poniedziałek, 21 września 2015

Wszyscy przeciw PiS



Odnoszę wrażenie, że właściwie wszyscy, i politycy i komentatorzy, pogodzili się już z myślą, że po 25 października rządzić będzie Prawo i Sprawiedliwość. Takie są nastroje społeczne i sondaże wskazywały dotąd, że nawet jeśli partia Jarosława Kaczyńskiego nie zdoła uzbierać samodzielnej większości, to w koalicji z ugrupowaniem Pawła Kukiza nic takiej większości nie zagrozi.

Tymczasem wcale tak być nie musi. Doskonale pokazuje to badanie, które dla „Rzeczpospolitej" przeprowadziła pracownia IBRiS, już po burzliwej debacie sejmowej na temat uchodźców, opublikowane wczoraj na stronach gazety.

Przy takim rozkładzie poparcia i frekwencji na poziomie ca 50%, kalkulator przeliczający głosy na mandaty wg metody d’Hondta wskazuje 225 mandatów dla PiS, a więc o 6 za mało do uzyskania samodzielnej większości w Sejmie. A Kukiz jest tutaj pod progiem wyborczym.

W takiej sytuacji klucz do rządzenia spocząłby niestety w rękach PSL, wzmacniając i tak wystarczająco destrukcyjną rolę tej partii. Jestem jednak skłonny założyć, że Piechociński wolałby nie zmieniać koalicjanta i postawiłby na sprawdzony alians z Platformą Obywatelską. Wtedy najbardziej prawdopodobnym scenariuszem byłaby koalicja PO + PSL + Zjednoczona Lewica + Nowoczesna, czyli wszyscy przeciw PiS, który pomimo zwycięstwa w wyborach pozostałby w opozycji.

Czy to byłoby dobre rozwiązanie dla Polski? Moim zdaniem nie. Jako nie PiS-owiec i krytyk wielu pomysłów i koncepcji politycznych tej partii wolę chyba samodzielne rządy PiS, za które pełną odpowiedzialność bierze Jarosław Kaczyński niż koalicję od sasa do lasa, która musiałaby być jakąś koszmarną karykaturą rządzenia, gorszą od tego co dotychczas mieliśmy okazję doświadczać. W dodatku koalicję skazaną na ciągłą konfrontację z pałacem prezydenckim. Jak w Polsce wygląda kohabitacja widzieliśmy w latach 2007-2010 i widzimy teraz. Poza tym, taki scenariusz wyraźnie rozmijałby się z istniejącym nastrojem społecznym co podgrzewałoby temperaturę tego konfliktu.


Na koniec, warto zwrócić uwagę na fakt, że dzisiaj realny jest właściwie każdy scenariusz. Aż cztery formacje (ZLew, Nowoczesna, PSL, Kukiz 15) balansują na granicy progu wyborczego i to od tego, które z nich ostatecznie znajdą się w Sejmie zależy liczba mandatów zwycięskiego ugrupowania. Wariant omówiony powyżej jest jednak bardzo prawdopodobny.


czwartek, 11 czerwca 2015

Przyspieszyć wybory?



Do wyborów parlamentarnych tylko cztery miesiące ale dynamika spraw jest tak wielka, że wszystko jeszcze może się zdarzyć. Stawiam tezę, że przyspieszenie wyborów to kusząca alternatywa dla obu głównych politycznych graczy. Czy możliwe jest więc porozumienie w tej sprawie ponad podziałami?

Sytuacja Platformy

Efekt kuli śniegowej. Szansa, że uda się Platformie zwiększyć poparcie jest znacznie mniejsza niż dalsza jego utrata. Rekonstrukcja rządu i „nowe” twarze w rodzaju Trzaskowskiego czy nie daj Boże Rutnickiego to dalece za mało żeby odbudować pozytywny wizerunek formacji po ośmiu latach kiepskich rządów i pasma kompromitacji. Zwłaszcza, że ujawnienie kolejnych taśm od Sowy wisi w powietrzu.

NowoczesnaPL. Miarą sukcesu ugrupowania Ryszarda Petru może być tylko skala porażki PO. To NowoczesnaPL odbierze lwią część jej zawiedzionego elektoratu. Pod warunkiem, że zdoła zbudować struktury przed wyborami. Do jesieni najpewniej zdąży się sformować, wcześniej raczej nie.

Sytuacja PiS

Fala sukcesu. Po wyborach prezydenckich PiS jest na fali, ale sukces Andrzeja Dudy wynika w znacznej mierze z odrzucenia dotychczasowego wizerunku tej partii. Łatwiej to zrobić w spersonalizowanych wyborach prezydenckich, trudniej w parlamentarnych gdzie startuje drużyna z całym dobrodziejstwem inwentarza.

Paweł Kukiz. Mimo efektu Dudy, tworzący się Ruch Kukiza blokuje wzrost poparcia dla PiS. Antysystemowcom łatwiej przełknąć głosowanie na muzyka niż na partię Jarosława Kaczyńskiego. Oficjalnie, PiS przyjął strategię hodowania koalicjanta, ale na pewno z niepokojem obserwuje kolejne triumfy Kukiza w sondażach. Rozgrywka z koalicjantem dysponującym 10% głosów to jednak co innego niż z 20% partnerem. Kaczyńskiego powinny też niepokoić informacje na temat nieciekawych postaci czających się za plecami Pawła Kukiza. Z jego sejmową drużyną może być trudniej rządzić niż kiedyś z Samoobroną.

Rozwiązanie

I Platforma i PiS nie mają dostatecznych argumentów żeby zakładać, że na jesieni będą w lepszej sytuacji niż dziś. Przyspieszając wybory parlamentarne obie te partie pozbywają się swoich konkurentów, którzy dopiero tworzą struktury w terenie. Obie mają więc dobre powody, żeby przyspieszenie wyborów uznać za korzystne dla siebie rozwiązanie.

Trudno jednak otwarcie przyznać się do podobnych kalkulacji. Dlatego też, rolę inicjatora takiego scenariusza mógłby przyjąć prezydent elekt. Bliski współpracownik Andrzeja Dudy, Krzysztof Szczerski, zgłosił już taki pomysł.


Pomocna dłoń

Jakiego biegu wydarzeń można by się spodziewać w przypadku samorozwiązania Sejmu i ogłoszenia wcześniejszych wyborów? Popuśćmy wodze fantazji.

Platforma wyciągnie pomocną dłoń do Ryszarda Petru. Zaproponuje mu de facto przejęcie kontroli nad PO i możliwość realizacji programu NowoczesnejPL licząc, że takie odświeżenie wizerunku i przywództwa pozwoli odbudować poparcie na poziomie 30%. Słabe? Nic innego nie ma w zanadrzu, a na bezalternatywnej (znowu) scenie politycznej może się udać.

PiS z kolei, chcąc przejąć wkurzonych antysystemowców, zaproponuje Kukizowi zawiązanie koalicji wyborczej. Zyska w ten sposób kontrolę nad powstającym ruchem i tworzeniem list.


Oczywiście to tylko political fiction, takie polskie House of Cards. Oparte za to na racjonalnych przesłankach:)


środa, 13 maja 2015

Projekt „Donald Tusk”




Często zarzucałem PiS-owi, że nie uczy się na błędach, że nie wyciąga wniosków. Myliłem się. Po serii porażek Jarosław Kaczyński wzorowo odrobił lekcje. Konkluzja okazała się prosta. Żeby wygrać, twarzą partii musi być Donald Tusk.

Skąd go wziąć, skoro jest w innej partii? Należy znaleźć kopię u siebie. Musi być równie gładki, sympatyczny, zręczny, elokwentny i europejskiego formatu. Zupełnie nie podobny do ponurych postaci zaludniających szeregi PiS. Prototyp, profesor Gliński, jeszcze nie zachwycał, w końcu pierwsze koty za płoty. Za to Andrzej Duda udał się już znakomicie. Energiczny, bezpośredni, miły, efektowny, naturalny w kontaktach z ludem. I tak jak pierwowzór wszystko wszystkim obieca.

Kiedy w 2011 roku lider PO przemierzał Polskę Tuskobusem, brylując w mediach i na wiecach, jego konkurentem był niezdarny, staromodny, sztywny, wykpiwany za obciachowość lider opozycji. Od tamtej pory sytuacja na scenie politycznej w Polsce uległa zasadniczej zmianie. Donald Tusk ją opuścił, robiąc miejsce dla kandydata PiS, który równie sprawnie poczyna sobie w kampanii prezydenckiej. Co więcej, teraz to PO ma obciachowego kandydata wyśmiewanego na tysiące sposobów w mediach społecznościowych.

Kto więc wygra elekcję prezydencką? Wszystko dziś wskazuje na to, że PiS-owski Donald Tusk – Andrzej Duda. Dobra robota Panowie!


poniedziałek, 27 kwietnia 2015

Zróbcie frajdę wyborcom


Rys. Andrzej Mleczko

Kreatywność rodaków jest wielka. Pod warunkiem wszak, że dotyczy inwektyw, złośliwych memów i wszelakiego hejtu wymierzonego w kandydata przeciwnej drużyny. Ta mało odkrywcza konstatacja nasunęła mi myśl, jak przy okazji wyborów, w prosty i tani sposób, zrobić wyborcom frajdę, a jednocześnie znacząco zwiększyć frekwencję.

Odwieczna tragedia Polaków, fatum ciążące nad losami naszego kraju sprawia, że wciąż stawiani jesteśmy przed fundamentalnym problemem etycznym. Koniecznością wyboru mniejszego zła. Tak to już u nas jest i nie zanosi się na to by miało być inaczej. Czas przekuć wreszcie tę słabość w siłę! Należy zmienić reguły głosowania w wyborach, tak by zamiast pozytywnego głosu („za”), trzeba było oddawać negatywny głos („przeciw”). Czyli wprowadzić głosowanie na tego polityka, który naszym zdaniem pod żadnym pozorem nie powinien rządzić. Wtedy ten przeklęty dylemat wyboru mniejszego zła, zamieni się w wybór większego dobra! Prawda, że to znacznie przyjemniejsza możliwość? Każdy przecież chętnie pofatyguje się do urny, by po chrześcijańsku podziękować temu albo owemu, w dziąsło szarpanemu, darmozjadowi, złodziejowi, idiocie, złamasowi, oszustowi, zdrajcy, agentowi, kłamcy, zaprzańcowi, gnidzie, burej suce etc. W dodatku nic nie będzie kosztował ten mały akt katharsis w lokalu wyborczym. A ile radości! Jaki komfort! Frekwencja też od razu poszybuje w górę. Trzeba tylko przepchnąć przez Sejm, odpowiednie zmiany legislacyjne.

Acha, jakby co – copyright by Hipokrytes;)

piątek, 3 kwietnia 2015

Kluczem jest KORWiN



Politycy i zwolennicy PiS powinni wznosić modły za jak najlepszy wynik wyborczy partii KORWiN, bo tylko jej obecność w Sejmie stwarza szansę na utworzenie rządu przez ugrupowanie Jarosława Kaczyńskiego.

Stawiam taką tezę na podstawie sondaży partyjnych, w których dwie główne partie idą w łeb w łeb, zmieniając się w roli lidera, a pozostali balansują wokół progu wyborczego. Oczywiście do jesieni jeszcze trochę czasu, po drodze jest elekcja prezydencka, póki co jednak nic nie wskazuje na to żeby ta sytuacja miała ulec fundamentalnej zmianie.

Zwycięstwo wyborcze PiS niewielką przewagą głosów (moim zdaniem inne nie wchodzi w rachubę) jeszcze nie gwarantuje rządzenia. PiS potrzebuje koalicjanta. Rozważmy więc dwa scenariusze, w których zmienną jest KORWiN.

1. Sejm bez KORWiN

Kto mógłby utworzyć rząd razem z PiS? Teoretycznie PSL. W praktyce jednak ludowcy nie będą musieli ryzykować zmiany sprawdzonego koalicjanta by pozostać u steru władzy. Po niepowodzeniu misji powołania rządu przez Jarosława Kaczyńskiego, wraz z PO ponownie stworzą koalicję, która uzyska większość głosów w Sejmie. Podsumowując, PiS wygra ale przegra.

2. Sejm z KORWiN

Tutaj sytuacja jest znacznie ciekawsza ponieważ PiS ma do wyboru dwóch potencjalnych koalicjantów. Janusz Korwin Mikke otwarcie deklarował, że gotów jest do koalicji z każdym kto zgodzi się na realizację części jego wolnorynkowych postulatów. Pole do kompromisów jest w polityce rozległe więc mimo wszelkich różnic między Jarosławem Kaczyńskim i JKM, panowie zapewne byliby skłonni się porozumieć. Wszak nadrzędnym celem jest władza, nie mam co do tego złudzeń.

Oczywiście KORWiN byłby koalicjantem bardzo niewygodnym. Zwłaszcza stosunek do Rosji i wojny na Ukrainie to tematy trudne do przełknięcia dla elektoratu PiS. Bardziej poręcznym partnerem jest PSL, które z teoretycznego koalicjanta w scenariuszu nr 1, zamienia się w partnera chętnego do współpracy. Skąd ta cudowna przemiana? Jej sprawcą jest KORWiN oczywiście. Ostatnia rzecz jakiej mogą sobie życzyć ludowcy to oderwanie od koryta. Widząc perspektywę powstania koalicji PIS-KORWiN bez wahania złożą hołd lenny Kaczyńskiemu. KORWiN jako straszak zadziała bez zarzutu.


Jest jeszcze trzeci wariant, w którym PiS ma szansę na władzę. Dwupartyjny Sejm, w którym PiS uzyskuje przewagę (nawet minimalną) nad PO, a pozostałe partie pozostają pod wyborczym progiem. Taki scenariusz jest zapewne marzeniem Jarosława Kaczyńskiego, tyle że jak to z marzeniami bywa, szansa na jego realizację jest znikoma. 


niedziela, 8 lutego 2015

Na kogo zagłosuję w wyborach prezydenckich?


Kampania wyborcza to zawsze festiwal hipokryzji. Pełen socjotechniki spektakl, który dodatkowo psuje ułomny i tak ustrój polityczny jakim jest demokracja. Zainteresowani polityką nie potrzebują kampanii żeby wiedzieć kogo chcą poprzeć w wyborach. Reszta najlepiej niech nie głosuje wcale. Jeżeli pójdą to urn wybiorą najprzystojniejszych, najładniej opalonych albo tych, którzy obiecają najwięcej.

Na kogo więc zamierzam głosować? W pierwszej turze wyborów oddam swój głos na Janusza Korwin Mikkego. Wcale nie dlatego, że jest najlepszym kandydatem na prezydenta (nie ma zresztą najmniejszych szans na ten urząd). Uważam natomiast, że im lepszy wynik osiągnie w wyborach prezydenckich, tym większe są szanse jego partii na przekroczenie progu w nadchodzących wyborach parlamentarnych. Od lat nie mogę doczekać się udziału konserwatywnych liberałów w pierwszej lidze polskiej polityki, w końcu jest na to szansa więc trzeba ją wesprzeć. Bardzo jestem ciekaw działalności korwinistów w Sejmie. Mam jedynie nadzieję, że JKM nie zaprzepaści szans swojego ugrupowania jakimś wygłupem czy ekstrawagancją w swoim stylu.

A co w drugiej turze? Sądzę, że wbrew buńczucznym zapowiedziom polityków obozu rządzącego, druga tura wyborów prezydenckich się odbędzie. Zmierzą się w niej Bronisław Komorowski i Andrzej Duda. Moje doświadczenie zawodowe wskazuje, że w zarządzaniu nie ma nic gorszego niż nie ostre kompetencje poszczególnych osób i rozmyta odpowiedzialność. To doskonały przepis na porażkę, w której każda ze stron odpowiedzialność widzi w działaniach bądź zaniechaniach adwersarza. Konstytucyjne uprawnienia prezydenta w Polsce są niby nie wielkie, pozwalają jednak blokować inicjatywy rządu i odgrywać destrukcyjną rolę w polityce. Nigdy nie zapomnę Kwaśniewskiemu zawetowania ustawy wprowadzającej liniowy PIT w 1999 roku. Dobrze pamiętam też wojnę o krzesła z czasów prezydentury Lecha Kaczyńskiego, nie wchodząc tu w dyskusję, kto ponosił większą winę za tę sytuacją.

Skoro więc, nie można dodać prezydentowi uprawnień (tworząc system prezydencki), ani odebrać mu tych, które ma sprowadzając formalnie jego rolę do strażnika żyrandola w pałacu, najlepiej żeby prezydent i premier należeli do tego samego obozu politycznego. Wtedy prezydent nie przeszkadza rządowi i jego rola sprowadza się głównie do obowiązków reprezentacyjnych. Dzięki temu, wiadomo przynajmniej kto odpowiada za efekty rządzenia. Z tej perspektywy nie ma też większego znaczenia co kandydaci powiedzą w kampanii wyborczej.

Zgodnie z powyższą logiką, mój wybór w drugiej turze wyborów prezydenckich będzie spekulacją. Jeżeli uznam, że większe szanse na stworzenie rządu po wyborach do Sejmu ma PiS, zagłosuję na Andrzeja Dudę, jeśli więcej będzie wskazywało na PO, oddam głos na Bronisława Komorowskiego. Nie chcę sobie nawet wyobrażać jaki chaos zapanuje w polskiej polityce jeżeli wyborczy werdykt zmusi do kohabitacji Andrzeja Dudę z rządem Platformy Obywatelskiej, albo Bronisława Komorowskiego z rządem Prawa i Sprawiedliwości.

poniedziałek, 21 stycznia 2013

Schizofrenia



Słucham czasem porannej audycji Tadeusza Mosza „EKG” w radiu Tok FM. To program ekonomiczny, w którym prowadzący i zaproszeni goście, mniej lub bardziej znani przedstawiciele polskiego świata ekonomii i finansów, omawiają bieżące wydarzenia gospodarcze. Zazwyczaj, dyskutanci nie różnią się istotnie w swoich opiniach prezentując poglądy nie wykraczające poza linię głównego nurtu. W odniesieniu do problematyki związanej z obecnością Polski w Unii Europejskiej oznacza to, że panuje pro unijna zgodność dotycząca pogłębiania integracji, przyjęcia waluty euro (ewentualne spory dotyczą najwyżej terminu jej przyjęcia), nikt nie kwestionuje konieczności podpisania przez Polskę paktu fiskalnego, powtarzane są te wszystkie dyżurne opowieści o pociągu, do którego koniecznie musimy wskoczyć zanim odjedzie, o stole przy którym za wszelką cenę musimy siedzieć etc. Wszystko uładzone, uczesane, poprawne politycznie. W tym gronie, głos odmienny, zdystansowany do unijnych pomysłów spotkałby się z zakłopotaniem dyskutantów i zapewne zostałby uznany za towarzyskie faux-pas.

Dlatego też, z rozbawieniem wysłuchałem audycji, w której goście redaktora Mosza gremialnie opowiedzieli się za patriotyzmem gospodarczym. Temat został wywołany przez wicepremiera Janusza Piechocińskiego, który zapowiedział debatę na ten temat.  Czy Polacy powinni preferować polskie produkty? Czy powinni faworyzować tych przedsiębiorców zagranicznych, którzy lokują swoje interesy w Polsce? Czy polski rząd powinien wspierać polski biznes? W taki właśnie sposób, bez żenady postępują przywódcy innych państw. Frazesy o europejskiej solidarności nie przeszkadzają im w dotowaniu sprzedaży krajowych marek i towarów czy wywieraniu nacisku na władze wielkich koncernów czego efektem jest ograniczanie tańszej produkcji za granicą po to by utrzymać zatrudnienie w kraju macierzystym (masowe zwolnienia w fabryce Fiata w Tychach są tutaj bardzo wymownym przykładem).

I wszystko fajnie, szkoda tylko że panowie eksperci z programu EKG nie widzą sprzeczności głoszonych przez siebie poglądów. Jeżeli patriotyzm gospodarczy, który sprowadza się w końcu do ochrony krajowego rynku, jest ok., dlaczego popierają inicjatywy, które stoją w sprzeczności z tą tezą? Przecież pozbywając się własnej waluty na korzyść euro, rezygnujemy z możliwości prowadzenia polityki stóp procentowych przez Narodowy Bank Polski, czyli z bardzo ważnego instrumentu wpływu na konkurencyjność krajowej gospodarki. Długofalowym celem paktu fiskalnego nie jest wyłącznie wprowadzenie mechanizmu hamulca budżetowego jak głosi oficjalna propaganda, zwłaszcza, że podobne regulacje zawarto już w traktacie z Maastricht (tyle, że większość krajów UE, nie zawracała sobie tym głowy). Pakt fiskalny prędzej czy później musi doprowadzić do unifikacji obciążeń podatkowych we wszystkich krajach członkowskich UE, co dla krajów słabiej rozwiniętych gospodarczo, w tym Polski, byłoby przysłowiowym gwoździem do trumny. Skąd taka schizofrenia w głowach sterników naszej gospodarki? Stawiam na terror poprawności politycznej, która nawet wbrew logice nie pozwala przyjąć tez sprzecznych z obowiązującym dogmatem. W końcu nie trudno zasłużyć na etykietkę oszołoma. A to grzech znacznie cięższy niż rozminięcie się z logiką.

środa, 2 stycznia 2013

Bruksela Jest Najważniejsza?



Umiejętność zawierania kompromisów jest w polityce rzeczą cenną. Mam jednak wrażenie że Paweł Kowal z koncyliacyjnością odrobinę przesadza, na co zwrócił uwagę również Marek Migalski (kolega z tej samej partii), recenzując książkę Kowala pt. „Między Majdanem a Smoleńskiem”. Ceną jest tutaj brak wyrazistości, bez której nie można skutecznie funkcjonować w polityce. W odczuciu znacznej większości wyborców, PJN to wciąż PiS light i nie zanosi się na zmianę w tej kwestii.

Dostrzegam różnice między podejściem czysto ideowym a realpolitik, ale kiedy okazuje się, że formacji Kowala jest po drodze praktycznie z każdym, to nie mogę oprzeć się wrażeniu, że owa realpolitik sprowadza się wyłącznie do utrzymania foteli w Brukseli, w ostateczności zajęcia mniej atrakcyjnych stołków w polskim parlamencie. PJN przedstawia się jako partia liberalna gospodarczo i umiarkowanie konserwatywna, lokująca się z prawej strony centrum sceny politycznej. Tymczasem rozważano już koncepcje łączenia się z ultra socjalną Solidarną Polską Ziobry, współpracę z socjalnym i zafiksowanym smoleńsko PiS-em, a także alianse z wypaloną i zgnuśniałą Platformą Obywatelską, która połknęłaby PJN na śniadanie. Teraz, Paweł Kowal chce podjąć inicjatywę Janusza Piechocińskiego i budować z PSL-em (i może też, o zgrozo, z ziobrystami) nowe ugrupowanie o obliczu wolnorynkowym i chadeckim. Wolne żarty. PSL ani nie jest chadeckie, ani tym bardziej wolnorynkowe. Jest korporacją zrzeszającą, pazernych, grabiących do siebie działaczy będących niedoścignionym wzorcem nepotyzmu, kolesiostwa i korupcji czyli tego wszystkiego co odrzuca od polityki normalnych wyborców. Kompletnie się to nie klei. Do zdobycia mandatu w eurowyborach być może wystarczy, ale żadna zmiana jakości w polityce się z tego nie wykluje.

Jedyną sensowną alternatywą dla wyżej wymienionych pomysłów jest stworzenie Partii Republikańskiej skupiającej środowiska bliskie sobie ideowo – PJN, gowinowców, umiarkowanych działaczy Nowej Prawicy - wspierane przez ekonomiczne think tanki, jak Fundacja Republikańska i Centrum im. Adama Smitha. Z pewnością jest miejsce na taką partię. To nie jest łatwy szlak, ale podobno tylko ciasna brama i wąska droga prowadzi do życia, a mało jest takich, którzy ją znają. Prawda, panie Pawle? W każdym bądź razie, tak to wygląda z mojej perspektywy. Paweł Kowal może oczywiście uznać, że i tak niewiele ma do stracenia, oprócz sympatii Hipokrytesa, więc jak się nie ma co się lubi, trzeba polubić nawet PSL.

Co ciekawe, inicjatywa Piechocińskiego niesie znacznie większe ryzyka dla PSL. Z tym, że akurat los tej partii wisi mi kalafiorem. Przede wszystkim, nie wierzę w cudowną przemianę ludowców, anonsowaną przez nowego prezesa. Z punktu widzenia aktywistów PSL poszerzanie bazy wyborczej wcale nie jest pożądanym celem politycznym. Wręcz przeciwnie. Dopuszczenie nowych do koryta jest sprzeczne z żywotnym interesem beneficjentów istniejącego systemu. Ponadto, próby tworzenia szerszej formacji chadeckiej w miejsce dzisiejszej partii ludowej grożą zachwianiem wiary tradycyjnego elektoratu, że to ugrupowanie nadal reprezentuje ich chłopskie interesy widziane dotąd w opozycji do miastowych partii. W tym kontekście ambicje Piechocińskiego mogą się jawić jako szkodliwe fanaberie. Dlatego też, cały projekt wydaje się i tak mało realny. Żeby dokonać fundamentalnego zwrotu potrzebny jest silny przywódca zdolny przeforsować swój projekt, wbrew interesom działaczy. Wątpię, by Janusz Piechociński dał sobie z tym radę. Można więc cnotę stracić, a rubla nie zarobić. Warto, panie Pawle?

sobota, 29 grudnia 2012

Umarł król, niech żyje król!




Dopóki Andrzej Mleczko komentował rzeczywistość przy pomocy swoich rysunków satyrycznych, miałem dla niego naprawdę wiele szacunku. Podobnego zdania był zapewne Marcin Meller, czyniąc go stałym niemal gościem swojego programu „Drugie śniadanie mistrzów”, w którym rozmaici artyści, aktorzy i ludzie mediów udowadniają, że nieczęsto walory intelektualne idą w parze z innymi talentami. Tym samym, wyrządził panu Andrzejowi wielką krzywdę gdyż stał się on żywą ilustracją wyżej sformułowanej tezy. Niestety pan Andrzej Mleczko najwyraźniej nie ma o tym pojęcia, więc zamiast zabawnych i celnych żartów rysunkowych uszczęśliwia nas teraz pozbawionymi tych walorów przemyśleniami formułowanymi expressis verbis.

Nic jednak w przyrodzie nie ginie, talent również. Umarł król, niech żyje król! Nie ma Mleczki, jest Potworkowo, odkrycie, bez którego żadne podsumowanie mijającego roku nie mogłoby być kompletne. Mam nadzieję, że w nowym roku Potworkowo będzie równie doskonałym kompanem wszelkich turbulencji, których niezawodnie dostarczy nam rzeczywistość. Gorąco polecam, życząc wszystkim Szczęśliwego Nowego Roku!

czwartek, 6 grudnia 2012

Przeproście Cezarego Gmyza



To nie Cezary Gmyz, a Naczelna Prokuratora Wojskowa dolewa oliwy do smoleńskiego ognia. Spójrzmy. Na gorąco, w dniu publikacji słynnego artykułu w Rzeczpospolitej, na specjalnej konferencji prasowej, szef Wojskowej Prokuratury Okręgowej w Warszawie płk Ireneusz Szeląg powiedział:

Biegli nie stwierdzili trotylu ani żadnego innego materiału wybuchowego na wraku Tu-154.

Dzisiaj, na posiedzeniu sejmowej Komisji Sprawiedliwości i Praw Człowieka, naczelny prokurator wojskowy płk Jerzy Artymiak mówił o tej sprawie już nieco inaczej:

Faktycznie, niektóre urządzenia w Smoleńsku wykazały cząsteczki trotylu. Co nie oznacza z całą pewnością, że mamy do czynienia z materiałami wybuchowymi.

Wyjaśnienia prokuratury w tej sprawie to jakaś nieudolna sofistyka i ktoś powinien ponieść konsekwencję tej lameriady. Wszak na podstawie oświadczenia prokuratury z dnia 30 października zarzucono manipulację dziennikarzowi Rzeczpospolitej, wyrzucono go z pracy, a cała historia stała się bezpośrednim powodem czystek w redakcji Rzepy, a kilka tygodni później w Uważam Rze. W ten sposób wysadzono w powietrze istniejący ład w obszarze mediów drukowanych. Samego Gmyza zaś, zlinczowano publicznie i uznano za czołowego piewcę zamachu w Smoleńsku. Nie zawracano sobie głowy faktem, że dziennikarz nie formułował żadnych teorii zamachowych w swoim artykule, koncentrując się na opisaniu wniosków z wstępnego badania próbek przeprowadzonych na zlecenie prokuratury. Warto dziś wrócić do tego tekstu, bo w międzyczasie tak zmanipulowano przekaz medialny w tej sprawie, że większość konsumentów mainstreamowej papki jest najzupełniej przekonana, że Gmyz, pisząc o śladach trotylu, próbował dowieść teorii zamachu w Smoleńsku. Gdyby stanowisko prokuratury z dnia 30 października, brzmiało tak jak dzisiejsze, jestem przekonany, że to wszystko by się nie wydarzyło.

Zamiast rzetelnej informacji, że odnalezienie cząstek trotylu na wraku nie oznacza jeszcze, że na pokładzie samolotu miały miejsce wybuchy, prokuratura wolała zaprzeczyć, brnąc w jakieś pokrętne tłumaczenia. Spodziewam się, że motywem mógł być strach przed możliwymi konsekwencjami politycznymi potwierdzenia tych doniesień, ale to kiepski argument. Zwłaszcza, że osiągnięto efekt znacznie gorszy. Prokuratura utraciła resztki wiarygodności. Co więcej, fatalna polityka informacyjna na temat smoleńskiego śledztwa wzmacnia atmosferę podejrzliwości dużo skuteczniej niż fantastyczne teorie spiskowe Antoniego Macierewicza. Według listopadowych sondaży już prawie 36% Polaków wierzy w zamach. Ostatnie kombinacje prokuratury pozwolą zapewne poprawić ten wynik.

Równie ciekawe jest to, jak płynnie zmienia się narracja mediów głównego nurtu. Z dotychczas obowiązującego – nie było trotylu – na – może i trotyl był, ale co z tego? Bardzo jestem ciekaw, czy w jakikolwiek sposób wpłynie to na ocenę tekstu Cezarego Gmyza. Wątpię czy wśród tych, którzy go opluwali, znajdzie się choć jeden, gotów posypać sobie głowę popiołem.

czwartek, 29 listopada 2012

Uważam Rze szkoda



Z pluralizmem mediów różnie w Polsce bywało, ale ostatnio akurat nie było najgorzej. Przynajmniej w sferze mediów papierowych i internetowych, bo o pluralizmie w stacjach telewizyjnych nie ma nawet co gadać. Niestety, wszystko wskazuje na to, że słynny artykuł Cezarego Gmyza w Rzeczpospolitej o trotylu znalezionym rzekomo na wraku Tupolewa, wysadził w powietrze istniejący ład medialny. Publikacja tego tekstu uruchomiła cały łańcuszek zdarzeń, które prowadzą do całkowitej zmiany oblicza dziennika Rzeczpospolita i de facto anihilacji tygodnika Uważam Rze.

Wokół całej sprawy pojawiły się liczne teorie spiskowe i trzeba uczciwie powiedzieć, że szereg niejasnych okoliczności daje ku temu podstawy. Począwszy od budzącego wątpliwości kontekstu związanego z transakcją nabycia pakietu akcji spółki Presspublica przez Grzegorza Hajdarowicza, poprzez spekulacje na temat możliwej prowokacji w sprawie artykułu Gmyza (Cui prodest?) i dziwne nocne spotkania wydawcy z rzecznikiem prasowym rządu, na kontrowersyjnych decyzjach personalnych właściciela skończywszy. Ja jednak sądzę, że całą sprawę można wyjaśnić ambicjonalnym starciem, w którym rozdęte do niebotycznych rozmiarów ego Hajdarowicza zderzyło się z ego zgranego zespołu niepokornych publicystów, którzy od momentu przejęcia spółki nie kryli negatywnego nastawienia do nowego właściciela. Tak dzieje się prawie zawsze, kiedy w projekt biznesowy będący ukochanym dzieckiem zespołu, który go stworzył wkraczają twarde reguły właściciela, który tych sentymentów jest pozbawiony. Trotyl w Rzepie, zamienił więc zimną wojnę w otwarty konflikt, w którym zwycięstwo zawsze odniesie właściciel. Być może w znacznym stopniu pyrrusowe, ale jednak zwycięstwo. W kategoriach biznesowych, zbyt emocjonalne zaangażowanie w projekt jest po prostu nie profesjonalne i często prowadzi do konfliktu między twórcą i właścicielem. Wiem o czym mówią. W swojej karierze zawodowej, swego czasu, znalazłem się w bardzo podobnej sytuacji i patrząc na to z dystansu wiem jakie popełniłem błędy.

Mniejsza zresztą co tę wojnę spowodowało. Ważniejsze jest to, jak wygląda krajobraz po tej krwawej bitwie. Po zmianach personalnych, krytyczna wobec poczynań rządu Rzeczpospolita powoli zamienia się w łaskawą Gazetę Wyborczą, a wczorajsze zwolnienie Pawła Lisickiego, redaktora naczelnego Uważam Rze, doprowadziło do tego, że niemal  cały zespół pożegnał się z redakcją. To oznacza koniec URze, bo bez tych publicystów ta gazeta nie istnieje. W ten sposób, obraz rynku prasowego w znacznym stopniu upodabnia się do obrazu sceny politycznej. Wśród tytułów określanych mianem prawicowych pozostały te, które reprezentują skrajnie nie obiektywną wizję rzeczywistości. Jeżeli jakąś miarą miejsca na rynku prasowym jest stosunek do katastrofy smoleńskiej, to media prawicowe zostały zepchnięte do smoleńskiej twierdzy. Na placu boju pozostała Gazeta Polska, Tomasza Sakiewicza, za Antonim Macierewiczem snująca rozmaite teorie zamachu i nowy dwutygodnik wSieci braci Karnowskich (będący papierową emanacją portalu internetowego wPolityce), którzy w tropieniu smoleńskiego spisku niewiele Sakiewiczowi ustępują. Obawiam się, że z konieczności publicyści z pokładu URze właśnie tam znajdą przystań.

Rzepa i URze były tytułami prezentującymi konserwatywny, centroprawicowy punkt widzenia. Na rynku medialnym zajmowały miejsce, które na scenie politycznej czeka na nową konserwatywno-liberalną formację. Miejsce, którego nie potrafi zagospodarować PJN. Przyklejanie im łatki PiSowskich i wrzucanie do jednego worka z Gazetą Polską to świadectwo ignorancji albo złej woli. Zresztą, zamiast samemu strzępić pióro przytoczę wpis Waldemara Kuczyńskiego na Facebooku, naczelnego antykaczysty III RP, z którym bardzo rzadko się zgadzam:

"Rzeczpospolita" pod kierownictwem Pawła Lisickiego była pismem dosyć odległym od moich poglądów, a w niektórych sprawach bardzo odległym. Nie tak jednak, bym uważał, że nie powinienem pojawić się tam jako autor. Była zarazem Rzepa pismem o dużej otwartości, może nawet wyjątkowej otwartości na autorów z zupełnie innego kąta debaty publicznej, w tym i dla obojga Kuczyńskich. Po przyjściu Wróblewskiego (redaktor naczelny z nadania Hajdarowicza - przyp. Hipokrytes) i objęciu nas zakazem druku, jak za PRL, to się zmieniło. Rzepa zaczęła też odchodzić od formuły dziennika politycznego, dla czytelnika o tradycyjnych konserwatywnych przekonaniach, ale nie zakażonego znanymi po tej stronie opinii publicznej szaleństwami. Była nawet atakowana przez media i polityków prawicowego oszołomstwa. UwarzamRze, tygodnik jeszcze bardziej odległy od moich poglądów czytywałem z zainteresowaniem, był irytujący, ale i ciekawy i żałuję tego co się z nim dzieje. Nie zamierzam oceniać decyzji właściciela, ale sądzę, że nie wyjdzie to wszystko na dobre ani Rzepie, ani UwarzamRze. I współczuję dziennikarzom, którzy stracili pracę i ciekawy tytuł, choć bardzo wiele mnie z nimi dzieli i często mocno mnie wkurzali, nawet bardzo. Życzę im znalezienia roboty w zawodzie.

Szacun, panie Waldemarze!


PS. Polecam również tekst Njusacza, który prezentuje spojrzenie z innej strony na wojnę w Presspublice, ale doskonale uzupełnia mój pogląd w tej sprawie. 

niedziela, 25 listopada 2012

Uczepieni spódnicy Angeli



Myślenie o roli Polski w Europie ciągle opiera się na sławnej przypowieści profesora Bartoszewskiego o brzydkiej pannie, która musi nadskakiwać potencjalnym adoratorom, mitach o solidarności europejskiej i strachu, że europejski pociąg odjedzie bez nas. Wszystko to rodzi kompleks ubogiego krewnego, litościwie wpuszczonego na salony, który powinien być uprzedzająco grzeczny, nie zabierać głosu nie proszony, słuchać mądrzejszych i być wdzięczny za każdy akt łaski, który na niego spłynie. W ten sposób determinowane są nie tylko odczucia społecznie, ale i polityka zagraniczna. Dlatego też, w okresie rządów Donalda Tuska znaleźliśmy się w roli klienta Niemiec, wierząc że Angela Merkel dbając o swój interes i dla nas załatwi kawałek tortu. Na krótką metę, taka polityka może być nawet skuteczna, ale strategicznie odbiera podmiotowość naszej dyplomacji. Po co liczyć się z Polakami, skoro z góry wiadomo, że Tusk na pewno nie skorzysta z prawa weta (to takie grubiańskie), a ostatecznie i tak zgodzi się na to co ustali kanclerz Niemiec? Kłopoty zaczynają się wtedy, kiedy wypływa rozbieżność interesów.

Nie zamierzam rozdzierać szat z powodu fiaska piątkowego szczytu UE, na którym spierano się o podział pieniędzy z europejskiego budżetu. W takiej sprawie zawsze są wygrani i przegrani, a ci ostatni muszą zyskać alibi, że wojowali do ostatka. Nic więc dziwnego, że jeszcze przed rozpoczęciem szczytu niemal wszyscy przewidzieli finał. Ale przebieg obrad ujawnił całą miałkość polskiej dyplomacji. Narracja, przed spotkaniem na szczycie, wyglądała z grubsza następująco. David Cameron, czarny charakter naszej opowieści, wspierany przez przebrzydłego Kaczora jedzie do Brukseli złupić nasz wdowi grosz. Zjednoczone siły dobra, z panami Barroso, Van Rompuyem i panią kanclerz Merkel, której dzielnie asystujemy, odważnie stawią czoła szkodnikowi z Wysp. W ostateczności pogonią go precz z naszej krainy szczęśliwości. Cóż, delikatnie mówiąc powyższy scenariusz nieco się posypał. Propozycje Van Rompuya, nie uwzględniające żadnych oszczędności w rozrastającej się jak nowotwór eurokracji, zostały celnie wypunktowane przez premiera Wielkiej Brytanii i odesłane na makulaturę, tam gdzie ich miejsce. Co więcej, ów wredny Cameron wcale nie zażądał cięć w funduszach przeznaczonych na politykę spójności i na rolnictwo (czyli tych na którym nam zależy), zajmując stanowisko zgodne z tym co przekazał wcześniej Jarosław Kaczyński. Ale kto by go tam słuchał? Cały mainstream, z samym Tuskiem na czele, miał z Kaczora ubaw po pachy. Zamiast izolacji Camerona, powstała wokół niego koalicja państw płatników netto, do której ochoczo przyłączyła się również Angela Merkel. Zupełnie mnie to nie dziwi. Już na początku listopada ogłoszono, że w spawie budżetu Unii, Cameron i Merkel mówią jednym głosem. Szczyt zakończył się luźną konkluzją, że cięcia nie mogą dotyczyć polityki spójności i rolnictwa, co natychmiast podchwycił Donald Tusk i próbuje sprzedać jako swój umiarkowany sukces. Jednocześnie nie zauważa, że skrawek materiału którego kurczowo się trzyma to nie spódnica pani kanclerz, tylko nogawka premiera Wielkiej Brytanii. Narracja więc pozostaje bez zmian. Zło, nadal reprezentuje David Cameron, dobro Angela Merkel, Donald Tusk jest mężem opatrznościowym, a Jarosław Kaczyński pogubionym na salonach ćwokiem. Naprawdę niebywałe, że ludzie to kupują.

Wyglądało to słabo, ale stanowisko polskiej dyplomacji i tak nie miało tu większego znaczenia. Cięcia wydatków budżetowych są nieuniknione. Trudno sobie wyobrazić, by w obliczu kryzysu dokonywano cięć wszędzie poza budżetem wspólnoty. Kondycja gospodarcza państw Unii Europejskiej stale się pogarsza, więc presja na oszczędności będzie się zwiększać. Stąd przeciąganie sprawy nie jest dla nas korzystne. Nie mamy wielkiego pola manewru, ale powinniśmy być na tyle upierdliwym uczestnikiem negocjacji, żeby w kolejce do golenia przesunąć się na jak najbardziej odległą pozycję. Wypowiedzi polskiego premiera, w których nonszalancko oświadcza, że miliard w lewo czy w prawo nie ma dla nas większego znaczenia, z całą pewnością temu nie służą. Nawet jeśli odpowiada to prawdzie.

Tyle polityka. Ale jest jeszcze meritum. Mam na ten temat pewną wiedzę praktyczną. Wartość cięć, których należy się spodziewać to naprawdę małe miki w porównaniu z kwotami, które są marnowane na etapie realizacji inwestycji z unijnych środków. Skalę marnotrawstwa trudno oszacować, ale musi być ogromna. W przypadku inwestycji samorządowych i centralnych, jej źródłem są zbędne inwestycje, sztucznie przewartościowane projekty, kosztowne technologie, niewłaściwie dostosowane do rzeczywistych potrzeb. Z punktu widzenia przedsiębiorców, prawdziwą zmorą jest konieczność dopasowania się do sztywnych, często idiotycznych procedur unijnych i głupoty biurokratów, co również ma wpływ na efektywność wydatkowanych funduszy. Trzeba pamiętać, że inwestycje unijne wymagają współfinansowania z innych środków, najczęściej kredytów, które trzeba będzie zwrócić. Skala marnotrawstwa ma więc znacznie szerszy wymiar. Gdyby te pieniądze wydawano właściwie, ten sam efekt moglibyśmy osiągnąć mniejszym kosztem. To jednak niemożliwe, ponieważ nieefektywność jest cechą naszego systemu urzędniczego i ogólnej kondycji państwa. Musimy więc uzyskać na tyle dużo, by mimo talentu do marnowania środków, móc się rozwijać.

poniedziałek, 19 listopada 2012

Nowe przyszło piechotą



Sensacyjna zmiana szefa Polskiego Stronnictwa Ludowego wzbudziła masę rozmaitych komentarzy i spekulacji, wśród nich zachwyty nad wewnętrzną demokracją PSL i nadzieje, że pozytywna energia płynąca z kongresu ludowców opromieni całą sceną polityczną. To zabawne, że wystarczyło jedno takie wydarzenie, by w partii będącej dotąd wzorcem z Servres oportunizmu politycznego, nepotyzmu i kolesiostwa zobaczyć ostoję demokracji.

Co się stało?
Żeby ta sensacja mogła się wydarzyć Janusz Piechociński musiał wykonać solidną pracę w terenie budując sobie poparcie, a osłabienie pozycji Waldemara Pawlaka musi być większe niż ktokolwiek przypuszczał, skoro jego kandydatura w ogóle znalazła się w strefie ryzyka. Wygląda jednak na to, że decydujący był przypadek (tu zgadzam się z opinią Jacka Żakowskiego wypowiedzianą w programie „Loża Prasowa”). Peeselowscy włościanie najwyraźniej chcieli sprzedać kuksańca sołtysowi. A juści! Niech se ino nie myśli, buc jeden, coby u nas demonkracji nie było i o tak se, znowu bedzie sołtysem. Nie ma to tamto. Entuzjastów wychowywania władzy poprzez wymierzanie kuksańców znalazło się zbyt wielu, więc ku ogólnemu zdumieniu miast poturbować lekko, ukatrupili sołtysa. Za taką tezą przemawia całkowite zaskoczenie rozwojem wydarzeń aktywistów PSL-u, nie wyłączając samego szczęśliwego elekta. Nie jestem fanem walorów intelektualnych działaczy tej partii, niemniej jednak nie sądzę, by byli ostatnimi kołkami, nie czującymi zupełnie pulsu swojej formacji. Wszystko wskazuje więc na to, że nowe nie przyjechało czołgami na czele silnej armii, a przyszło piechotą, samotnie, nawet bez gwardii przybocznej, z teczką i głową pełną idealistycznych wizji. 

Co z PSL?
Nie mam pojęcia co zrobi Piechociński, ale wiem co zrobić powinien. Jeżeli okaże się takim pięknoduchem jak wynikałoby to z jego deklaracji na Kongresie PSL, nie wróżę mu długiej kariery. Już na starcie jest dużo słabszym szefem niż Waldemar Pawlak. Klub PSL w Sejmie to jego opozycja wewnątrzpartyjna, więc najgłupsza rzecz jaką można zrobić to pozostawić Pawlaka w rządzie. Władza to struktury rządowe, skąd spływają dobra i łaski w ręce poddanych. Jeśli dysponentem konfitur pozostanie dotychczasowy prezes, będzie to prosta droga do tego, by być królem bez królestwa. Sama praca w terenie nic nie da, jeśli zwolennicy Piechocińskiego wciąż będą patrzeć przez szybę jak ucztują wasale Pawlaka. A sam Pawlak dysponując instrumentami władzy będzie bardzo groźnym przeciwnikiem. Z tej perspektywy, ogłoszona w afekcie rezygnacja poprzednika to wymarzony prezent dla elekta. I samobój Pawlaka. Tym bardziej, że dzięki temu nowy szef partii nie musi nawet brudzić sobie rąk. Teki ministra może przecież nie obejmować, wystarczy, że desygnuje zaufanego kandydata, który nie znarowi się od nadmiaru zaszczytów. To dopiero byłby fundament, na którym realnie można próbować coś zmieniać. Jeśli Piechociński nie skorzysta z tej sytuacji to być może jest przyzwoitym człowiekiem, za to na pewno kiepskim politykiem. I gorzko tego pożałuje.

Co z koalicją?
Zmiana na stanowisku szefa PSL nie zagrozi trwałości koalicji rządzącej, ale dla PO raczej nie jest to dobra nowina. Donald Tusk będzie musiał mierzyć się z nowym partnerem, po którym nie wiadomo czego można się spodziewać. W dodatku, partner koalicyjny stanie się teraz bardziej aktywny niż dotychczas, ponieważ nowy wódz będzie chciał odcisnąć swoje piętno u steru władzy. Trza w końcu jakoś pokazać, że coś się zmieniło, nawet gdyby miał to być jedynie face lifting. Do tego dojdą tarcia między nowym prezesem a żołnierzami Pawlaka okupującymi klub parlamentarny, co premier będzie próbował umiejętnie rozgrywać. Tak czy inaczej, należy spodziewać się większej dynamiki, a jak wszystkim wiadomo, Donald Tusk za dynamiką nie przepada.

środa, 14 listopada 2012

Meldunki z krainy nadwiślańskich faszystów



Ocena wydarzeń wokół Święta Niepodległości wprowadza taki chaos, pomieszanie pojęć, uproszczeń i łatwego etykietowania, że zastanawiałem się czy w ogóle jest sens z tym tematem się mierzyć. Spróbuję jednak odnieść się do kilku kwestii.

Zawłaszczyli Święto!
Im mniej czasu pozostawało do 11 listopada, tym częściej i głośniej pojawiały się zarzuty o zawłaszczenie Święta Niepodległości przez narodowców i prawicę. Zarzut ten najczęściej podnosiły środowiska lewicowe. Te same, które na co dzień definiują patriotyzm jako szkodliwy szowinizm narodowy odsyłając to pojęcie do lamusa historii. Środowiska, które demonstrację patriotyczną najchętniej zastąpiłyby proeuropejskim festynem, paradą gejów albo manifą feministek. To przecież Janusz Palikot ledwie kilka miesięcy temu na konferencji „Dialog i przyszłość”, zorganizowanej przez Aleksandra Kwaśniewskiego, raczył był stwierdzić: Dziś przyszedł czas, by powiedzieć Polakom, że muszą się wyrzec swojej polskości. A w przeddzień święta przekonywał, że Roman Dmowski był hitlerowcem i faszystą. Roman Kurkiewicz, do niedawna redaktor naczelny „Przekroju” idący na czele manifestacji lewaków mówił reporterowi TVN24, że właściwie nie wie co to jest patriotyzm, że w ogóle nie używa tego słowa i nie lubi deklaracji że ktoś jest Polakiem. Czy to nie jest kuriozum, że ludzie odrzucający patriotyzm jako coś obcego im ideowo, jednocześnie formułują zarzut, że ktoś inny zawłaszczył obchody tego święta?

O zawłaszczeniu mówił również prezydent Komorowski. I w tym też pobrzmiewają fałszywe nuty. Organizując konkurencyjny marsz, pod hasłem „Razem dla Niepodległej”, musiał przecież zdawać sobie sprawę, że jego przedsięwzięcie zamiast łączyć, dodatkowo podzieli Polaków. Zwłaszcza, że próba koncesjonowania przez władzę niezależnej inicjatywy obywatelskiej budzi najgorsze skojarzenia z okresem PRL. Jest jasne, że Marsz Niepodległości oprócz intencji uczczenia ważnej dla Polski daty, ma również charakter demonstracji sprzeciwu wobec urzędującej władzy. Dokładnie tak samo jak w latach 70-tych, kiedy to opozycjonista Komorowski organizował podobne marsze.

Idą faszyści!
Nie mogę się nadziwić, że ciągle przebija się w mediach narracja, zgodnie z którą Marsz Niepodległości to impreza dla antysemitów i faszystów. Są pewnie i tacy, ale ferowanie podobnych ocen wobec kilkudziesięciu tysięcy uczestników jest aberracją. Marsz Niepodległości ma już swoje miejsce w tradycji obchodów Święta 11 listopada i to on jest miejscem autentycznej demonstracji uczuć patriotycznych, a nie marsz Prezydenta, o czym dobitnie świadczy porównanie liczby uczestników obu imprez. Jasne, wolałbym żeby wśród organizatorów nie było ONR, a w komitecie honorowym nie zasiadał Jan Kobylański. Na pewno warto próbować zmienić to w przyszłości. Szkoda. żeby marginalne rozróby prowokatorów rozbijających demonstrację (niezależnie od tego kim są) miały na stałe zdominować obraz Marszu.

Rodzi się nowa siła!
Po zakończeniu Marszu Niepodległości, na wiecu zorganizowanym w Parku Agrykola, szefowie Młodzieży Wszechpolskiej i Obozu Narodowo-Radykalnego ogłosili powołanie Ruchu Narodowego, który w opinii komentatorów ma powstać na wzór węgierskiego Jobbik. Stało się to pretekstem do rozpętania kolejnej histerii wokół faszyzmu, który jakoby podnosi dziś w Polsce głowę. Problem w tym, że taka teza opiera się na całkowicie fałszywym założeniu, że uczestniczy Marszu Niepodległości, a w szczególności ta ich część która znalazła się na wiecu, to zastępy radykałów, które w niedalekiej przyszłości zasilą szeregi tego nowego ugrupowania. To oczywista bzdura wykorzystana jako narzędzie kreowania atmosfery zagrożenia, które w mojej ocenie nie istnieje. Nie wierzę w sukces Ruchu Narodowego, podzielając argumenty Michała z Planktonu Politycznego.

środa, 7 listopada 2012

Kwaśniewski reaktywacja?



W wyborach do Sejmu 2001 roku, lewicowa koalicja Sojuszu Lewicy Demokratycznej i Unii Pracy zdobyła 41% głosów. Cztery lata rządzenia, trauma afery Rywina i poparcie poszłooo… w drebiezgi. Ale to już prehistoria, pamięć wyborców tak daleko nie sięga. Co więc dzieje się teraz z tym potężnym elektoratem sprzed jedenastu lat? Ktoś z ironią mógłby zauważyć, że elektorat oparty na resentymencie PRL-u w znacznej liczbie zdążył już przenieść się na tamten świat, ale byłaby to tylko cząstka prawdy. A co z resztą? Otóż, poza tymi, którzy wciąż głosują na SLD i częściowo na Ruch Palikota, wielka rzesza dawnych wyborców lewicy głosuje dziś na Platformę Obywatelską. Tym większa, że należy w tej kalkulacji odliczyć pierwotnych wyborców PO, którzy od dawna już na nią nie głosują, ponieważ partia ta sprzeniewierzyła się swoim deklaracjom założycielskim. Przy czym zaznaczam, że w analizie tej opieram się wyłącznie na własnych obserwacjach i intuicji, bo nie znam żadnych badań na ten temat.

Skąd więc takie założenia? Poza trzeciorzędnymi różnicami i rodowodem, który ma coraz mniejsze znaczenie, dzisiejsza PO jest niemal bliźniaczo podobna do SLD w latach 2001-2003. Klasyczna, bezideowa partia władzy, którą spaja wyłącznie troska o własne korzyści przynależne rządzącym w systemie oligarchii partyjnej, który dla niepoznaki nazywany jest u nas demokracją. Formacja ciepłej wody w kranie, po której nie należy spodziewać się żadnych istotnych zmian (choć Leszek Miller ze swoją obniżką stawki CIT do 19% mógłby być wzorem liberała dla Donalda Tuska), pełna kompleksów i serwilizmu wobec Zachodu, która z ambicją nuworysza stara się być bardziej europejska od Europejczyków. Istotna jest też osoba lidera. Choć formalnym szefem SLD był wówczas Leszek Miller, rolę lidera lewicowej formacji odgrywał prezydent Aleksander Kwaśniewski, polityk uprzejmy, koncyliacyjny, medialny i plastikowy, który do perfekcji opanował gładką gadkę z minimalnym udziałem treści. To w stosunku do niego, po raz pierwszy użyto określenia „polityk teflonowy”, czyli taki, do którego nie przyczepiają się żadne negatywne oceny, a nawet jeśli, to na krótko. Dzisiaj mistrzem teflonu jest Donald Tusk, który wyciągnął wnioski z popularności Kwaśniewskiego. A Polacy kochają teflonowych polityków. Zresztą nie tylko oni, taki sam jest Barack Obama (i jest to jeden z powodów, dla których trzymam dziś kciuki za Mitta Romneya).

Ale każdy materiał ma ograniczoną wytrzymałość. Teflon Donalda Tuska też powoli się ściera. Nic w tym dziwnego. Okres panowania Kwaśniewskiego nie obfitował w tak wiele ciśnień jak rządy Tuska. Czas więc rozejrzeć się za kandydatem na nowego kochanka ludu. Są jakieś sensowne propozycje? Nie ma? A co powiecie na projekt pod tytułem „Kwaśniewski reaktywacja”? Po odsłużeniu dwóch kadencji prezydenckich, Aleksander Kwaśniewski został politycznym emerytem i kimś w rodzaju nieformalnego guru lewicy. Mentorem rozsądzającym spory z wysokości swojego autorytetu. Nie wiedzieć czemu, wszyscy uznali, że tak będzie już zawsze, a ścieżka jego ewentualnej dalszej kariery wiedzie w struktury instytucji europejskich albo światowych (sekretarz generalny NATO). Wcale tak być nie musi. Tu i ówdzie, już pojawiają się pierwsze bąknięcia na temat wielkiego come back byłego prezydenta. Pospekulujmy więc sobie, jak mogłoby to wyglądać.

Scenariusz powrotu Kwaśniewskiego na scenę polityczną wydaje się bardzo prawdopodobny. Sprzyja mu sytuacja w Europie gdzie strach przed cięciami przywilejów socjalnych, koniecznymi w obliczu kryzysu, wynosi socjalną lewicę do władzy (zresztą, prawicy właściwie nie ma w Europie, tak samo jak w Polsce). Podobnie może być u nas. Poobijana Platforma, ze skrzydłami rozciągniętymi od prawa do lewa, zadowalająca coraz mniejszą grupę wyborców, w zderzeniu z kryzysem ma wszelkie szanse żeby się rozpaść. Już dzisiaj, jej racją bytu jest przede wszystkim rola tarczy antypisowskiej. Jak już wielokrotnie pisałem, odejście konserwatystów Gowina jest moim zdaniem kwestią czasu. Ale wbrew pozorom, po lewej stronie też jest o co grać. SLD pod ponownym przewodnictwem Leszka Millera zaplątało się w jakieś małe vendetty, które mają uleczyć przetrącone ego wodza. Zamiast oczekiwanej przez Kwaśniewskiego jedności lewicy, Miller wzorem Tuska i Kaczyńskiego wykopał głęboką fosę oddzielającą go od Palikota, którego postrzega jako konkurenta do rządu dusz po swojej stronie sceny politycznej. Sam Janusz Palikot też stracił impet. Formuła partii happeningowej okazała się skuteczna jedynie na krótką metę, z kolei jej porzucenie odebrało tej formacji wyrazistość, a co za tym idzie, atrakcyjność. Cóż, tak źle i tak niedobrze.

W tym miejscu należy przypomnieć, że jedność lewicy zawsze stanowiła oś koncepcji politycznej Kwaśniewskiego. To on niegdyś skupił lewicowe partyjki i organizacje pod szyldem SLD. Potem firmował projekt Lewica i Demokraci, który był ucieleśnieniem jego dawnych marzeń o wspólnej formacji lewicy postkomunistycznej i solidarnościowej.  Projekt się nie udał, bo w porywinowej Polsce lewica znalazła się w defensywie, a demokraci którzy mieli ten układ legitymować byli tylko nędzną popłuczyną ugrupowania wywodzącego się z Unii Demokratycznej i Unii Wolności. Teraz sytuacja jest znacznie bardziej korzystna dla lewicy. Projekt Kwaśniewskiego, ponad podziałami i ponad głowami Millera i Palikota, realizowany pod hasłem: „Ludzie lewicy wszystkich formacji łączcie się”, wsparty przez życzliwe media, miałby wszelkie szanse powodzenia i prędzej czy później liderzy partii lewicowych mainstreamu, musieliby złożyć hołd lenny nowemu/staremu władcy, który powrócił, by pogodzić pogubione owieczki swoje. Taka inicjatywa może też wydobyć z politycznego niebytu outsiderów jak Cimoszewicz, Olechowski, Celiński, Piskorski i przyciągnąć tych, którzy tułają się gdzieś na marginesie polityki jak Borowski czy Rosati. A wtedy, dawni wyborcy SLD, dziś głosujący na PO, zmęczeni niekończącą się wojenką Tuska z Kaczyńskim przypomną sobie, po której stronie biją ich serca i powędrują pod skrzydła nowego mesjasza lewicy. Idealną po temu okazję będą wybory do Parlamentu Europejskiego. W sprawach europejskich gwiazda Aleksandra Kwaśniewskiego świeciła zawsze najjaśniej. Jeżeli Kwaśniewski nie wybierze się znowu na Filipiny, Donald Tusk może mieć z kim przegrać.

czwartek, 1 listopada 2012

A jednak coś po nas zostanie…



…Choćby ta cisza wyrzeźbiona słowem

Dla nas, pokolenia, które swój  niepokorny czas burzy i naporu przeżywało w drugiej połowie lat 80-tych, emanacją buntu wobec rzeczywistości PRL-u była przede wszystkim muzyka. Z jednej strony mocne, surowe teksty Dezertera czy Kultu, z drugiej wspaniała, podniosła, patetyczna poetyka piosenek Jacka Kaczmarskiego i Przemysława Gintrowskiego. Z nich uczyliśmy się historii, one kształtowały naszą tożsamość, to na ich skrzydłach choć przez chwilę czuliśmy się podobni do bohaterów literackich epoki romantyzmu. Do dziś czuję ciarki, ściska mi się gardło, a serce wyrywa się gdzieś... hen, kiedy słyszę ten wiersz Zbigniewa Herberta wyśpiewany chropowatym głosem Gintrowskiego:

Stoimy pod murem
Zdjęto nam młodość jak koszule skazańcom
Czekamy
Zanim tłusta kula usiądzie na karku...

Nie ma już między nami Jacka Kaczmarskiego, 20 października odszedł Przemysław Gintrowski. Zapalcie świeczkę w ich intencji i zanućcie chociaż pod nosem, którąś z fantastycznych pieśni, która po nich została. Cześć ich pamięci.




środa, 31 października 2012

Cui prodest?



Wyjaśniam od razu na wstępie, że tytuł tej notki nie odnosi się do rozważań na temat ewentualnych sprawców katastrofy smoleńskiej, bo nie jestem piewcą wersji zamachu. Tytułowym pytaniem pragnę natomiast dociec kto najbardziej korzysta na tym, że to tragiczne wydarzenie wciąż stanowi płonące centrum politycznego konfliktu.

Kaczyński
Większość komentatorów politycznych głównego nurtu, z Waldemarem Kuczyńskim na czele, twierdzi niezłomnie, że ciągłe podsycanie nastrojów wokół katastrofy smoleńskiej przynosi polityczne korzyści Jarosławowi Kaczyńskiemu, który po trumnach ofiar pragnie wspiąć się do władzy. Taka teza nie wytrzymuje próby faktów. Dla Kaczyńskiego, Smoleńsk jest kłębowiskiem emocji, kwestią niemal życia i śmierci, w tej sprawie nie potrafi prowadzić chłodnych kalkulacji, a bez tego nie da się uprawiać skutecznej polityki. Świetnie pokazuje to jego dzisiejsza reakcja na rewelacje zawarte w artykule opublikowanym w Rzeczpospolitej. Bez wahania położył na szali cały swój autorytet bazując na niesprawdzonej informacji. I przegrał z kretesem. Hołdując spiskowej wersji katastrofy zabrnął już tak daleko, że nie ma możliwości, by jakiekolwiek ustalenia, dowody czy fakty, mogły go z tej drogi zawrócić. Gotowość, by podżyrować każdą bzdurę, jeżeli tylko pasuje do koncepcji zamachu, rujnuje żmudne starania jego partii, która próbuje zmienić wizerunek zabierając głos w ważnych dla Polski sprawach. Nawet jeżeli PiS ma tu coś sensownego do powiedzenia, to smoleńska histeria natychmiast to unieważnia. Jest niemal pewne, że gdyby Kaczyński zdobył władzę nie wahałby się zaangażować wszelkich dostępnych instrumentów państwa żeby swoją idee fix udowodnić i uczynić ją priorytetem rządów.

Cementowanie elektoratu, który jest już dawno scementowany nie ma żadnego sensu. Odstrasza natomiast pozostałych, co wkrótce zapewne pokażą sondaże. Bo jest ogromna różnica między twierdzeniem, że Tusk jest złym premierem, a jego administracja dopuściła do szeregu zaniechań i zaniedbań w sprawie smoleńskiego śledztwa, a zarzucaniem mu zbrodni i matactw.

Tusk
Czy rząd korzysta na tym, że Smoleńsk ciągle definiuje polską politykę? Owszem. Od dawna wiadomo, że Jarosław Kaczyński w roli mściciela prowadzącego krucjatę smoleńską jest największym sojusznikiem Donalda Tuska. Układ jest prosty. Z jednej strony, nieobliczalny, rządny zemsty, rzucający na oślep oskarżenia, szaleniec i czająca się za jego plecami horda barbarzyńców, z drugiej partia ludzi rozsądnych, jedynych zdolnych powstrzymać napierających fanatyków. Dzięki takiej obsadzie ról, przez ostatnie lata Donald Tusk mógł praktycznie uchylać się od rządzenia. Wystarczało, że jest. Ale koszty własne też są spore. Widoczna gołym okiem nieudolność rządu wokół smoleńskiego śledztwa oburza coraz większą część Polaków. Pojawiają się nowe pytania, mnożą wątpliwości, budząc zniechęcenie do partii rządzącej. W dodatku PiS prowadzi udaną ofensywę polityczną, zyskując w sondażach. Nawet mainstreamowe media dziwią się, że zniknął szklany sufit. W takiej sytuacji dzisiejsza koncertowa kompromitacja PiS-u to wymarzony prezent dla Platformy, który przywraca wygodny dla tej partii porządek na scenie politycznej. Podniecony Kaczyński, w świetle kamer, popełnił serię efektownych samobójstw i został zepchnięty do smoleńskiej twierdzy, z której ostatnio robił coraz śmielsze wypady na terytorium przeciwnika.

W tym kontekście zastanawiająca jest następująca kwestia. Rzepa nie wzięła przecież z sufitu swoich rewelacji o śladach trotylu na elementach wraku samolotu. Dokonała jedynie nie uprawnionej, zbyt daleko idącej interpretacji materiału, będącego w posiadaniu prokuratury. Jakim więc cudem te informacje w ogóle z prokuratury wyciekły? Prowokacja? Na to wygląda, a nawet jeśli nie, jest to kolejny dowód na fatalną kondycję najważniejszych polskich instytucji państwowych.

Putin
Kto więc korzysta najbardziej na smoleńskim konflikcie? I to bez strat własnych? Bardzo ciekawą hipotezę przedstawił Rafał Ziemkiewicz w swojej najnowszej książce, o której pisałem w poprzedniej notce. Nie dając wiary w zamach, należy zauważyć, że podsycanie teorii o zamachu leży w interesie Rosjan. Zgodzimy się przecież, że sprawa ta jak nic innego destabilizuje polską politykę, pokazuje nieudolność polskich władz oraz słabość Polski, która mimo członkostwa w UE i NATO, dwa i pół roku od tragedii nie może się doprosić czarnych skrzynek i wraku samolotu. Mamy za to rozmaite wrzutki i budzące podejrzenia działania Rosjan jak mycie wraku, wybijanie szyb w oknach samolotu, publikacja zdjęć ofiar katastrofy etc. Rosjanie trzymają w ręku wszystkie sznurki w tej sprawie i wedle uznania mogą wpływać na nastroje w polskim społeczeństwie, wcielając w życie starą rzymską zasadę „divide et impera”. Jednocześnie Putin puszcza oko do świata mówiąc, nie było żadnego zamachu, ale pamiętajcie, że Rosja dopada swoich wrogów nawet w kiblu. Powszechnie wiadomo, że taki gangsterski wizerunek ojca chrzestnego bardzo mu odpowiada. Być może mamy więc do czynienia z grą Rosjan wykorzystujących katastrofę do własnych celów. Gra się tak jak przeciwnik pozwala, a że polski rząd pozwolił na bardzo wiele, mamy tego coraz bardziej żałosne efekty. 

Oczywiście, ktoś zaraz powie że to spiskowa teoria dziejów. Cóż, niewiara, że spiski w ogóle istnieją jest taką samą chorobą jak szukanie ich za każdym rogiem.

poniedziałek, 29 października 2012

Myśli nowoczesnego blogera



Rafał A. Ziemkiewicz (RAZ), znany z ostrego pióra publicysta. Zdaniem mainstreamu, pisior, moher, oszołom, betonowy prawicowiec a nawet faszysta. Ci, którzy tak mówią na ogół nie znają żadnej jego książki, czasem tylko rzucą nieżyczliwym okiem na jakiś felieton, by utwierdzić się w swoim przekonaniu. Ziemkiewicz książkowy jest nieco mniej zadziorny od Ziemkiewicza felietonisty, co zrozumiałe ponieważ felieton z natury rzeczy wymaga skrótów myślowych i uproszczeń. Jego publicystyka książkowa opiera się na znacznie lepszej argumentacji, rzetelnych podstawach historycznych, ciekawych obserwacjach natury socjologicznej, dbałości o logikę wywodu i charakteryzuje się większą powściągliwością w ferowaniu wyroków. Ale i tutaj RAZ zapędza się nie raz w skrajności. I kiedy w wywiadzie udzielonym ostatnio Gazecie Wyborczej (co samo w sobie warte jest odnotowania) mówi, że leminga nie trzeba zwalczać tylko pozyskiwać, to jest to zbożny cel. Szkoda tylko, że w drodze do jego realizacji niepotrzebnie zraża do siebie tych, których chciałby pozyskać.

Niestety, widać to już w tytułach jego książek. Spójrzmy. „Michnikowszczyzna”, naprawdę interesująca analiza polskiej transformacji ustrojowej, kształtowania się nowych elit i podziałów społecznych. Na gruncie historycznym, w znacznej mierze zbieżna z pracami Antoniego Dudka („Reglamentowana rewolucja”, „Historia polityczna Polski 1989-2005”), którego uważam za obiektywnego badacza historii najnowszej. W wymiarze politycznym jest drobiazgową polemiką z tezami stawianymi przez Adama Michnika w jego książkach i artykułach publikowanych na łamach Gazety Wyborczej, która wskazuje, że myślenie o współczesnej Polsce byłego naczelnego Wyborczej, a zarazem głównego ideologa III RP, ukształtowały pewne historyczne fobie. Rzecz jest solidnie udokumentowana, opisana bez zbędnego zacietrzewienia. Można oczywiście nie zgodzić się z Ziemkiewiczem ale nie widzę powodu, dla którego ktoś o zupełnie innych poglądach politycznych miałby czytać tę książkę z obrzydzeniem. Niestety, ów ktoś zapewne po tę książkę nie sięgnie, właśnie z uwagi na kontrowersyjny tytuł. Ewentualnie rozpocznie lekturę z silnym nastawieniem negatywnym co uniemożliwia jej obiektywną ocenę. Rozumiem, że chodziło o prowokację, ale taka prowokacja od razu ustawia odbiór książki w sposób sprzeczny z celem, jeśli jest nim skłonienie adwersarza do refleksji. Jeszcze gorzej wygląda to w przypadku „Polactwa”. Tak mocny tytuł do maksimum ułatwia robotę krytykom, którzy z miejsca przeładowują broń. Właściwie nie muszą czytać książki żeby formułować zarzut pogardy autora dla Polaków. Cóż, metoda pedagogiczna w myśl której najpierw trzeba walnąć w łeb, by otrzeźwić delikwenta i dopiero potem prowadzić wykład, moim zdaniem się nie sprawdza.

Nie inaczej jest w przypadku najnowszej książki Ziemkiewicza „Myśli nowoczesnego endeka”. Choć w znacznej mierze powtarza tu albo rozwija tezy zawarte we wcześniejszych swoich książkach, analiza polityczna oparta na obserwacji, że dzisiejsza mentalność Polaków ma w gruncie rzeczy charakter postkolonialny, jest moim zdaniem bardzo celna. Równie trafna jest analogia do najbardziej chyba znanej pracy Romana Dmowskiego pod tytułem „Myśli nowoczesnego Polaka”. W 1933 roku, w przedmowie do kolejnego wydania swojego dzieła Dmowski pisze: „To, co się przez tyle pokoleń zabagniało, nie da się oczyścić przez sam fakt odbudowania państwa. Trzeba odbudować duszę narodu”. W tym zdaniu zamyka się cała prawda również o współczesnej Polsce, którą próbuje wskrzesić RAZ. Nawiązując do Dmowskiego wskazuje, że pozytywistyczne cele przedwojennej endecji w znacznym stopniu są dzisiaj aktualne. I o ile od strony formalnej trudno się przyczepić do tytułu, to jest przecież jasne, że z punktu widzenia mainstreamu z miejsca prowadzi on do skojarzeń z antysemityzmem i faszyzmem, ograniczając krąg potencjalnych czytelników książki. Bo w historiografii głównego nurtu Dmowski ma jeszcze gorszą reputację niż Ziemkiewicz. To chwalebne, że autor próbuje odkłamać krzywdzący wizerunek tego wielkiego męża stanu i Narodowej Demokracji jako siły politycznej, ale moim zdaniem to o jedna pieczeń za dużo na tym ogniu. Z ignorancją historyczną należy walczyć, jednak lepiej robić to przy innej okazji.

Ale to nie wszystko. Sama książka ma też nieco bardziej emocjonalny charakter niż poprzednie. Ziemkiewicz popełnia ten sam błąd, który wytyka Kaczyńskiemu. Daje się miejscami ponieść, opisując rzeczywistość językiem skrajności, zbyt często widząc spisek tam gdzie ja widzę raczej lenistwo i głupotę. Ten styl bardzo się różni od stylu Dmowskiego. Diagnoza jest słuszna, ale sposób komunikacji powoduje, że emocje odwracają uwagę od meritum. A przecież pisząc o mafii i o sekcie czyli PO i PiS-ie (nie ukrywając wszakże, że bliżej mu do sekty) RAZ wytyka błędy obu stronom politycznego sporu. Gdyby to danie podawać na chłodno, mogłoby być strawne również dla wielu dzisiejszych oponentów. A jak pisał Dmowski w odniesieniu do swojego dzieła, które stało się inspiracją dla Ziemkiewicza: "Nie tyle mi idzie o to, żeby czytelnik przyjął moje poglądy, ile żeby myślał nad poruszonymi przeze mnie sprawami".

środa, 24 października 2012

Nowe szaty cesarza?


Copyright by Kurt Kałuża / ©2012 

Problem invitro jakoś mnie nie zajmuje. Nie mam bladego pojęcia czy należy selekcjonować i mrozić zarodki czy też nie, nie wiem o co chodzi w plantowaniu i generalnie nie znam się na zarodkach. Co więcej, nie mam ochoty zanurzać się w wiedzy na ten temat. W ogóle nie zawracałbym sobie głowy tą sprawą gdyby nie jedna kwestia. Niezwykle interesujące narzędzie jakiego użył Donald Tusk, by rozwiązać nierozwiązywalny dotąd problem. Najwyraźniej obudził się w nim duch Aleksander Wielkiego. Jedno cięcie i zaplatany od lat węzeł gordyjski został rozwikłany. Zamiast mielić temat w nieskończoność ze stadem wybrańców narodu z Bożej łaski, Tusk zastosował obejściówkę. Szast prast, machnie się „program zdrowotny” Ministerstwa Zdrowia (a co, niech Arłukowicz też sobie porządzi) i mamy regulację invitro, a nawet decyzję o finansowaniu tej metody przez państwo. I Sejm nie jest tu do niczego potrzebny.

Dlaczego więc przez pięć lat wożono się z projektem ustawy, skoro już dawno można było zastosować tak proste i wygodne rozwiązanie? Coś mi się wydaje, że nie jest to nawet falandyzacja prawa, bo fantastyczne zagrywki prawne śp. Lecha Falandysza (kto go jeszcze pamięta?) z reguły mieściły się w granicach ówczesnego porządku konstytucyjnego. To natomiast wygląda na manewr obliczony na osiągnięcie efektu piarowego w stylu - dobry premier chciał dobrze, a zły PiS przy pomocy Trybunału Konstytucyjnego mu nie pozwolił. Efekt sondażowy zostanie zdyskontowany a kasy się nie wyda. I wszystko zostanie po staremu. Już po tak zwanym drugim expose, skonstruowanym w myśl zasady "dla każdego coś miłego", było widać, że populizm ma być panaceum na odzyskanie inicjatywy politycznej.

Wcale się jednak nie zmartwię, jeśli się okaże, że nie mam racji w tej sprawie. Będę wtedy oczekiwał, że z tą samą determinacją, rząd zastosuje podobne narzędzia na szerszą skalę i zacznie podejmować również inne odważne decyzje. Bez oglądania się na Sejm, Minister Administracji i Cyfryzacji wprowadzi „program odbiurokratyzowania urzędów i instytucji państwowych” a Minister Pracy i Polityki Społecznej rozpocznie „program likwidacji przywilejów emerytalnych”. W końcu, po bardzo podobną metodę sięgnął dwa tygodnie wcześniej Jarosław Gowin, dokonując reorganizacji systemu sądownictwa. Zniesienie niektórych sądów rejonowych i ustanowienie w ich miejsce wydziałów zamiejscowych większych sądów wprowadzono w drodze rozporządzenia Ministra Sprawiedliwości (tą sprawą również będzie się zajmował Trybunał Konstytucyjny). Skoro Donald Tusk wygrał wybory niech rządzi i bierze odpowiedzialność bez zwalania winy na opozycję i bez zgniłych kompromisów z PSL-em. Jak zwycięży Jarosław Kaczyński, niech rządzi i bierze odpowiedzialność bez obciążenia paktami stabilizacyjnymi z LPR-em czy inną Samoobroną. Wolę taką sytuację niż dzisiejszą destrukcyjną sejmokrację.