piątek, 13 stycznia 2012

Pałac Kultury powinien zostać zburzony!


Okładka płyty "Brygady Kryzys" z 1981 roku

Tym razem w wersji „Ponadto uważam, że w miejscu Pałacu Kultury powinien powstać park centralny dla Warszawy”. W ten sposób, minister Radosław Sikorski, zakończył swoje wczorajsze przemówienie, podczas sejmowej debaty na temat polskiej prezydencji w UE. To nie pierwsza taka klamra retoryczna. W ubiegłym roku brzmiało to tak: „Panie Marszałku, uważam, że Pałac Kultury powinien zostać zburzony”.

Natychmiast zaczęto roztrząsać sensowność, a może raczej bezsensowność tego pomysłu. Wyliczać koszty wysadzenia lub rozbiórki i udowadniać niemożliwość przeprowadzenia takiego projektu. Zaczęli protestować Warszawiacy, jacyś aktywiści założyli na Facebooku grupę sprzeciwu, w autobusach podobno pojawiły się protestacyjne wlepki, oburzała się w telewizji starsza pani, która jest kronikarką PKiN od zarania dziejów. Wszystkie komentarze są jak najbardziej serio. Ja natomiast, nie mogę się nadziwić, że nikt nie zwrócił uwagi, a przynajmniej ja nie zauważyłem żeby zwrócił, że pan minister po prostu chciał popisać się erudycją i w dowcipny sposób nawiązuje do słynnego mówcy antyku, Katona Starszego zwanego Cenzorem, który każdą swoją mowę, w rzymskim Senacie, kończył słowami: „Poza tym uważam, iż Kartagina powinna zostać zburzona.” Ja akurat doceniam takie zgrabne figury retoryczne i traktuję je raczej jako aforyzm, nie dopatrując się w nich śmiertelnej powagi. Czyli w tym wypadku, rozumiem je jako pewną autoironię sięgającą jego wcześniejszych opinii na ten temat. Choć minister zapewne nie powinien w ten sposób żartować, to przecież wiadomo nie od dzisiaj, że posiada jakiś tajemniczy podzespół, który odpowiada za wygadywanie dość kontrowersyjnych rzeczy, w nie stosownym miejscu i czasie. Nie znam się na tym, ale zakładam, że ten sam podzespół steruje niezwykle barwną mimikę pana ministra.

Ale Radosław Sikorski nie pierwszy sięga po tę historyczną paralelę. Pionierem był tu sławny erudyta Andrzej Lepper, ze swoim słynnym postulatem „Balcerowicz musi odejść”. Z tej samej retoryki korzystał też kilka razy Ludwik Dorn, a jeszcze wcześniej Jan Maria Rokita, niestety nie pamiętam już przy jakich okazjach. Hmm… tylko jak się nad tym bliżej zastanowić, to oba postulaty zostały w końcu zrealizowane. Trzy lata po śmierci Katona, Kartagina została zburzona, a Andrzej Lepper doczekał się odejścia Balcerowicza.

Dobranoc Państwu;)


czwartek, 12 stycznia 2012

Tyrania głupoty


Rys. Artur Żukow

Demokracja jest do chrzanu. Nic w tym odkrywczego, sam już nie raz o tym pisałem, ale temat jest tak wdzięczny, że można do niego wracać w nieskończoność. W końcu ustrój, którego trwałym elementem jest próba realizacji (z woli wyborców), sprzecznych ze sobą postulatów, nie może działać dobrze. Nie da się jednocześnie podwyższać emerytur i obniżać wieku emerytalnego, ani podwyższać zasiłków dla bezrobotnych i zmniejszać bezrobocia. Żadne przedsiębiorstwo nie jest zarządzane demokratycznie, za to państwa jak najbardziej. Widać lud na prowadzeniu biznesu się nie zna, ale sztukę rządzenia państwem opanował wyśmienicie. A może to drugie jest po prostu łatwiejsze?

Jestem realistą i zdaję sobie sprawę, że podobne filipiki mogą nawet fajnie wyglądać, lecz nie mają żadnej siły sprawczej. Wszak Churchill powiedział, że to ustrój najlepszy z najgorszych, a inni też bąkali podobne rzeczy itd. etc. Ale zastanówmy się serio. W końcu, w zbożnym celu, nawet w ramach demokracji można byłoby spróbować trochę ten system stuningować, by był choćby ociupinę mądrzejszy. Rakiem demokracji jest konieczność nieustannego podlizywania się ludowi. Mądrzejsi czy głupsi politycy, wciąż muszą obiecywać gruszki na wierzbie, żeby dostać się do Sejmu. A kiedy już zostaną wybrani, boją się cokolwiek zreformować, bo zawsze naruszy to interes jakiejś grupy społecznej. A ciemny lud w końcu i tak zapomina o starych obietnicach i kupuje nowe. Czyli, pierwszy wniosek jaki się nasuwa to, mniej wyborów. Wtedy jest szansa, że politycy będą mniej sparaliżowani strachem przez karcącą ręką ludu podczas kolejnej elekcji, która tuż tuż.

Co więc należałoby zrobić? Przede wszystkim, zlikwidować uciążliwy dualizm władzy wykonawczej, który w sytuacji zgodnej kohabitacji prezydenta i premiera jest kwiatkiem do kożucha, a w przypadku konfliktu rodzi absurdalne spory kompetencyjne. Należałoby więc, ograniczyć rolę prezydenta do czynności reprezentacyjnych i integrujących społeczeństwo, podobnych do tych, które w praktyce pełni królowa brytyjska. Do tego nie byłby potrzebny silny mandat społeczny, więc zamiast wyborów bezpośrednich, prezydenta mógłby wybierać Parlament, np. wg systemu obowiązującego w wyborach prezydenckich w 1922 roku czyli tzw. „wyścigu australijskiego”. W tym systemie, głosowania odbywają się w kolejnych turach, gdzie po każdej turze odpada kandydat z najmniejszą liczbą głosów, a głosowania trwają do czasu, aż jeden z kandydatów zdobędzie ponad 50% głosów. W ten sposób, od razu mielibyśmy z głowy jedne wybory bezpośrednie i koszmar, pełnej hipokryzji i obietnic, kampanii wyborczej. Jednocześnie, można byłoby wzmocnić ten efekt wydłużeniem kadencji Sejmu do 5 lat, a przy okazji ograniczyć nieco liczebność posłów, skoro większość z nich to i tak bezmyślne maszynki do głosowania.

Koniecznie też, trzeba coś zrobić z Senatem. Kazimierz Kutz miał słuszność w swoim kontrowersyjnym wystąpieniu na inauguracyjnym posiedzeniu Senatu bieżącej kadencji. Albo należy Senat zlikwidować albo doprowadzić do tego, żeby bardziej przypominał izbę mędrców na wzór Rady Koronnej, od której się wywodzi. W tym celu należałoby powrócić do rozwiązania przyjętego w konstytucji marcowej z 1921 roku i podnieść minimalny limit wieku dla Senatora z 30 do 40 lat, oraz wprowadzić czynne prawo wyborcze do Senatu, dla wyborców, którzy ukończyli 30-ty rok życia. Jednocześnie, trzeba wprowadzić cenzus wykształcenia, np. kandydat do Senatu musiałby legitymować się posiadaniem stopnia naukowego, powiedzmy od doktora wzwyż.

O cenzusie wykształcenia dla posłów, czy cenzusie majątkowym dla wyborców już nawet nie wspominam, ponieważ tym razem ograniczam rozważania do propozycji rozwiązań, które uważam za realne. A jest przecież absurdem, jak mawia Janusz Korwin-Mikke, że w demokracji profesor uniwersytetu ma dwa razy mniej głosów niż dwóch żuli, ćwiczących winko, pod sklepem spożywczym.

W tym miejscu ktoś mógłby zaoponować, że żadnych zmian i tak nie da się przeprowadzić, ponieważ w tym celu należałoby zmienić konstytucję a do tego potrzebna jest zgoda ponad podziałami politycznymi, a zawsze zwycięży doraźna kalkulacja i partykularny interes którejś ze stron. To prawda, ale jest i na to rada. Bardzo długie vacatio legis. Po prostu należy się umówić, że planowane zmiany wchodzą w życie za 10 lat, albo za 15. W takim horyzoncie czasowym naprawdę trudno prowadzić kalkulacje, kto będzie miał większe szanse upchnąć swojego człowieka na prezydenckim stolcu. A w końcu lepiej późno niż wcale.

poniedziałek, 9 stycznia 2012

Wyprzedaż miłosierdzia


To cenne krzesło pamięta ponoć muśnięcia pośladków doktora Jana Kulczyka.

Tak, tak wiem, darowanemu koniowi w zęby się nie zagląda, ale ja nie mogłem się powstrzymać i jednak zajrzałem. Śledząc WOŚP-owe aukcje na Allegro, nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że podarunki niektórych celebrytów, polityków i instytucji wiele mówią o ich podejściu do miłosierdzia. Obok wspaniałych darów serca, można tam znaleźć całą masę śmieci, które w ferworze orkiestrowego entuzjazmu znajdują jednak swoich nabywców. Ofiarność nie wymagająca żadnych wyrzeczeń to niezwykle wygodne rozwiązanie.

Wygląda na to, że niektórzy darczyńcy postanowili wykorzystać tę doniosłą okazję i pozbyć się kłopotliwych sprzętów zalegających rozmaite komórki i rupieciarnie. Oto znany śpiewak operowy, Wiesław Ochman, najwyraźniej chcąc oszczędzić sobie kłopotu z wywożeniem na złom starego grata, podarował swoją 30-letnią Sierrę, Orkiestrze. W ten sam sposób, Kompania Piwowarska pozbędzie się mebli, kurzących się w magazynie, z którymi obcował ponoć sam doktor Kulczyk. Żadne tam antyki, ale oczywiście towarzyszy temu story, jakież to rarytasy o wspaniałym designie, podarował ofiarodawca. No wprost Lamborghini wśród mebli. Cóż, kiedy zostanę już bardzo znanym blogerem, z korzyścią dla sprawy, będę mógł wreszcie opróżnić swoją piwnicę.

Wielkie tuzy biznesu też nie wspięły się na wyżyny filantropii. Choćby Grzegorz Hajdarowicz, magnat medialny, właściciel Rzepy, Przekroju, Sukcesu i kilku pomniejszych tytułów, szerokim gestem przekazał na rzecz WOŚP… bombkę choinkową. No tak, ale ten facet nie jest raczej ostoją łaskawości. Ale z powodzeniem można też podarować nie swoje, to znaczy państwowe, czyli w sumie niczyje i pojawić się w opromienionym chwałą panteonie darczyńców. Tą ścieżkę wybrał Sławomir Nowak, Minister Transportu etc, darowując tablicę urzędową byłego Ministerstwa Infrastruktury. Tak samo postąpił wojewoda wielkopolski, który przekazał czerwony dywan, po którym stąpały boskie stopy (zdaje się, że niestety obute) Imperatora Wszechrosji, Władimira Władimirowicza Putina.

Nie brakuje też megalomanów, którzy okazują miłosierdzie łącząc przyjemne z pożytecznym. Obdarowali Orkiestrę rzeczą dla siebie najcenniejszą, mianowicie swoim własnym wizerunkiem uwidoczniony na fotografii, opatrzonym własnoręcznym autografem. Tak postąpili między innymi Katarzyna Cichopek, Joanna Koroniewska, Dorota Wellman i Marcin Prokop. Trochę lansu przecież nie zaszkodzi.

Są też zakręcone oferty dla wszelkiej maści dziwaków. Do moich faworytów należy wycieczka do zakładu karnego w Białymstoku. W pakiecie przechadzka spacerniakiem, pobyt w łaźni (nie wiadomo czy schylanie się po mydło jest w programie wycieczki), a także wykwintny obiad serwowany w więziennej stołówce. Fajny jest też udział w szkoleniu górskim żołnierzy 12 Brygady Zmechanizowanej ze Szczecina. Uprzejmie proszę nie fundować mi tych atrakcji.

Na tym tle, bardzo przyzwoicie wypada premier Donald Tusk, który ofiarował klubową koszulkę gwiazdy AC Milan, Brazylijczyka Kaki z autografem piłkarza. Furorę robi też pióro prezydenta Lecha Kaczyńskiego, przekazane przez Radosława Sikorskiego i czapka kapitana Wrony, która towarzyszyła pilotowi podczas awaryjnego lądowania na Okęciu. Orkiestra już umilkła, ale aukcje wciąż trwają. Życzę udanych zakupów.

Na koniec, chciałbym rozwiać wątpliwości wszystkich dociekliwych złośliwców, którzy zamierzają zapytać: A ty co zrobiłeś dla WOŚP-u szyderco/kpiarzu/buraku/nikczemniku (niepotrzebne skreślić)? Uprzejmie informuję, że na rajdowe Porsche Cayenne Adama Małysza, ani zjawiskowego choppera od Paul Jr. Designs, chwilowo mnie nie stać. Zamierzałem za to wziąć udział w licytacji wiekopomnego dzieła Adama Michnika „Wściekłość i wstyd” z jakże cennym podpisem autora. Zrezygnowałem jednak, rozczarowany suchym, nie oryginalnym, skrobniętym na odwal autografem. W zbiórce jednak wziąłem udział, co prawda per procura, czyli wyręczając się żoną, więc wszyscy nie życzliwi pewnie mi tego nie zaliczą. 

sobota, 7 stycznia 2012

Dajta se na luz!



Jutro, Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy zagra po raz dwudziesty. Nim jednak zabrzmiały pierwsze tony, rozpoczął się doroczny spektakl sączenia jadu, pomówień, podejrzeń i zarzutów pod adresem Jerzego Owsiaka, animatora tej akcji. Zawsze się dziwię, że różnice w poglądach politycznych tak silnie dają o sobie znać właśnie w tej sprawie. Tym bardziej, że podnoszone argumenty, nawet gdyby je uznać za zasadne nie przekreślają idei tego przedsięwzięcia.

Co z tego, że Owsiak ma określone poglądy polityczne, z którymi się nie kryje (inne niż moje)? Co z tego, że jest związany ze środowiskiem Gazety Wyborczej (za którym ja nie przepadam)? Co z tego, że akurat on, a nie kto inny cieszy się bezprecedensowym wsparciem mediów? Co z tego, że jest fałszywym autorytetem? Co z tego, że jest sztucznie wykreowaną ikoną działalności charytatywnej? Co z tego, że WOŚP to Owsiak, a Owsiak to WOŚP? Co z tego, że niektórzy odczuwają szantaż moralny związany z udziałem w tej akcji? Nawet gdyby Owsiak był wcielonym Lucyferem, Szatanem i Belzebubem w jednej postaci to przecież cel jest naprawdę szczytny. No dobrze, mnie też nie wszystko się tu podoba. Rozumiem, że są ludzie, którym  idea tej akcji nie podoba się wcale, ale to nie jest powód do takiej nagonki na faceta, który znalazł klucz do miłosierdzia Polaków, nawet gdyby przyjąć, że tym kluczem jest wytrych. Komu impreza się nie podoba, niech po prostu nie bierze w niej udziału i w zamian czerpie satysfakcję z przekonania, że nie dał się okpić, ogłupić i zmanipulować. Ale to prześwietlanie życiorysu, wyciąganie ojca milicjanta, popadanie w egzaltację pisaniem z ironią o beatyfikacji Owsiaka jest naprawdę żałosne. Smutne, że robią to również ludzie, których szanuję za  poglądy prezentowane w innych sprawach. Trzeba umieć powiedzieć „chapeau bas” nawet ideologicznemu przeciwnikowi, jeżeli na to zasługuje.

Tak naprawdę, jedynymi argumentami przeciw akcji Owsiaka, wartymi zastanowienia są meandry finansowe. Tutaj pojawiają się dwa odrębne toki rozumowania. Pierwszy od lat podnosi Janusz Korwin Mikke. Sprowadza się on do twierdzenia, że WOŚP jest przedsięwzięciem bezsensownym gospodarczo, ponieważ rząd planując budżet z góry zakłada niższe wydatki na służbę zdrowia, wiedząc że brakującą kwotę uzupełni Owsiak swoją zbiórką, a powstałą nadwyżkę przeznacza na coś zupełnie innego. W ten sposób można powiedzieć, że ze środków WOŚP pośrednio finansowane są wydatki na inne cele, których darczyńcy być może wcale nie chcieliby wspierać. Logice tego rozumowania nic nie można zarzucić, ale mimo wszystko do mnie nie przemawia. Możliwe, że państwo celowo mniej inwestuje w te dziedziny lecznictwa, którymi zajmuje się WOŚP, ale z pewnością nie da się przeprowadzić tak prostych rachunków. Konkluzją takiego rozumowania musiałaby być teza, że sprzęt ufundowany przez fundację i tak zostałby kupiony. Nie sądzę. Na przykład, WOŚP stworzył program powszechnych przesiewowych badań słuchu u noworodków.  Od 2002 roku, w oparciu o sprzęt zakupiony ze zbiórki, przebadano ponad 3,000,000 dzieci, czyli blisko 100% urodzonych maluchów. Nikt mnie nie przekona, że podobny program funkcjonowałby dzisiaj bez inicjatywy Owsiaka.

Drugi tok rozumowania opiera się na wyliczeniach faktycznych kosztów WOŚP versus zebrane kwoty pieniędzy. Sprawozdania finansowe fundacji są publicznie dostępne i trudno tu mówić o nieprawidłowościach, ale zarzuty dotyczą pozostałych kosztów, nie ewidencjonowanych przez fundację, związanych z organizowaniem finałów Orkiestry. Chodzi o koszty ponoszone przez media publiczne, samorządy lokalne, służbę publiczną taką jak policja czy wojsko, dotyczące wszelkiego rodzaju imprez, występów artystów, pokazów fajerwerków, rozmaitych happeningów etc. Tych kosztów z oczywistych względów nie ma w sprawozdaniach fundacji. Widziałem w internecie różne szacunki tych kwot, ale zgodzić się chyba można, że są to potężne koszty, przy których blednie nieco efekt finansowy zbiórki.  Tyle, że taka kalkulacja nie ma sensu. Finał WOŚP to wielkie show, największa w Polsce impreza masowa, pełna zabawy i rozrywki. Na tym zresztą, w znacznej mierze opiera się błyskotliwość tego pomysłu. Czy byłoby lepiej, gdyby te pieniądze (publiczne) zostały wydane na kolejne formaty w stylu „Gwiazdy tańczą na lodzie” albo jakieś inne, głupsze lub mądrzejsze lokalne imprezy rozrywkowe? To w końcu również promocja miast i inicjatyw samorządowych, a to już należałoby ująć po stronie dodatkowych przychodów. Równie dobrze, a zapewne ze znacznie lepszym skutkiem,  można byłoby dowodzić bezsensowności organizacji Euro 2012. Krytyków najbardziej boli, że to wszystko dzieje się pod auspicjami Owsiaka, krzykliwego kabotyna w okularkach, żółtej koszuli, czerwonych spodniach i nie prawomyślnych poglądach.

Panowie, róbta se co chceta. Płaćta albo nie płaćta, ale dajta se na luz. Siema!

czwartek, 5 stycznia 2012

O mediach, słów gorzkich parę


Rys. Andrzej Mleczko

Parę dni temu, na wirtualnych łamach magazynu internetowego Maddogowo, pojawił się ciekawy wywiad z Grzegorzem Miecugowem na temat mediów. Cenię pana Miecugowa za program „Inny punkt widzenia”, w którym prowadzi kameralne rozmowy z ludźmi nauki, kultury i sztuki o współczesnym świecie, jakże dalekie od tandetnego blichtru formatów z udziałem celebrytów, pełnych pajacowania i tekstów o dupie Maryni. Ostatnio pan redaktor trochę mi podpadł, za dość aroganckie reakcje na krytykę stacji telewizyjnej, w której pracuje, tym bardziej więc byłem zaskoczony, że jego ocena kondycji polskich mediów w znacznym stopniu pokrywa się z moją opinią. Wybrałem kilka wypowiedzi, które pozwolę sobie skomentować.

„Stan dziennikarstwa w Polsce nie jest zadowalający. Stan mediów jest opłakany i z każdym rokiem będzie gorzej, dlatego że wymusza to rynek. Tabloidyzację wymusza odbiorca. Przecież to nie jest widzimisię szefów stacji radiowych i telewizyjnych czy szefów gazet, że robi się coraz bardziej płytkie teksty, płytkie materiały. Że dyskusja jest coraz bardziej błaha.”

Zgoda, obawiam się jednak, że schlebianie najniższym gustom oznacza zmierzch tradycyjnych mass mediów. Tabloidyzacja przekazu powoduje, że poprzeczkę obniża się coraz bardziej. Na końcu tej drogi jest informacja ograniczona do poziomu krótkiego smsa, do sklecenia której nie będzie potrzebny już żaden dziennikarz. Przyszłością mediów jest więc odejście od przekazu kierowanego do masowego odbiorcy, na rzecz zidywidualizowanych treści adresowanych do mniejszych grup zainteresowanych, co dzieje się w internecie. W sieci, obok masowych portali, dla których liczba kliknięć (istotna z punktu widzenia reklamodawców) jest znacznie ważniejsza od przekazania informacji, funkcjonują rozmaite nisze oferujące niezależną publicystykę. Choćby blogosfera. Trzeba tylko wydeptać ścieżki prowadzące do miejsc, które uznamy za interesujące, co na początku wymaga niestety nieco determinacji.

„Nie da się ukryć, że o bardzo wielu kolegach wiem, co powiedzą na każdy temat. Nie muszę ich słuchać. Oni są kopią polityków. (…) Jest cała grupa dziennikarzy, tzw. „prawicowych”, którzy zawsze skopią Tuska. Jest grupa dziennikarzy proplatformerskich, którzy zawsze dokopią Jarosławowi Kaczyńskiemu. A ta grupa, która powie raz tak, a raz tak, jest coraz mniejsza.”

Pełna zgoda. Spodziewam się, że w ocenie poszczególnych dziennikarzy pewnie znaleźlibyśmy sporo różnic, ale byłem mile zaskoczony, że Piotr Zaremba, Michał Szuldrzyński i Paweł Lisicki zostali wymienieni w pozytywnym kontekście. Natomiast, z oceny postawy Tomasza Lisa w jego przedwyborczej debacie z Jarosławem Kaczyńskim, pan Grzegorz wyraźnie się wymigał. Nie wierzę, że nie widział tego programu. Niestety, podobnie jak dziennikarzy oceniam większość blogerów politycznych. W znacznej mierze blogosfera jest wtórna. Powiela opinie prezentowane w zawodowych mediach, tyle że w sposób wyostrzony, skrajny, często podany w chamski, prostacki sposób, bo tutaj można sobie pozwolić na więcej. Niektóre blogi to zwykłe szamba, każdego dnia wylewające tony ekskrementów na głowy przeciwników politycznych. Ale są to te same, gotowe oceny, podawane na tacy przez mainstreamowe media. W 8 przypadkach na 10, z góry, bez czytania wiem dokładnie jaki pogląd, w danej sprawie, zaprezentuje ten czy inny bloger. Linia demarkacyjna przebiega wzdłuż podziałów partyjnych i nie ma mowy by zadeklarowany zwolennik PO napisał coś dobrego o Jarosławie Kaczyńskim albo PiS-owiec pochwalił Donalda Tuska. Brakuje w tym wszystkim samodzielnego myślenia i formułowania ocen w kategoriach sprawy, a nie opcji politycznej, która ją podnosi.

„Komentatorzy życia publicznego powinni być osobami całkowicie wolnymi i niezależnymi, także od siebie. Powinni w każdej chwili umieć stanąć z boku i popatrzeć na każdą sprawę z pewnego dystansu. Tak jak na obraz nie patrzy się z bardzo bliska, wtedy widzi się tylko grudki farby. Powinno się zrobić cztery kroki do tyłu, wtedy widzi się całość. (…) Ja też czuję, że jestem w tym centrum. Nie jestem zwolennikiem ani jednych, ani drugich. Jestem z boku.”

Poruszałem ten temat w notce „Święte krowy”. Problem polega na tym, że prawie każdy dziennikarz uważa, że on jest właśnie tym obiektywnym i rzetelnym, podczas gdy widać gołym okiem, kto do której partii „się zapisał”. Ja jestem mniej wymagający od pana Miecugowa. Rzetelność dziennikarska z pewnością by się przydała, ale obiektywizm bym dziennikarzom odpuścił. Mają prawo mieć własne poglądy i trudno oczekiwać, żeby pracowali wbrew sobie. Nie wierzę w stanie z boku. Obawiam się, że ktoś kto rzeczywiście stałby z boku, musiałby prezentować strasznie miałki przekaz. Należy obalić więc wreszcie mit obiektywnego dziennikarstwa i skończyć z hipokryzją w tej sprawie.

„Uważam, że 11 listopada stała się rzecz niewiarygodna. Zaatakowano dziennikarzy, po raz pierwszy chyba identyfikując ich z władzą.”

Dziennikarzy atakowano już znacznie wcześniej, tyle że werbalnie. Poziom agresji debaty publicznej, przy walnym udziale mediów, wspiął się dziś na znacznie wyższy poziom, stąd obserwujemy zjawisko przechodzenia od słów do czynów. Wydarzenia z 11 listopada są o tyle symboliczne, że poza wyjątkowo nierzetelnym przekazem, niektórzy dziennikarze zaangażowali się wprost po jednej ze stron konfliktu, biorąc udział w nakręcaniu spirali agresji. Media dzierżą potężną władzę. To one w znacznym stopniu kreują trzy jej konstytucyjne emanacje.  Polityk, który nie pokazuje się w mediach nie istnieje. Jednocześnie, odpowiedzialność za słowo nie wydaje się być najważniejszą troską mediów.


Cały wywiad, pełen jest naprawdę interesujących refleksji. Został przeprowadzony w duchu programu „Inny punkt widzenia”, z tą wszakże różnicą, że tym razem to Grzegorz Miecugow pełni w nim rolę gościa a nie gospodarza. Zachęcam do lektury.

wtorek, 3 stycznia 2012

Wieszczem być…


Obraz Jana Matejki „Wernyhora”

Początek roku sprzyja refleksjom nad przyszłością polskiej polityki. Większość komentatorów jest zgodna, że zderzenie z kryzysem będzie miało decydujący wpływ na kształt sceny politycznej. Ale jest też kilka innych okoliczności, które moim zdaniem, zdefiniują nowe rozdanie, choć wcale nie musi to nastąpić już w bieżącym roku. Omówię je pokrótce, w kolejności w jakiej należy się ich spodziewać.

Nowa oś sporu politycznego

Ten podział właściwie już się dokonał. Niezręczne przemówienie Radosława Sikorskiego w Berlinie wzniosło nowy mur między Polakami. Nagle okazało się, że zwolennicy Unii Europejskiej rozumianej jako wspólnota suwerennych państw, zostali zepchnięci na pozycję eurosceptyków, a nawet eurofobów. W eleganckim towarzystwie, koncepcja federacji stała się obowiązującym trendem w tym sezonie politycznym i jest chętnie przeciwstawiana wizji ciemnogrodu reprezentowanego przez PiS (który histerycznym pohukiwaniem idealnie się w tą szufladkę wpasował). Ale wielka ofensywa medialna, wspierająca profederacyjny kurs rządu, ostatnio straciła impet. Badania opinii publicznej najwyraźniej pokazały, że ten eurofanatyzm budzi nieufność. Przekaz został stonowany, intencje Sikorskiego nieco rozmyto, osłabiając wrażenie dążenia do pogłębionej integracji za wszelką cenę, pojawiły się miękkie interpretacje definicji federacji. Emocje trochę opadły, dyskusja staje się bardziej rzeczowa, ale tak czy inaczej, nowa oś sporu jest faktem. Trudno dziś sobie wyobrazić, by poważna siła polityczna mogła funkcjonować bez jasnego określenia stanowiska wobec przyszłości Europy, w kontekście planowanych zmian traktatowych i poza traktatowych.

Oblicze Ruchu Palikota

Ekipa Palikota zdążyła narobić sporo szumu, podnosząc kontrowersyjne hasła światopoglądowe, ale niewiele z tego wynika. Sam Janusz Palikot stoi w rozkroku między wizerunkiem szokującego showmana, a konterfektem poważnego polityka, który jestem przekonany, swoje ambicje polityczne lokuje już w Pałacu Prezydenckim. Rozpoznawalne postacie z tej partii to działacze na rzecz swoich wąsko rozumianych interesów środowiskowych: gejowskich, proaborcyjnych, feministycznych, antyklerykalnych, trans płciowych. Gdzie są ci pełni sukcesów przedsiębiorcy, którzy mieli stanowić oblicze tej partii? Ruch Palikota wciąż jest na fali, korzystając z taryfy ulgowej przysługującej sejmowemu beniaminkowi, ale powoli przychodzi czas na określenie tożsamości. Grupa odjazdowych happenerów czy poważna oferta polityczna?

Osłabienie Platformy Obywatelskiej

To nieuchronna kolej rzeczy. Sukces PO opiera się na dwóch podstawach. Pierwsza to niepodejmowanie niepopularnych społecznie decyzji, czego efektem stała się kadencja zmarnowanych szans, w czasie względnie korzystnej koniunktury. Drugą jest stanowienie alternatywy wobec znienawidzonego PiS-u. Jestem głęboko przekonany, że to wyborcy głosujący przeciw PiS zapewnili zwycięstwo Platformie. Jarosław Kaczyński jest jokerem w talii kart Donalda Tuska. Wszystko co dobre ma jednak swój kres. Premier wciąż boi się reform, ale nawet ta jedna, emerytalna, zapowiedziana w expose, plus niekorzystne zmiany podatkowe odbiorą mu sporo popularności. Na ile osłabi to PO, zależy od siły zderzania z kryzysem.

Nowa rola Jarosława Kaczyńskiego

Przypuszczam, że w ciągu najbliższych dwóch lat, w Prawie i Sprawiedliwości nastąpią istotne przeobrażenia. Sądzę, że Jarosław Kaczyński rozumie, iż nie jest już w stanie sięgnąć po władzę. Wie, że uosabia zbyt głębokie podziały, personifikuje nienawiść znacznej części Polaków i żaden projekt polityczny, który on będzie podejmował nie ma szans na szersze poparcie. Nawet ewentualna kompromitacja rządu Donalda Tuska nie zmieni tej sytuacji. Zniechęcony elektorat prędzej popłynie do Palikota niż do Kaczyńskiego. Dlatego też, prezes PiS, z czasem usunie się w cień, ale na swoich warunkach. Z pewnością nie mógł tego uczynić pod presją secesjonistów. Przygotowanie do przejęcia władzy już się rozpoczęło. Na początku listopada, w notce „Wielka Czystka” przewidywałem, że miejsce Zbigniewa Ziobro w zarządzie partii zajmie Mariusz Kamiński, co wkrótce nastąpiło. Kiedy nowy wiceprezes zdoła zbudować silną pozycję w partii, zostanie namaszczony na następcę, a realna władza będzie stopniowo przechodzić w jego ręce. Jarosław Kaczyński pozostanie guru narodowej, socjalnej prawicy, ale zadowoli się rolą mentora i patrona inicjatyw politycznych. Będzie miał podobną pozycję do tej, którą Aleksander Kwaśniewski cieszy się na lewicy.

W powyższym kontekście, dzisiejsze rokosze, secesje i przegrupowania uważam za falstart. Do następnych wyborów szmat czasu, a dopiero fundamentalne zmiany umożliwią nowe rozdanie. Nie widzę w nim miejsca dla Solidarnej Polski, jako samodzielnego bytu politycznego. SP i PiS odwołują się do tych samych wyborców, a proweniencja Jacka Kurskiego i Zbigniewa Ziobro bardzo utrudnia poszerzanie elektoratu. Za to osłabiona, przesunięta na lewo Platforma zrobi miejsce dla rozsądnego, konserwatywno-liberalnego projektu politycznego w stylu PJN. To będzie szansa dla Pawła Kowala, o ile wcześniej nie da się uwieść PO albo nie rozmieni się na drobne wchodząc w alians z „ziobrystami” czy kanapą Marka Jurka. Najwyższy czas, by prawica w Polsce przestała być utożsamiana z socjalnym programem ekonomicznym. Przyszłość lewej strony politycznej sceny zależy od tego, jak ostatecznie skrystalizuje się oblicze Ruchu Palikota. Palikot w czapeczce błazna na głowie jest ostatnią szansą Leszka Millera i jego formacji.

poniedziałek, 2 stycznia 2012

Posylfestroffa impresja


Fot. Izabela Sitz-Abramowicz

Odkąd przekroczyłem wiek, w którym  syndrom nocy sylwestrowej (czyli ciśnienie by za wszelką cenę świętować Nowy Rok szampańską zabawą gdzieś poza domem), przestał uporczywie gnieść mą duszę, stałem się człowiekiem szczęśliwszym. Wyzwolenie następowało na raty. Przez jakiś czas funkcjonował model przejściowy, czyli okres kiedy żadna już siła nie zmusiłaby mnie do imprezowania, podczas gdy moja żona miała w tej materii zgoła odmienne zdanie. Nie da się ukryć, że zatruwało to nieco atmosferę. Na szczęście, sprawa dość szybko się unormowała i teraz możemy przyjemnie spędzić kameralny wieczór z butelką wybornego czerwonego wina. Nie musimy już lecieć, pędzić, zamawiać taksówki dzień wcześniej, tłoczyć się w przepełnionej knajpie i bawić  obowiązkowo do białego rana. Poza jednym, wyjazdem sylwestrowym, sylwestrowa zabawa nigdy nie należała do szczególnie udanych. Zresztą, co tu świętować? Przełom roku nastraja mnie raczej refleksyjnie niż szampańsko. To moment na rachunek sumienia i spojrzenie w przyszłość. Czas, kiedy wyraźniej niż zwykle, teraźniejszość zamienia się w przeszłość.

Niestety, nawet w domowe pielesze brutalnie wdziera się ludyczna mania świętowania. Nie mogę się nadziwić, że w XXI wieku ludzkość wciąż zachwyca się hukiem petard i pokazami błyskających fajerwerków. Ale ok., rozumiem, tradycja, choć mój pies jest zupełnie innego zdania, trzęsąc się jak osika przy każdym wystrzale. Tylko dlaczego, do cholery, trzeba strzelać tydzień przed Sylwestrem i dwa tygodnie po nim? Zwierzaki naprawdę ciężko to znoszą. Niechętnie wychodzą na spacer, spodziewając się kolejnej kanonady. Te najbardziej wrażliwe mogą nawet dostać zawału serca. Teoretycznie, na terenie całego kraju, obowiązują rozporządzenia wojewodów dopuszczające możliwość używania wyrobów pirotechnicznych w miejscach publicznych, tylko dwa dni w roku: 31 grudnia i 1 stycznia. Za złamanie tych przepisów grozi mandat do 500 złotych. Bardzo jestem ciekaw jaka jest skuteczność tej regulacji, zwłaszcza, że przydomowy ogródek trudno chyba zakwalifikować jako miejsce  publiczne.

Po sylwestrowej nocy, rozbawiony naród zostawia wszędzie całe sterty pustych butelek, plastikowych kubeczków i wszelkiej maści odpadków po sztucznych ogniach. Nawet nad moim ulubionym jeziorem, gdzie często witam Nowy Rok, dziś rano odnalazłem plażę upstrzoną sylwestrowymi śmieciami, mimo że puste pojemniki na odpadki znajdują się kilka metrów dalej. A przecież w sąsiedztwie nie bawiła się hołota tylko, wydawałoby się, dobrze sytuowani ludzie na poziomie, ci najbardziej europejscy z Europejczyków, jak sami o sobie sądzą. Wystarczy jednak kilka głębszych, by spod tej inteligenckiej maski wylazła zwykła wiocha.