Na listach wyborczych kandydatów do Sejmu, tym razem znalazła się wyjątkowo barwna menażeria najrozmaitszych postaci. Co ciekawe, z dobrym skutkiem. Jest w tym jakiś fenomen, że w (jak się powszechnie uważa) nietolerancyjnej, katolickiej, rasistowskiej, homofonicznej Polsce, w Parlamencie zasiądą: Murzyn to znaczy eee… Afroeuropejczyk, a może nawet Afropolak; pierwszy gej Rzeczpospolitej; transseksualista albo stka czy też osoba transpłciowa; były ksiądz skandalista i antyklerykał. I kto wie, czy to nie kochający inaczej Robert Biedroń zostanie członkiem prezydium Sejmu i będzie stukał laską marszałkowską przywołując posłów do porządku. Byłaby w tym jakaś perwersja.
Ponieważ jestem człowiekiem małej wiary, sądzę że wyjaśnienie tej tajemnicy może być niezwykle proste. Trzy z wymienionych osób, dostały się do Sejmu z list Ruchu Palikota. Zgodnie z nazwą ugrupowania, wyborcy popierali Janusza Palikota, a niej jakieś anonimowe nazwiska na listach jego partii. Nie jeden, może mieć dzisiaj lekkiego kaca z tego powodu;)
Ale byli też inni, atrakcyjni medialnie kandydaci, którzy do Sejmu się nie dostali. Niestety. Nie będę przeżywał erotycznych uniesień śledząc relacje z obrad niższej izby parlamentu, gdyż zamiast polskiej Angeliny Jolie w kadrze będą się pojawiać Anna Fotyga, Beata Kempa albo Jolanta Szczypińska. Ech…
Nie mogę się nadziwić głupocie komentatorów różnej maści, bredzących ciągle o polskiej scenie politycznej zdominowanej przez ugrupowania prawicowe. Jak mantrę, powtarzają tę bzdurę od kilku dobrych lat. Prawo i Sprawiedliwość skrajną prawicą? Niezłe jaja. PiS, z hasłami Polski solidarnej, stojące na straży pro-pracowniczych zapisów kodeksu pracy, wspierane przez Związek Zawodowy Solidarność, z wypisaną na sztandarach ochroną najbiedniejszych i rozmaitych zdobyczy socjalnych, niechętne i nie ufne w stosunku do ludzi zamożnych i przedsiębiorców, jest partią socjalistyczną w nie mniejszym stopniu niż SLD. A ponieważ, to wszystko unurzane jest w narodowo-katolickim sosie, mamy tu klasyczny, narodowo-socjalistyczny model polityczny.
Platforma Obywatelska, z pozycji liberalnych i centroprawicowych, od których zaczynała karierę w opozycji, przekształciła się w bezideową partię władzy, molocha w którym znaleźć mogą się wszyscy. I Bartosz Arłukowicz i Joanna Kluzik-Rostkowska, Marian Krzaklewski i Danuta Hubner, Jarosław Gowin i Dariusz Rosati a w przyszłości może nawet Roman Giertych? W efekcie, PO jest partią konformistów, zainteresowanych przede wszystkim własną karierą polityczną. To są te same motywacje, które popchnęły młodego Kwaśniewskiego, Szmajdzińskiego, Jaskiernię (ktoś jeszcze pamięta to nazwisko?) et consortes, w ramiona PZPR-u w latach 70-tych. Nazywanie PO prawicą jest kpiną.
Istniejące partie prawicowe, a raczej kanapy polityczne, wegetują gdzieś na marginesie sceny politycznej, poza parlamentem. Naprawdę czas na sensowną, konserwatywno-liberalną propozycję. Nie Nową Prawicę, kolejną mutację Unii Polityki Nierealnej, której największym atutem i jednocześnie wielkim nieszczęściem jest Janusz Korwin Mikke (dostrzegam tu pewne analogie do roli Jarosława Kaczyńskiego w PiS). Uwielbiany jako ekscentryczny publicysta, ale z tych samych powodów traktowany jako polityczny folklor, a nie poważny gracz polityczny. Na pewno nie ultra konserwatywną obyczajowo Prawicę Marka Jurka, zafiksowaną na punkcie kościoła i antyaborcyjnych haseł, które zdają się wyczerpywać ambicje polityczne tej partii.
Kilka miesięcy temu, taką nadzieją wydawał się być PJN, ale już na starcie spieprzono to co spieprzyć się dało. Znakiem firmowym tej partii stały się wewnętrzne kłótnie, zakończone niebywałą, kompromitującą woltą Joanny Kluzik-Rostkowskiej. Co z tego, że w kolejnej odsłonie Paweł Kowal okazał się sprawnym liderem? Kapitał założycielski partii został zaprzepaszczony. Reszty dopełniły sondaże i media, robiąc wyborcom wodę z mózgu ostrzeżeniami przed marnowaniem głosów i umacniając monopol dwóch największych partii. Ciemny lud to kupił. Nie wierzę, by konserwatywno-liberalna czy też centroprawicowa (jak kto woli) oferta nie mogła liczyć na werdykt wyborczy powyżej 5% głosów. Wynik poniżej progu finansowania partii z budżetu państwa, nie daje szans na przetrwanie 4-letniej kadencji Sejmu. Szkoda.
Problem więc pozostaje aktualny. Brak dzisiaj przyczółków, na których można byłoby budować nowe, konserwatywno-liberalne ugrupowanie, skoncentrowane na programie gospodarczym. Sukces Ruchu Palikota wskazuje, że Polacy mają dość zakleszczonego uścisku, w którym od lat tkwią PO i PiS i są otwarci na zmiany. Sensowna i wiarygodna propozycja z prawej strony sceny politycznej też miałaby szanse. Ale musi pojawić się rozsądne, wyważone ugrupowanie, które szerokim rzeszom wyborców nie będzie kojarzyć się z małpą z brzytwą. Paweł Kowal mógłby odegrać kluczową rolę w takim projekcie.
Dwóch zwycięzców i jeden skazaniec, który tym razem nie uniknie stryczka (Napierniczak). Sondażowe wyniki są zaskakujące. Przede wszystkim wielki, nadspodziewany triumf Donalda Tuska, który na finiszu kampanii przez moment znalazł się przecież w defensywie. Zaskakuje duża różnica głosów między PO a PiS, prawie identyczna jak w poprzednich wyborach. Wtedy ten wyniki był efektem pospolitego ruszenia wyborców, pod hasłem pogrzebania projektu IV RP, co znalazło odzwierciedlenie w relatywnie wysokiej frekwencji – 53,9%. Teraz stało się to samo, już bez takiej mobilizacji elektoratu (prognozowana frekwencja 47,7%). W dodatku po udanej kampanii wyborczej PiS i marnej, bezbarwnej PO. Jarosław Kaczyński ma nad czym się zastanawiać.
Sytuacja Platformy Obywatelskiej wygląda znacznie bardziej komfortowo niż 4 lata temu. Wszystkie zmiany jakie czekają nas na politycznej scenie są korzystne dla Tuska. Spójrzmy.
1.Podział mandatów w Sejmie wskazuje, że do uzyskania większości, PO potrzebuje tylko jednego partnera. Nawet mariaż z SLD, które uzyskało niewiele mandatów, daje minimalną większość.
2.W dodatku PSL, RPP, SLD przebierają nogami by znaleźć się w tej koalicji. Dla PSL, urzędy i stołki są racją bytu w polityce, dla SLD koalicja może być szansą na zahamowanie marginalizacji, a dla Palikota to spełnienie politycznych ambicji. Nawet jeśli stery rządu wciąż dzierżyć będzie dotychczasowa koalicja (a tak zapewne się stanie), to siła przetargowa Waldemara Pawlaka znacząco spadnie. Wciąż będzie czuł na plecach oddech Janusza Palikota wiedząc, że rezerwowy koalicjant czeka w przedpokoju gabinetu premiera.
3.Zwycięstwo partii rządzącej w kolejnych wyborach to siłą rzeczy znacznie silniejszy mandat od wyborców.
Sukces Palikota i zmasakrowany Napieralski to drugi, obok wyniku PO, wielki triumf Donalda Tuska. Mnie najbardziej żal PJN, który poniósł porażkę trochę na własne życzenie i Nowej Prawicy Janusza Korwin-Mikkego skrzywdzonej przez PKW (Nie ważne wybory).
Choć… w ciągu najbliższych godzin, całą tą analizę może trafić szlag, jeżeli ostateczne rezultaty wyborów trochę przemeblują ten sondażowy wynik.
Demokracja kocha hipokryzję i lubuje się w fikcji. Fikcją jest teza o zbiorowej mądrości ludu (Festiwal hipokryzji), fikcją jest demokratyczne głosowanie posłów w sejmie, spętane przecież więzami dyscypliny partyjnej (Po co nam ten cały sejm?), fikcją są obietnice składane w kampanii wyborczej (Kampania w drodze), więc kolejna fikcja, w postaci ciszy wyborczej, doskonale pasuje do kolekcji.
W czasach powszechnego dostępu do Internetu, cisza wyborcza jest absurdalnym reliktem przeszłości. Kompletną aberracją jest sytuacja, w której policja, na wniosek Państwowej Komisji Wyborczej zajmuje się ściganiem faceta, który wywiesił plakat wyborczy w Pcimiu Dolnym. Albo wydarzenie sprzed bodajże 6 lat, kiedy w całym kraju wydłużono ciszę wyborczą, ponieważ zaspał cieć w Pierdziszewie i nie otworzył na czas lokalu wyborczego. Z innej strony patrząc, cisza wyborcza ma pewien urok jako zabawny element tradycji politycznej. Obyczaj tym bardziej sympatyczny, im mniej w nim sensu. Coś jak topienie marzanny albo noc kupały.
Gdyby jednak ktoś miał ochotę zagłuszyć trochę tę ciszę, polecam zanurzenie w archiwach polskich stacji radiowych zza żelaznej kurtyny: Radia Wolna Europa, Polskiej Sekcji BBC, Polskiej Sekcji France Internationale (Radia Wolności). To niezwykła podróż w czasie, do epoki zimnej wojny, w której obowiązywała doktryna Mutual Assured Destruction. Dla miłośników historii rzecz bezcenna.
Można tam wyszperać fantastyczne świadectwa XX-wiecznej historii Polski. Posłuchać w oryginale słynnych audycji RWE, w których zbiegły z Polski w 1953 roku Józef Światło, wyższy oficer Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, odsłania kulisy działania bezpieki i partii; relacji z wydarzeń marca 68 czy nagrań satyrycznego cyklu Jacka Fedorowicza „Kolega kierownik”, z końca lat 80-tych. OLBRZYMI KAWAŁ HISTORII. A to jeszcze nie koniec. Wciąż są digitalizowane zasoby innych stacji, nadających do Polski przed 1989 rokiem, a także archiwa polskiego radia. Miłego słuchania, w ciszy.
Proponuję lajtowy temacik, w sam raz na ciszę wyborczą. Mam pomysł, jak w prosty i tani sposób, przy okazji wyborów, zrobić wyborcom frajdę, a jednocześnie znacząco zwiększyć frekwencję.
Odwieczna tragedia Polaków, fatum ciążące nad losami naszego kraju sprawia, że wciąż stawiani jesteśmy przed fundamentalnym problemem etycznym. Koniecznością wyboru mniejszego zła. Tak to już u nas jest i nie zanosi się na to by miało być inaczej. Czas przekuć wreszcie tę słabość w siłę! Należy zmienić reguły głosowania w wyborach, tak by zamiast pozytywnego głosu („za”), trzeba było oddawać negatywny głos („przeciw”). Czyli wprowadzić głosowanie na tego polityka, który naszym zdaniem pod żadnym pozorem nie powinien rządzić. Wtedy ten przeklęty dylemat wyboru mniejszego zła, zamieni się w wybór większego dobra! Prawda, że to znacznie przyjemniejsza możliwość? Każdy przecież chętnie pofatyguje się do urny, by po chrześcijańsku podziękować temu albo owemu, w dziąsło szarpanemu, darmozjadowi, złodziejowi, idiocie, złamasowi, oszustowi, zdrajcy, agentowi, kłamcy, zaprzańcowi, gnidzie, burej suce etc. W dodatku nic nie będzie kosztował ten mały akt katharsis w lokalu wyborczym. A ile radości! Jaki komfort! Frekwencja też od razu poszybuje w górę. Trzeba tylko przepchnąć przez Sejm, odpowiednie zmiany legislacyjne.
Podsumowanie kampanii czas zacząć. Jaka była? Raczej nudna, tabloidalna, z mnóstwem gadżetów zastępujących merytoryczny przekaz, ale bez bomb i haków. No, chyba że jeszcze ostatniego dnia… A największe skuchy?
1.Grzegorz Napieralski.
Nominacja za całokształt. Same skuchy. Kiepskie spoty telewizyjne, nieudana debata o finansach, zakończona lufą w Grzesiowym indeksie. W debacie liderów olany przez wszystkich liczących się konkurentów i ustawiony w szeregu razem z drugim garniturem działaczy innych partii. W całej kampanii cień Palikota, wciąż pozostający trzy kroki z tyłu.
2.Insynuacje Jarosława Kaczyńskiego pod adresem Angeli Merkel.
Szło naprawdę świetnie. Tak sympatycznego, dowcipnego, ujmującego prezesa nie widziałem nawet w kampanii prezydenckiej. Umiejętnie schodził z linii strzału snajperom czyhającym na każdy błąd lidera opozycji. Aż w końcu, na finiszu kampanii, podłożył się jak dziecko. Fuck up z opinią na temat Angeli Merkel zrujnował pieczołowicie budowany wizerunek dobrotliwego przywódcy, nie przynosząc w zamian żadnych korzyści. Ciekawe, jak duży procent głosów będzie kosztował ten błąd?
3. List byłych ministrów spraw zagranicznych do Angeli Merkel.
Komedia. Nie ma to jak przedobrzyć sprawę. Wczorajsze oburzenie słowami prezesa zamieniło się w niesmak, reakcją kompletnie nie proporcjonalną do skali problemu. Ta żałosna inicjatywa pozwoli odbić Kaczyńskiemu trochę straconych głosów.
4.Wczorajsze śląskie tournee Donalda Tuska.
Niewypał. Najwyraźniej skończyły się premierowi rezerwy empatii dla szlochającego w mankiet elektoratu. Oj, popsuje to efekt udanych przecież wojaży tuskobusem. Duży błąd na finiszu kampanii.
5. Wojenne proroctwa Jacka Rostowskiego na forum Parlamentu Europejskiego.
Wystąpienie w stylu Jarosława Kaczyńskiego. Powściągliwość w ocenach to zaleta nie do przecenienia w przypadku ministra finansów. Zwłaszcza, jeżeli pochodzi z kraju, który inaugurując prezydencję w UE zapowiadał eksport optymizmu do wszystkich krajów unii.
6.Sześciolatki do szkół albo i nie.
Czyli zaskakująca zmiana stanowiska Katarzyny Hall w sprawie reformy edukacji. Ale czego można się spodziewać po minister, która fotografuje się z opuszczonymi spodniami?
W mojej wyliczance brakuje Janusza Palikota. Cóż, jego kampania to pasmo sukcesów. Nie zaszkodziły mu informacje na temat kłopotów z regulacją zobowiązań, doniesienia o kryminalnej przeszłości niektórych kandydatów, ani przegrany proces wyborczy. Na liście nie pojawiło się też PSL, ale mam wrażenie, że Waldemar Pawlak z kolegami wzięli ledwie symboliczny udział w kampanii wyborczej.
Na koniec, mały aneks do kącika odjechanych spotów wyborczych. Ten klip pewnie już wszyscy widzieli, ale bez niego mój przegląd spotów byłby nie kompletny.
Wszyscy dookoła trąbią na temat opinii Jarosława Kaczyńskiego o Angeli Merkel, które znalazły się w jego książce „Polska naszych marzeń” i w wywiadzie dla Newsweeka. Nie zamierzałem o tym pisać, ale w całej tej awanturze brakuje mi głosu rozsądku. Mam wrażenie, że reprezentowane są dwie skrajne postawy. Z jednej strony mamy histerię mediów, na podstawie której można odnieść wrażenie, że teraz to już nikt nie będzie chciał z nami gadać i niemal wyrzucą nas z Europy. Z drugiej, zwolennicy PiS rozpętali burzę pod hasłem, jak to polskojęzyczne media, wespół z mocodawcami zza Odry fałszywie interpretują wiekopomne myśli prezesa i zupełnie bez powodu rzucają mu się do gardła.
Jarosław Kaczyński ma bardzo wyraziste poglądy w sferze polityki zagranicznej. Z niektórymi się zgadzam, z innymi nie, ale podobnie jak on mam zastrzeżenia do zbyt miękkiej polityki rządu Donalda Tuska wobec naszych sąsiadów. Należy jednak mieć na uwadze, że każdą, najlepszą nawet ideę bardzo łatwo skompromitować. I prezes Kaczyński ma w tej materii ogromny talent. Czym innym byłoby wcielanie w życie swojej strategii politycznej, po utworzeniu rządu przez PiS (co moim zdaniem nie nastąpi - PiS nie będzie rządzić), a zupełnie czym innym jest prowokowanie takich awantur, insynuacjami w stylu „wiem ale nie powiem”, w dodatku bez żadnego powodu. W polityce obowiązują zasady dyplomacji, a argumenty ad personam, kierowane pod adresem przywódcy innego kraju, nie mieszczą się w kanonie cywilizowanych standardów uprawienia polityki.
Po opiniach Jarosława Kaczyńskiego świat się nie zawali. Ale takie wypowiedzi żadnych korzyści na arenie międzynarodowej nam nie przyniosą, a zaszkodzić mogą. Więc nawet jeśli w komentarzach na ten temat jest sporo przesady, to pan prezes sam sobie jest winien. Tak wytrawny polityk i podobno genialny strateg powinien przewidzieć, że jego słowa zostaną natychmiast podchwycone i wykorzystane przeciw niemu. Obawiam się więc, że po prostu dokonał cynicznego wyboru. Uznał, iż doraźne korzyści na użytek kampanii, przeważają nad kosztami. I chyba się przeliczył w tej kalkulacji. Zapowiedź pozwów, które sztab PiS zamierza kierować przeciwko niemieckim mediom, które fałszywie interpretują wypowiedzi prezesa to chybiony kontratak. Kolejne wymachiwanie szabelką, droga prowadząca wprost do śmieszności, a do wizerunku operetkowego przywódcy naprawdę niewiele już Kaczyńskiemu brakuje. Klasyczny strzał w stopę na finiszu kampanii.