piątek, 9 grudnia 2011

Być jak Jerzy Buzek



Zaczął się właśnie kolejny, pewnie nie ostatni, unijny szczyt ostatniej szansy. Jego celem jest ratowanie strefy euro, ale z rozmaitych oświadczeń wygłaszanych przy tej okazji ciężko się zorientować w jaki sposób miałoby się to dokonać. Magia zmieniania traktatów i apele zaklinające rzeczywistość to kapkę przymało, mogą pomóc mniej więcej w tym samym stopniu co umarłemu kadzidło. Nie przeszkadza to jednak w wygłaszaniu oczywistych treści, z zadęciem zbawców Europy. Druga, olimpijska wręcz, kategoria to przemówienia pełne okrągłych zdań, z których absolutnie nic nie wynika. W tej dyscyplinie, nie Angela Merkel, nie Nikola Sarkozi, nawet nie Donald Tusk są mistrzami świata, ale wyjątkowo nieudolny były polski premier, obecnie przewodniczący Parlamentu Europejskiego, Jerzy Buzek. Kiedy przemawia profesor Buzek, mam wrażenie, że korzysta z uniwersalnego gotowca, podobnego do tych, które wedle legend, miały niegdyś służyć PRL-owskim aparatczykom.

Bicie piany to całkiem przyjemne zajęcie, więc żeby wszyscy mogli cieszyć się podobną elokwencją postanowiłem w formie tabelarycznej skomponować taki uniwersalny gotowiec. Odnalazłem w internecie odpowiedni wzorzec i dokonując kilku niezbędnych zmian dostosowałem go do współczesnych wyzwań. Instrukcja obsługi jest banalnie prosta. Należy połączyć dowolną frazę z rubryki I, z dowolnymi frazami z rubryk II, III i IV, otrzymując w ten sposób uniwersalny tekst. Ilość możliwych kombinacji wynosi ponoć 10000, wystarczy więc na 40 godzinny speech. Życzę błyskotliwych przemówień;)

środa, 7 grudnia 2011

Przyszłość Europy nie jedno ma imię



W najbliższym czasie czeka nas fundamentalna dyskusja na temat kształtu Europy i przyszłości Polski w Europie. Ewentualne pogłębienie integracji będzie wymagało zmian konstytucyjnych. Efektem silnie spolaryzowanej sceny politycznej jest dominująca narracja profederacyjna, oparta na założeniach przedstawionych przez ministra Sikorskiego w Berlinie, której wtórują mainstreamowe media; zderzona z emocjonalną reakcją PiS-u, niezdolnego do merytorycznej dyskusji na ten temat. W ten sposób tworzy się fałszywy przekaz, że alternatywa sprowadza się do wyboru między Platformą Obywatelska a Prawem i Sprawiedliwością. Zgodnie z tą wizją, PO to nowoczesna i zamożna sfederowana Europa, podczas gdy PiS reprezentuje XIX-wieczny zaścianek z obsraną krową przywiązaną postronkiem do chałupy pokrytej słomianą strzechą.

W tej głośnej awanturze, w jazgocie idiotycznych, nie mających końca, potyczek słownych na temat marszów, trybunałów i rezerwatów indiańskich, bardzo słabo przebija się głos innych środowisk konserwatywnych, które wcale nie mówią „nie” Europie. Bardzo mnie cieszy aktywność, jaką przejawia w tej sprawie PJN. Na 20 grudnia, Paweł Kowal zapowiedział seminarium z udziałem przedstawicieli środowisk prawicowych, podczas którego przedstawią one swoje stanowiska w sprawie przyszłości UE: "Chcemy pokazać, także europejskiej opinii publicznej, że w Polsce oprócz hiperfederacyjnej wizji ministra Sikorskiego są też inne poglądy na integrację europejską, nie gorsze, a być może bardziej realistyczne" - mówił szef PJN.

Paweł Kowal, w wystąpieniu wygłoszonym na forum Fundacji im. Kazimierza Pułaskiego w Warszawie, zaprezentował też swoją odpowiedź na projekt ministra Sikorskiego. Przede wszystkim, jest to najbardziej obszerne, merytoryczne, dotykające konkretnych rozwiązań stanowisko jakie zostało zaprezentowane opinii publicznej w sprawie przyszłości Unii Europejskiej i miejsca Polski w tej wspólnocie. Autor sięga w nim do czynników stanowiących genezę dzisiejszego kryzysu, polemizuje z tezami federacjonistów, a także przedstawia własny kierunek myślenia o integracji. Ten materiał ma znacznie bardziej analityczny charakter niż tezy Sikorskiego. Tym samym, twierdzenie, iż prawica nie przedstawia żadnego konstruktywnego stanowiska, z lubością powtarzana w mediach, nie odpowiada już rzeczywistości. Teraz tylko od mediów zależy, czy ten głos w dyskusji odbije się szerszym echem.

Opinie Pawła Kowala, w znacznym stopniu pokrywają się z moją własną oceną, którą przedstawiłem we wpisach „Kto był naprzeciwko?” i „Federacja albo śmierć?”, choć prezes PJN, jak na polityka przystało, jest znacznie bardziej koncyliacyjny. Z pietyzmem wyłuskuje tezy, które nie stanowią osi sporu i stara się być powściągliwy w kwestiach formalnych, odnoszących się do berlińskiego wystąpienia polskiego ministra spraw zagranicznych, które ja uważam za wielce niefortunne. Wnioski jednak mamy podobne. Z tego obszernego wykładu, chciałbym zacytować stanowisko dotyczące dwóch spraw, które budzą chyba największe kontrowersje. Kwestię unifikacji gospodarczej i kwestię samego modelu federacyjnego.

„Kwestia jednolitego zarządzania polityką gospodarczą i budżetową. Dotyczy to modelu gospodarczego, jaki przyjmie Unia. Wydaje się, że w tym punkcie spór z koncepcją Sikorskiego jest najbardziej zasadniczy. W praktyce mamy do czynienia z dyskusją o tym, na ile ważna jest konkurencja wewnątrz UE. Jasne jest, że słabość współczesnej Unii bierze się właśnie z uśpienia konkurencji wewnętrznej. Jej brak powoduje brak konkurencyjności na zewnątrz, w zestawieniu z Chinami czy USA. W interesie Polski nie leży ujednolicanie podatków. Nie możemy konkurować w infrastrukturze, nie możemy zaoferować śródziemnomorskiego wybrzeża jako miejsca powstania nowej fabryki, nie mamy ani Ikei ani Nokii. Naszą siłą pozostają niskie podatki i niskie koszty pracy.”

„Zdrowy rozsądek nakazuje wyjść poza modele i odnieść się do praktyki, do stanu integracji, w jakim się znajdujemy. Jest to miks metody wspólnotowej (poprzez wspólne instytucje) oraz miedzypaństwowej. W ramach pierwszej powinniśmy poddać krytyce próby poszerzania zakresu regulacji, szczególnie w zakresie gospodarki i nie zgadzać się na nowe; w odniesieniu do drugiej powinniśmy zabiegać o zachowywanie suwerenności tam, gdzie nie musi być ona oddawana lub preferować model warunkowego zrzekania się jej. Czy jest sens na pytanie odpowiadać „nigdy nie”? Nie ma ku temu powodu, mimo, że nie widać na horyzoncie realnych przesłanek za federacją. Nie ulega jednak kwestii, że dzisiaj trzeba powiedzieć federacji „nie”, a na pewno trzeba tak powiedzieć wyobrażonym Stanom Zjednoczonym Europy, bo to droga ku europejskiej utopii.”

Nie wiem, czy z pozycji poza parlamentarnej opozycji można skutecznie prowadzić słyszalny dyskurs polityczny. Nigdy dotąd się to nie udawało, ale dzisiaj jest internet, aktywna blogosfera, niezależne portale polityczne, więc być może są jakieś szanse. Paradoksalnie, okazją jest też intelektualna impotencja PiS-u, który nie potrafi niczego zaproponować, więc niejako walkowerem oddaje pozycję lidera w tej dyskusji. Debata na temat przyszłości Unii Europejskiej to doskonała okazja dla PJN, by zaistnieć w roli konserwatywnej opozycji, merytorycznego partnera w dyskusji, już nie żadnego PiS-u light, co stanowiło gwóźdź do wyborczej trumny, ale samoistnego bytu politycznego. Wielkim atutem jest doświadczenie Pawła Kowala w resorcie spraw zagranicznych, ale bardzo pożądane byłoby wsparcie jakiegoś ekonomicznego think-tanku. W kontekście tej debaty wyraźnie widać, jak bardzo PJN brakuje w Sejmie. Zwłaszcza, że między przesuwającą się na lewo Platformą (niech mi ktoś wytłumaczy różnicę między dzisiejszą PO a SLD anno domini 2001), a walczącym o miejsce przy ścianie podzielonym PiS-em, robi się coraz więcej miejsca.

poniedziałek, 5 grudnia 2011

ZLew



Od czasu do czasu chodzą słuchy, że Aleksander Kwaśniewski zamierza pomajstrować przy montażu ZLewu, czyli objąć patronatem projekt zjednoczenia lewicy. Zarówno SLD, jak i Ruch Palikota zwisają mi kalafiorem, mogę więc chłodnym okiem przyjrzeć się tej inicjatywie. Z Kwaśniewskim sprawa jest prosta. To taka cyniczna gra na osłabienie groźnego konkurenta SLD, ale co z tego politycznego mezaliansu miałby mieć Janusz Palikot?

Fundamentem sukcesu Palikota jest świeżość, jaką jego ruch wpuścił w zatęchłą atmosferę polskiej sceny politycznej. Radykalne hasła obyczajowe i antyklerykalne, pociągająca młodzież bezkompromisowość, formuła politycznego happeningu czerpiąca pełnymi garściami z dorobku Pomarańczowej Alternatywy, antyestablishmentowość i mit wejścia spoza układu politycznego. Nawet sam Janusz Palikot, jako wieczny kontestator rzeczywistości, jest postrzegany w ten sposób mimo, że odcisnął wyraźne piętno w polityce, często głosząc poglądy sprzeczne z tymi, które dzisiaj wypisane są na sztandarach jego partii. To co może zaoferować SLD, to zneutralizowanie wszystkich wymienionych atutów. Partia z wyraźnym stygmatem na czole, która nigdy nie zdołała pozbyć się piętna formacji komunistycznych aparatczyków. Ugrupowanie przegrane, obciążone błędami sprawowania władzy, skompromitowane aferami, nie wyraziste i bez pomysłu na siebie, które próbuje licytować się na europejskość z Platformą Obywatelską. Ekipa, za którą czają się zmartwychwstałe upiory przeszłości: Dyduch, Janik, Waniek, Oleksy et consortes. Zamiast paktowania, przydałby się tu raczej osinowy kołek. Alians z tą wesołą czeredą to kierunek samobójczy. Doprowadziłby jedynie do zamazania różnic między tymi ugrupowaniami. Znacznie lepszą strategią jest przejęcie niektórych działaczy SLD, ale tutaj też trzeba uważać, żeby dawka nie okazała się zbyt ciężko strawna i nie odbiła się czkawką

Czyżby więc Palikot, z kimś się na łby pozamieniał nie odrzucając tej oferty? Nie sądzę. Kupić, nie kupić pohandlować można. ZLewu się nie sklei, ale przy okazji można będzie przytulić trochę dobrego piaru. Przede wszystkim, udział w okrągłym stole lewicy (warto zwrócić uwagę, że Kwaśniewski i Miller znają się na meblach w tym kształcie jak mało kto) legitymuje Palikota, jako lidera lewicy i męża opatrznościowego tej formacji. A to nie jest takie psińco, bo dzisiaj często kwestionuje się lewicowość sztukmistrza z Lublina, właśnie na lewicy. Po drugie, zawsze dobrze jest okazać szczere chęci, wolę współpracy i otwartość na nowe koncepcje licząc, że w tym kontekście uda się podkreślić własne atuty i obnażyć mizerię dzisiejszego SLD. Po trzecie, zmiana patrona z Jerzego Urbana na Aleksandra Kwaśniewskiego ma jednak spory walor natury estetycznej. No i w końcu ewentualna, luźna koalicja w opozycji niewiele kosztuje, a zawsze może się przydać do szachowania Donalda Tuska.

Tyle powodów politycznych. Nie wiem, ile naszym lewicowym ascetom zostało nieruchomości, gotowizny na prawych i lewych kontach, czy innego majątku, więc analizę pod tym kątem pozostawiam osobom lepiej poinformowanym.

sobota, 3 grudnia 2011

Federacja albo śmierć?



Kiedyś wyszydzano Jana Rokitę za hasło „Nicea albo śmierć!”, rzucone z trybuny sejmowej, w proteście przeciw niekorzystnym dla Polski, planom zmiany zasad głosowania w Radzie Europy. Teraz bez żenady robi się ludziom wodę z mózgu bardzo podobną retoryką. Federacja albo śmierć! zdają się krzyczeć Angela Merkel i Nikola Sarkozi. Federacja albo śmierć! wtóruje im Donald Tusk!

Ni z tego ni z owego, okazuje się, że projekt Unii Europejskiej, do niedawna uważany za genialny (każdy kto twierdził inaczej nazywany był oszołomem), można bardzo łatwo zepsuć. Europejscy politycy okazali się ignorantami ekonomicznymi. Realizując swoje cele polityczne, z rozmysłem łamali kryteria konwergencji ustalone w traktacie z Maastricht, dla krajów uczestniczących w unii walutowej. Jednym z nich było ograniczenie do 60% PKB, limitu długu publicznego. Tymczasem, w przypadku 8 na 13 krajów, tworzących obecnie strefę euro pogodzono się z długiem przekraczającym tą granicę. Unijni biurokraci nie ogarnęli tego problemu. Teraz tłumaczy się nam, że remedium na kryzys jest przekazanie im jeszcze większej władzy, po to by mogli zadbać o nasz interes lepiej niż my sami. Co ciekawe, pod hasłem polityki fiskalnej, oprócz daleko idących uprawnień do grzebania w podatkach i budżetach państw członkowskich, sprzedaje się od dawna obowiązujące kryteria  z Maastricht jako nowy pomysł utrzymywania dyscypliny budżetowej. Wmawia się nam, że upadek strefy euro to upadek Europy. To nieprawda. Unia walutowa, nie jest elementem bezwzględnie koniecznym dla istnienia wspólnoty europejskiej. Co więcej, geneza trwającego kryzysu wskazuje, że wspólna waluta może być niebezpieczna. Robert Gwiazdowski, ekspert z Centrum im. Adama Smitha, powołując się na pogląd Josepha Stiglitza, laureata nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii uważa, że unia walutowa pomiędzy państwami o różnym stopniu rozwoju nie ma racji bytu, ponieważ uniemożliwia prowadzenie polityki stóp procentowych przez krajowe banki centralne, a taka polityka jest ważnym instrumentem wpływu na konkurencyjność gospodarki krajowej. W 2009 roku polskie przedsiębiorstwa obroniły się przed kryzysem właśnie dzięki dewaluacji złotego wobec euro, co uczyniło polski eksport opłacalnym. Oto tajemnica zielonej wyspy Donalda Tuska. Strefa euro i tak pewnie upadnie, to tylko kwestia czasu. Drukowanie pieniędzy przez Europejski Bank Centralny kryzysu nie uleczy. Skutki upadku będą opłakane, ale Polska, która nie jest członkiem unii walutowej i tak jest w lepszej sytuacji. Nie ma powodu żebyśmy mieli grać pierwsze skrzypce w tej batalii, pchając się na pokład tonącego statku. Profesor Milton Friedman, laureat nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii, jeden z twórców monetaryzmu i orędownik idei wolnego rynku, w dniu wdrożenia waluty euro, w 2000 roku powiedział: „Z euro jest jak z socjalizmem. To piękna idea, która nie sprawdzi się w praktyce. Daję unii walutowej szanse na kolejne 10 lat. Potem kryzys i rozpad strefy Euro.” Wygląda na to, że się nie pomylił.

Ale hipokryzja polityków polega też na czym innym. Proponowane pogłębienie integracji, nie może być narzędziem waliki z trwającym kryzysem. To są rozwiązania systemowe, wymagające zmiany traktatów co jest procesem długotrwałym, więc choćby tylko z tego powodu nie uratują rozpadającej się strefy euro. Wszystko to nie przeszkadza jednak partii rządzącej w tworzeniu atmosfery braku alternatywy dla koncepcji federacji przedstawionej przez Radosława Sikorskiego. W licytacji, w eurofanatyzmie, przekraczając granice głupoty bierze udział SLD. Leszek Miller przebija stawkę,domagając się od rządu konkretnego planu wejścia Polski do strefy euro. Tak absurdalny postulat, wobec aktualnej sytuacji strefy euro, trudno nawet komentować. Pozostaje wierzyć, że minister Rostowski wytrwa przy swojej opinii na ten temat, którą wygłosił kilka dni temu: „Polska obecnie nie może myśleć o wejściu do strefy euro w jej obecnym kształcie, może to zrobić wtedy, kiedybędzie to bezpieczne dla polskiej gospodarki”.

W kontekście debaty na temat przyszłości Unii Europejskiej wyraźnie widać jak bardzo brakuje w Sejmie rozsądnej, konserwatywnej opozycji. Układ sił jest skrajnie niekorzystny. Z jednej strony federaliści, gotowi poprzeć najdalej idące projekty ograniczenia suwerenności władzy państwowej, z drugiej PiS organizujący marsze protestacyjne, z okrzykami o Trybunale Stanu i zdradzie, nie potrafiący zaproponować żadnego alternatywnego pomysłu. W takiej sytuacji, wybór między federacją a inną koncepcją, dla opinii publicznej będzie oznaczał wybór między PO i PiS, a to jest fałszywa alternatywa. Największym sprzymierzeńcem Donalda Tuska w walce o przyszłość Polski w UE jest Jarosław Kaczyński.

środa, 30 listopada 2011

Kto był naprzeciwko?



„(…)jest coś patologicznego w jego osobowości. Jest jakby zawsze na granicy równowagi psychicznej. Miewa takie dziwne humory, tendencje do zapadania się w sobie. To widać nawet w mimice. To wszystko sprawia, że tak naprawdę, gdy się na niego patrzy, nie ma się pewności, kto jest naprzeciwko.”

To opinia Janusza Palikota, na temat bohatera wczorajszego dnia. Trudno byłoby odmówić autorowi celności spostrzeżeń.


Minister Sikorski nie po raz pierwszy udowodnił, że szef dyplomacji może nie mieć nic wspólnego z praktykowaniem zasad dyplomacji. W trosce o podbudowanie wybujałego ego, zadbał o PR własnej osoby kosztem interesów Polski i przy okazji zagrał na nosie Jarosławowi Kaczyńskiemu. Kiedy komentowałem expose Donalda Tuska i debatę wokół wystąpienia premiera, domagałem się rozpoczęcia dyskusji na temat strategii dalszej integracji z Unią Europejską. W końcu sporo ostatnio się zmieniło w samej UE, więc warto byłoby wiedzieć czego w tej sprawie chcemy. No to się dowiedziałem. Pan minister, o najpoważniejszych zmianach ustrojowych, określających granice suwerenności państwowej, zdecydował się poinformować europejską opinię publiczną, na forum niemieckiego think tanku, bez wcześniejszych konsultacji w kraju. Ba, trudno nawet powiedzieć czy to jego autorska koncepcja, czy stanowisko rządu a może prezydenta, choć jest przecież jasne, że zostało odebrane jako oficjalne wystąpienie. Szkoda, że nie zauważył, iż obsadził się w roli leninowskiego pożytecznego idioty, który zadowolony z siebie wybiega przed orkiestrę, przelicytowując innych europejskich przywódców gotowością do daleko idących ograniczeń suwerenności własnego państwa. Nie mając do tego żadnego mandatu. Jeżeli, jak tłumaczy Sikorski, jego głównym celem było wezwanie Niemiec do działania, w sprawie strefy euro, to nadanie wystąpieniu charakteru deklaracji politycznej było wysoce niefortunne.

Sikorski musiał zdawać sobie sprawę, że tak oryginalne przemówienie wywoła burzę w Polsce. Prowokowanie opozycji niewiele jednak kosztuje. Jarosław Kaczyński, który z uporem maniaka trzyma się nieskutecznej, agresywnej, opartej na pomówieniach metody uprawiania polityki dawno już pozwolił zapędzić się do narożnika. Niezależnie od tego co powie, czy będzie to mądre czy głupie, nie jest traktowany poważnie. Cóż, jeżeli ktoś bez powodu wciąż wszczyna alarm, to kiedy naprawdę dzieje się coś złego, nikt nie będzie go słuchał. Tak jest właśnie tym razem. Prezes PiS, ale też PiS-owscy schizmatycy wytoczyli najcięższe działa, prześcigając się w pomysłach ukarania ministra. Żądają odwołania ze stanowiska, trybunału stanu, jest mowa o zdradzie, pojawia się retoryka powstańców warszawskich i IV Rzeszy. W ustach polityków uważanych za skrajnych germanofobów działa to jak płachta na byka. Mszczą się te wszystkie ataki na Angele Merkel, niemieckojęzyczne media i samych Niemców. Zamiast o meritum, dyskusja toczy się wokół histerycznej reakcji tak zwanej prawicy. Szkoda. Tym razem Radosław Sikorski naprawdę się podłożył. Chłodna, kompetentna, merytoryczna opozycja potrafiłaby to wykorzystać. A tak mamy wymachiwanie szabelką. W odbiorze medialnym, granica między tym co słusznie i nie słuszne przebiega po linii partyjnej, a nie w oparciu o zdrowy rozsądek. Stygmat jest prosty, przeciw Sikorskiemu są tylko zacofane, chore z nienawiści ciemniaki. Nikogo nawet nie oburza arogancja Pawła Olszewskiego z PO, który twierdzi, że „uwłaczającym byłoby dla polskiego parlamentaryzmu, gdyby trzeba było zwoływać posiedzenie w sprawach fobii i frustracji lidera opozycji”. No faktycznie, występowanie ministra przed organem o kompetencjach sejmiku wojewódzkiego z perspektywą dalszego ograniczenia tych kompetencji wydaje się bezsensowne.

Czas wreszcie wspiąć się ponad uprzedzenia partyjne. Potrzebna jest uczciwa dyskusja o przyszłości Unii Europejskiej i Polski w Unii. Sam mam tu bardzo wiele wątpliwość. Niech ścierają się federacyjne projekty Sikorskiego z koncepcją Europy ojczyzn, która jest mi bliska. Ale przede wszystkim należy zacząć rozmawiać językiem zrozumiałym dla zwykłych ludzi. Dzisiaj, za pomocą gładkich słówek politycy zamazują rzeczywisty obraz. Federacja, konfederacja, Rada Europy, Komisja Europejska, strefa euro, Traktat lizboński. Ilu Polaków coś z te go rozumie? Czy głosując za akcesją lud wiedział co owa akcesja oznacza? Czy miał świadomość z czym wiąże się ratyfikacja Traktatu lizbońskiego? Ile osób zdaje sobie sprawę, że już dziś 60% aktów prawnych obowiązujących w Polsce, stanowionych jest w Parlamencie Europejskim, a nie w polskim Sejmie? Że w przypadku realizacji koncepcji Sikorskiego można byłoby mówić ledwie o autonomii w kilku sprawach: edukacji, moralności (to też mydlenie oczu bo jest przecież Karta Praw Podstawowych), podatków dochodowych? Jak ognia unika się mówienia o skutkach integracji w kontekście suwerenności Polski. To dopiero w praniu lud dowiaduje się, że w związku z przynależnością do unijnych struktur, nie do nas należą decyzje w wielu obszarach, jak choćby ostatnio w przypadku przywrócenia kary śmierci. Kiedy lud wydaje pomruki niezadowolenia wmawia się mu, że na wszystko wyraził już zgodę w traktacie akcesyjnym, że nie ma innej drogi, że jak powiedziało się A, trzeba powiedzieć B etc. I tak od rzemyczka do koniczka.

niedziela, 27 listopada 2011

Na marginesie dyskusji o kaesie



W mediach trwa kolejna jałowa dyskusja, tym razem na temat kary śmierci. Jarosław Kaczyński najwyraźniej pozazdrościł sławy rycerza przegranej sprawy Januszowi Palikotowi i sam wstąpił na ścieżkę, którą ten kroczy od dnia wyborów. Mieliśmy dyskusję o krzyżu i legalizacji trawki, czemu więc nie pogadać o karze śmierci. Przed sobą mamy jeszcze kilka frontów, które można otworzyć: aborcja, in vitro, prawa mniejszości seksualnych więc na razie pewnie nie będziemy się nudzić, choć tutaj liczyłbym raczej na Ruch Palikota, albo na SLD, które być może zechce włączyć się do zabawy. Zamierzałem powstrzymać się od komentowania tej sprawy, ale kilka wątków pobocznych, nie dotyczących samego meritum sprawiło, że zmieniłem zdanie.

Oręż bratobójczej walki

Intencje są tutaj jasne. Tym razem kara śmierci występuje jako oręż w walce ze schizmą w PiS, a dokładnie manewr uprzedzający spodziewany cios konkurentów. Jarosław Kaczyński słusznie założył, że Zbigniew Ziobro, który zbudował swoją pozycję w PiS w oparciu o wizerunek twardego szeryfa i postulaty zaostrzenia kodeksu karnego (równie skutecznie, jak wcześniej Lech Kaczyński) będzie chciał nawiązać do tej retoryki na nowej drodze życia. Uprzedzający cios osłabi siłę argumentów Ziobry, gdyby ten zdecydował się z nich skorzystać.

Nie da się

Głos w sprawie kary śmierci zabrali prawni eksperci i autorytatywnie oświadczyli, że nie ma możliwość prawnych przywrócenia kary śmierci, ponieważ Polska ratyfikowała Europejską Konwencję Praw Człowieka oraz Traktat Lizboński. Wypowiedzenie tych traktatów wiązałoby się w wyjściem z UE a raczej nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie podejmował tak daleko idących kroków z powodu kary śmierci. Ale przy tej okazji nasuwa się pewna refleksja. Okazuje się, że Janusz Korwin Mikke nie mylił się wiele twierdząc, że po ratyfikacji traktatu lizbońskiego, kompetencje polskiego sejmu sprowadzają go do roli sejmiku wojewódzkiego.

Puszczanie bąków

W niniejszym wpisie nie chcę wchodzić w meritum dyskusji na temat „kary śmierci”, poprzestanę więc na krótkiej deklaracji swojego stanowiska. Należę do zwolenników kary śmierci, która mogłaby być orzekana w szczególnie drastycznych, nie budzących wątpliwości sytuacjach. Rozumiem jednak argumenty przeciwników KS-u i choć uważam, że opierają się na fałszywych przesłankach jest to sprawa, o której powinniśmy  dyskutować. Wydawało mi się, że to dość racjonalne, koncyliacyjne stanowisko.

Nic bardziej błędnego. We wczorajszym programie „Babilon” głos w tej sprawie zabrała profesor Magdalena Środa. Muszę przyznać, że ta pani z niebywałym talentem podnosi mi ciśnienie tętnicze. Ilekroć raczy otworzyć buzię, nóż spoczywający dotąd w bezpiecznym miejscu, w tajemniczy sposób odnajduję w swojej kieszeni. Otóż pani profesor uważa, że nie może być żadnej dyskusji na temat kary śmierci bo to haniebny relikt barbarzyństwa. Jesteśmy już podobno na tak dalece zaawansowanym etapie rozwoju cywilizacji, na którym takich spraw po prostu nie da się dyskutować. Jednocześnie dała do zrozumienia, że wszelkie rozważania na ten temat, to takie samo faux pas jak puszczenie bąka w eleganckim towarzystwie. Ze smutkiem zauważam, że opinie niektórych blogerów, których szanuję, są bardzo podobne. Zawsze z dużą nieufnością podchodzę do płomiennych tyrad, pełnych frazesów o równości, otwartości i tolerancji, pod którymi kryją się zwykle niezmierzone pokłady hipokryzji. Jak widać tolerancja, kończy się tam gdzie światopogląd jej wyznawców.

piątek, 25 listopada 2011

Święte krowy



Kiedy 11 listopada patrzyłem na podpalony wóz techniczny TVN-u, z miejsca zdałem sobie sprawę, że dopiero ten płomień rozgrzeje dyskusję wokół ulicznego bandytyzmu. Pobicie dziennikarza Polsatu, po niedzielnej demonstracji w Poznaniu dolało tylko oliwy do ognia. Różne rzeczy uchodzą u nas na sucho, ale nie zadzieranie z mediami. Tak było kiedy pojawił się pomysł lustracji dziennikarzy, a także wtedy gdy ujawniono podejrzenia w sprawie inwigilacji kilku przedstawicieli mediów. Takie sprawy natychmiast zyskują wysoki priorytet. Teraz też już podjęto inicjatywę, dotyczącą zmiany w ustawie o bezpieczeństwie imprez masowych, w myśl której dziennikarz byłby chroniony w taki sam sposób jak policjant na służbie. Agresję wobec przedstawicieli mediów należy bezwzględnie potępić (podobnie jak przemoc kierowaną do wszystkich innych ludzi i środowisk), ale nie może być tak, żeby w debacie toczonej na ten temat, dziennikarze usadowieni w wygodnych fotelach recenzentów, zajmowali się wyłącznie wskazywaniem drzazgi u innych, nie widząc belki we własnym oku.

Prawdą jest, że agresją zioną politycy rzucając się sobie do gardeł przy każdej nadarzającej się okazji. Jest faktem, że przed wyborami, dla doraźnych korzyści politycznych, Jarosław Kaczyński otworzył puszkę Pandory legitymizując kiboli jako środowisko patriotyczne. Chciał ich instrumentalnie wykorzystać i porzucić, ale oni poczuli się pełnoprawnym bytem politycznym i dziś są jak wstydliwa kochanka z przeszłości, która wszczyna pijackie burdy w najmniej odpowiednich momentach. Ale bez wątpienia agresję prowokują też niektóre środowiska medialne. Z jednej strony media ojca Rydzyka głosząc ksenofobiczny katolicyzm, z drugiej Gazeta Wyborcza i Krytyka Polityczna organizując blokadę legalnej demonstracji, zapraszając zadymiarzy z zagranicy, tworząc atmosferę zbrojnej konfrontacji i lekką ręką przyklejając łatkę faszystów swoim oponentom politycznym. Inne media też nie są święte.

Największy wpływ na kształtowanie ocen i modelowanie postaw mają media elektroniczne. Bożkiem, medialnych decydentów są dziś wskaźniki oglądalności i to one ich zdaniem rozgrzeszają miałkość przekazu i odpowiadają za stabloidyzowaną wizję rzeczywistości. W myśl tej zasady, newsem godnym zainteresowania jest przede wszystkim mord, gwałt, mordobicie, strzelanina, stek inwektyw rzucany z mównicy sejmowej etc. Dokładnie według tej recepty relacjonowano obchody Święta Niepodległości. Do dziś trwa dyskusja o marszu, którego - gdyby chcieć opierać się na przekazie mainstreamowych mediów - w ogóle nie było. Tylko kibole naparzali się płytami chodnikowymi na placu Konstytucji i palili samochody na placu Na Rozdrożu. Dziesięciu tysięcy ludzi, którzy w spokojnym pochodzie przeszli pół miasta już dziennikarze nie zauważyli. Czy taki sposób prezentowania rzeczywistości jest uczciwą relacją czy może jednak napędza spiralę agresji? W ten sposób tworzy się przecież błędne koło. Nierzetelny przekaz formuje rzeczywistość zamiast ją relacjonować. Politycy, ale też bandy kiboli, chcąc zaistnieć dopasowują swoje zachowanie do oczekiwań mediów, a to tylko potęguje agresję. Potem Jarosław Kaczyński, z pianą na ustach, próbuje się odegrać mówiąc o polskojęzycznych mediach, co jeszcze bardziej nakręca krytykę dziennikarzy i polityków. I tak w kółko, aż do momentu, w którym wszystkich połączy narodowe nieszczęście, takie jak śmierć polskiego papieża albo katastrofa smoleńska. Wtedy na chwilę milkną inwektywy i pojawia się przesłanie miłości, szacunku i zrozumienia. Kiedy pierwsza trauma mija, podziały okazują się głębsze niż były a błędne koło toczy się dalej.

Media są czwartą władzą, a dziennikarze niczym święte krowy, upojeni fetyszem własnej potęgi są tak samo aroganccy jak przedstawiciele wszystkich trzech jej pozostałych organów. Nawet ci, których szanuję, nie są w stanie przyjąć krytyki postępowania własnego, ani swoich kolegów. Nie jeden raz trafiał mnie szlag, kiedy arogancko, ex cathedra, Grzegorz Miecugow odpowiadał na zarzuty telewidzów w „Szkle kontaktowym”, nawet  wtedy, gdy krytyka była chłodną, merytoryczną oceną. Przewaga redaktora jest tu oczywista, można powiedzieć „nie sportowa”. Wiadomo, że do niego będzie należało ostatnie słowo i puenta. Niestety w Polsce wciąż funkcjonuje mit rzetelnego, obiektywnego dziennikarstwa. I prawie każdy dziennikarz uważa, że to on jest tym obiektywnym i rzetelnym. To bzdura, widać przecież gołym okiem, kto do której partii „się zapisał”. Ale ja nie jestem aż tak wymagający. Rzetelność rzeczywiście by się przydała, ale obiektywizm bym dziennikarzom odpuścił. Mają prawo mieć własne poglądy i trudno oczekiwać, żeby pracowali wbrew sobie. Tylko darujmy sobie wreszcie tą hipokryzję.