czwartek, 10 listopada 2011

Jebał was pies!

 
Szarża ułanów, 2 szwadronu II Brygady Legionów Polskich, pod Rokitną – obraz Wojciecha Kossaka

Tak się jakoś porobiło, że 11 listopada stał się świętem niezgody narodowej. Kontekst historyczny związany z tą datą zszedł na dalszy plan, a wszyscy ekscytują się zadymami, których można się spodziewać w związku z Marszem Niepodległości i kontrmarszem o jakiejś tęczowej nazwie. I choć sama idea Marszu Niepodległości jest mi bliska to się na niego nie wybiorę, ponieważ nie mam zamiaru uczestniczyć w wydarzeniu zdominowanym przez skrajne siły polityczne.

Marsz Niepodległości, to z założenia demonstracja środowisk patriotycznych. Hasła antysemickie czy nacjonalistyczne, jakie się tam pojawiają, są w znacznej mierze odpowiedzią na prowokacje organizacji lewackich. To przecież lewica, wspierana przez Gazetę Wyborczą, nakręca spiralę agresji przygotowując się do obchodów Święta Niepodległości jak do walnej bitwy. Grzmi tuba propagandowa gazety, ściągane są bojówki anarchistów z zagranicy, pojawiają się zapowiedzi blokowania legalnie zorganizowanego marszu. No pasaran! To hasło ma wielkie tradycje w lewackiej ideologii. Trudno, żeby wobec tych zapowiedzi, środowiska ONR czy Młodzieży Wszechpolskiej (organizacji działających legalnie) nie poczyniły militarnych przygotowań. Wyścig zbrojeń trwa, a obchody jutrzejszego święta mają wszelkie szanse odbyć się zgodnie ze scenariuszem samospełniającej się przepowiedni.

Co najbardziej zabawne, lewackie bojówki będą zionąć agresją i nienawiścią w imię tolerancji, humanizmu i ideałów nowoczesnej Europy. Trudno o bardziej jaskrawy przykład hipokryzji. W dodatku banda historycznych ignorantów, obrzuci jajami pomnik Romana Dmowskiego, bez którego nie moglibyśmy nawet marzyć o korzystnych rozstrzygnięciach konferencji pokojowej w Paryżu, w sprawie zachodnich granic Polski. Ale lewacka młodzież, postać Dmowskiego kojarzy wyłącznie z szyldem antysemity i z niczym więcej. Zresztą, temu środowisku, bliższe są zapewne idee KPP, dla której niepodległość Polski była szkodliwą fanaberią w dziele budowy internacjonalistycznego państwa robotników i chłopów. Tak więc, poza blokadą Marszu Niepodległości, „Kolorowa Niepodległa” skupi się pewnie na występach a’la parada równości, bo bez epatowania homoseksualizmem żadna lewicowa manifestacja nie może się dziś odbyć.

Przy tej okazji, warto zwrócić uwagę, że taki obraz obchodów Święta Niepodległości, znacznie lepiej ilustruje kondycję polskiego społeczeństwa, w okresie dążenia do odzyskania państwowości, niż budowane dzisiaj mity na temat poświęcenia i narodowej jedności. Polacy żarli się wtedy między sobą nie mniej niż dzisiaj. Mieli różne, często sprzeczne interesy, a odważnych nie było wielu. Za to teraz można odnieść wrażenie, że prawie każdy miał pradziadka w Legionach Piłsudskiego i prababcię, działaczkę POW. Dzisiaj wszyscy czują się spadkobiercami etosu Pierwszej Kadrowej, także ci, których przodkowie ryglowali zamki w drzwiach, kiedy Legioniści wmaszerowywali do ich miast i miasteczek. I nie ma w tym nic złego, ale tworzy to fałszywy obraz jedności, której wtedy nie było. Znaczna większość, z uważanym za wzór patrioty Henrykiem Sienkiewiczem na czele, uważała żołnierzy Piłsudskiego za zdrajców i awanturników politycznych, szkodzących interesowi Polaków. Bolesław Wieniawa Długoszowski wspominał to tak:
 „A jakże żywa jest ciągle w tkliwym wspomnieniu ta osoba nieznana i nigdy nie widziana, niewiasta zapewne, co nam pierwszej kadrowej, wkraczającej dnia 8 sierpnia 1914 roku do zamarłego z przerażenia Miechowa rzuciła pod nogi pęk czerwonych róż w chwili, kiedy wszystkie drzwi, okna i okiennice zamykały się pośpiesznie na odgłos naszych kroków po nierównym bruku”.

O tym właśnie mówi pamiętna zwrotka „Pierwszej Brygady”:

Nie chcemy już od was uznania
Ni waszych mów, ni waszych łez
Skończyły się dni kołatania
Do waszych serc, jebał was pies!
 
 
P.S.  Gdyby ktoś miał problem z Romanem Dmowskim, polecam jego polityczną biografię w pigułce, w wersji wideo. W tym samym miejscu i w tej samej formie można przyjrzeć się karierze politycznej Józefa Piłsudskiego i Ignacego Paderewskiego.

środa, 9 listopada 2011

Cyrk VII kadencji



Najtrwalszym elementem systemu demokratycznego jest hipokryzja. Kadencje się zmieniają a wszechpotężna hipokryzja niezawodnie zamienia w cyrk polityczny spektakl. Ale tym razem, cyrk rozpoczął się już na długo przed uroczystą premierą. Przy okazji wyborów, politycy, media i autorytety karmiły lud frazesami o święcie demokracji. O tym, że każdy głos jest ważny, że razem zmieniamy Polskę, o obywatelskim obowiązku, mądrości i woli wyborców etc. Politycy, przez chwilę, musieli zająć się szczerzeniem kłów do elektoratu, udając frasunek i zatroskanie sprawami maluczkich. Lud zrobił swoje i lud może się wypchać, przynajmniej na najbliższe 4 lata.

Zanim wybrańcy narodu zdążyli się rozsiąść w swoich fotelach, postanowili kapkę skorygować, uświęcony demokracją, werdykt wyborczy. Pierwsze koty za płoty przerzucił niejaki poseł Kopyciński, opuszczając dziurawą, rozchwianą szalupę SLD na rzecz nowoczesnego jachtu motorowego (prosto ze stoczni) z Januszem Palikotem za sterem. W ten sposób, nieznany nikomu poseł, zapisał się złotymi zgłoskami w annałach prostytucji politycznej. Minęły dwa tygodnie i detal zamienił się w hurt. Szesnastu posłów, wybranych ledwie miesiąc temu z list PiS-u, dokonało politycznej emancypacji.  A co? Chrzanić wyborców. Grunt, że rodzina na swoim.

Jeszcze w kampanii wyborczej, miłościwie nam panujący Donald Tusk, nie mógł się nachwalić kompetencji pani minister Kopacz jako szefowej resortu zdrowia. Przyznaję, że łyknąłem tę laurkę jak młody pelikan, bo i mnie wydawała się sensownym ministrem. Pochlebną opinię o pani Kopacz potwierdzał też mój przyjaciel, który w tej branży działa, więc się zna. Czyli cool, mamy dobrego ministra na tym trudnym odcinku. Tylko jakie to ma znaczenie wobec uświadomionej konieczności politycznej? Chrzanić ministerstwo, chrzanić zdrowie kiedy na stolcu marszałka Sejmu potrzebny jest wierny i oddany żołnierz. A przecież, zgodnie z konstytucyjnym porządkiem prawnym, marszałek, będący drugą osobą w państwie, przewodzi Sejmowi, który sprawuje funkcję kontrolną wobec rządu. Tylko, że w naszej fasadowej demokracji, marszałek zawsze jest przydupasem lidera partii rządzącej, zwyczajowo sprawującego funkcję premiera. Nie ma to jak skuteczna kontrola. Ale to zupełnie nie przeszkadza, żeby przy każdej okazji wycierać sobie gębę konstytucją. Nie przeszkadza również opozycji, podnosić teraz ten argument, tak jakby Ludwik Dorn czy Marek Jurek, w roli marszałków Sejmu byli wzorami niezależności. Oczywista hipokryzja. Ale taką samą hipokryzją jest uzasadnianie kandydatury pani Ewy Kopacz, jako gestu wobec idei wyrównywania szans kobiet i mężczyzn w polityce. Bardzo zręczny argument, ciemny lud na pewno to kupi.

Hipokryzją jest także burza wokół głosowania nad kandydaturą Wandy Nowickiej na stanowisko wicemarszałka Sejmu. O co kaman? Że raz jeden, posłowie skorzystali z prawa do głosowania zgodnie z własną wolą a nie wytycznymi partii?  Skucha, wynik okazał się niezgodny z oczekiwaniem światłych strażników dobrych obyczajów w demokracji, więc trzeba było głosować po raz wtóry, do skutku. Skoro demokracja się nie sprawdziła, tym gorzej dla demokracji.

poniedziałek, 7 listopada 2011

Wielka czystka



Jarosław Kaczyński bardzo lubi odwoływać się do tradycji piłsudczykowskich, ale jego styl sprawowania władzy zdradza raczej fascynacje osobą  Josefa Wissarionowicza, czym z kolei się nie chwali. Wszystkich, którzy przejawiają własne ambicje polityczne lub okazują choćby cień zwątpienia w geniusz posunięć politycznych wodza, odkrawa po kolei niczym plasterki salami. W ten sposób ofiarami despotii padli ci najbardziej oddani PiS-owcy.

To ciekawe, że trzymając się tej historycznej analogii, zwraca uwagę cały szereg skojarzeń personalnych. Ludwik Dorn, błyskotliwy intelektualista, najbliższy współpracownik Jarosława Kaczyńskiego z okresu początków kariery politycznej prezesa, zasłużony działacz Porozumienia Centrum, a potem PiS, nazywany trzecim bliźniakiem, a dzisiaj jak sam o sobie mówi „PiS-owiec na wygnaniu”, to postać przywołująca na myśl osobę Lwa Dawidowicza Trockiego. Zbigniew Ziobro i Jacek Kurski, bez mrugnięcia okiem pomagali eliminować działaczy, którzy zboczyli z wyznaczonej linii partii, a kiedy sami urośli w siłę podzielili los Kamieniewa i Zinowiewa. Na szczęście, dla PiS-owskich renegatów, czasy się odrobię zmieniły. Zmieniły się też metody politycznej anihilacji. Ludwik Dorn, miast wyzionąć ducha z czekanem w czaszce, wrócił w pokutnym worku na PiS-owską orbitę, a Ziobrze i Kurskiemu nie grozi kulka w łeb, po pokazowym procesie, w którym w rolę oskarżyciela wcieliłby się Karol Karski. Za to wymienieni sowieccy towarzysze, jako ofiary stalinowskich czystek, zostali przez historię zapamiętani jako ci dobrzy komuniści, choć byli takimi samymi skurwysynami jak Wujaszek Joe (kto wie czy Trocki nie byłby nawet gorszy). Klasyczny syndrom ofiary. Nasi rozłamowcy, w role ofiar złego despoty, wcielili się tylko chwilowo, więc nie mogą liczyć na podobną ułomność historycznej pamięci.

Aż trudno się oprzeć pokusie, by jeszcze przez chwilę pozostać w tej konwencji, poszukując dalszych personalnych podobieństw. W rolę uzdolnionego politycznie, bezwzględnie lojalnego Mołotowa, najlepiej wcieliłby się, nieżyjący już, Przemysław Gosiewski. Wobec braku tej możliwość, godnie mógłby go zastąpić, pozbawiony własnych ambicji politycznych, Adam Lipiński. Wizerunek polityczny i dotychczasowa kariera, doskonale predysponują Mariusza Kamińskiego, by z oskarową finezją zmierzył się z postacią Ławrientija Berii. Tylko którą figurą, w tym historycznym pasjansie, zostałby Antoni Macierewicz? Feliks Edmundowicz Dzierżyński? To chyba zbyt łatwe skojarzenie. I byłby tu pewien anachronizm wobec pozostałych członków obsady.

Ale żarty żartami, a chyba warto rzucić okiem na prawdopodobne scenariusze polityczne. Inicjatywa „ziobrystów” bardzo zaszkodzi PiS. Rozłamowcy z PJN mogli liczyć na przejęcie części zwolenników PO, oraz wyborców o sympatiach konserwatywno-liberalnych, którzy nie biorą udziału w wyborach ponieważ nie ma dla nich oferty politycznej. Profil „ziobrystów” plasuje ich na prawo od PiS, a tam mogą walczyć jedynie ze swoją byłą partią, o ten sam elektorat. Taka walka nie przyniesie ani jednego, nowego głosu, za to ubyć może sporo, bo kłótnie w rodzinie zawsze zniechęcają wyborców. Ale i sam PiS, w ciągu dwóch najbliższych lat, ulegnie istotnym przeobrażeniom. Mariusz Kamiński, który najprawdopodobniej zajmie stanowisko wiceprezesa, zwolnione przez Zbigniewa Ziobrę, zbuduje w tym czasie silną pozycję w partii. I paradoksalnie, dostanie to, czego teraz chciał Ziobro. Zostanie namaszczony na następcę, a realna władza w partii będzie stopniowo przechodzić w jego ręce. Jarosław Kaczyński pozostanie guru narodowej, socjalnej prawicy, ale zadowoli się rolą mentora i patrona inicjatyw politycznych. Będzie miał podobną pozycję do tej, którą  Aleksander Kwaśniewski cieszy się na lewicy.

Nie można zapominać, że wszystkie te zmiany będą miały miejsce w kontekście starcia z kryzysem, co moim zdaniem doprowadzi do rozbicia Platformy Obywatelskiej. Wiele wskazuje na to, że w bieżącej kadencji, polską politykę czeka wielka czystka. Za 4 lata (kto wie czy nie szybciej) będziemy mieli do czynienia z kompletnie przemodelowaną sceną polityczną.


*****

Zabawa w skojarzenia historyczne dotyczy wyłącznie pewnych podobieństw w stylu uprawiania polityki. Aż tyle i tylko tyle. Proszę więc nie czynić mi zarzutów, iż w sposób niegodziwy porównuję współczesnych polskich polityków do komunistycznych zbrodniarzy. Nie było to moją intencją.

sobota, 5 listopada 2011

Tusku, Tusku gdzieś ty?


rys. Artur Krynicki

Wczoraj zakończył się 18-miesięczny eksperyment, w którego ramach, kilku śmiałków uczestniczyło w symulowanej misji kosmicznej na Marsa. Cały ten czas, spędzili zamknięci w konstrukcji imitującej statek kosmiczny, odcięci od świata zewnętrznego. Przez chwilę przemknęło mi przez myśl czy aby nasz premier, Donald Tusk, nie zapragnął wziąć udziału w podobnym przedsięwzięciu. Jego nagłe zniknięcie bardzo niepokoi lud i rodzi szereg fantastycznych spekulacji. Insygnia władzy czekają, by raczył ponownie ująć je w dłonie. Misja na Marsa, fajna rzecz, zwłaszcza kiedy za progiem czai się ten cholerny kryzys. Można by go spokojnie przeczekać na pokładzie takiego statku, niechby nawet symulatora. W końcu przez 520 dni, jakoś by się musiały rozwiązać te wszystkie śmierdzące problemy.

Ale nie, to chyba fałszywy trop. Na szczęście przypomniałem sobie, że był przecież taki dzień, kiedy pan premier brylował w mediach. Robił mądre miny, prężył się i nadymał, tak jakby sam osobiście zredukował greckie długi, albo przynajmniej miał cokolwiek do powiedzenia w tej sprawie. Potem znowu zniknął. Może wyczuł pismo nosem? W końcu twórcy kompromisu, w glorii chwały, chodzili ledwie przez kilka dni.

Jeśli nie misja kosmiczna, to może po prostu klasztorna cela? Bardzo modny ostatnio sposób na wyciszenie, stosowany przez polskich celebrytów. To rozwiązanie tchnie znacznie większym optymizmem, gdyż można się chyba spodziewać, że taka klasztorna izolacja potrwa trochę krócej niż 18 miesięcy. Tak czy inaczej, kiedy premier ponownie objawi się wśród żywych, zastany świat może go nieco zszokować. Kompromis grecki, który przy niewielkiej pomocy Merkozy, zdołał w pocie czoła wypracować, zdążył się już zawalić. W Greckiej tragifarsie pojawiło się kilka kolejnych zwrotów akcji i nikt już nie boi się mówić pełnym głosem o pogonieniu Greków ze strefy euro, co jeszcze przed tygodniem brzmiałoby jak bluźnierstwo. Przegapił premier wielkie narodowe święto ku czci mistrzowskiego lądowania kapitana Wrony, samolotem bez podwozia, i najprawdziwsze cuda i dziwy w krajowym grajdole politycznym. Ziobro Zbigniew & Kurski Jacek, krew z PiS-owskiej krwi, sama sól tej partii nie są już członkami PiS-u! Bywają na tym świecie rzeczy, o których nie śniło się filozofom.

A niech tam. Pojadę na maksa z optymizmem, bez trzymanki, po prostu po bandzie. Hmm, a może w zaciszu przepastnych gabinetów, pan premier Tusk, wraz ministrem Rostowskim i ministrem Boni, z dala od zgiełku i wścibskich mediów, zgodnie z zapowiedzią, pracuje dwa razy szybciej niż wcześniej? Może nadrabia zaległości z poprzedniej kadencji przygotowując dobry, śmiały plan reformy finansów publicznych, której wszyscy z niecierpliwością wyglądają? Może to zniknięcie to błyskotliwy manewr, dla spotęgowania efektu, którym premier olśni nas już 8 listopada, na inauguracyjnym posiedzeniu parlamentu nowej kadencji? No dobra, wiem, bredzę. To już ta hipoteza z kosmiczną misją na Marsa wygląda bardziej realnie;)

czwartek, 3 listopada 2011

Jaka piękna katastrofa



Nawiązując do wpisu, sprzed kilku dni, wypadałoby rzec „Święta, święta i po świętach”. A miało być tak pięknie. Wywiady miały być. I nawet były.  Wywiady, konferencje prasowe, uśmiechy i uściski, pisałem wtedy, że wszystko to wygląda podejrzanie. Dzisiaj świat tak pędzi do przodu, że nawet zbawcy oferują tylko chwilowe zbawienie. Okazało się, że brylować na europejskich salonach, udając Greka, nie jest trudno, gorzej jak trza do chałupy wrócić i spojrzeć w oczy wkurzonym rodakom. Jak łatwo można było przewidzieć, redukcja połowy długów nie zrobiła na nich piorunującego wrażenia.  Najwyraźniej nie mają ochoty na zaciskanie pasa, oszczędności i wyrzeczenia. To już raczej, dzierżąc w dłoniach kije bejsbolowe złożą wizytę w greckim parlamencie. Trochę strach, prawda panie Papandreu? Ale w końcu od czego jest demokracja, której kolebką była przecież antyczna Hellada? Trzeba więc wykorzystać najwyższy jej stopień, zadając społeczeństwu takie oto pytanie: Czy chcecie, kochani rodacy, redukcji połowy państwowych długów, w zamian za niższe pensje, obcięty socjal, zwolnienia z pracy etc? Ciekawe jaki będzie wynik takiego referendum?

Ja widzę z grubsza dwa warianty. Przede wszystkim czuję, że żadnego referendum wcale nie będzie. Władze unijne, całkiem nieźle opanowały sztukę wywierania presji na państwa członkowskie. Irlandczycy nie chcą ratyfikacji traktatu lizbońskiego? Nie szkodzi, niech głosują dotąd, aż zechcą. Parlament słowacki nie wyraził zgody na zwiększenie pomocy dla Grecji? Trudno, będzie głosował raz jeszcze, by jego decyzja mogła w końcu usatysfakcjonować spółę Sarkozi-Merkel. Wywieranie presji się rozpoczęło. Dymisje w greckim rządzie już latają w powietrzu. Zobaczymy jaki będzie tego efekt.

Ale byłoby lepiej, gdyby presja nie odniosła pożądanych skutków i mógł zrealizować się drugi wariant. Po co nam wszystkim Grecja w strefie euro? A pozbyć się jej jak najprędzej. Powód jest teraz doskonały. Grecja jest bankrutem. I tak niczego nie będzie spłacać, za to UE pompuje tam wciąż nowe środki finansowe. Przypomnę, że od maja 2010, z pierwszej puli pomocowej dla Grecji w łącznej wysokości 110 mld EUR, w ramach pięciu dotychczasowych transz, wyasygnowano już 65 mld EUR, które natychmiast zostały przeżarte przez greckiego smoka. W kolejce czeka kolejne 8 mld EUR. Jaki to ma sens? Wyjście Grecji z unii walutowej, może tylko pomóc strefie euro. Przede wszystkim przeniesie główny ciężar problemu z Europy na Greków, w dodatku na ich własne życzenie. Ale i dla Grecji, długofalowo, może się to okazać zbawienne. Umożliwi dewaluację przywróconej drachmy, co pozwoli poprawić konkurencyjność greckiej gospodarki i greckiego eksportu, dając realną szansę wyjścia z kryzysu.

Oczywiście przy tej okazji pojawia się cała masa problemów. Między innymi kwestia denominacji greckiego długu, ale skoro greckie obligacje to i tak makulatura, ten problem nie wydaje się kluczowy. Największym problemem jest sam aspekt prawny takiego przedsięwzięcia. Tak zbiurokratyzowany moloch jakim jest Unia Europejska, który do niedawna regulował nawet dopuszczalną krzywiznę banana, nie przewidział procedury wyjścia ze strefy euro. Unijnym urzędnikom wydawało się wprost niemożliwe, by ktoś mógł zapragnąć opuścić ten ekskluzywny klub dżentelmenów. Tak to już jest. Komuniści też nie przewidzieli procedury dobrowolnego wyjścia z raju, jaki stworzyli dla robotników i chłopów.

środa, 2 listopada 2011

Strzeżcie się wilków w owczej skórze



Rozliczenia powyborcze w PiS-ie ciągle rozgrzewają oficjalne media i polityczną blogosferę. Wszyscy komentatorzy z zapartym tchem śledzą kolejne odsłony dramatu ze Zbigniewem Ziobro i Jarosławem Kaczyńskim w rolach głównych. Ale najbardziej interesujące scenariusze kreślą zwolennicy PiS, szeroko reprezentowani na wirtualnych łamach Salonu24. Czytam sobie rozmaite komentarze na ten temat i powoli, na zamglonym horyzoncie wyłania się pewien cyniczny plan na przyszłość.   

Teza jest prosta. Jeżeli PiS, nie może uczciwie wygrać wyborów, trzeba spróbować kantem. Chłodny Żółw, w mojej ocenie jeden z najciekawszych salonowych blogerów, rozważa taki oto scenariusz:

By wygrać wybory, konieczne jest powtórzenie węgierskiego wariantu w Polsce, co zresztą jasno zdefiniował sam Jarosława Kaczyński. Żeby ten wariant mógł zostać zrealizowany, z prawej strony sceny politycznej potrzebne są dwa ugrupowania. Centroprawicowy odpowiednik Fideszu i jakiś skrajnie prawicowy Jobbik. W tłumaczeniu na nasze, PiS i LPR z 2005 roku. Ponieważ taki podział, w sposób naturalny, jakoś nie chce się wyłonić, należy tego dokonać sztucznie. Mianowice, prezes Kaczyński z pokerową miną, oddelegowuje część wojska, pod zaufanym kierownictwem, do nowych zadań w innym tworze politycznym, a resztę armii pozostawia przy sobie. Celem jest oczywiście oszukanie wyborców. Niech wydelikaceni paniczykowie, których teraz pozyskało PO, mają swoją grzeczną prawicę, którą z czystym sumieniem będą sobie mogli wybrać, podczas gdy twardy elektorat ulokuje swoje głosy w drugiej, skrajnej partii. To w końcu bez znaczenia, chodzi przecież o ściemę dla naiwniaków, a po wyborach i tak obie partie koncertować będą wspólnie, pod batutą maestro Kaczyńskiego. I syćko gra i bucy, a  łosie niech mają pretensję do własnej głupoty. Cwane?  Mówiąc szczerze, mam wrażenie, że podobnym tropem podążają polityczne plany Zbigniewa  Ziobro. Tylko, że Jarosław Kaczyński chyba się na nich nie poznał. Być może dlatego, że obaj panowie tak mało się od siebie różnią. To ubiegłoroczne wyjście liberałów, spod znaku PJN, miałoby znacznie większe szanse na uwiarygodnienie takiego scenariusza.

Nieładnie! A Fe! To nie po chrześcijańsku, robić tak bliźnich w bambuko. Bliźniego kochać trzeba, jak siebie samego. To byłby przecież zwykły szwindel. Wredne metody, zarzucane politycznym oponentom, Tuskowi i Palikotowi. Oj, śmierdzi mi tu hipokryzją.

Spieszę jednak donieść, że na nic cały ten trud. Rozumiem, że to między innymi ja miałbym być tym oszukanym łosiem. Nie głosowałem co prawda na PO, ale na PiS też, z całą pewnością nie zagłosuję. Podzielam nadzieję, że na gruzach PiS-u powstanie jakaś nowa, sensowna oferta polityczna ale intencje i oczekiwania już mamy inne. Po pierwsze, PiS nie jest żadną prawicą. To klasyczna partia socjalna, niechętna i nie ufna wobec ludzi zamożnych i przedsiębiorców. Ja czekam na ofertę z konserwatywno-liberalnym programem gospodarczym, a nie narodowo-socjalistycznymi fobiami. Jakikolwiek więc, nowy projekt polityczny, za którym będzie choćby majaczył cień Ojca dyrektora, martyrologia smoleńska, czy syndrom oblężonej twierdzy, na mój głos nie ma co liczyć. Skrajne, światopoglądowe prawactwo odrzuca mnie nie mniej niż lewactwo.

Z pozdrowieniami dla Chłodnego Żółwia;)

wtorek, 1 listopada 2011

Gdy popiół tylko zostanie i zamęt…


Kadr z filmu „Popiół i diament”. Słynna scena z płonącymi kieliszkami spirytusu.

Jest w tym jakiś paradoks, że dzień Wszystkich Świętych, dla jednych święto modlitwy za dusze zmarłych, dla innych czas zadumy i refleksji, zyskał tak zabieganą, pstrokatą, odpustową oprawę. Hołd pamięci naszych bliskich składamy w otoczeniu motyli drewnianych, koników bujanych, pierzastych kogucików, baloników na druciku etc. Czas na chwilę skupienia znajdziemy raczej w domowym zaciszu, kiedy pokrzepieni kiełbaską z rożna i chlebem ze smalcem z przycmentarnych stoisk, wypełnimy już nasze świąteczne obowiązki. Ale nie bądźmy hipokrytami. Kto z nas jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci kamieniem.

I kiedy wspominać będziemy naszych bliskich, warto pomyśleć też o tych, których nie ma wśród nas od niedawna. I choć nieznani nam osobiście, byli dla nas w jakiś sposób ważni. Ja przywołam wspomnienie Janusza Morgensterna, który odszedł we wrześniu tego roku. To on, u progu lat 60-tych, wpuścił orzeźwiającą bryzę do polskiego kina, filmem „Do widzenia do jutra”, ze wspaniałym monologiem miłosnym, który Zbyszek Cybulski wygłasza patrząc w oczy pięknej Teresy Tuszyńskiej. Jego dziełem jest „Jowita”, ekranizacja świetnego „Disneylandu” Stanisława Dygata i wiele innych wspaniałych filmów. Ale w tym szczególnym dniu, nie mógłbym zapomnieć o najsłynniejszej chyba scenie w historii polskiego kina. I choć „Popiół i diament” to film Andrzeja Wajdy, wszyscy wiedzą, że scenę z płonącymi kieliszkami spirytusu, wymyślił i wyreżyserował drugi reżyser, Janusz Morgenstern. Niech więc jeszcze raz te kieliszki zapłoną, tym razem  w intencji niezapomnianych twórców, którzy stworzyli magię tych filmów: Janusza Morgensterna, Zbyszka Cybulskiego, Adama Pawlikowskiego, Teresy Tuszyńkiej, Kaliny Jędrusik, Barbary Kwiatkowskiej.