sobota, 28 stycznia 2012

Wyścig hipokrytów



Protesty w sprawie ACTA to signum temporis. Kiedyś lud wychodził na ulice żądając chleba, teraz domaga się swobody korzystania z zasobów komputerowej sieci. Okazuje się, że dla współczesnej młodzieży, która kontestuje polityków i olewa wybory, dopiero zagrożenie wolności w internecie staje się iskrą zdolną rozpalić aktywność obywatelską. „Stop ACTA”, znaczy dziś tyle samo co kiedyś „No pasaran”.

Mimo, iż uczestnicy manifestacji nie mają ochoty na polityczną kuratelę, politycy za wszelką cenę próbują podłączyć się pod protesty i wejść w rolę rzecznika interesu demonstrantów. Robią to naprawdę pociesznie. Rzadko kiedy, w jednej sprawie, wylewa się aż tyle hipokryzji i obłudy. Posłowie Solidarnej Polski, zupełnie nie zrażeni faktem, że ich przedstawiciele w Parlamencie Europejskim, jak jeden mąż, poparli ACTA, urządzają w Sejmie żałosny spektakl występując z plastrami na ustach, w proteście przeciw próbie kneblowania obywateli. Jarosław Kaczyński, nawet nie zawraca sobie głowy zrozumieniem „what the fuck is ACTA”, podobnie zresztą jak europosłowie PiS, którzy głosowali za przyjęciem tej umowy. Ważne, że trafiła się okazja by uderzyć w rząd Tuska, podlizując się protestującym projektem referendum. Znany z męstwa, bezprzykładnej odwagi i nieugiętej postawy, poseł Ryszard Czarnecki, który bohatersko wstrzymał się od głosu w sprawie ACTA, obiecuje na swoim blogu, że "wysadzi w powietrze to badziewie" (tzn. ACTA) jak tylko wraz z kolegami dorwie się do władzy. Natomiast najzagorzalsi zwolennicy PiS, z pomysłowością godną najbardziej zakręconych hipotez smoleńskich, snują wizje powszechnej rewolty i wieszczą rychłe obalenie znienawidzonego rządu. Nawet, bezkompromisowy zwykle, Janusz Korwin Mikke, niezrażony dominacją lewicowych nastrojów wśród demonstrantów, próbował się do nich przyłączyć i przepadł wygwizdany przez tłum. Co ciekawe, Janusz Palikot też wrócił na tarczy ze spotkania z demonstrantami, żegnany okrzykami: hipokryta! hipokryta!  A wydawało się, że on jeden ma szansę złapać fazę z protestującą młodzieżą.

Z drugiej strony barykady też niezła komedia. Słynny twardziel, Donald Tusk, który jeszcze dwa dni temu prezentował niezwykle pryncypialne stanowisko w kwestii ACTA, zażądał od swoich ministrów wyjaśnień i nie wykluczył surowych konsekwencji. Zarządził konsultacje społeczne, w sprawie, którą dzień wcześniej rozstrzygnął podpisując umowę, by wreszcie przejść do defensywy tłumacząc, że ACTA być może w ogóle nie zostanie przedstawiona do ratyfikacji w parlamencie. Zaiste, zdecydowanie i odwaga godne męża stanu, który jeszcze przez 4 lata nie musi martwić się vox populi.

Ech… żal na to wszystko patrzeć.

czwartek, 26 stycznia 2012

Rewolucja klikaczy



W awanturze wokół ACTA, spór o meritum staje się ofiarą psychologii tłumu. Cybernetycznego tłumu, który podlega tym samym regułom, które opisał Le Bon, w swojej ponadczasowej pracy „Psychologia tłumu”. Żyjemy w erze, w której wola zbiorowości zdominowała indywidualność. Protest, którego nośnikiem jest internet jest fascynującym zjawiskiem socjologicznym.

Wiem, że sprawa ACTA nie jest pierwsza. Ubiegłoroczna, rewolucja arabska, zaczęła się w sieci, internet stanowił spirytus movens ruchu oburzonych, ostatnie protesty przeciw fałszerstwom wyborczym w Rosji też mają swoje źródło w sieci. Z własnego podwórka pamiętamy, że genezą Ruchu Palikota była inicjatywa podjęta w sierpniu 2010 roku na Facebooku, w kontrze do obrońców krzyża na Krakowskim Przedmieściu. Ale te zagraniczne akcje nie dotyczyły nas bezpośrednio, więc nie mogliśmy poczuć jak to działa, a „Akcja krzyż” miała niewielki, lokalny zasięg, choć została nagłośniona przez media. Pospolite ruszenie w sprawie ACTA to nieporównywalnie większa skala zjawiska. Pokazuje, jak w imię nośnej idei łatwo wyzwolić stadny odruch obronny uczestników sieci. Zwłaszcza, że cybernetyczny bunt stał się modny. Mało kto rozumie istotę problemu, ale żeby być cool, trzeba przyłączyć się do protestu, którego emanacją jest zbiorowe klikanie na Facebooku i innych portalach społecznościowych. Ochoczo przyłączyła się też blogosfera. Od trzech dni rozkwita plaga pustych wpisów na blogach, zawierających adnotację, że notki nie będzie, bo autor protestuje przeciw ACTA. Zważywszy, że blogerzy blogują dla przyjemności, taki protest przypomina postępowanie w myśl zasady „na złość mamie odmrożę sobie uszy”. Ale jakie to wygodne, kiedy można zostać buntownikiem nie ruszając się z fotela. Wcześniej, żeby się zbuntować trzeba było przynajmniej pokłócić się z rodzicami o pryncypia albo oflagować w zakładzie pracy. Teraz wystarczy kliknąć myszą w odpowiednim miejscu i cisnąć jakieś grube słowo o sile rażenia butelki z benzyną, by zyskać wrażenie, że zmienia się świat.

Ale jest coś co nie pozwala tego buntu wykpić. Ten wirtualny tłum wyzwala energię zdolną  bardzo szybko zmaterializować tłum realny, skandujący hasła na ulicy. Przecież cała sprawa zaczęła się zaledwie parę dni temu od blokady stron internetowych kilku instytucji rządowych przez hakerów z grupy „Anonymous”, a dzisiaj fala antyrządowych manifestacji przetoczyła się przez kilkanaście polskich miast, wyprowadzając na ulice, łącznie, kilkadziesiąt tysięcy młodych ludzi. Nie obyło się bez aktów wandalizmu i agresji. Władze są wyraźnie zagubione wobec tych akcji. Miotają się. Raz bagatelizując, innym razem karcąc z ojcowską surowością, wydają się nie doceniać siły jaka tkwi w takich inicjatywach. To nie są demonstracje pod auspicjami partii politycznych, związków zawodowych czy branżowych grup interesu, gdzie wiadomo kim są organizatorzy protestu i jak z nimi gadać. Cybernetyczny tłum ma wirtualnych przywódców. Tym razem rozejdzie się po kościach, ale w przyszłości taki ruch może istotnie wpłynąć na kształt politycznej sceny. Donald Tusk ma wielkie szczęście, że do kolejnych wyborów daleko, jest więc sporo czasu na nauką. Ten kto będzie potrafił wykorzystać cybernetyczny tłum dla swoich celów zyska olbrzymi atut.


A póki co, warto się przekonać, że wirtualni przywódcy cybernetycznego tłumu mają wcale nie małe ambicje. Protesty przeciw ACTA, to nie ich pierwsza inicjatywa.

wtorek, 24 stycznia 2012

Kompleks prymusa



Zadziwiający jest ten polski serwilizm, który każe rządzącym migusiem, w podskokach i bez głębszej refleksji realizować życzenia płynące od możnych z zagranicy. Jeżeli tylko, bardzo na czymś zależy Europie albo Stanom Zjednoczonym, polski rząd czuje się zaszczycony kiedy może uprzedzić ich prośby.  Należy przygotować grunt pod plany Angeli Merkel? Polski minister spraw zagranicznych wygłasza wiernopoddańczą tyradę. Wypada sypnąć groszem dla bogatszych od nas państw strefy euro? Pierwsi wyciągamy portfel, jak jakiś frajerski sponsor, z którym i tak nikt nie ma zamiaru się liczyć. Trzeba powojować z talibami i nauczyć ich demokracji? Trwamy wiernie przy amerykańskim sojuszniku, choć ni w ząb nie ma to żadnego sensu. Teraz rząd przebiera nogami, żeby podpisać ACTA (międzynarodową umowę handlową o zwalczaniu obrotu podróbkami), na której zależy Amerykanom. I znowu zachowujemy się jak prymus z pierwszej ławki, który zawsze pierwszy zgłasza się do odpowiedzi, łasy na pochwały nauczyciela. Pamiętam ze szkoły, że nikt takich prymusów nie lubił, a żaden nauczyciel nie szanował. Znamienne, że owi prymusi nie poradzili sobie najlepiej w dorosłym życiu.

Ostatecznym terminem przystapienia do ACTA jest 31 marca 2013 roku. Wydawałoby się więc, że nie ma powodu, by tak bardzo się spieszyć z ratyfikacją. Pozostaje dużo czasu żeby dokładnie przeanalizować zapisy, przeprowadzić konsultacje, przyjrzeć się dyskusji na ten temat, która będzie się toczyć w innych krajach. Niestety, problem polega na tym, że polski rząd umieścił ACTA w ramach priorytetów swojej prezydencji w UE, lobbował za przyjęciem tych regulacji i doprowadził do ich akceptacji przez Radę Europy w grudniu ubiegłego roku. Zwłoka w podpisaniu ACTA przez Polskę, będzie oznaczała, że rząd forsował umowę, której nie przemyślał. Full obciach. Przypomina mi to korowody z ratyfikacją traktatu lizbońskiego, którego prezydent Lech Kaczyński nie miał ochoty podpisać mimo, że osobiście negocjował ten dokument.

Uważam, że prawo własności jest fundamentem gospodarki wolnorynkowej. Zdaję sobie sprawę, że prawo własności intelektualnej jest w internecie łamane i należy te sprawy jakoś uregulować. Ale to wcale nie oznacza, że należy przyjmować regulacje ACTA, które powstały w podejrzanych okolicznościach, budzą olbrzymie kontrowersje i według wielu interpretacji prawnych wylewają dziecko z kąpielą, jednocześnie otwierając pole do groźnych nadużyć. Nie jestem prawnikiem, więc nie będę analizował poszczególnych przepisów. Chcę wyciągać własne wnioski na ten temat, na podstawie dyskusji, która dotąd się nie odbyła. Dlaczego mam polegać na gołosłownych zapewnieniach  ministra Boniego, który twierdzi, że to prawo nie narusza wolności w sieci?

sobota, 21 stycznia 2012

Pajdokrata



W polskiej polityce obowiązuje jakiś zadziwiający rodzaj zdegenerowanej symbiozy, bardzo bliskiej współżyciu pasożytniczemu. Wielokrotnie już zwracałem uwagę, że najcenniejszym sprzymierzeńcem Donald Tuska jest Jarosław Kaczyński, którego samo istnienie w sferze publicznej, dla znacznej rzeszy wyborców jest wystarczającym powodem głosowania na PO. Ale i Kaczyński w opozycji do Tuska może zwierać szeregi twardego elektoratu, co jednak dzieje się ze szkodą dla szans na wyborcze zwycięstwo. Podobnie, największym atutem Leszka Millera staje się Janusz Palikot. Kiedy po spektakularnym szturmie Ruchu Palikota, na Sejm, wydawało się, że lider tego ugrupowania postanowił zostać poważnym politykiem, przyszłość SLD rysowała się w ciemnych barwach.  Wkrótce okazało się jednak, że Palikot bardzo się stara zawrócić z drogi poczet sztandarowy postkomunistycznej lewicy zmierzający na śmietnik historii.

Happening jest bardzo specyficzną formą ekspresji. I choć korzenie prowokacji artystycznej w Polsce sięgają dokonań tak znamienitych postaci jak Witkacy, Tadeusz Kantor, Bogusław Schaeffer, czy w bardziej ludycznej wersji, imprez organizowanych przez Pomarańczową Alternatywę i gdański Totart, to twórcy funkcjonujący w tym nurcie zawsze byli uważani za mniejszych czy większych świrów. O ile w sztuce, taki szyld może być nawet atutem, to nie sprawdza się w polityce. Polityk nie może być pajacem. Odpowiedzialność za losy państwa nie współgra z robieniem jaj. Happeningowa ekspresja z pewnością podoba się młodzieży, ale u wyborców w okolicach trzydziestki zaczyna dominować niesmak, który w końcu zamienia się w zażenowanie. Zresztą łatwo tutaj wpaść w pułapkę. Młodzież ceni bezkompromisowość. Czy nie będzie więc rozczarowana, że prowokacja zapowiadana jako łamiące tabu i przepisy prawa, palenie jointa z marihuaną w pokoju sejmowym, zamieniła się w rozpalenie zwykłych kadzidełek?

Stara zasada prawa rzymskiego głosi „is fecit cui prodest”, co oznacza „uczynił ten, komu przyniosło to korzyść”. Na tej podstawie, miłośnicy spiskowej teorii dziejów mogliby snuć naprawdę fantastyczne spekulacje, bo nie mam najmniejszych wątpliwości komu służą kolejne odjazdowe występy Palikota. Można by więc podejrzewać, że to Leszek Miller, korzystając z nadprzyrodzonych, telepatycznych możliwości, podsuwa pomysły swojemu konkurentowi do rządu dusz na lewicy. Janusz Palikot jest na najlepszej drodze do stworzenia pierwszej pajdokratycznej partii politycznej. Coraz więcej przemawia za tym, że lewicowy elektorat powyżej trzydziestki pójdzie jednak głosować na SLD. Czyżby na tym właśnie polegał najtajniejszy z tajnych planów Leszka Millera?

czwartek, 19 stycznia 2012

Niemi świadkowie historii



Nie o ludziach dzisiaj, bo tych, którzy każdy szczegół tragicznego lotu do Smoleńska, próbują upchnąć w wygodnym dla siebie scenariuszu wydarzeń, mam już serdecznie dosyć. Kilka słów o magii, która tkwi w przedmiotach będących świadkami historii. Jest jakaś niesamowita siła w ostatniej wysłanej wiadomości tekstowej, w chwili zatrzymanej w banalnym kadrze utrwalonym w pamięci telefonu, w nagraniu zapisanym w skrzynce głosowej. Ale nawet najbardziej prozaiczne przedmioty, które w chwili tragedii towarzyszyły tym którzy zginęli, dla ich bliskich są jak święte relikwie. Zyskały bezcenną, mistyczną wartość. Czy takie przedmioty mają dusze? Czasem patrząc na stare zabytkowe rzeczy zastanawiam się co im w duszy gra? Kto je wcześniej posiadał, co „widziały”, jakich historii były świadkiem? Ja, na przykład, w swojej starej komodzie, pięknym biedermeierze z połowy XIX wieku, trzymam dziś gry komputerowe i laptopa mojej córeczki. Ładny kontrast prawda? Kto wie, co te przepastne szuflady kryły w epoce Stacha Wokulskiego, a co w czasach Nikodema Dyzmy?

Podobne pytania musiał stawiać sobie Andrzej Bart, bo z takich chyba refleksji urodziła się jego powieść „Rien ne va plus”, ku której przywiodły mnie te metafizyczne rozważania. To pierwsza książka, późniejszego autora scenariusza do filmu „Rewers”, uznanego za objawienie 2009 roku. „Rien ne va plus” to niezwykłe, niecodzienne spojrzenie na blisko 200 lat historii Polski, począwszy od Sejmu Wielkiego i Konstytucji 3 maja, aż do zmierzchu epoki Gomułki. Głównym bohaterem książki jest... obraz, portret włoskiego księcia, libertyna i hulaki namalowany na łożu śmierci arystokraty, któremu w tajemniczy sposób, genialnym tchnieniem swego talentu, artysta malarz, przekazał świadomość księcia i uczynił go w pewnym sensie nieśmiertelnym. Zrządzeniem losu obraz trafia do Polski. Tutaj staje się mimowolnym świadkiem historii Polski i Polaków, z jego punktu widzenia narodu dziwnego i trudnego do zrozumienia. Zaklęty w obrazie książę, przekazywany z rąk do rąk, raz trafia na salony elit towarzyskich, innym razem w znacznie mniej godne ręce. Obserwuje zmieniającą się rzeczywistość, losy swych właścicieli, razem z nimi przeżywając wzloty i upadki. Naprawdę świetna, wyrafinowana literatura. Pozostaje tylko żałować, tych ponad czterdziestu lat najnowszej historii Polski, których nie oglądamy już oczami unieśmiertelnionego arystokraty. Ech…  gdyby autor chciał powrócić do swojego dawnego dzieła.

Ciekawe co powiedziałyby przedmioty, niemi świadkowie smoleńskiej tragedii. Czy swoje własne wspomnienia zdołałyby pogodzić z zapisami z czarnych skrzynek?



*****

Dzisiaj, o godzinie 15.00, zakończył się etap głosowania w konkursie BLOG ROKU 2011. Pierwszych dziesięć blogów, zostanie ocenionych przez panią Janinę Paradowską, znaną dziennikarkę i komentatorkę polityczną. W końcowym rankingu, mój blog uplasował się na początku trzeciej dziesiątki, wśród 160 blogów zgłoszonych w kategorii polityka i społeczeństwo. Myślę, że to całkiem przyzwoity wynik. Bardzo dziękuję za wszystkie głosy oddane na mój blog.

poniedziałek, 16 stycznia 2012

Wojna o pamięć



Co wynika z kolejnej odsłony spektaklu pt. śledztwo na temat ustalenia przyczyn katastrofy smoleńskiej? To zależy oczywiście od tego, kogo o to zapytać. Dla jednych, obecność generała Andrzeja Błasika w kabinie, czy też jej brak, nie ma żadnego znaczenia. Dla drugiej strony sporu, ustalenia specjalistów od fonoskopii z Krakowa, są potwierdzeniem teorii spiskowej, w myśl której ustalenia komisji Millera są funta kłaków nie warte, co z kolei stanowi asumpt do snucia dalszych fantastycznych spekulacji. Jak zwykle znacznie więcej w tym emocji niż zdrowego rozsądku. Odrzucając zapiekłość stron, warto uruchomić szare komórki i spojrzeć na nowe fakty z zupełnie innej perspektywy niż proponują to dwa dominujące nurty narracji.

Z punktu widzenia dotychczasowych ustaleń na temat przyczyn katastrofy, nie ma większego znaczenia, czy generał Błasik dyrygował pracą pilotów w trakcie lądowania w Smoleńsku, czy nie. Ma to natomiast ogromne znaczenie w kontekście walki o pamięć o prezydencie Lechu Kaczyńskim. Teza o obecności generała Błasika w kokpicie wspiera hipotezę o aktywnej presji prezydenta (egzekwowanej za pośrednictwem generała) na pilotów, czyli wskazuje Lecha Kaczyńskiego jako osobę moralnie odpowiedzialną za śmierć pasażerów. W myśl oskarżeń formułowanych, bez ogródek, przez Janusza Palikota „Lech Kaczyński ma krew na rękach”. Jeżeli zdaniem specjalistów z Krakowa, to głos drugiego pilota, a nie generała Błasika słychać na nagraniu z kokpitu, ewentualna obecność szefa sił powietrznych w kabinie pilotów podczas lądowania, może być jedynie spekulacją, bez żadnych dowodów, które ją potwierdzają. Wtedy teza na temat presji, wywieranej na pilotów Tupolewa jest już tylko domniemaniem wynikającym z wnioskowania, w oparciu o incydent, który wydarzył się w samolocie prezydenckim lecącym do Gruzji. Taka hipoteza jest uprawniona, ale nie pozwala już na ferowanie wyroków o krwi na rękach Lecha Kaczyńskiego.

I to o to, tak naprawdę toczy się spór. Czy Lech Kaczyński zostanie zapamiętany jako ofiara katastrofy, czy w pewnym sensie również jej sprawca. W tej sprawie podziały wyostrzone są do maksimum. Z jednej strony zwolennicy, którzy najchętniej stawiali by pomniki prezydenta, na każdym rogu ulicy, z drugiej ci, którzy za wszelką cenę chcą unurzać go w błocie. Obie postawy pełne są hipokryzji. Zwolennicy teorii spiskowych twierdzili dotąd, że co prawda nie ma dowodów na zamach, ale to przecież nie znaczy, że go nie było. A teraz druga strona, kierując się tą samą logiką uważa, że co prawda nie ma dowodów na obecność generała w kokpicie, ale przecież mógł tam być.



niedziela, 15 stycznia 2012

Na zdrowie



Cóż, bywa że jakiś temat nie da przed sobą uciec. Unikałem dotąd pisania o awanturze wokół ustawy o refundacji leków, której wprowadzanie jawi się jako nieskończony korowód absurdów i niekompetencji.  Mimo, że jak wiadomo, wszyscy w Polsce, doskonale znają się na zdrowiu i na piłce nożnej, ja akurat nie czuję się specjalistą w wymienionych dziedzinach, więc wolałem darować sobie wynurzenia w tej materii. Ale jeżeli ktoś, chce poznać moją opinię (a takie oczekiwanie zostało sformułowane w komentarzu do poprzedniego wpisu), oto garść spostrzeżeń, które zdołałem wyimaginować ze zderzenia rzeczywistości ze zdrowym rozsądkiem. Widzę, tu cztery podstawowe obszary konfliktu:

Odpowiedzialność materialna lekarzy za wypisanie refundowanej recepty osobie nie uprawnionej

Moim zdaniem, zmiana w ustawie, która w nowy sposób reguluje tą kwestię wcale nie była potrzebna. Nałożono na lekarzy nowy obowiązek i osobistą odpowiedzialność za coś, co dotychczas robiła instytucja, która ich zatrudnia i za co brała odpowiedzialność. A było to przecież rozwiązanie logiczne. Kiedy przychodzimy do lekarza, na ogół nie pakujemy się od razu do gabinetu, tylko rejestrujemy w recepcji, gdzie miła pani może sprawdzać i skopiować sobie nasz RUM (na wypadek gdyby był fałszywy) i fertig. Dlaczego obarczać tym osobiście lekarza? Zresztą koniec końców, skoro ktoś to potem sprawdza w NFZ, to przecież nie lekarz i nie szpital powinien ponosić konsekwencje materialne tylko pacjent, który wyłudził świadczenie.

Jest to oczywiście upierdliwe dla pacjentów, którzy muszą co miesiąc brać z kadr nowy dokument RUM i zawsze mieć go przy sobie. Ale to wynika już z chronicznej ułomności tego państwa, które od 15 lat nie może sobie poradzić z wprowadzeniem informatycznego systemu ewidencji pacjentów. W dodatku, żeby było śmieszniej, według szacunków Narodowego Funduszu Zdrowia, prawie wszyscy Polacy są ubezpieczeni, a w pierwszych trzech kwartałach ubiegłego roku kontrole NFZ wykryły w całej Polsce 6 recept (sic!) wypisanych osobom nieuprawnionym. No to o co kaman?

Odpowiedzialność finansowa lekarzy za wypisanie refundowanego leku niezgodnie ze wskazaniem medycznym

Ten zapis ustawy wydaje się tyleż oczywisty co papierowy. Kto inny niż lekarz miałby za to odpowiadać? Ale słabo sobie wyobrażam egzekucję takiej kary, co wymagałoby udowodnienia braku wskazań medycznych w danej sytuacji. Rozumiem, że intencją ustawodawcy jest ograniczenie ewentualnych nadużyć.

Zobowiązanie lekarza do wpisania stopnia refundacji na recepcie

Nie rozumiem tego problemu. Co za różnica kto wpisze stopień refundacji? Jeżeli na recepcie została podana nazwa leku i lekarz zaznaczył, że pacjent jest uprawniony do refundacji (na podstawie informacji uzyskanej z rejestracji), to wpisanie stopnia refundacji jest czynnością czysto techniczną, którą z powodzeniem może wykonać aptekarz. To w końcu on powinien lepiej znać się na lekach. Można sobie nawet wyobrazić, że lekarz podaje wyłącznie skład chemiczny leku, a dopiero farmaceuta dobiera lek konkretnego producenta, mając na uwadze dobro pacjenta.

Zmiana systemu refundacji leków

Ostatnią kwestię najtrudniej zrozumieć. Pogubiłem się meandrach rozwiązań systemowych związanych z refundacją leków. Próbuje się nam udowodnić, że sztywna cena leków i eliminacja konkurencji między aptekami będzie korzystniejsza dla pacjentów. Śmiem wątpić. Jestem zwolennikiem wolnego rynku i ograniczania ingerencji państwa w gospodarkę, gdzie tylko się da. Wszelkie systemy ustalające sztuczne zasady rynkowe, niezależnie od cudownych zaklęć jakie temu towarzyszą, bardzo szybko stają się siedliskiem nie przejrzystych układów, korupcji i zwykłej głupoty. Jakoś nie wierzę, że urzędas z ministerstwa, wynegocjuje z kimś najniższą ceną.

O systemie państwowej służby zdrowia jestem jak najgorszego zdania. Śp. Kisiel zwykł mawiać, że „socjalizm to taki ustrój, który bohatersko zmaga się z problemami, które sam stworzył”. I jest to chyba najlepsza puenta dla tego całego bałaganu. Najwyższy czas pomyśleć o tym, by państwo wycofało się wreszcie z roli organizatora służby zdrowia i ograniczyło do funkcji związanych z finansowaniem opieki medycznej dla obywateli.


*****

Jakimś cudem, mój blog zdołał się wspiąć na bardzo przyzwoite, 20-te miejsce w rankingu konkursu BLOG ROKU 2011:) Bardzo dziękuję za wszystkie dotychczasowe sms-y. Szkoda, byłoby zmarnować ten potencjał. Głosowanie trwa do 19 stycznia, liczę więc, że jeszcze ktoś zagłosuje. Instrukcja, jak to zrobić znajduje się w zielonej ramce poniżej. Z jednego numeru telefonu, można wysłać tylko jednego sms-a.

Gdyby ktoś chciał spojrzeć na aktualny rankingu blogów w konkursie, najlepiej kliknąć na baner reklamujący konkurs, umieszczony na górze, po prawej stronie.