezbarwnej PO. Jarosław Kaczyński ma nad czym się zastanawiać.
Sytuacja Platformy Obywatelskiej wygląda znacznie bardziej komfortowo niż 4 lata temu. Wszystkie zmiany jakie czekają nas na politycznej scenie są korzystne dla Tuska. Spójrzmy.
1.Podział mandatów w Sejmie wskazuje, że do uzyskania większości, PO potrzebuje tylko jednego partnera. Nawet mariaż z SLD, które uzyskało niewiele mandatów, daje minimalną większość.
2.W dodatku PSL, RPP, SLD przebierają nogami by znaleźć się w tej koalicji. Dla PSL, urzędy i stołki są racją bytu w polityce, dla SLD koalicja może być szansą na zahamowanie marginalizacji, a dla Palikota to spełnienie politycznych ambicji. Nawet jeśli stery rządu wciąż dzierżyć będzie dotychczasowa koalicja (a tak zapewne się stanie), to siła przetargowa Waldemara Pawlaka znacząco spadnie. Wciąż będzie czuł na plecach oddech Janusza Palikota wiedząc, że rezerwowy koalicjant czeka w przedpokoju gabinetu premiera.
3.Zwycięstwo partii rządzącej w kolejnych wyborach to siłą rzeczy znacznie silniejszy mandat od wyborców.
Sukces Palikota i zmasakrowany Napieralski to drugi, obok wyniku PO, wielki triumf Donalda Tuska. Mnie najbardziej żal PJN, który poniósł porażkę trochę na własne życzenie i Nowej Prawicy Janusza Korwin-Mikkego skrzywdzonej przez PKW (Nie ważne wybory).
Choć… w ciągu najbliższych godzin, całą tą analizę może trafić szlag, jeżeli ostateczne rezultaty wyborów trochę przemeblują ten sondażowy wynik.
Demokracja kocha hipokryzję i lubuje się w fikcji. Fikcją jest teza o zbiorowej mądrości ludu (Festiwal hipokryzji), fikcją jest demokratyczne głosowanie posłów w sejmie, spętane przecież więzami dyscypliny partyjnej (Po co nam ten cały sejm?), fikcją są obietnice składane w kampanii wyborczej (Kampania w drodze), więc kolejna fikcja, w postaci ciszy wyborczej, doskonale pasuje do kolekcji.
W czasach powszechnego dostępu do Internetu, cisza wyborcza jest absurdalnym reliktem przeszłości. Kompletną aberracją jest sytuacja, w której policja, na wniosek Państwowej Komisji Wyborczej zajmuje się ściganiem faceta, który wywiesił plakat wyborczy w Pcimiu Dolnym. Albo wydarzenie sprzed bodajże 6 lat, kiedy w całym kraju wydłużono ciszę wyborczą, ponieważ zaspał cieć w Pierdziszewie i nie otworzył na czas lokalu wyborczego. Z innej strony patrząc, cisza wyborcza ma pewien urok jako zabawny element tradycji politycznej. Obyczaj tym bardziej sympatyczny, im mniej w nim sensu. Coś jak topienie marzanny albo noc kupały.
Gdyby jednak ktoś miał ochotę zagłuszyć trochę tę ciszę, polecam zanurzenie w archiwach polskich stacji radiowych zza żelaznej kurtyny: Radia Wolna Europa, Polskiej Sekcji BBC, Polskiej Sekcji France Internationale (Radia Wolności). To niezwykła podróż w czasie, do epoki zimnej wojny, w której obowiązywała doktryna Mutual Assured Destruction. Dla miłośników historii rzecz bezcenna.
Można tam wyszperać fantastyczne świadectwa XX-wiecznej historii Polski. Posłuchać w oryginale słynnych audycji RWE, w których zbiegły z Polski w 1953 roku Józef Światło, wyższy oficer Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, odsłania kulisy działania bezpieki i partii; relacji z wydarzeń marca 68 czy nagrań satyrycznego cyklu Jacka Fedorowicza „Kolega kierownik”, z końca lat 80-tych. OLBRZYMI KAWAŁ HISTORII. A to jeszcze nie koniec. Wciąż są digitalizowane zasoby innych stacji, nadających do Polski przed 1989 rokiem, a także archiwa polskiego radia. Miłego słuchania, w ciszy.
Proponuję lajtowy temacik, w sam raz na ciszę wyborczą. Mam pomysł, jak w prosty i tani sposób, przy okazji wyborów, zrobić wyborcom frajdę, a jednocześnie znacząco zwiększyć frekwencję.
Odwieczna tragedia Polaków, fatum ciążące nad losami naszego kraju sprawia, że wciąż stawiani jesteśmy przed fundamentalnym problemem etycznym. Koniecznością wyboru mniejszego zła. Tak to już u nas jest i nie zanosi się na to by miało być inaczej. Czas przekuć wreszcie tę słabość w siłę! Należy zmienić reguły głosowania w wyborach, tak by zamiast pozytywnego głosu („za”), trzeba było oddawać negatywny głos („przeciw”). Czyli wprowadzić głosowanie na tego polityka, który naszym zdaniem pod żadnym pozorem nie powinien rządzić. Wtedy ten przeklęty dylemat wyboru mniejszego zła, zamieni się w wybór większego dobra! Prawda, że to znacznie przyjemniejsza możliwość? Każdy przecież chętnie pofatyguje się do urny, by po chrześcijańsku podziękować temu albo owemu, w dziąsło szarpanemu, darmozjadowi, złodziejowi, idiocie, złamasowi, oszustowi, zdrajcy, agentowi, kłamcy, zaprzańcowi, gnidzie, burej suce etc. W dodatku nic nie będzie kosztował ten mały akt katharsis w lokalu wyborczym. A ile radości! Jaki komfort! Frekwencja też od razu poszybuje w górę. Trzeba tylko przepchnąć przez Sejm, odpowiednie zmiany legislacyjne.
Dziś jest już niemal pewne, że Ruch Poparcia Palikota znajdzie się w
Sejmie. Niewiadomą pozostaje ostateczny rezultat wyborczy. Jeśli to ugrupowanie
osiągnie wynik wyższy od SLD, stanie się sensacją na miarę wkroczenia
Samoobrony na scenę polityczną w 2001 roku. A Grzegorz Napieralski będzie
musiał poszukać sobie nowego zajęcia.
I właśnie do Samoobrony, dziennikarze i komentatorzy uparcie porównują
Ruch Palikota. „Miejska wersja Samoobrony”, to najczęściej spotykana etykietka.
Ale czy uzasadniona? Przyjrzyjmy się argumentom, które padają przy tej okazji:
Ruch protestu społecznego – Czy ja wiem? Samoobrona rzeczywiście
powstała jako ruch sprzeciwu zadłużonych rolników, którzy stali się ofiarą
transformacji gospodarczej i nie byli w stanie spłacić zaciągniętych kredytów.
W Ruchu Palikota nie widzę podobnej genezy. Twierdzenie, że w tym przypadku
mamy do czynienia z protestem gejów, lesbijek, antyklerykałów, feministek i
rozmaitych anarchistów wobec konserwatywnego porządku społecznego jest zbyt
dużym uproszczeniem, opartym na powierzchownej analizie list wyborczych tej
partii.
Populizm – A która partia polityczna nie jest dziś populistyczna?
Czy ktoś jest w stanie przebić populizm Donalda Tuska z kampanii wyborczej w
2007 roku?
Bardzo wyrazisty, kontrowersyjny lider – Na scenie politycznej
nie ma miejsca na nie wyrazistych liderów, co najlepiej widać na przykładzie
Grzegorza Napieralskiego. Janusz Palikot, podobnie jak Andrzej Lepper jest
człowiekiem utalentowanym politycznie. Poza tym dzieli ich wszystko:
wykształcenie, doświadczenie, horyzonty myślowe, obycie na politycznych
salonach.
Ludzie znikąd – Owszem, drużyna Palikota jest taką samą zagadką
jak działacze Samoobrony w 2001 roku, ale w tym wypadku rokowania są lepsze.
Lepper przyszedł do Sejmu z ludźmi ze swojego naturalnego środowiska, więc
trudno było tu o postacie większego formatu. Palikot jest przedsiębiorcą, który
osiągnął sukces w biznesie. Jeżeli przynajmniej o części osób z jego otoczenia
można powiedzieć to samo, to już są całkiem niezłe referencje. Przecież na
Wiejskiej nie zasiadają geniusze. Znaczna większość posłów to ludzie, którzy
nigdy niczym nie kierowali, nie dźwigali ciężaru odpowiedzialności a największą
inwestycją w ich życiu był zakup samochodu na raty. Zresztą ciągle narzekamy na
zaduch panujący na scenie politycznej, na te same twarze, które wciąż wyskakują
z innego kapelusza. Tutaj, poza Januszem Palikotem wszyscy są nowi. Dzisiaj
media koncentrują się na tych najbardziej barwnych i kontrowersyjnych
obyczajowo, ale to wcale nie oznacza, że takie musi być oblicze tej partii.
Ludzie Palikota rozpierzchną się po innych ugrupowaniach –
Pojawiają się spekulacje, że zamiast koalicji z Ruchem Palikota, Platforma
sięgnie po ludzi z jego klubu parlamentarnego. Skąd takie założenie? Lepper co
prawda szachował swoich posłów sławnymi wekslami, ale wyłuskanie ludzi z
Samoobrony jakoś się nie powiodło, nawet w obliczu poważnego kryzysu w tej
partii. W politycznym kurestwie specjalizują się raczej starzy wyjadacze
polityczni, a królową politycznego lunaparu jest Joanna Kluzik-Rostkowska.
Dlaczego ludzie z szansą zaistnienia w nowej, tworzącej się dopiero partii
mieliby wybrać rolę planktonu w wypalonym PO?
Jak będzie naprawdę? Wkrótce się przekonamy. Ruch Poparcia Palikota,
zdecydowanie nie jest partią z mojej bajki ale też, przywołując retorykę
Jarosława Kaczyńskiego, nie postrzegam jej jako największego zagrożenia dla
Polski. Jestem natomiast pełen podziwu dla spektakularnego sukcesu tego
ugrupowania.
Ośrodki badania opinii publicznej, niemal codziennie fundują nam nowe sondaże preferencji wyborczych. W jedynych wygrywa PO, w innych PiS, ale różnice są minimalne. W zasadzie wiadomo już teraz, które partie przekroczą próg 5%. Ze wszystkich stron grzmią rozmaite głosy rozsądku, które straszą nas Polską, w której możemy obudzić się 10 października albo upiornymi wizjami możliwych koalicji powyborczych.
O co ten cały hałas? Moim zdaniem, karty są już rozdane. I wcale nie jest takie istotne, który z dwóch pretendentów do władzy pierwszy dobiegnie do mety. Niezależnie od ostatecznego werdyktu wyborców, już dzisiaj z olbrzymim prawdopodobieństwem, można powiedzieć, że PiS nie będzie rządzić. Przeanalizujmy na spokojnie wariant, w którym to lider dzisiejszej opozycji będzie triumfował w najbliższą niedzielę.
Wygrana PiS jest możliwa, ale przewaga, którą uzyska nad PO będzie niewielka. Co się wtedy stanie? Obrażony premier Tusk, pogratuluje konkurentowi i powtórzy swoje oświadczenie sprzed kilku dni, że to zwycięska partia powinna stworzyć nowy rząd. I będzie mógł się cynicznie przyglądać obrzędom, związanym z budową większości przez PiS. Te wysiłki z góry skazane są na porażkę. Bo niby z kim miałby rządzić PiS? Ruch Poparcia Palikota od razu możemy wykluczyć. Moim zdaniem SLD również. Po kiepskim wyniku wyborczym Napieralski, który chciałby być wice premierem za wszelką cenę, będzie miał zbyt słabą pozycję w partii, by przeforsować udział SLD w tak egzotycznej koalicji. Jest też bardzo prawdopodobne, że w ogóle przestanie być szefem, o czym pisałem kilka dni temu (Napierniczak). Pozostaje PSL. Sądzę, że ludowcy, nazywani partią obrotową (taki eufemizm dla politycznej prostytucji), nie będą mieli ochoty zawierać politycznych aliansów ze zwycięskim PiS. Zadziała instynkt samozachowawczy. Zbyt świeże jest wspomnienie ceny, jaką zapłacili politycy Samoobrony i LPR za koalicję z partią Jarosława Kaczyńskiego. Tym bardziej, że Waldemar Pawlak nie ma się czym martwić. PSL jest przecież partią preferowaną do roli koalicjanta przez Platformę, która po fiasku PiS-owskich usiłowań podejmie misję tworzenia rządu. Stołki w około rządowych instytucjach, które są dla PSL-u solą działalności politycznej, nie będą więc zagrożone. Spokojnie można udać się za stodołę popykać trochę w tenisa.
Dlatego też, główną konsekwencją wyborczego zwycięstwa PiS, będzie polityczny galimatias związany z próbą budowy większości parlamentarnej dla poparcia rządu Jarosława Kaczyńskiego. PO będzie spokojnie przyglądać się nieudanym zabiegom przeciwników wiedząc, że władza i tak pozostanie w jej rękach.
To wręcz wymarzona sytuacja dla Donalda Tuska. Im dłużej potrwa szopka z tworzeniem rządu przez PiS, tym częściej będzie słychać apele autorytetów, by się zlitował i wziął losy kraju w swoje ręce. A on będzie się wahał, zastanawiał, rozważał, wreszcie, strojąc się w piórka męża stanu, skorzysta z niezapomnianej frazy klasyka i oświadczy ludowi „Nie chcem, ale muszem”. Dla dobra Polski, łaskawie zgodzi się dźwigać nadal brzemię rządzenia. I to on będzie wtedy stawiał koalicjantom warunki, na których zgodzi się podjąć to wyzwanie. Nie ma tu większego znaczenia kto znajdzie się w tej koalicji. Luksus PO polega na tym, że może związać się z każdym oprócz PiS. SLD, PSL, Ruch Palikota, do wyboru, do koloru. Kto to będzie, zadecyduje ostateczny układ sił w Sejmie. Paradoksalnie, niewielka porażka Platformy może oznaczać znacznie większy komfort rządzenia dla nowego rządu Tuska niż niewielkie zwycięstwo. „Miałeś chamie złoty róg … ostał ci się ino sznur” – z tym, cytatem brzmiącym w uszach, będzie zasypiał i budził się Jarosław Kaczyński.
Tak naprawdę, najwięcej do ugrania w tych wyborach ma jeszcze PJN. Walczy o przekroczenie progu 3% głosów, czyli dofinansowanie z budżetu państwa, które stanowi o być albo nie być tej partii na politycznej scenie. Bo Nowa Prawica Janusza Korwin-Mikkego, skrzywdzona prze Państwową Komisję Wyborczą, już takiej szansy raczej nie ma (Nie ważne wybory).
W tych rozważaniach jest tylko jedno „ale”. Czy aby na pewno, Platforma będzie chciała rządzić w tych trudnych czasach, które nadchodzą?
Wobec wyczerpania puli interesujących propozycji, zamykam kącik odjechanych spotów wyborczych. Okazuje się, że najbardziej odjechało SLD. Za to PiS i PSL nie odjechały wcale. No oczywiście poza klipami emitowanymi w telewizji, ale publikowanie ich w tym miejscu nie miałoby sensu.
Wszelkie utyskiwania na demokrację kwituje się zwykle słynnym bon motem Churchilla „Demokracja to najgorsza forma rządu, z wyjątkiem wszystkich innych form”. Na ogół nie towarzyszy temu żadna głębsza refleksja. Piewcy demokracji, równie chętnie powołują się też na tradycję demokracji ateńskiej. Obawiam się jednak, że z tej starożytnej wersji demokratycznych rządów nie byłoby zadowolonych wielu dzisiejszych entuzjastów. Prawo głosu miało tam tylko około 30% ludności, wyłącznie mężczyzn posiadających status obywatela polis. Kobiety nie głosowały. Auć! Co na to feministki? Za to zadowolony mógłby być Robert Biedroń. W starożytnej Grecji stosunki homoseksualne były szeroko rozpowszechnione. Ba, należały wręcz do dobrego tonu.
Mimo, iż w Atenach praktykowano mniej zdegenerowaną odmianę demokracji niż dzisiaj, już Arystoteles nie był zachwycony tą formą rządów. Filozof ów, stworzył własną koncepcje ustroju politycznego, politeję, która jest rodzajem demokracji ograniczonym do rządów klasy średniej, jako najbardziej rozsądnej i przewidywalnej grupy społecznej. Możliwość udziału w tej formie rządów miał określać cenzus majątkowy. Ja jestem za. Należało by się więc zastanowić w jaki sposób, dzisiaj, zdefiniować klasę średnią.
Tymczasem, zgodnie z przewidywaniami, znów ruszyła kampania, której celem jest zagonienie do urn wszystkiego co się rusza. Tym razem, w roli pożytecznych idiotów występują Monika Brodka, Maciej Stuhr i Jurek Owsiak. Bardzo jestem ciekaw, czy ci państwo równie chętnie, w drodze demokratycznego głosowania, będą chcieli decydować o tym kto ma przeprowadzić operację chirurgiczną, jeżeli będą musieli się jej poddać. Dajcie spokój ludziom, którzy zdając sobie sprawę z własnej niekompetencji, mają na tyle zdrowego rozsądku, by powierzyć ten wybór mądrzejszym!
Kącik odjechanych spotów należy dziś do Ruchu Palikota.
Czy warto iść na wybory, które zakładając elementarną przyzwoitość obowiązujących reguł gry, już przed startem powinny być nieważne? Fundamentem współczesnego ustroju demokratycznego jest zapewnienie wszystkim obywatelem biernego i czynnego prawa wyborczego oraz równych szans startu w wyborach. Przepisy prawa mają za zadanie strzec tych zasad.
Tymczasem okazuje się, że postępując w myśl obowiązujących procedur, można zostać wyrolowanym za pomocą interpretacji prawa, która jest kpiną z demokracji. Tak właśnie się stało z listami Nowej Prawicy. W ustawowym terminie, w Państwowej Komisji Wyborczej, partia zgłosiła listy wyborcze z odpowiednią ilością podpisów z ponad połowy okręgów wyborczych. Zgodnie z ustawą powinno to umożliwić NP wystawienie w wyborach, kandydatów we wszystkich (również tych nie zarejestrowanych) okręgach wyborczych. Ale gdzie tam. Okazało się, że urzędnicy z PKW, w ustawowym czasie, nie zdążyli sprawdzić wszystkich przedstawionych dokumentów, więc wydali decyzję, która blokuje możliwość startu kandydatów tej partii w nie zarejestrowanych okręgach. I niczego nie zmienił fakt, że kiedy już udało się wszystko sprawdzić, okazało się, że Nowa Prawica zarejestrowała listy w 21 okręgach, które stanowią ponad połowę wszystkich istniejących. Decyzji nie można już zmienić i róbta se co chceta.
Ale to nie koniec farsy. Sąd Najwyższy nie może rozpatrzyć skargi wyborczej Nowej Prawicy ponieważ taką skargę można złożyć dopiero 7 dni po wyborach. Paranoja, nie? A nas wciąż bawią filmy Barei piętnujące absurdy PRL. Ciekawe, że współczesne nonsensy już nas tak nie śmieszą.
Przypominam tę historię ponieważ mam wrażenie, że została kompletnie olana przez polityków i media. Tak zwani poważni politycy tematem się nie zajmują, ewentualnie bąkają coś mało istotni delegaci z trzeciego szeregu. Dziennikarze również się nie garną, chlubnym wyjątkiem jest tu o dziwo TVN, który rzetelnie informował o całej sprawie. Sondaże przedwyborcze też uparcie pomijają Nową Prawicę. Efekt jest łatwy do przewidzenia. Większość opinii publicznej uważa, że znowu ten śmieszny pajac z muszką, Korwin Mikke, wymyślił sobie jakiś problem nie z tej planety. A przecież ten facet ma całkowitą rację.
Bardzo jestem ciekaw co PKW zrobi z tym pasztetem po wyborach. Już dzisiaj jest jasne, że powyborczy protest Nowej Prawicy powinien być uznany, a wybory unieważnione. Co więcej, jeśli okaże się, że w tej zarejestrowanej połowie okręgów wyborczych Nowa Prawica uzyska około 2% głosów (a ja zakładam, że tak właśnie się stanie) spokojnie będzie można założyć, że w przypadku zarejestrowania list w całym kraju (co należało się jak psu zupa), próg 5% byłby bardzo prawdopodobny, a 3% uprawniające do uzyskania finansowania z budżetu państwa, niemal pewne. I co wtedy? PKW rozpatrując protest Nowej Prawnicy uzna, że ta sprawa nie miała wpływu na wynik wyborów? Wolne żarty! Ciekawe jakie argumenty zostaną użyte by mógł zatriumfować jawny szwindel. Hipokryzji z pewnością nie zabraknie.
Ale tu mogą pojawić się jeszcze inne ciekawe scenariusze. Jeżeli wybory wygra Platforma Obywatelska, Korwin Mikke może natychmiast zyskać sojusznika, w swojej walce o unieważnienie wyborów, w osobie Jarosława Kaczyńskiego. Jeśli wygra PiS podobną pokusę może poczuć Donald Tusk. Wyobrażacie sobie unieważnienie wyborów w przypadku zwycięstwa PiS? Krew popłynęłaby po ulicach.
Na koniec, z trochę innej beczki. Nawiązując do poprzednich wpisów dotyczących stylu kampanii wyborczej, która bardziej przypomina telewizyjne show, w rodzaju programów „Top model” czy „Mam talent”, niż polityczną debatę na temat przyszłości Polski, zamieszczam kącik najbardziej odjechanych spotów wyborczych. Dziś kandydat SLD.