Pokazywanie postów oznaczonych etykietą strefa Euro. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą strefa Euro. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 21 stycznia 2013

Schizofrenia



Słucham czasem porannej audycji Tadeusza Mosza „EKG” w radiu Tok FM. To program ekonomiczny, w którym prowadzący i zaproszeni goście, mniej lub bardziej znani przedstawiciele polskiego świata ekonomii i finansów, omawiają bieżące wydarzenia gospodarcze. Zazwyczaj, dyskutanci nie różnią się istotnie w swoich opiniach prezentując poglądy nie wykraczające poza linię głównego nurtu. W odniesieniu do problematyki związanej z obecnością Polski w Unii Europejskiej oznacza to, że panuje pro unijna zgodność dotycząca pogłębiania integracji, przyjęcia waluty euro (ewentualne spory dotyczą najwyżej terminu jej przyjęcia), nikt nie kwestionuje konieczności podpisania przez Polskę paktu fiskalnego, powtarzane są te wszystkie dyżurne opowieści o pociągu, do którego koniecznie musimy wskoczyć zanim odjedzie, o stole przy którym za wszelką cenę musimy siedzieć etc. Wszystko uładzone, uczesane, poprawne politycznie. W tym gronie, głos odmienny, zdystansowany do unijnych pomysłów spotkałby się z zakłopotaniem dyskutantów i zapewne zostałby uznany za towarzyskie faux-pas.

Dlatego też, z rozbawieniem wysłuchałem audycji, w której goście redaktora Mosza gremialnie opowiedzieli się za patriotyzmem gospodarczym. Temat został wywołany przez wicepremiera Janusza Piechocińskiego, który zapowiedział debatę na ten temat.  Czy Polacy powinni preferować polskie produkty? Czy powinni faworyzować tych przedsiębiorców zagranicznych, którzy lokują swoje interesy w Polsce? Czy polski rząd powinien wspierać polski biznes? W taki właśnie sposób, bez żenady postępują przywódcy innych państw. Frazesy o europejskiej solidarności nie przeszkadzają im w dotowaniu sprzedaży krajowych marek i towarów czy wywieraniu nacisku na władze wielkich koncernów czego efektem jest ograniczanie tańszej produkcji za granicą po to by utrzymać zatrudnienie w kraju macierzystym (masowe zwolnienia w fabryce Fiata w Tychach są tutaj bardzo wymownym przykładem).

I wszystko fajnie, szkoda tylko że panowie eksperci z programu EKG nie widzą sprzeczności głoszonych przez siebie poglądów. Jeżeli patriotyzm gospodarczy, który sprowadza się w końcu do ochrony krajowego rynku, jest ok., dlaczego popierają inicjatywy, które stoją w sprzeczności z tą tezą? Przecież pozbywając się własnej waluty na korzyść euro, rezygnujemy z możliwości prowadzenia polityki stóp procentowych przez Narodowy Bank Polski, czyli z bardzo ważnego instrumentu wpływu na konkurencyjność krajowej gospodarki. Długofalowym celem paktu fiskalnego nie jest wyłącznie wprowadzenie mechanizmu hamulca budżetowego jak głosi oficjalna propaganda, zwłaszcza, że podobne regulacje zawarto już w traktacie z Maastricht (tyle, że większość krajów UE, nie zawracała sobie tym głowy). Pakt fiskalny prędzej czy później musi doprowadzić do unifikacji obciążeń podatkowych we wszystkich krajach członkowskich UE, co dla krajów słabiej rozwiniętych gospodarczo, w tym Polski, byłoby przysłowiowym gwoździem do trumny. Skąd taka schizofrenia w głowach sterników naszej gospodarki? Stawiam na terror poprawności politycznej, która nawet wbrew logice nie pozwala przyjąć tez sprzecznych z obowiązującym dogmatem. W końcu nie trudno zasłużyć na etykietkę oszołoma. A to grzech znacznie cięższy niż rozminięcie się z logiką.

niedziela, 21 października 2012

O jeden most za daleko



Tekst jest polemiką z tezami zawartymi we wpisie „Secesja i hipokryzja” zamieszczonym na blogu wrskalski.bloog.pl i w komentarzu wrs do mojej poprzedniej notki.

Alternatywa związana z przyszłym modelem Unii Europejskiej, stawiana przez lewicowych euroentuzjastów, którzy mają dziś dominującą pozycję w Europie jest fałszywa. Forsując swoje projekty pogłębionej integracji pod hasłem „więcej Europy”, wszystkich oponentów ustawiają w roli przeciwników Unii Europejskiej w ogóle. To nawet semantycznie jest absurdem, ponieważ właśnie ich koncepcje oddalają model UE od idei unii czyli związku państw, w którym strony zachowują równorzędność i suwerenność, na rzecz federacji, która jest związkiem państw tworzących jedno większe państwo, zachowując w nim jedynie pewną samodzielność i odrębność. Nastąpiło więc zawłaszczenie samego pojęcia. Naprawdę nie jest tak, że albo głęboka integracja albo rozpad. To nachalnie forsowana integracja jest zagrożeniem dla projektu europejskiego ponieważ staje się zapalnikiem konfliktów antagonizujących europejskie społeczeństwa.

Niezależnie od zaklęć federastów, przywiązanie do państw narodowych w Europie ma się dobrze. Rozbieżność interesów jest więc rzeczą naturalną. Teza o braku sprzeczności między interesem narodowym poszczególnych państw, a interesem Europy jako całości jest idealistyczną naiwnością. Widać to doskonale w czasie wszystkich szczytów UE, a w kwestii podziału środków finansowych z unijnego budżetu, różnice interesów skupiają się jak w soczewce. Nie chcę się wdawać w filozoficzną dysputę gdzie leży granica między interesem a egoizmem narodowym, ale egoizmy istnieją i nie ma co się na nie obrażać. Tworzenie modelu systemu politycznego w oparciu o życzeniowe a nie istniejące interesy i emocje jest budowaniem utopii, która nie ma prawa działać tak samo jak mlekiem i miodem płynąca ojczyzna proletariatu, którą wszyscy pamiętamy. Projekt Unii Europejskiej musi uwzględniać te rozbieżności. Europejska Wspólnota Węgla i Stali czy Europejska Wspólnota Gospodarcza znacznie lepiej odzwierciedlały ducha Europy, szukając porozumienia na płaszczyźnie wzajemnych interesów gospodarczych, ale z poszanowaniem suwerenności i bez ingerencji w narzędzia polityki gospodarczej poszczególnych państw. Momentem krytycznym, w którym zaprzepaszczono całkiem fajny projekt europejski stało się wprowadzenie unii walutowej. O tym, że koncepcję integracji posunięto o jeden most za daleko również zadecydowały  partykularne interesy narodowe a nie idealistyczna wizja interesu Europy jako całości. Zgoda RFN na wspólną walutę była ceną jakiej zażądała Francja za zjednoczenie Niemiec. To wspólna waluta leży u podstaw nowego podziału Europy. Dzisiaj kraje wchodzące w skład strefy euro podporządkowują interesy całej Unii ratowaniu unii walutowej, która okazała się pomysłem chybionym. Milton Friedman miał rację wieszcząc dwanaście lat temu: „Z euro jest jak z socjalizmem. To piękna idea, która nie sprawdzi się w praktyce. Daję unii walutowej szanse na kolejne 10 lat. Potem kryzys i rozpad strefy euro.”

Problem armii wymagałby odrębnego omówienia. Europa jest wojskowym impotentem co zostało bezwzględnie obnażone przy okazji wojny na Bałkanach. Dla żyjących dziś pokoleń wojna jest abstrakcją. Społeczeństwa złożone z rozpieszczonych socjalem konsumentów, którym wkłada się do głowy idee pacyfizmu piętnując jednocześnie patriotyzm, nie mają ochoty i nie będą się bić. Upadek Cesarstwa Rzymskiego dokonał się w wyniku wewnętrznego bezwładu imperium a nie w starciu z silniejszym przeciwnikiem. Dbajmy więc o własną armię żebyśmy byli w stanie obronić się chociaż przed Białorusią, bo w zderzeniu z silniejszym sąsiadem ze wschodu nawet stając na głowie nie mielibyśmy szans.

czwartek, 2 lutego 2012

Pytania, których nikt nie stawia



Obawiam się, że zbyt wiele miejsca poświęcam kiepskiej kondycji polskiego dziennikarstwa, ale są sprawy, którym nie mogę się nadziwić. Minęły dwa dni od zakończenia brukselskiego szczytu, który zdaniem przedstawicieli partii rządzącej, zakończył się satysfakcjonującym kompromisem, a w narracji prorządowych mediów zdążył już nawet przekształcić się w umiarkowany sukces, a ja wciąż nie mogę doczekać się odpowiedzi na pytania, które mnie nurtują. Mediom i komentatorom, tak bardzo spodobała się metafora obiadowa premiera, że nie ma końca wymyślaniu nowych jej interpretacji i licytowaniu, kto siedzi przy stole, kto pod stołem, kto jest w menu i w charakterze jakiego dania występuje. Można odnieść wrażenie, że te około stołowe rozważania wyczerpują zainteresowanie ustaleniami szczytu. Ja jednak zamierzam upierdliwie drążyć kilka kwestii.

Jakie będą konsekwencje podpisania paktu fiskalnego?

Donald Tusk, przedstawiając ustalenia szczytu, na konferencji prasowej w Brukseli poinformował, że kraje spoza strefy euro nie będą zobligowane do przestrzegania zobowiązań wynikających z paktu, do czasu przyjęcie wspólnej waluty. Zapewnił również, że sprawa zasilenia finansowego MFW nie jest elementem paktu. Co w takim razie, wynika dla Polski z podpisania tego dokumentu? Pytanie tym bardziej zasadne, że politycy opozycji, powołując się na lekturę tekstu umowy, twierdzą, że premier mija się z prawdą. Utrzymują, że sankcje za nie przestrzeganie reguł fiskalnych mają nas jednak dotyczyć. Jeżeli więc są wątpliwości w tak kluczowej sprawie, premier tym bardziej powinien rzetelnie podsumować wszystkie konsekwencje przyjęcia paktu. Nie rozumiem natomiast, dlaczego takich oczekiwań nie formułują dziennikarze?

Dlaczego uznano, że aktywny udział Polski w spotkaniach strefy euro to zbyt wygórowane żądanie?

Jak oczywistą oczywistość potraktowano fakt, że jako kraj nie należący do strefy euro, nie możemy mieć prawa głosu na spotkaniach państw siedemnastki. Jednocześnie, w kółko przywołuje się zasadę „pacta sunt servanda” przypominając, że do strefy euro i tak wejść musimy, bo zobowiązaliśmy się do tego przystępując do UE i tylko termin pozostaje kwestią techniczną do ustalenia. No to jak w końcu jest? Jeżeli nasz udział w unii walutowej jest już zdeterminowany, to ustalenia, które tę strefę kształtują interesują nas tak samo jak kraje siedemnastki. Nie może być przecież tak, że mamy bezwzględnie wejść do struktury, która będzie wyglądać zupełnie inaczej niż wtedy kiedy podejmowaliśmy to zobowiązanie. To mniej więcej tak samo, jak umówienie warunków zakupu domu, który mamy nabyć w przyszłości. W momencie zawarcia umowy oglądamy pięknie zadbaną nieruchomość z czystą hipoteką, a po 10 latach właściciel próbuje nam wepchnąć zdewastowaną, zadłużoną po uszy ruinę. Dlaczego nikt tej sprzeczności nie widzi? Ale czego wymagać od dziennikarzy, którzy jak redaktor Morozowski, przyjęcie euro postrzegają jedynie w kategoriach osobistych korzyści wynikających z eliminacji niewygody związanej z wymianą pieniędzy podczas podróży na wakacje (w rozmowie z Ludwikiem Dornem we wtorkowym programie „Tak jest”). To jest kompromitujący poziom dziennikarstwa. Zarząd stacji, powinien chyba pomyśleć o szkoleniach dla swoich gwiazd.

Co z udziałem Polski w finansowaniu ratunkowym MFW?

Dowiedzieliśmy się od premiera, że wbrew wcześniejszym założeniom, pożyczka pomocowa dla MFW nie jest elementem paktu fiskalnego. Ok. Jakie w takim razie jest aktualne stanowisko rządu w kwestii udziału Polski w finansowaniu eurobankrutów? Jestem pewien, że owe 6 mld EUR z rezerw Narodowego Banku Polskiego, na niekorzystnych warunkach, i tak pożyczymy. Musimy być przecież solidarni wobec tych wszystkich państw, które solidarnością z nami wcale się nie przejmują. Zwłaszcza w kontekście negocjacji nowego budżetu wydatków UE, na lata 2014-20, i walki o owe mityczne 300 mld złotych z funduszy strukturalnych, które wydają się coraz mniej prawdopodobne. Wyraźnie już widać, że w interesie Niemiec i Francji będzie skierowanie jak największej ilości środków finansowych na ratowanie gospodarek, pogrążonych w kryzysie, państw strefy euro, kosztem krajów Europy Środkowo-Wschodniej. Tylko dlaczego, nie słyszę dziś tych niewygodnych pytań?


P.S. W kontrze do propagandy sukcesu obowiązującej w większości polskich mediów, zwracam uwagę na ciekawy artykuł, który prezentuje punkt widzenia francuskiej prasy, na ustalenia poniedziałkowego szczytu w Brukseli, tożsamy z moją własną oceną zawartą w notce "Klapa". Oto fragment tego tekstu:

„Polscy dyplomaci sugerują, że wywalczony przez naszą delegację zapis w unijnej umowie międzyrządowej sprawi, że trudniej będzie nas wypraszać z antykryzysowych narad przywódców eurolandu. Będą się one bowiem za każdym razem odbywać po szczytach całej UE. Po spotkaniu w Brukseli Nicolas Sarkozy zasugerował, że to bzdura i przedstawił inną interpretację przyjętego tekstu. Nie będzie potrzeby wypraszać z narad eurolandu przywódców spoza strefy, bo po prostu nie będą oni na nie wpuszczani. „

wtorek, 31 stycznia 2012

Klapa


Do stołu jednak nie zaprosili.

„Polska, podobnie jak wiele innych państw, jest gotowa wziąć pełną współodpowiedzialność za realizację paktu fiskalnego pod jednym warunkiem, że te państwa, które biorą współodpowiedzialność, będą także współdecydowały o tym, jak wygląda realizacja tego paktu” - oświadczył szef polskiego rządu.

Ta twarda deklaracja sprzed kilku godzin, nijak się ma do ustaleń unijnego szczytu. Aż żal było patrzeć, jak premier nieudolnie próbuje przedstawić je, jako satysfakcjonujący kompromis, podczas konferencji prasowej w Brukseli. Z trwającego godzinę owijania w bawełnę wynika, że będą organizowane szczyty w różnym składzie. Na spotkania członków strefy euro, państwa spoza unii walutowej zapraszane nie będą. Na czym więc polega kompromis? Chyba tylko na  obietnicy, że mogą być czasem również takie szczyty, na które i nas łaskawie zaproszą. Zupełnie też nie rozumiem co wynika z faktu wejścia Polski do paktu fiskalnego. Skoro, jak twierdzi premier, zobowiązania paktu fiskalnego nie będą dotyczyły państw spoza strefy euro, a udział w finansowaniu pomocowym MFW nie jest elementem paktu, to podpisanie tej umowy nie ma kompletnie żadnego znaczenia. Obawiam się więc, że jest tu jednak jakiś haczyk.

Gdyby jednak było tak jak mówi Donald Tusk, mnie ten wariant odpowiada. W praktyce niczym się nie różni od nie przyjęcia paktu fiskalnego, co postulowałem. Premier natomiast wpadł we własne sidła. Z absurdalnej walki o miejsce przy stole uczynił niemalże rację stanu. Słynna „obiadowa” metafora ugruntowała założenie, że sama obecność na spotkaniach państw należących do unii walutowej jest wartością, o którą warto walczyć i płacić za nią udziałem w finansowaniu ratunkowym. Myśl, że w przypadku naszej nieobecności, nie będziemy wiedzieli, co dzieje się w strefie euro jest aberracją, której nie warto nawet komentować. Za to teraz, trzeba się będzie tłumaczyć z braku zaproszenia do stołu. Zła passa premiera trwa.

Na tym tle nasuwa się jeszcze inna, ogólna refleksja. Unią Europejską żądzą egoizmy narodowe, a nie frazesy o interesie europejskim, solidarności i wspólnocie. W grudniu, David Cameron, zawetował zmiany w traktacie europejskim, ponieważ było to w interesie Wielkiej Brytanii. Nicolas Sarkozy, w interesie Francji, chce wzmocnić swoją rolę w Unii, kosztem nowych państw członkowskich, między innymi Polski. Grecy nie godzą się na kuratelę komisarzy unijnych nad swoim budżetem. Warto więc, zastanowić się nad bredniami, którymi karmią nas przedstawiciele rządu, rozmaici eksperci i wtórujące im media, usilnie wmawiając, że interes narodowy to XIX-wieczny szowinizm i przede wszystkim należy myśleć w kategoriach interesu europejskiego, a najlepiej w ogóle przenieść jak największą ilość ośrodków decyzyjnych do Brukseli.

piątek, 16 grudnia 2011

Szantaż europejski czyli jak zostałem eurofobem



Według najnowszego badania TNS OBOP, przeprowadzonego na zlecenie Gazety Wyborczej, PiS zyskuje w sondażach nawet 8%. W mediach słyszę biadolenie, że taki ten naród ciemny i głupi, że kupuje hucpy organizowane przez Kaczyńskiego. Szanowni komentatorzy polityczni, zwracam wam uwagę na jeden detal, który jakoś umyka waszym błyskotliwym, analitycznym umysłom.

Osią politycznego sporu stała się dziś przyszłość Europy. Forsowanie w mediach idei głębokiej integracji, zmierzającej do federacyjnego państwa europejskiego, przekracza wszelkie granice przyzwoitości. Szantaż europejski, zgodnie z którym mamy do wyboru światły kierunek, który wskazuje nieomylny Donald Tusk, albo zacofanie i zaścianek Europy gdzie sołtysem zostanie Jarosław Kaczyński, to zwykły fałsz. Jeszcze do niedawna, pełnoprawna koncepcja, zakładająca współpracę suwerennych państw w ramach Unii Europejskiej, została zepchnięta przez federastów na margines dyskusji o UE, a jej zwolennikom przyklejono etykietkę eurofobów. Cóż, w ten sposób i ja zostałem eurofobem. Kłopot polega na tym, że przeciwnicy federacji nie mają w Sejmie innej reprezentacji niż radykalny i populistyczny PiS, występujący aktualnie w dwóch odsłonach. Nie odpowiada mi sposób uprawiania polityki praktykowany przez te partie, ale istota sprawy jest znacznie ważniejsza niż styl i wrażenia natury estetycznej. Chcąc nie chcąc, w tej debacie jestem po stronie PiS i SP. Spodziewam się, że podobny problem ma wielu wyborców, stąd ten tajemniczy przyrost w sondażu. To nie jest wybór PiS-u, tylko wybór wizji Europy, a przede wszystkim protest przeciw nachalnej, zmasowanej propagandzie na rzecz federacji. Ciemny lud, jak widać, nie lubi być szantażowany.

Zupełnie mnie nie zdziwiła jałowość sejmowej debaty europejskiej. Nie mogło być inaczej skoro do dzisiaj nie wiadomo co tak naprawdę ustalono na ostatnim szczycie w Brukseli. To trochę dziwne, że dopiero w marcu dowiemy się, co kryje się pod szyldem „unia fiskalna”. Jeżeli nie jest planowana unifikacja podatkowa, warto byłoby wyraźnie o tym powiedzieć, by przeciąć niepotrzebne spekulacje na ten temat. Skoro się tego nie robi, można domniemywać, że coś jest na rzeczy. Sam hamulec budżetowy i zrzutka na strefę euro nie są warte walnego sporu. Pierwsza sprawa nie jest niczym nowym. Podobne ustalenia, teoretycznie, obowiązują od kilkunastu lat, od momentu zawarcia traktatu z Maastricht. Wprowadzenie sankcji w tej sprawie przypomina leczenie alkoholika, któremu lekarz wszywa esperal, bo pacjent sam nie potrafi odstawić kieliszka, co już samo w sobie kompromituje hasło o solidarności europejskiej, odmieniane przez wszystkie przypadki. Co to za solidarność, jeżeli trzeba ją egzekwować przy pomocy sankcji? Odpuszczam też temat wielomiliardowej pożyczki dla MFW. Nie uratuje to strefy euro, moralnie jest co najmniej kontrowersyjne, ale Rostowski przekonał mnie, że nie utopimy tych środków. Niech więc im będzie. Na szczęście kończy się nasza prezydencja, co pozwala żywić nadzieję, iż pan premier przeniesie swoją aktywność na grunt krajowy. Donald Tusk, strefy euro nie uratuje, ale może uratować Polskę, sprawnie wprowadzając reformy zapowiedziane w expose i dbając o wzrost gospodarczy.

Natomiast, dobrze by było, żeby europejscy decydenci wymyślili w końcu jakąś receptę na kryzys, która powstrzyma upadek strefy euro. Bicie piany, uprawiane na ostatnim szczycie, na rynkach finansowych i kapitałowych nie zrobiło żadnego wrażenia. Obawiam się jednak, że unia walutowa jest tak niesterowalnym systemem naczyń połączonych, że trudno cokolwiek sensownego z tym zrobić, skoro przez dwa lata nie zrobiono nic. W tym kontekście, niezwykle proroczo, wygląda barwne wystąpienie znanego eurosceptyka, Nigela Farage, wygłoszone na forum Parlamentu Europejskiego blisko 2 lata temu, w świętowaną hucznie, dziesiątą rocznicę wprowadzenia waluty euro!

piątek, 9 grudnia 2011

Unia fiskalna



Szczyt szczytów dobiegł końca. Słucham rozmaitych ekspertów i wśród koszmarnego bicia piany nie mogę doszukać się najważniejszych ustaleń. Spójrzmy na to racjonalnie. To co ustalono, czy też to co zamierzano ustalić na tym szczycie w żaden sposób nie może wpłynąć na sanację strefy euro, bo dotyczy wyłącznie przyszłych regulacji prawnych, a nie dzisiejszych problemów. Zamiast jakiegokolwiek planu ratunkowego jest pomysł jak utopić kolejne 200 mld EUR (w tym 50 mld EUR pochodzące od państw spoza unii walutowej), z czego jakiś kawałek ma solidarnie utopić Polska. Ciekawe jaki. Mówi się wciąż o unii fiskalnej, nie tłumacząc co ona oznacza. Polityka fiskalna to znacznie więcej niż kontrola poziomu deficytu budżetowego. Zapewne więc się okaże, że za tym hasłem kryje się również unifikacja podatkowa, co byłoby bardzo niekorzystne dla polskiej gospodarki. Niski podatek CIT jest dzisiaj czynnikiem wpływającym pozytywnie na konkurencyjność polskich przedsiębiorstw. Wszelkie działania zmierzające do zmniejszenia konkurencyjności wewnątrz UE godzą w interes Polski, ponieważ utrwalają bieżącą sytuacją, w której polska gospodarka charakteryzuje się niższym poziomem rozwoju w stosunku do państw starej unii.

Brytyjczycy, zgłaszając veto, rozumowali właśnie w tych kategoriach. Opodatkowanie transakcji bankowych byłoby strzałem w kolano brytyjskiej gospodarki. Ciekawe, że nikt tam nie śmieje się do rozpuku mówiąc o zbyt dużym ryzyku ograniczenia suwerenności, co w Polsce wykreowano jako synonim obciachu. Jeżeli za planowanym porozumieniem, kryje się to co mi się wydaje sądzę, że Polska go nie podpisze. Stanie się tak, ponieważ Donald Tusk nie zechce wziąć tej decyzji na siebie. Niezależnie od interpretacji konstytucjonalistów będzie wolał mieć uchwałę Sejmu podjętą 2/3 głosów. Inaczej, prędzej czy później będzie się mógł spodziewać Trybunału Stanu.

I tylko można ubolewać nad wypowiedziami niektórych polityków. Leszek Miller najwyraźniej pragnie zapisać się złotymi zgłoskami w księdze głupoty polskiej. Ostatnio domagał się od rządu planu wejścia do strefy euro, teraz komentując ustalenia szczytu, raczył był powiedzieć: „Nie znamy szczegółów, ale ponieważ zmiany idą w dobrym kierunku, to SLD poprze ratyfikację”. Nie zna szczegółów a już popiera. Brawo. Właśnie w ten sposób popierało się kiedyś inicjatywy Związku Radzieckiego.

sobota, 3 grudnia 2011

Federacja albo śmierć?



Kiedyś wyszydzano Jana Rokitę za hasło „Nicea albo śmierć!”, rzucone z trybuny sejmowej, w proteście przeciw niekorzystnym dla Polski, planom zmiany zasad głosowania w Radzie Europy. Teraz bez żenady robi się ludziom wodę z mózgu bardzo podobną retoryką. Federacja albo śmierć! zdają się krzyczeć Angela Merkel i Nikola Sarkozi. Federacja albo śmierć! wtóruje im Donald Tusk!

Ni z tego ni z owego, okazuje się, że projekt Unii Europejskiej, do niedawna uważany za genialny (każdy kto twierdził inaczej nazywany był oszołomem), można bardzo łatwo zepsuć. Europejscy politycy okazali się ignorantami ekonomicznymi. Realizując swoje cele polityczne, z rozmysłem łamali kryteria konwergencji ustalone w traktacie z Maastricht, dla krajów uczestniczących w unii walutowej. Jednym z nich było ograniczenie do 60% PKB, limitu długu publicznego. Tymczasem, w przypadku 8 na 13 krajów, tworzących obecnie strefę euro pogodzono się z długiem przekraczającym tą granicę. Unijni biurokraci nie ogarnęli tego problemu. Teraz tłumaczy się nam, że remedium na kryzys jest przekazanie im jeszcze większej władzy, po to by mogli zadbać o nasz interes lepiej niż my sami. Co ciekawe, pod hasłem polityki fiskalnej, oprócz daleko idących uprawnień do grzebania w podatkach i budżetach państw członkowskich, sprzedaje się od dawna obowiązujące kryteria  z Maastricht jako nowy pomysł utrzymywania dyscypliny budżetowej. Wmawia się nam, że upadek strefy euro to upadek Europy. To nieprawda. Unia walutowa, nie jest elementem bezwzględnie koniecznym dla istnienia wspólnoty europejskiej. Co więcej, geneza trwającego kryzysu wskazuje, że wspólna waluta może być niebezpieczna. Robert Gwiazdowski, ekspert z Centrum im. Adama Smitha, powołując się na pogląd Josepha Stiglitza, laureata nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii uważa, że unia walutowa pomiędzy państwami o różnym stopniu rozwoju nie ma racji bytu, ponieważ uniemożliwia prowadzenie polityki stóp procentowych przez krajowe banki centralne, a taka polityka jest ważnym instrumentem wpływu na konkurencyjność gospodarki krajowej. W 2009 roku polskie przedsiębiorstwa obroniły się przed kryzysem właśnie dzięki dewaluacji złotego wobec euro, co uczyniło polski eksport opłacalnym. Oto tajemnica zielonej wyspy Donalda Tuska. Strefa euro i tak pewnie upadnie, to tylko kwestia czasu. Drukowanie pieniędzy przez Europejski Bank Centralny kryzysu nie uleczy. Skutki upadku będą opłakane, ale Polska, która nie jest członkiem unii walutowej i tak jest w lepszej sytuacji. Nie ma powodu żebyśmy mieli grać pierwsze skrzypce w tej batalii, pchając się na pokład tonącego statku. Profesor Milton Friedman, laureat nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii, jeden z twórców monetaryzmu i orędownik idei wolnego rynku, w dniu wdrożenia waluty euro, w 2000 roku powiedział: „Z euro jest jak z socjalizmem. To piękna idea, która nie sprawdzi się w praktyce. Daję unii walutowej szanse na kolejne 10 lat. Potem kryzys i rozpad strefy Euro.” Wygląda na to, że się nie pomylił.

Ale hipokryzja polityków polega też na czym innym. Proponowane pogłębienie integracji, nie może być narzędziem waliki z trwającym kryzysem. To są rozwiązania systemowe, wymagające zmiany traktatów co jest procesem długotrwałym, więc choćby tylko z tego powodu nie uratują rozpadającej się strefy euro. Wszystko to nie przeszkadza jednak partii rządzącej w tworzeniu atmosfery braku alternatywy dla koncepcji federacji przedstawionej przez Radosława Sikorskiego. W licytacji, w eurofanatyzmie, przekraczając granice głupoty bierze udział SLD. Leszek Miller przebija stawkę,domagając się od rządu konkretnego planu wejścia Polski do strefy euro. Tak absurdalny postulat, wobec aktualnej sytuacji strefy euro, trudno nawet komentować. Pozostaje wierzyć, że minister Rostowski wytrwa przy swojej opinii na ten temat, którą wygłosił kilka dni temu: „Polska obecnie nie może myśleć o wejściu do strefy euro w jej obecnym kształcie, może to zrobić wtedy, kiedybędzie to bezpieczne dla polskiej gospodarki”.

W kontekście debaty na temat przyszłości Unii Europejskiej wyraźnie widać jak bardzo brakuje w Sejmie rozsądnej, konserwatywnej opozycji. Układ sił jest skrajnie niekorzystny. Z jednej strony federaliści, gotowi poprzeć najdalej idące projekty ograniczenia suwerenności władzy państwowej, z drugiej PiS organizujący marsze protestacyjne, z okrzykami o Trybunale Stanu i zdradzie, nie potrafiący zaproponować żadnego alternatywnego pomysłu. W takiej sytuacji, wybór między federacją a inną koncepcją, dla opinii publicznej będzie oznaczał wybór między PO i PiS, a to jest fałszywa alternatywa. Największym sprzymierzeńcem Donalda Tuska w walce o przyszłość Polski w UE jest Jarosław Kaczyński.

sobota, 19 listopada 2011

Mało! – wokół expose



Wczorajsze expose premiera, najkrócej mógłbym skomentować następująco. Znacznie więcej niż mógłbym się spodziewać po Donaldzie Tusku, znacznie mniej niż bym sobie życzył i niestety mniej niż potrzeba.

Gdybym chciał oceniać expose przez pryzmat własnych poglądów ekonomicznych, opartych na szeroko rozumianej wolności gospodarczej, która wymaga istotnego przemodelowania systemu podatkowego, racjonalizacji wydatków państwa i działań aktywizujących przedsiębiorczość, musiałbym je ocenić negatywnie. Ale przecież z góry było wiadomo, że takich zapowiedzi nie można się spodziewać. Odpuszczam więc krytykę z tej perspektywy, ponieważ nie byłaby ona konstruktywna. Warto jednak zauważyć, że Platforma Obywatelska, w 2001 roku powstała w oparciu o takie właśnie założenia. Cóż, upłynęło 10 lat i dzisiaj trudno byłoby znaleźć merytoryczne różnice między PO a SLD z okresu 2001-2003. Oceniając expose przez pryzmat tego, czego można było oczekiwać, oceniam je umiarkowanie pozytywnie. Umiarkowanie, ponieważ zapowiedziano w końcu jakieś reformy, pojawiły się konkretne rozwiązania, ale zabrakło wielu istotnych elementów. Dlatego też, bardzo mnie dziwi entuzjazm wielu ekonomistów (między innymi Ryszarda Petru i Krzysztofa Rybińskiego), których szanuję. Nie potrafię wytłumaczyć tego inaczej jak efektem niskiej bazy. Donald Tusk, brakiem aktywności w sferze reform, w całej poprzedniej kadencji, zawiesił widać poprzeczkę oczekiwań bardzo nisko.  

Ad rem. Podstawowym problemem nie jest to co w expose się znalazło, ale to czego w nim nie ma. W kontekście zagrożenia globalnym kryzysem gospodarczym, to wcale nie jest radykalny program cięć, jak przedstawia to partia rządząca. Wreszcie zapowiedziano reformę emerytalną, o której od dawna wiadomo, że jest bezwzględnie konieczna, ale rozwleczono ją w czasie na zbyt długi okres. Nie jest to działanie, które zmienia sytuację, wobec kryzysu, który zdjął już płaszcz w przedpokoju, założył kapcie i zamierza rozgościć się w naszym domu (copyright by Leszek Miller). Ograniczenie przywilejów, likwidacja ulg, podwyższenie składki rentowej, reforma KRUS, przyniosą efekt szybciej, ale nie uratują finansów publicznych państwa. Wątpię czy wystarczą do zmniejszenia deficytu budżetowego, o którym mówił premier. I tyle konkretów. Zapowiedzi usprawnienia postępowań sądowych, ułatwień związanych z uzyskiwaniem pozwoleń na budowę mają już charakter życzeniowy i można mieć spore wątpliwości, czy i kiedy uda się je wcielić w życie.

Czego zabrakło? Przede wszystkim planu cięć wydatków w obszarze szeroko rozumianej administracji publicznej i elementów stymulujących wzrost gospodarczy. Błyskotliwie wypunktował to Janusz Palikot. Muszę przyznać, że pomijając kwestie światopoglądowe i ukłony w kierunku lewicowego elektoratu, które zawarł w swoim wystąpieniu, w zasadzie mógłbym się podpisać pod tym co powiedział. W programie rządu nie ma ani słowa na temat odbiurokratyzowania życia społecznego i to zarówno w zakresie zmniejszenia kosztów administracji jak i zwiększenia swobody gospodarczej. Nic na temat zmiany absurdalnych przepisów prawnych, uproszczenia przepisów podatkowych, stworzenia przyjaznych warunków funkcjonowania dla przedsiębiorców (min. prawo do błędu) i cięć w sferze administracji rządowej (likwidacja wielu agencji rządowych, likwidacja Senatu, zmniejszenie ilości posłów, połączenie ZUS i KRUS). Co ciekawe, Palikot poruszył też kwestię ochrony polskiego rynku przed transferami zysków dokonywanymi przez zagraniczne koncerny do swoich spółek matek, co pozwala im unikać opodatkowania w Polsce (przede wszystkim chodzi o hipermarkety), o czym dotąd wspominał tylko Jarosław Kaczyński.

Na tle konkretnych wystąpień Donalda Tuska i Janusza Palikota, przemówienia pozostałych partyjnych liderów wypadły znacznie słabiej. Jarosław Kaczyński właściwie nie ustosunkował się do propozycji premiera. Wygłosił za to kontra expose, głęboko przesiąknięte deklaracjami ideowymi i po raz kolejny mogliśmy się przekonać, że wszystkie drogi prowadzą do Smoleńska. Szkoda, bo choć bez wielkiego związku z planami rządu, poruszył kilka istotnych kwestii dotyczących członkostwa w UE.

Najwyższa pora, by rozpocząć dyskusję na temat strategii dalszej integracji Polski z Unią. Widać dziś gołym okiem, że cały szereg założeń związanych z funkcjonowaniem europejskiej wspólnoty nie działa, a hegemonia Niemiec i Francji staje się sprawą oczywistą. Niepokoi brak jakiejkolwiek refleksji w tej sprawie, po stronie partii rządzącej, która bez względu na wszystko dąży do wejścia w strefę euro i pełnej integracji. To już nie jest euro entuzjazm, tylko euro fanatyzm. Drugą sprawą jest przyjęcie pakietu klimatycznego. Totalny absurd, a w sytuacji kryzysu wręcz zbrodnia. Klimat jest sprawą globalną, walczyć z emisją gazów cieplarnianych można wtedy, kiedy uczestniczą w tym wszyscy. Jaki sens mają kosztowne ograniczenia, jeżeli największe gospodarki świata, USA i Chiny się do nich nie stosują? To świadome obniżanie konkurencyjności własnej gospodarki w imię unijnej idei fix.

To prawda, że w zwierciadle wczorajszego expose odbija się nijakość zmarnowanej poprzedniej kadencji. Ale nie pozostaje nic innego, jak kibicować rządowi, by tym razem skutecznie zamienił słowa w czyny. Decydująca jest wola polityczna Donalda Tuska. W tym kontekście, szeroko dyskutowana, obsada personalna rządu ma drugorzędne znaczenie. W końcu poprzedni gabinet był rządem stagnacji przede wszystkim  dlatego, że zabrakło woli premiera do realizacji zmian, a nie z powodu braku kompetencji poszczególnych ministrów. Bez takiej woli, nawet rząd złożony z samych uznanych ekspertów nie mógłby liczyć na sukces.

czwartek, 3 listopada 2011

Jaka piękna katastrofa



Nawiązując do wpisu, sprzed kilku dni, wypadałoby rzec „Święta, święta i po świętach”. A miało być tak pięknie. Wywiady miały być. I nawet były.  Wywiady, konferencje prasowe, uśmiechy i uściski, pisałem wtedy, że wszystko to wygląda podejrzanie. Dzisiaj świat tak pędzi do przodu, że nawet zbawcy oferują tylko chwilowe zbawienie. Okazało się, że brylować na europejskich salonach, udając Greka, nie jest trudno, gorzej jak trza do chałupy wrócić i spojrzeć w oczy wkurzonym rodakom. Jak łatwo można było przewidzieć, redukcja połowy długów nie zrobiła na nich piorunującego wrażenia.  Najwyraźniej nie mają ochoty na zaciskanie pasa, oszczędności i wyrzeczenia. To już raczej, dzierżąc w dłoniach kije bejsbolowe złożą wizytę w greckim parlamencie. Trochę strach, prawda panie Papandreu? Ale w końcu od czego jest demokracja, której kolebką była przecież antyczna Hellada? Trzeba więc wykorzystać najwyższy jej stopień, zadając społeczeństwu takie oto pytanie: Czy chcecie, kochani rodacy, redukcji połowy państwowych długów, w zamian za niższe pensje, obcięty socjal, zwolnienia z pracy etc? Ciekawe jaki będzie wynik takiego referendum?

Ja widzę z grubsza dwa warianty. Przede wszystkim czuję, że żadnego referendum wcale nie będzie. Władze unijne, całkiem nieźle opanowały sztukę wywierania presji na państwa członkowskie. Irlandczycy nie chcą ratyfikacji traktatu lizbońskiego? Nie szkodzi, niech głosują dotąd, aż zechcą. Parlament słowacki nie wyraził zgody na zwiększenie pomocy dla Grecji? Trudno, będzie głosował raz jeszcze, by jego decyzja mogła w końcu usatysfakcjonować spółę Sarkozi-Merkel. Wywieranie presji się rozpoczęło. Dymisje w greckim rządzie już latają w powietrzu. Zobaczymy jaki będzie tego efekt.

Ale byłoby lepiej, gdyby presja nie odniosła pożądanych skutków i mógł zrealizować się drugi wariant. Po co nam wszystkim Grecja w strefie euro? A pozbyć się jej jak najprędzej. Powód jest teraz doskonały. Grecja jest bankrutem. I tak niczego nie będzie spłacać, za to UE pompuje tam wciąż nowe środki finansowe. Przypomnę, że od maja 2010, z pierwszej puli pomocowej dla Grecji w łącznej wysokości 110 mld EUR, w ramach pięciu dotychczasowych transz, wyasygnowano już 65 mld EUR, które natychmiast zostały przeżarte przez greckiego smoka. W kolejce czeka kolejne 8 mld EUR. Jaki to ma sens? Wyjście Grecji z unii walutowej, może tylko pomóc strefie euro. Przede wszystkim przeniesie główny ciężar problemu z Europy na Greków, w dodatku na ich własne życzenie. Ale i dla Grecji, długofalowo, może się to okazać zbawienne. Umożliwi dewaluację przywróconej drachmy, co pozwoli poprawić konkurencyjność greckiej gospodarki i greckiego eksportu, dając realną szansę wyjścia z kryzysu.

Oczywiście przy tej okazji pojawia się cała masa problemów. Między innymi kwestia denominacji greckiego długu, ale skoro greckie obligacje to i tak makulatura, ten problem nie wydaje się kluczowy. Największym problemem jest sam aspekt prawny takiego przedsięwzięcia. Tak zbiurokratyzowany moloch jakim jest Unia Europejska, który do niedawna regulował nawet dopuszczalną krzywiznę banana, nie przewidział procedury wyjścia ze strefy euro. Unijnym urzędnikom wydawało się wprost niemożliwe, by ktoś mógł zapragnąć opuścić ten ekskluzywny klub dżentelmenów. Tak to już jest. Komuniści też nie przewidzieli procedury dobrowolnego wyjścia z raju, jaki stworzyli dla robotników i chłopów.

piątek, 28 października 2011

Święty Mikołaj w październiku



Europejscy przywódcy padają sobie w ramiona, ściskają dłonie, poklepują po plecach, rozsyłają uśmiechy, wygłaszają triumfalne przemówienia. Zielenią się giełdy, pełna erekcja na rynkach finansowych. To oczywiście reakcje na ustalenia zakończonego szczytu Unii Europejskiej, który zgodził się na redukcję greckich długów o połowę. Ten hurraoptymizm wydaje mi się mocno podejrzany, więc sobie trochę pomarudzę.

Kiedy ja będę bankrutował (tfu, tfu, tfu, oby się to nigdy nie stało), państwo zedrze ze mnie swoje podatki do ostatka, a banki z cynicznym uśmieszkiem wyrzucą mnie z domu. Nikt mi niczego nie podaruje. Kiedy dwa lata temu, polskim rynkiem finansowym, wstrząsnął problem opcji finansowych, będących w posiadaniu wielu polskich przedsiębiorstw (często z motywów czysto spekulacyjnych), też odbywała się wielka dyskusja na temat koniecznej restrukturyzacji tego zadłużenia. Co prawda, pojawiały się chore, bolszewickie pomysły unieważnienia opcji walutowych (PSL), ale nikt rozsądny nie traktował poważnie tych projektów. Koniec końców, z problem i tak musiały poradzić sobie banki. Przeważnie wydłużając okres spłaty zobowiązań, a także konwertując część zadłużenia na akcje firm, przez co stały się ich znaczącym akcjonariuszem. Banki, bardzo niechętnie godziły się nawet na częściową redukcję odsetek, nie mówiąc już o kapitale. Państwo, mimo dużego szumu, w niewielkim stopniu wsparło ten proces, w niektórych przypadkach udzielając gwarancji spłaty zadłużenia. Tak czy inaczej, dłużnik nie dostawał prezentów.

Co to ma wspólnego z Grecją? Zadłużenie Grecji to efekt nadmiernej konsumpcji na kredyt i rozbuchanego systemu świadczeń socjalnych, które mają się nijak do sprawności greckiej gospodarki. Jest więc efektem nieodpowiedzialnej polityki prowadzonej przez greckie rządy. Mamy tu dłużnika, dług którego nie jest w stanie spłacić i wierzycieli. Wszystko niby podobnie, tylko recepta na wyleczenie, odtrąbiona na szczycie UE, trochę jakby inna.

Spójrzmy na to chłodnym okiem, zostawiając z boku triumfalizm polityków. Rozumiem, że Europejski Fundusz Stabilizacji Finansowej (EFSF) zostanie zwiększony przez państwa strefy Euro, do około 1 biliona EUR. Dzięki temu, fundusz będzie mógł dokapitalizować najbardziej zagrożone banki, obejmując wyemitowane przez nie akcje. OK., trzyma się to kupy, bo nie rozdajemy tylko wspieramy, oczywiście przy założeniu, że będzie to miało ręce i nogi, również w szczegółach (co do czego można mieć spore wątpliwości). Ale dlaczego, w zamian za redukcję greckich długów o 100 mld EURO, EFSF czy jakiś inny specjalny europejski fundusz nie przejmie przynajmniej części aktywów należących do greckiego państwa (udziały w firmach, portach, lotniskach etc)? Wartość tych aktywów szacowana jest nawet na 300 mld EUR. Te aktywa, w przyszłości zostałyby sprzedane, rekompensując poniesione straty. Wtedy wszystko, odbyłoby się dokładnie na takiej samej zasadzie, jak licytacja nieruchomości, należącej do dłużnika banku. Ale greckie klejnoty pozostaną w greckich rękach, a greckie długi zapłacimy wszyscy.

Tak hojny prezent demoralizuje. Żadne zaklinanie, że są to szczególne, jednorazowe działania nic tu nie pomoże. Czy jeśli w podobnej sytuacji, jak Grecja, znajdą się inne państwa strefy Euro (a są następni kandydaci), zostaną odprawione z kwitkiem? Nie sądzę. Dlaczego społeczeństwa tych państw mają godzić się na drastyczne cięcia socjalne, skoro innym darowywane są długi? A pewnie i tak, dalej będziemy oglądać oburzonych Greków, demonstrujących przeciw polityce zaciskania pasa. Taka solidarność, prędzej czy później doprowadzi do katastrofy finansów państw UE. No tak, ale w demokracji myśli się przede wszystkim w perspektywie najbliższych wyborów.