piątek, 9 marca 2012

Czy koalicja będzie gibała się na granicy większości?


Przewidujący chłopak. Pomimo zmiany barw klubowych, bilboard z kampanii wizerunkowej 
promującej osobę pana posła, nic nie stracił na aktualności:)


Ziarnko do ziarnka, aż zbierze się miarka, jak uczy mądrość ludowa. Kiedy na krótko przed jesiennymi  wyborami, notowania partii Palikota wystrzeliły w sondażach, dominowała teza, że wkrótce żółtodzioby z jego ekipy rozpierzchną się po innych ugrupowaniach. Potem geniusze dziennikarstwa politycznego przewidywali, że zwycięski Tusk wyłuska kilku palikociarzy celem wzmocnienia koalicyjnej większości. Od początku, byłem w tej kwestii innego zdania.

Niespodzianka. Janusz Palikot, podwędził drugiego już posła sejmowym konkurentom. Nie jest to transfer roku, jak chciałby sztukmistrz z Lublina, jednak tym razem sprawa wygląda ciekawiej, ponieważ wiąże się z nią znacznie szerszy kontekst polityczny. Kim jest Łukasz Gibała? Media, przede wszystkim, podkreślają jego związki rodzinne z Jarosławem Gowinem, choć moim zdaniem akurat to nie ma większego znaczenia. Wujek z pewnością pomógł młodemu siostrzeńcowi wejść do polityki, ale z pozycji skrajnych wobec siebie skrzydeł w partii trudno zajmować się wspólnym knuciem. Kluczowe jest co innego. W efekcie transferu Gibały do Ruchu Palikota, przewaga koalicyjnej większości zmniejszyła się do trzech głosów. Może nawet do dwóch, bo z posłem Kłopotkiem z PSL, kłopocików i kłopotów może być całkiem sporo. Kto wie, czy to nie jest dopiero początek problemów premiera?

Chociaż nazwisko Gibały niewiele mówi szerszej publiczności, młody poseł ma pewne wpływy w swojej byłej formacji. Szef krakowskich struktur Platformy, doświadczony w lokalnych bojach i pierwsza osoba z wewnątrz partii, która podjęła próbę zdyskontowania osłabionej ostatnio pozycji Donalda Tuska. Niespełna miesiąc temu, wraz z pięcioma kolegami z tylnych ław poselskich PO, ogłosił powołanie zespołu parlamentarnego ds. wolnego rynku. Podobno chcą działać na rzecz obniżenia podatków, reformy finansów publicznych, uproszczenia przepisów regulujących funkcjonowanie gospodarki i innych równie chwalebnych celów. Wyraźnie nawiązując do idei założycielskich Platformy Obywatelskiej, inicjatorzy powołania zespołu, dają do zrozumienia jak dalece od tych koncepcji odbiega praktyka rządów Donalda Tuska. Trudno żeby premier z radością witał podobne projekty. W taki właśnie sposób rodzą się nowe formacje polityczne. Dzisiaj jednak, większe szanse na realizację ma trochę inny scenariusz.

Łukasz Gibała to młody wilczek nastawiony na szybką karierę polityczną. Świadczy o tym choćby spektakularna i kosztowna kampania wizerunkowa, promująca jego osobę w Krakowie (warto podkreślić, że kampanię sfinansował z własnych środków), dzięki czemu dostał się do Sejmu, mimo odległego miejsca na liście wyborczej. W Platformie długo trzeba czekać w kolejce do zaszczytów. Chcąc zająć miejsce eksperta od spraw gospodarczych, musiałby chyba otruć Adama Szejnfelda, który występuje w roli dyżurnego wolnorynkowca, choć taki z niego liberał jak z Niesiołowskiego dyplomata. Natomiast w Ruchu Palikota, ta dziedzina leży odłogiem. Gibała ma wszelkie szanse, by w sprawach gospodarczych stać się twarzą tego ugrupowania. To najkrótsza droga, by osiągnąć status politycznego celebryty, brylującego w telewizyjnych śniadaniach i kawach. Szybka kariera kolegi, łatwo może skusić pozostałych pięciu posłów PO z zespołu ds. wolnego rynku, a sam Gibała będzie zapewne chciał zbudować własne zaplecze w nowej partii. Ironia losu. Czyżby dotkliwy cios w plecy premiera, nie miał być dziełem wytrawnego gracza Grzegorza Schetyny, tylko politycznego nowicjusza, Łukasza Gibały? Nie twierdzę wcale, że byłby to koniec rządów Platformy Obywatelskiej. W tym scenariuszu Tusk zostałby klientem Palikota, który chętnie poprze to i owo, ale słoną polityczną cenę trzeba będzie zapłacić. 

poniedziałek, 5 marca 2012

Ну, погоди!



Trudno emocjonować się zawodami, kiedy zwycięzca znany jest jeszcze przed rozpoczęciem wyścigu. A taki właśnie był obraz rosyjskich wyborów prezydenckich. Nie sugeruję wcale fałszerstw wyborczych. Miażdżąca przewaga Władimira Putina nad konkurentami to nie jest fałsz, podobnie jak autentyczne poparcie dla Łukaszenki na Białorusi. Marginesem do spekulacji mogła być jedynie wygrana obecnego premiera w pierwszej turze. Gdyby tak się nie stało, późniejszy triumf miałby dla niego gorzki smak porażki. Wstępne wyniki są już znane. Na kremlowskim tronie zasiądzie Władimir Władimirowicz Putin, z 60% poparciem i bardzo wysoką przewagą nad drugim w kolejności, lidem komunistów Giennadijem Ziuganowem, który uzyskał niespełna 18% głosów. Obejdzie się więc bez upokarzającej, drugiej tury wyborów.

Ostatnie trzy miesiące, od wyborów do rosyjskiej Dumy Państwowej, upłynęły pod znakiem protestów przeciwko władzy Putina. Wielotysięczne demonstracje w największych miastach Rosji i antyputinowska aktywność w Internecie nie miały precedensu w ponad 10-letniej historii jego rządów. Bunt młodzieży, organizującej się przy pomocy serwisów społecznościowych, przypominał nieco zryw polskich internautów w sprawie ACTA. I podobnie jak u nas wieszczono bliski koniec rządów Donalda Tuska, tak wielu komentatorów zaczęło wierzyć w początek zmian na szczytach rosyjskiej władzy. Sądzę, że poniosła ich fala naiwnego entuzjazmu. Stoicki spokój, z jakim Putin znosił te demonstracje, obelżywe piosenki, szyderstwa i dowcipy na swój temat to nie efekt słabości, a prostej kalkulacji wyborczej. Zdał sobie sprawę, że nie docenił siły Internetu i na reakcję jest już za późno. Starannie unikał prowokacji, zwłaszcza że paliwem antyrządowych protestów były ujawnione przykłady fałszerstw wyborczych, podczas grudniowych wyborów do Dumy. Stąd pozorne wrażenie miękkości Putina, budzące nadzieję przynajmniej na liberalizację autorytarnych rządów. Uważam, że nic takiego się nie stanie. Teraz, prezydent elekt będzie miał dużo czasu na stopniowe przykręcanie śruby. Nowy-stary imperator Wszechrosji nie pozwoli na następną rewolucję klikaczy, którzy z komputerową myszą w dłoni rzucili wyzwanie jego władzy. Drugi raz, tego błędu już nie popełni.

W polskich mediach ze świecą szukać relacji z rosyjskich wyborów. Poza suchą informacją dotyczącą wyników, trudno znaleźć jakiekolwiek komentarze na ten temat. Przekaz medialny całkowicie zdominowała katastrofa kolejowa, w nieskończoność powielane fakty, relacje ofiar i uczestników akcji ratunkowej, obrazy zmiażdżonych wagonów. Zaiste, tabloidyzacja polskich mediów dawno przekroczyła ramy zdrowego rozsądku. 

czwartek, 1 marca 2012

Białoruski paradoks



Przedwczoraj, wydarzeniem dnia stało się wydalenie z Białorusi ambasadorów Polski i Unii Europejskiej oraz wezwanie na konsultacje do Mińska, białoruskich dyplomatów z Warszawy i Brukseli. To odpowiedź Aleksandra Łukaszenki na kolejne sankcje, wprowadzone przez UE. Unia domaga się demokratyzacji białoruskiego reżimu, przestrzegania praw człowieka i zaprzestania prześladowań opozycji. Unijne żądania, wszystkim wydają się tak oczywiste, że nikt nawet nie zastanawia się, czy demokratyczna Białoruś jest aby na pewno w interesie Polski.

Białoruś to kraj bez historii państwowości, bez świadomości narodowej, bez języka zakorzenionego w kulturze, za to z głębokim poczuciem bliskości z Rosją. Kraje te łączą więzi językowe, religijne, wspólnota historii i nostalgia za czasami sowieckimi, kiedy to Białoruś była jedną z najlepiej rozwiniętych republik radzieckich. Istnieją też bardzo silne powiązania gospodarcze i uzależnienie od rosyjskich surowców. A nie jest przecież tajemnicą, że Kreml prowadzi agresywną politykę ekspansji ekonomicznej, dążąc do wchłonięcia mniejszego sąsiada. Aleksandr Łukaszenka jest w trudnej sytuacji wobec Moskwy, ale stara się lawirować w taki sposób, żeby utrzymać suwerenność Białorusi. Nie może sobie pozwolić na zaostrzenie stosunków z Rosją, ale od czasu do czasu flirtuje również z Unią Europejską. Zarzuty w stosunku do Łukaszenki, że zmierza do przyłączenia Białorusi do Rosji są co najmniej dyskusyjne. Gdyby rzeczywiście tego chciał, dawno by to zrobił. Tylko jaki miałby w tym interes? Teraz jest samodzierżawcą, po fuzji z Rosją straciłby samodzielność polityczną i stał się jedynie namiestnikiem prowincji o znaczeniu lokalnym. A Łukaszenka jest przecież ambitnym despotą, który na wzór koreański, marzy o sukcesji dla swojego syna.

Jak sądzę, nie ma sporu co do tego, że w interesie polskiej racji stanu leży istnienie suwerennej Białorusi, a jedynym zagrożeniem jej suwerenności może być Rosja. Wraz z Unią Europejską prowadzimy więc politykę wspierania białoruskiej opozycji, w dążeniach do wprowadzenia tam pełnej demokracji. I choć u nas ten system kiepsko się sprawdza, koniecznie chcielibyśmy widzieć go u wschodniego sąsiada. Sęk w tym, że na Białorusi demokracja może sprawdzić się jeszcze gorzej, więc taka polityka to przysłowiowe podrzynanie gałęzi na której siedzimy. Otóż, według badań przeprowadzonych 10 lat temu, w referendum na temat integracji z Rosją, 57,6% Białorusinów zagłosowałoby za połączeniem Rosji i Białorusi w jedno państwo, 25,6% byłoby przeciw takiemu rozwiązaniu. W tej sytuacji należy się liczyć z tym, że jak już, dzięki naszym staraniom, na Białorusi zatriumfuje demokracja i Białorusini uzyskają dostęp do demokratycznych narzędzi, to demokratycznie zagłosują za przyłączeniem swojego kraju do Rosji. Taki rozwój wydarzeń wydaje się bardzo prawdopodobny, zwłaszcza kiedy przypomnimy sobie pierwsze skutki gospodarcze transformacji ustrojowej, wdrażanej w Polsce przez Leszka Balcerowicza. Lud białoruski, przyzwyczajony do surowego ale opiekuńczego batki, może ciężko znieść zderzenie z kapitalizmem.  Jeżeli więc, ktoś może być naszym sojusznikiem przeciw anszlusowi Białorusi do Rosji, to właśnie Aleksandr Ryhorawicz Łukaszenka. Wot przykrość, w imię racji stanu, zamiast zwalczać, należałoby wspierać satrapę.

wtorek, 28 lutego 2012

Hucpa stadionowa



Minister Sportu poinformowała, że wystąpiła, do Rady Nadzorczej Narodowego Centrum Sportu, z wnioskiem o wstrzymanie wypłaty premii byłemu szefowi spółki Rafałowi Kaplerowi. Takie działanie to zwykły populizm i wywieranie presji na organa statutowe NCS, w z góry przegranej sprawie. Dotychczas broniłem pani minister. Nagonkę, której stała się ofiarą uważam za absurdalną. Ale tym razem, w imię schlebiania opinii publicznej, świadomie podjęła decyzję, która będzie miała niekorzystny wymiar finansowy.

Umów trzeba dotrzymywać

Obowiązkiem Rady Nadzorczej, która podpisała umowę z panem Kaplerem jest należyte zabezpieczenie interesu spółki. Jeżeli wypłata premii, nie została uzależniona od ściśle określonych warunków związanych z wybudowaniem stadionu narodowego, to niezależnie od oceny pracy  prezesa, premia mu się należy. I nie pomogą tu żadne zaklęcia. Kapler w cuglach wygra sprawę w sądzie i oprócz premii otrzyma kwotę karnych odsetek, wyliczoną w oparciu o znacznie wyższą stopę procentową niż możliwa do uzyskania na rynku. Ocena moralna nie ma tu żadnego znaczenia. PR-owska zagrywka Joanny Muchy (Rada Nadzorcza zapewne uwzględni wniosek), to dodatkowe koszty dla Skarbu Państwa, z czego pani minister doskonale zdaje sobie sprawę. Tyle, że zanim spółka przerżnie sprawę w sądzie, minie rok albo dwa i nikt się tym wtedy nie zainteresuje. A pani Mucha będzie już sprawdzać się na innym trudnym odcinku.

Grzebanie w cudzej kieszeni

Ulubionym hobby Polaków jest zaglądanie do cudzej kieszeni. W sprawie premii Kaplera urządzono więc prawdziwe igrzyska dla ludu. Zewsząd słychać głosy zgorszonych obywateli porównujących wynagrodzenia członków zarządu NCS z uposażeniem emeryta. Filozofia równych żołądków, żywcem wzięta z poprzedniej epoki, ma się dobrze. Na fali powszechnego oburzenia, rządzący popisują się nie lada hipokryzją. Wiedzą przecież doskonale, że premia Kaplera, w porównaniu z zarobkami zarządów PKN Orlen czy KGHM-u, to naprawdę małe miki. Na całym świecie, wynagrodzenia menadżerów, odpowiedzialnych za zarządzanie dużymi pieniędzmi są wielokrotnie wyższe od przeciętnego. Rzecz jasna, powinny być powiązane z efektami ich pracy. W tym wypadku tak nie było, ale trudno mieć o to pretensje do prezesa. Odpowiedzialność cywilnoprawną, za niekorzystne warunki tej umowy, ponoszą członkowie Rady Nadzorczej, a nie Kapler czy ten albo inny minister sportu (ministrowie, co najwyżej, mogą ponieść odpowiedzialność polityczną). Sądzę jednak, że żadnych konsekwencji nie będzie.

Ale spójrzmy jeszcze na te kwoty inaczej niż przez pryzmat pensji pielęgniarki. Owe mityczne 570 tys. zł, czym bez przerwy epatują media, to kwota brutto.  Na konto Kaplera powinno więc wpłynąć nie więcej niż 387 tys. zł, reszta trafi z powrotem do Skarbu Państwa. Według deklaracji Joanny Muchy, stadion narodowy kosztował 1,752 mld złotych. Premia Kaplera stanowi więc 0,2 promila budżetu całej inwestycji. Koszt bez większego znaczenia w skali tego przedsięwzięcia.  Gdyby nie kontrowersje wokół terminu zakończenia budowy, kwota ta nie powinna budzić emocji. Ale też nie przesadzajmy. Stadion jest gotowy i nic nie wskazuje na to, żeby z powodu opóźnień, piłkarskie Mistrzostwa Europy miały być zagrożone.  

Wnioski

W całej tej historii, jak w soczewce, widać nieudolność administracji publicznej. Tak to jest, kiedy państwowo wchodzi w obszary, od których powinno trzymać się z daleka. Warto by było, żeby nadzorem nad całością przedsięwzięcia nie zajmowała się państwowa spółka, tylko tak zwany inwestor zastępczy - wyłoniona w przetargu firma prywatna, która wzięłaby na siebie odpowiedzialność za budowę. Zapewne okazałoby się, że można ten stadion wybudować taniej, nikogo też nie interesowałyby wynagrodzenia i premie menadżerów zatrudnionych w firmie realizującej tę inwestycję.


PS  A jednak 570 tys. złotych to kwota netto, czyli premia Rafała Kaplera wynosi 0,3 promila (a nie 0,2‰) budżetu inwestycji. Nie zmienia to jednak tezy mojego wpisu.

sobota, 25 lutego 2012

Polityczny szarm



Dlaczego fotka Tadeusza Cymańskiego firmuje mój dzisiejszy wpis? Otóż okazuje się, że nie srogie i krwawe fizis Zbigniewa Ziobro wbijającego gwoździe, wiadomo gdzie; ani nie cyniczny uśmieszek Jacka Kurskiego gmerającego w życiorysie dziadków, wiadomo czyich; tylko oblicze sympatycznego Cymańskiego ma stworzyć nowy wizerunek Solidarnej Polski. Nie oznacza to wcale, że ma on teraz być twarzą tego ugrupowania. Nie, to pozostali liderzy próbują złagodzić swój drapieżny image.

Ziobryści łamali sobie głowę jakby tu odróżnić się od PiS-u, a rozwiązanie okazało się dziecinnie proste. Wystarczy być miłym, sympatycznym, uprzejmym, okazywać szacunek oponentom, prowadzić z nimi spór w oparciu o merytoryczne argumenty, a nie półgębkiem rzucane oskarżenia i jeżeli to tylko możliwe współpracować ponad podziałami politycznymi. Kiedy w trakcie dyskusji nad planowanymi zmianami w ustawie emerytalnej, na grzecznościowe dusery wobec nielubianego premiera zdobywają się tacy politycy jak Zbigniew Ziobro czy Beata Kempa, efekt jest naprawdę piorunujący. Genialne, prawda? I jak fatalnie świadczy o jakości naszej debaty publicznej, skoro już samo zachowanie dobrych manier może być silnym orężem politycznym. Ale to wcale nie był jednorazowy incydent. Klub Solidarnej Polski najwyraźniej eksperymentuje z wizerunkiem. To politycy tej formacji (nie SLD, ani nie PO) złożyli dziewięć brakujących podpisów pod wnioskiem Ruchu Palikota, skierowanym do Trybunału Konstytucyjnego, w sprawie rent i zasiłków dla wdów po górnikach, którzy zginęli w kopalniach. Czyżby nowa jakość w polityce?

Bardzo jestem ciekaw, co na to sondaże. Obawiam się, że twardy elektorat PiS, do którego dotychczas odwoływało się ugrupowanie Ziobry, takiej zmiany nie oczekuje. Te wizerunkowe zabiegi sugerowałyby przemarsz w miejsce między PO i PiS, które chciałby zająć również PJN. I tutaj też jestem sceptyczny. O ile Kowal, Poncyliusz czy Migalski mogą być wiarygodni w umiarkowanej, konserwatywno-liberalnej narracji, to nie widzę na to szans w przypadku Kurskiego i Ziobry, w dodatku z ojcem Rydzykiem na plecach. Gołym okiem widać w tym fałsz, zwłaszcza że jastrzębie z Solidarnej Polski nie czuję się chyba najlepiej w swoich nowych kostiumach. Umówmy się, że łagodny jak baranek Jacek Kurski to jednak dziwadło. No i pozostaje pytanie, jak długo zdołają wytrzymać w nowych rolach?

czwartek, 23 lutego 2012

Emerytury dla opornych



W toczącej się debacie na temat zmian w systemie emerytalnym i systemów emerytalnych w ogóle brakuje mi jak zwykle zdrowego rozsądku, który pozwoliłby spojrzeć na ten problem bez zbędnych komplikacji i zaklęć zwolenników tej czy innej opcji politycznej.

Prosta kalkulacja ekonomiczna

Abstrahując od absurdów obowiązującego systemu ubezpieczeń społecznych (do czego wrócę za chwilę) rozważmy następujący przykład. Gdyby pracownik, zarabiający 2,500 zł brutto miesięcznie, przez cały 40-letni okres aktywności zawodowej, lokował co miesiąc 488 złotych na koncie w banku, z rentownością realną 3% rocznie (po odliczeniu inflacji) i z miesięczną kapitalizacją odsetek, to po upływie 40 lat pracy dysponowałby sumą 450,000 zł. Potem, wypłacając z własnego konta co miesiąc 1,800 złotych, a pozostałą sumę lokując na tych samych zasadach, wystarczyłoby mu środków finansowych na 33 lata życia! Te 1,800 zł, to dokładnie tyle samo ile otrzymywał na rękę przez 40 lat pracy, ponieważ 2,500 zł brutto = 1,800 zł netto. Proste?

A jak to działa w obowiązującym systemie emerytalnym? Pracownik, który zarabia 2,500 zł brutto odprowadza co miesiąc do ZUS kwotę 488 złotych (połowa pomniejsza kwotę brutto, a drugą połowę odprowadza pracodawca). ZUS tych pieniędzy nigdzie nie lokuje ani, ich nie pomnaża (z wyjątkiem niewielkiej części, która przekazywana jest do OFE). Państwo wykorzystuje je na finansowanie bieżących wydatków, w większości marnując je w chorym systemie redystrybucji. Dzieje się tak dlatego, że składka na ZUS nie jest żadną składką ubezpieczeniową, tylko zwykłym, ordynarnym podatkiem.

Reforma systemu

Reforma systemu emerytalnego z 1999 roku, zakładała zbliżenie istniejącego systemu opartego na podatku zusowskim i emeryturach wypłacanych de facto ze środków budżetowych, do systemu kapitałowego działającego w sposób podobny do lokaty bankowej z mojego przykładu. Niestety reforma OFE została schrzaniona. Przeregulowano system, istotnie ograniczając możliwości inwestycyjne funduszy, ustalono nieefektywny i horrendalnie kosztowny mechanizm opłat za zarządzanie, które uzależnione są od wielkości powierzonego kapitału oraz od ustawowo ustalonej marży, a nie od wyników ekonomicznych. W czasach bessy maleje kapitał, będący zabezpieczeniem uczestników OFE na starość, natomiast zyski firm zarządzających są zawsze. W dodatku, tylko trzecia część składki ubezpieczeniowej (37,40%) trafiała do OFE, a po ubiegłorocznej zmianie w ustawie zmniejszono ją do symbolicznej wielkości (11,78%), pozbawiając ten system jakiegokolwiek sensu istnienia.

Dzisiejsze propozycje dotyczące wydłużenia wieku emerytalnego to nie jest żadna reforma, co próbuje nam wmówić propaganda rządowa. To wariant ratunkowy, konieczny właśnie dlatego, że nikt żadnych reform nie zamierza przeprowadzać. Nie mam również złudzeń, że zrealizowałaby je któraś z partii opozycyjnych. W efekcie tych zmian, zwiększy się suma składek wpłacanych do budżetu przez pracujących i zmniejszy się czas korzystania ze świadczeń emerytalnych przez emerytów. Natomiast cały ten beznadziejny system, przy pomocy którego robi się z emerytów żebraków wmawiając, że czyni się im wielką łaskę wypłacając emeryturę, pozostanie bez zmian.

Propozycje rozwiązań

Żaden system nie jest w stanie utrzymać setek tysięcy rozmaitych uprzywilejowanych emerytów i największej na świecie armii rencistów. Żaden system nie wytrzyma rozdętych wydatków socjalnych, gigantycznej biurokracji, wysokich kosztów pracy etc, co można sobie dokładnie prześledzić na przykładzie Grecji. Potrzebne są odważne, kompleksowe zmiany, na które się nie zanosi. Można więc śmiało powiedzieć, że realnie nic nie da się zrobić, poza wydłużaniem agonii zusowskiego systemu ubezpieczeń, co właśnie planuje zrobić Donald Tusk. Ale rozważmy chociaż teoretyczne możliwości.

Przykład z początku tej notki pokazał, że każdy byłby w stanie zarobić na swoją emeryturę i to nie niższą od pensji otrzymywanej w okresie aktywności zawodowej. Co więcej, przy założeniu, że średni okres korzystania z emerytury wynosi raczej 20 niż 33 lata, można stwierdzić, że składka emerytalna mogłaby być niższa przynajmniej o ¼, co ograniczyłoby koszty pracy. Jednocześnie należy przyjąć, że wyspecjalizowana instytucja finansowa byłaby w stanie osiągnąć wyższą realną rentowność niż 3% rocznie, co dodatkowo poprawiałoby parametry tej symulacji. Przede wszystkim, należy więc wprowadzić swobodę wyboru formy oszczędzania na emeryturę. Każdy powinien sam określić instytucję, do której odprowadza składkę w wysokości nie niższej od wielkości minimalnej. Towarzystwa Emerytalne musiałyby stworzyć system wzajemnych ubezpieczeń, który gwarantowałby wypłatę świadczeń, na wypadek bankructwa, któregoś z nich.

Głównym problemem jest brak opcji zerowej. Przez około 40 lat musi więc obowiązywać jakiś system przejściowy. Jednym słowem, ci którzy teraz zaczynają pracę powinni oszczędzać już na własną rękę, a świadczenia emerytalne dzisiejszych emerytów i tych, którzy pracują muszą być finansowane lub dofinansowywane, w odpowiedniej proporcji, z budżetu państwa, czyli z podatków. Na to nie ma rady. Skąd brać pieniądze? Tutaj przede wszystkim kłania się reforma finansów publicznych, ale również likwidacja ZUS lub przynajmniej znaczne okrojenie tej instytucji i sprzedaż jej olbrzymiego majątku. Jak wynika z początkowego przykładu, przynajmniej ¼ obecnej składki ZUS również mogłaby być wykorzystana na ten cel. Co jeszcze? Planując reformę emerytalną z 1999 roku, zakładano przeznaczenie przychodów z prywatyzacji na specjalny fundusz, który wobec niekorzystnych zmian demograficznych miał gwarantować wypłaty emerytur dzisiejszym czterdziestolatkom i ich dzieciom. Niestety, przez pierwszych kilka lat w ogóle nie odprowadzano do niego środków, a obecna składka jest o 2/3 mniejsza od zakładanej. Co więcej od dwóch lat, środki z Funduszu Rezerwy Demograficznej pokrywają braki ZUS-u. Teraz cała nadzieja w łupkach. Tyle, że bez zmian systemowych, które zmniejszą poziom wydatków państwa, żadna manna z nieba nie wystarczy.

System kanadyjski

System kanadyjski to jeszcze jedna interesująca koncepcja. Problem w tym, że ostatnio wspomniało o nim Prawo i Sprawiedliwość, a jak powszechnie wiadomo, cały mainstream uważa, że cokolwiek powie PiS, musi być idiotyzmem do kwadratu. Obawiam się więc, że idea została spalona. W skrócie, pomysł sprowadza się do ograniczenia składek ZUS i przejścia na system minimalnej gwarantowanej emerytury państwowej. Wszyscy zatrudnieni płaciliby jednakową, niewielką składkę, a w zamian na starość każdy otrzymałby emeryturę wystarczającą do przeżycia bez pomocy opieki społecznej. Każdy kto chciałby mieć wyższą emeryturę, sam musiałby odkładać pieniądze w banku lub funduszu emerytalnym.


I kto to mówił, że klipy reklamowe OFE nie były rzetelne i uczciwe?:)


wtorek, 21 lutego 2012

Wiosna 2015 v. 2.0



Jest wiosna 2015 roku. Trwa najbardziej gorący sezon polityczny od wielu lat. Kampania prezydencka powoli zbliża się do finału, ale wszyscy doskonale wiedzą, że to tylko preludium. Nie będzie nawet chwili wytchnienia przed ostrym wejściem w kampanię parlamentarną poprzedzającą jesienne wybory do Sejmu i Senatu.

Wszyscy zdążyli już dawno ochłonąć po politycznym trzęsieniu ziemi, kiedy to blisko dwa lata temu Jarosław Kaczyński postanowił wycofać się z polityki. Sympatycy prezesa, skupieni wokół Radia Maryja, ufundowali mu skromne domostwo w Sulejówku pod Warszawą, gdzie w licznych tekstach o charakterze pamiętnikarskim, z myślą o potomnych, poświęcił się rozważaniom na temat swoich przeszłych przewag politycznych. Kierownictwo partii przekazał Mariuszowi Kamińskiemu. Nowy szef Prawa i Sprawiedliwości ogłosił amnestię dla wszystkich wychodźców z partii oraz zaapelował o jedność i pojednanie. W odpowiedzi, Zbigniew Ziobro i Jacek Kurski obwieścili, że ustały przyczyny dla których zdecydowali się powołać własną formację. W ten sposób, na łono PiS-u powrócili synowie i córki marnotrawne z Solidarnej Polski, a wraz z nimi Marek Jurek, który już wcześniej połączył się z ziobrystami. Z oferty skorzystała też Elżbieta Jakubiak. Kiedy wzruszona, ze łzami w oczach, odbierała legitymację partyjną, łamiącym się głosem wyznała dziennikarce TVN24, że jej serce zawsze biło dla PiS-u.

Koalicja PO-PSL nadal rządzi (choć właściwiej byłoby powiedzieć, administruje), ale Donald Tusk nie jest już premierem. Od kilku miesięcy zajmuje stanowisko Komisarza do spraw sportu, w Komisji Europejskiej. Specjalnie dla niego wyodrębniono tę funkcję z obszaru kompetencji dotychczasowego Komisarza do spraw edukacji młodzieży, kultury, sportu i wielojęzyczności. Na czele rządu stoi Grzegorz Schetyna, który silną ręką chwycił stery partii, dożynając watahy tuskowców. Po utracie lewego skrzydła PO na rzecz SLD w wyniku rokoszu Arłukowicza, Ewa Kopacz została karnie zesłana na front wschodni, czyli do będącego pod stałym ostrzałem artyleryjskim Ministerstwa Zdrowia, gdzie ponownie objęła tekę ministra. Jej miejsce w Prezydium Sejmu zajął Andrzej Halicki, prawa ręka Schetyny. Nowa strategia Platformy Obywatelskiej zakłada powrót do starych założeń, opartych na liberalnym podejściu do gospodarki.

Ale w tym miejscu sceny politycznej nieoczekiwanie wyrosła poważna konkurencja. Paweł Kowal, Paweł Poncyliusz i Marek Migalski wybudowali struktury terenowe swojego ugrupowania. Zdołali pozyskać kilku działaczy PO o poglądach konserwatywno-liberalnych i paru umiarkowanych posłów PiS-u. Otworzyli się również na środowiska polityczne związane wcześniej z Nową Prawicą. We współpracy z ekonomistami z Centrum imienia Adama Smitha, przygotowano kompleksowy projekt zmian gospodarczych. Procentuje też aktywność Pawła Kowala w obszarze spraw międzynarodowych. PJN  stał się głównym oponentem rządu w debacie na temat  koncepcji dalszej integracji z UE, a także merytorycznym recenzentem polityki wschodniej. Sondaże wskazują, że konserwatywno-liberalny projekt Kowala może liczyć na coraz wyższe poparcie.

Janusz Palikot, wciąż skupia na sobie uwagę mediów. Czołówki serwisów informacyjnych zdominowała właśnie relacja z wprowadzenia konia do sali obrad Sejmu. Na zorganizowanej w kuluarach konferencji prasowej, Palikot przypomniał casus konia Kaliguli, Incitatusa, którego cesarz mianował senatorem i oświadczył, że skoro Marek Suski może być posłem, tym bardziej może nim być wyścigowa klacz szlachetnej krwi. Poinformował zgromadzonych dziennikarzy, że klacz obecna na konferencji będzie otwierała listę wyborczą do Sejmu jego partii, w okręgu radomskim, tym samym z którego startuje poseł Marek Suski. W dodatku klacz, jako samica, przyczyni się do lepszego  wypełnienia zobowiązań wynikających z parytetów płci. Po każdym kolejnym happeningu Palikota, Leszek Miller z olbrzymią satysfakcją obserwuje jak notowania SLD zmniejszają dystans do wyników lewicowego konkurenta.

Batalia o fotel prezydencki zapowiadała się wyjątkowo nudno. Kontrkandydatom Bronisława Komorowskiego nie dawano większych szans. Zbigniew Ziobro, Ryszard Kalisz i Magdalena Środa, rekomendowana przez Ruch Palikota, nie byli w stanie osiągnąć w sondażach nawet 10% poparcia. Zwrot akcji nastąpił w ostatniej chwili. Do prezydenckiego wyścigu dołączył Jarosław Kaczyński, który uległ w końcu namowom swoich zwolenników i to on, a nie Zbigniew Ziobro otrzymał poparcie PiS-u. Przez dwa lata nieobecności w polityce, niechęć do Kaczyńskiego w znacznym stopniu zdążyła się wypalić. Odświeżony wizerunek kandydata, może stać się jego wielkim atutem w starciu z Komorowskim.

Publikowane sondaże wskazują na pasjonujące rozstrzygnięcie wyborcze. Tak wyrównana stawka oznaczałaby bardzo szerokie spektrum możliwych aliansów parlamentarnych albo całkowity pat. Inicjatywa polityczna znalazłaby się w rękach PiS-u.

PiS – 25%
PO – 20%
RP – 20%
SLD – 17%
PJN – 12%
PSL – 6%

Z wariantem numer 1, mojej futurystycznej wizji politycznej, można zapoznać się w poprzednim odcinku:)