środa, 30 listopada 2011

Kto był naprzeciwko?



„(…)jest coś patologicznego w jego osobowości. Jest jakby zawsze na granicy równowagi psychicznej. Miewa takie dziwne humory, tendencje do zapadania się w sobie. To widać nawet w mimice. To wszystko sprawia, że tak naprawdę, gdy się na niego patrzy, nie ma się pewności, kto jest naprzeciwko.”

To opinia Janusza Palikota, na temat bohatera wczorajszego dnia. Trudno byłoby odmówić autorowi celności spostrzeżeń.


Minister Sikorski nie po raz pierwszy udowodnił, że szef dyplomacji może nie mieć nic wspólnego z praktykowaniem zasad dyplomacji. W trosce o podbudowanie wybujałego ego, zadbał o PR własnej osoby kosztem interesów Polski i przy okazji zagrał na nosie Jarosławowi Kaczyńskiemu. Kiedy komentowałem expose Donalda Tuska i debatę wokół wystąpienia premiera, domagałem się rozpoczęcia dyskusji na temat strategii dalszej integracji z Unią Europejską. W końcu sporo ostatnio się zmieniło w samej UE, więc warto byłoby wiedzieć czego w tej sprawie chcemy. No to się dowiedziałem. Pan minister, o najpoważniejszych zmianach ustrojowych, określających granice suwerenności państwowej, zdecydował się poinformować europejską opinię publiczną, na forum niemieckiego think tanku, bez wcześniejszych konsultacji w kraju. Ba, trudno nawet powiedzieć czy to jego autorska koncepcja, czy stanowisko rządu a może prezydenta, choć jest przecież jasne, że zostało odebrane jako oficjalne wystąpienie. Szkoda, że nie zauważył, iż obsadził się w roli leninowskiego pożytecznego idioty, który zadowolony z siebie wybiega przed orkiestrę, przelicytowując innych europejskich przywódców gotowością do daleko idących ograniczeń suwerenności własnego państwa. Nie mając do tego żadnego mandatu. Jeżeli, jak tłumaczy Sikorski, jego głównym celem było wezwanie Niemiec do działania, w sprawie strefy euro, to nadanie wystąpieniu charakteru deklaracji politycznej było wysoce niefortunne.

Sikorski musiał zdawać sobie sprawę, że tak oryginalne przemówienie wywoła burzę w Polsce. Prowokowanie opozycji niewiele jednak kosztuje. Jarosław Kaczyński, który z uporem maniaka trzyma się nieskutecznej, agresywnej, opartej na pomówieniach metody uprawiania polityki dawno już pozwolił zapędzić się do narożnika. Niezależnie od tego co powie, czy będzie to mądre czy głupie, nie jest traktowany poważnie. Cóż, jeżeli ktoś bez powodu wciąż wszczyna alarm, to kiedy naprawdę dzieje się coś złego, nikt nie będzie go słuchał. Tak jest właśnie tym razem. Prezes PiS, ale też PiS-owscy schizmatycy wytoczyli najcięższe działa, prześcigając się w pomysłach ukarania ministra. Żądają odwołania ze stanowiska, trybunału stanu, jest mowa o zdradzie, pojawia się retoryka powstańców warszawskich i IV Rzeszy. W ustach polityków uważanych za skrajnych germanofobów działa to jak płachta na byka. Mszczą się te wszystkie ataki na Angele Merkel, niemieckojęzyczne media i samych Niemców. Zamiast o meritum, dyskusja toczy się wokół histerycznej reakcji tak zwanej prawicy. Szkoda. Tym razem Radosław Sikorski naprawdę się podłożył. Chłodna, kompetentna, merytoryczna opozycja potrafiłaby to wykorzystać. A tak mamy wymachiwanie szabelką. W odbiorze medialnym, granica między tym co słusznie i nie słuszne przebiega po linii partyjnej, a nie w oparciu o zdrowy rozsądek. Stygmat jest prosty, przeciw Sikorskiemu są tylko zacofane, chore z nienawiści ciemniaki. Nikogo nawet nie oburza arogancja Pawła Olszewskiego z PO, który twierdzi, że „uwłaczającym byłoby dla polskiego parlamentaryzmu, gdyby trzeba było zwoływać posiedzenie w sprawach fobii i frustracji lidera opozycji”. No faktycznie, występowanie ministra przed organem o kompetencjach sejmiku wojewódzkiego z perspektywą dalszego ograniczenia tych kompetencji wydaje się bezsensowne.

Czas wreszcie wspiąć się ponad uprzedzenia partyjne. Potrzebna jest uczciwa dyskusja o przyszłości Unii Europejskiej i Polski w Unii. Sam mam tu bardzo wiele wątpliwość. Niech ścierają się federacyjne projekty Sikorskiego z koncepcją Europy ojczyzn, która jest mi bliska. Ale przede wszystkim należy zacząć rozmawiać językiem zrozumiałym dla zwykłych ludzi. Dzisiaj, za pomocą gładkich słówek politycy zamazują rzeczywisty obraz. Federacja, konfederacja, Rada Europy, Komisja Europejska, strefa euro, Traktat lizboński. Ilu Polaków coś z te go rozumie? Czy głosując za akcesją lud wiedział co owa akcesja oznacza? Czy miał świadomość z czym wiąże się ratyfikacja Traktatu lizbońskiego? Ile osób zdaje sobie sprawę, że już dziś 60% aktów prawnych obowiązujących w Polsce, stanowionych jest w Parlamencie Europejskim, a nie w polskim Sejmie? Że w przypadku realizacji koncepcji Sikorskiego można byłoby mówić ledwie o autonomii w kilku sprawach: edukacji, moralności (to też mydlenie oczu bo jest przecież Karta Praw Podstawowych), podatków dochodowych? Jak ognia unika się mówienia o skutkach integracji w kontekście suwerenności Polski. To dopiero w praniu lud dowiaduje się, że w związku z przynależnością do unijnych struktur, nie do nas należą decyzje w wielu obszarach, jak choćby ostatnio w przypadku przywrócenia kary śmierci. Kiedy lud wydaje pomruki niezadowolenia wmawia się mu, że na wszystko wyraził już zgodę w traktacie akcesyjnym, że nie ma innej drogi, że jak powiedziało się A, trzeba powiedzieć B etc. I tak od rzemyczka do koniczka.

niedziela, 27 listopada 2011

Na marginesie dyskusji o kaesie



W mediach trwa kolejna jałowa dyskusja, tym razem na temat kary śmierci. Jarosław Kaczyński najwyraźniej pozazdrościł sławy rycerza przegranej sprawy Januszowi Palikotowi i sam wstąpił na ścieżkę, którą ten kroczy od dnia wyborów. Mieliśmy dyskusję o krzyżu i legalizacji trawki, czemu więc nie pogadać o karze śmierci. Przed sobą mamy jeszcze kilka frontów, które można otworzyć: aborcja, in vitro, prawa mniejszości seksualnych więc na razie pewnie nie będziemy się nudzić, choć tutaj liczyłbym raczej na Ruch Palikota, albo na SLD, które być może zechce włączyć się do zabawy. Zamierzałem powstrzymać się od komentowania tej sprawy, ale kilka wątków pobocznych, nie dotyczących samego meritum sprawiło, że zmieniłem zdanie.

Oręż bratobójczej walki

Intencje są tutaj jasne. Tym razem kara śmierci występuje jako oręż w walce ze schizmą w PiS, a dokładnie manewr uprzedzający spodziewany cios konkurentów. Jarosław Kaczyński słusznie założył, że Zbigniew Ziobro, który zbudował swoją pozycję w PiS w oparciu o wizerunek twardego szeryfa i postulaty zaostrzenia kodeksu karnego (równie skutecznie, jak wcześniej Lech Kaczyński) będzie chciał nawiązać do tej retoryki na nowej drodze życia. Uprzedzający cios osłabi siłę argumentów Ziobry, gdyby ten zdecydował się z nich skorzystać.

Nie da się

Głos w sprawie kary śmierci zabrali prawni eksperci i autorytatywnie oświadczyli, że nie ma możliwość prawnych przywrócenia kary śmierci, ponieważ Polska ratyfikowała Europejską Konwencję Praw Człowieka oraz Traktat Lizboński. Wypowiedzenie tych traktatów wiązałoby się w wyjściem z UE a raczej nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie podejmował tak daleko idących kroków z powodu kary śmierci. Ale przy tej okazji nasuwa się pewna refleksja. Okazuje się, że Janusz Korwin Mikke nie mylił się wiele twierdząc, że po ratyfikacji traktatu lizbońskiego, kompetencje polskiego sejmu sprowadzają go do roli sejmiku wojewódzkiego.

Puszczanie bąków

W niniejszym wpisie nie chcę wchodzić w meritum dyskusji na temat „kary śmierci”, poprzestanę więc na krótkiej deklaracji swojego stanowiska. Należę do zwolenników kary śmierci, która mogłaby być orzekana w szczególnie drastycznych, nie budzących wątpliwości sytuacjach. Rozumiem jednak argumenty przeciwników KS-u i choć uważam, że opierają się na fałszywych przesłankach jest to sprawa, o której powinniśmy  dyskutować. Wydawało mi się, że to dość racjonalne, koncyliacyjne stanowisko.

Nic bardziej błędnego. We wczorajszym programie „Babilon” głos w tej sprawie zabrała profesor Magdalena Środa. Muszę przyznać, że ta pani z niebywałym talentem podnosi mi ciśnienie tętnicze. Ilekroć raczy otworzyć buzię, nóż spoczywający dotąd w bezpiecznym miejscu, w tajemniczy sposób odnajduję w swojej kieszeni. Otóż pani profesor uważa, że nie może być żadnej dyskusji na temat kary śmierci bo to haniebny relikt barbarzyństwa. Jesteśmy już podobno na tak dalece zaawansowanym etapie rozwoju cywilizacji, na którym takich spraw po prostu nie da się dyskutować. Jednocześnie dała do zrozumienia, że wszelkie rozważania na ten temat, to takie samo faux pas jak puszczenie bąka w eleganckim towarzystwie. Ze smutkiem zauważam, że opinie niektórych blogerów, których szanuję, są bardzo podobne. Zawsze z dużą nieufnością podchodzę do płomiennych tyrad, pełnych frazesów o równości, otwartości i tolerancji, pod którymi kryją się zwykle niezmierzone pokłady hipokryzji. Jak widać tolerancja, kończy się tam gdzie światopogląd jej wyznawców.

piątek, 25 listopada 2011

Święte krowy



Kiedy 11 listopada patrzyłem na podpalony wóz techniczny TVN-u, z miejsca zdałem sobie sprawę, że dopiero ten płomień rozgrzeje dyskusję wokół ulicznego bandytyzmu. Pobicie dziennikarza Polsatu, po niedzielnej demonstracji w Poznaniu dolało tylko oliwy do ognia. Różne rzeczy uchodzą u nas na sucho, ale nie zadzieranie z mediami. Tak było kiedy pojawił się pomysł lustracji dziennikarzy, a także wtedy gdy ujawniono podejrzenia w sprawie inwigilacji kilku przedstawicieli mediów. Takie sprawy natychmiast zyskują wysoki priorytet. Teraz też już podjęto inicjatywę, dotyczącą zmiany w ustawie o bezpieczeństwie imprez masowych, w myśl której dziennikarz byłby chroniony w taki sam sposób jak policjant na służbie. Agresję wobec przedstawicieli mediów należy bezwzględnie potępić (podobnie jak przemoc kierowaną do wszystkich innych ludzi i środowisk), ale nie może być tak, żeby w debacie toczonej na ten temat, dziennikarze usadowieni w wygodnych fotelach recenzentów, zajmowali się wyłącznie wskazywaniem drzazgi u innych, nie widząc belki we własnym oku.

Prawdą jest, że agresją zioną politycy rzucając się sobie do gardeł przy każdej nadarzającej się okazji. Jest faktem, że przed wyborami, dla doraźnych korzyści politycznych, Jarosław Kaczyński otworzył puszkę Pandory legitymizując kiboli jako środowisko patriotyczne. Chciał ich instrumentalnie wykorzystać i porzucić, ale oni poczuli się pełnoprawnym bytem politycznym i dziś są jak wstydliwa kochanka z przeszłości, która wszczyna pijackie burdy w najmniej odpowiednich momentach. Ale bez wątpienia agresję prowokują też niektóre środowiska medialne. Z jednej strony media ojca Rydzyka głosząc ksenofobiczny katolicyzm, z drugiej Gazeta Wyborcza i Krytyka Polityczna organizując blokadę legalnej demonstracji, zapraszając zadymiarzy z zagranicy, tworząc atmosferę zbrojnej konfrontacji i lekką ręką przyklejając łatkę faszystów swoim oponentom politycznym. Inne media też nie są święte.

Największy wpływ na kształtowanie ocen i modelowanie postaw mają media elektroniczne. Bożkiem, medialnych decydentów są dziś wskaźniki oglądalności i to one ich zdaniem rozgrzeszają miałkość przekazu i odpowiadają za stabloidyzowaną wizję rzeczywistości. W myśl tej zasady, newsem godnym zainteresowania jest przede wszystkim mord, gwałt, mordobicie, strzelanina, stek inwektyw rzucany z mównicy sejmowej etc. Dokładnie według tej recepty relacjonowano obchody Święta Niepodległości. Do dziś trwa dyskusja o marszu, którego - gdyby chcieć opierać się na przekazie mainstreamowych mediów - w ogóle nie było. Tylko kibole naparzali się płytami chodnikowymi na placu Konstytucji i palili samochody na placu Na Rozdrożu. Dziesięciu tysięcy ludzi, którzy w spokojnym pochodzie przeszli pół miasta już dziennikarze nie zauważyli. Czy taki sposób prezentowania rzeczywistości jest uczciwą relacją czy może jednak napędza spiralę agresji? W ten sposób tworzy się przecież błędne koło. Nierzetelny przekaz formuje rzeczywistość zamiast ją relacjonować. Politycy, ale też bandy kiboli, chcąc zaistnieć dopasowują swoje zachowanie do oczekiwań mediów, a to tylko potęguje agresję. Potem Jarosław Kaczyński, z pianą na ustach, próbuje się odegrać mówiąc o polskojęzycznych mediach, co jeszcze bardziej nakręca krytykę dziennikarzy i polityków. I tak w kółko, aż do momentu, w którym wszystkich połączy narodowe nieszczęście, takie jak śmierć polskiego papieża albo katastrofa smoleńska. Wtedy na chwilę milkną inwektywy i pojawia się przesłanie miłości, szacunku i zrozumienia. Kiedy pierwsza trauma mija, podziały okazują się głębsze niż były a błędne koło toczy się dalej.

Media są czwartą władzą, a dziennikarze niczym święte krowy, upojeni fetyszem własnej potęgi są tak samo aroganccy jak przedstawiciele wszystkich trzech jej pozostałych organów. Nawet ci, których szanuję, nie są w stanie przyjąć krytyki postępowania własnego, ani swoich kolegów. Nie jeden raz trafiał mnie szlag, kiedy arogancko, ex cathedra, Grzegorz Miecugow odpowiadał na zarzuty telewidzów w „Szkle kontaktowym”, nawet  wtedy, gdy krytyka była chłodną, merytoryczną oceną. Przewaga redaktora jest tu oczywista, można powiedzieć „nie sportowa”. Wiadomo, że do niego będzie należało ostatnie słowo i puenta. Niestety w Polsce wciąż funkcjonuje mit rzetelnego, obiektywnego dziennikarstwa. I prawie każdy dziennikarz uważa, że to on jest tym obiektywnym i rzetelnym. To bzdura, widać przecież gołym okiem, kto do której partii „się zapisał”. Ale ja nie jestem aż tak wymagający. Rzetelność rzeczywiście by się przydała, ale obiektywizm bym dziennikarzom odpuścił. Mają prawo mieć własne poglądy i trudno oczekiwać, żeby pracowali wbrew sobie. Tylko darujmy sobie wreszcie tą hipokryzję.

wtorek, 22 listopada 2011

KGHM czyli nie bądźmy Peweksami!


Kadr z filmu, Stanisława Barei „Miś”.

KGHM to taki twór, w którym jak w soczewce skupiają się wszelkie plagi kapitalizmu państwowego. Olbrzymia spółka, nominalnie od dawna sprywatyzowana, notowana na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie, w której skarb państwa posiada już tylko niespełna 32%-owy pakiet akcji, wciąż jest łupem politycznym rządzących (podobnie jak PKN Orlen). Jest to jednocześnie spektakularny przykład firmy, którą jak rak toczą związki zawodowe. W KGHM funkcjonuje 47 organizacji związkowych, związkowcy stanowią 30% składu, 10-osobowej Rady Nadzorczej. Zarządzanie taką organizacją to mordęga. To bezwładny okręt, gdzie interes ekonomiczny spółki i jej akcjonariuszy nie jest głównym kryterium podejmowania decyzji.  Dość powiedzieć, że średnie wynagrodzenie na koniec 2011 roku, przekroczy tu 9 tysięcy zł, a obowiązujący pakiet socjalny zawiera całą litanię świadczeń jakie tylko można sobie wyobrazić.

Notowania giełdowe KGHM zawsze stanowią dość wierne odzwierciedlenie wykresu notowań cen miedzi na światowych giełdach surowców, ponieważ to one decydują wprost o wynikach finansowych spółki. KGHM, to bezlitośnie objuczony muł, który porusza się po mniej więcej tej samej trajektorii co ceny miedzi, tylko z uwagi na ciężar, który dźwiga w dużo niższych rejestrach niż powinien. Teraz premier, w expose, zapowiedział kolejne obciążenie – podatek od kopalin, który dodatkowo zmniejszy zysk spółki, a stanowi on podstawę do wypłaty dywidendy dla akcjonariuszy. Ale przecież głównym akcjonariuszem i beneficjentem i tak jest skarb państwa. Tylko, że jakby to powiedział prezes Ryszard Ochódzki, niezapomniany bohater filmu „Miś”: „Nie mieszajmy myślowo dwóch różnych systemów walutowych. Nie bądźmy Peweksami”. Właśnie! Skarb państwa ma dziś niecałe 32% akcji KGHM, więc wypłacając dywidendę, 68% trzeba wybulić innym akcjonariuszom. Co za karygodna rozrzutność! Podatek od kopalin, nawet jeżeli znacznie zniweluje zysk, to przecież w całości wpłynie do kasy skarbu państwa. Jest deal? A że kosztem innych akcjonariuszy? Taka tam hipokryzja. Dokładnie nie wiadomo, kim są ci inni akcjonariusze (pakiety mniejsze niż 5% nie wymagają ujawnienia), ale to na pewno wredni kapitaliści, a wciąż wszędzie słychać, że kapitalizm się nie sprawdził, więc dobrze im tak. Oburzeni będą zadowoleni, no chyba żeby jakiś oburzony także okazał się drobnym kapitalistą. Jest takie ryzyko, bo papiery KGHM mają pewnie w swoich aktywach TFI, a co gorsza OFE, czyli znowu ucierpią nasze emerytury, emerytury oburzonych również. No ale takie są skutki inwestowania w system, który nie działa.

Nic więc dziwnego, że w dniu expose, kurs giełdowy KGHM poleciał na twarz, o blisko 14%, by wczoraj kontynuować spadki o kolejne 10%. Blisko ¼ wartości spółki, ponad 7 mld zł w dwa dni, to robi wrażenie. Pytania opozycji, czy ktoś mógł na tym skorzystać wywołały falę oburzenia. Prorządowa część blogosfery, też już ustawiła do kąta liderów opozycji, którzy mieli czelność zadać publicznie te pytania. Taka reakcja świadczy o nie rozumieniu mechanizmów funkcjonowania rynku kapitałowego. Inside trading, czyli wykorzystywanie informacji poufnych przy podejmowaniu decyzji inwestycyjnych, należy do najczęściej spotykanych przestępstw giełdowych. Problem w tym, że politycy w tej delikatnej materii poruszają się często jak słonie w składzie porcelany, nie rozumiejąc, że ich wypowiedzi (bardziej nawet niż działania) mogę mieć olbrzymie znaczenie dla rynku transakcji finansowych i kapitałowych. Nie chodzi tu o kierowanie personalnych oskarżeń pod adresem Donalda Tuska, czy też Jana Krzysztofa Bieleckiego. Ale ktoś mógł na tym skorzystać, więc z pewnością zasadne jest pytanie, kto i na ile wcześniej wiedział, że w expose pojawi się zapowiedź wprowadzenia podatku od kopalin? Premier przez cały miesiąc przygotowywał swoje wystąpienie. Biorąc pod uwagę tak długi czas oraz krąg osób, które mogły mieć dostęp do tej informacji należy założyć, że ewentualny przeciek mógł dotrzeć tam, gdzie ktoś postanowił to wykorzystać. Zamiast płonąć świętym oburzeniem, należy to dokładnie sprawdzić. A zarobić można było łatwo. Nie tylko sprzedając wcześniej posiadany pakiet i odkupując go po niższej cenie, ale przede wszystkim poprzez tak zwaną krótką sprzedaż. Mechanizm ten polega na tym, że najpierw dokonuje się sprzedaży pożyczonych papierów wartościowych, by dopiero potem jej odkupić. W tym wypadku, znając news z expose, z gwarancją znacznie niższej ceny. Można było zyskać dużo więcej niż przy ostatniej mega kumulacji w totolotku. W internecie znalazłem tylko mocno nieprecyzyjną informację, że w piątek skala takich transakcji była niewielka. Ok., ale jaka była w czwartek, w środę, we wtorek, jeszcze wcześniej? A samo domknięcie transakcji mogło, ale wcale nie musiało jeszcze nastąpić.

I smaczek na koniec. Na Himalaje serwilizmu wspiął się Herbert Wirth, prezes KGHM, który był łaskaw oświadczyć, że pomysł rządu jest dobry, tylko trzeba się przyjrzeć szczegółom. Jako obywatel pan Wirth może sobie mieć takie zdanie, natomiast jako prezes spółki giełdowej, dla której nowe obciążenie fiskalne musi wpłynąć na pogorszenie wyników finansowych, a dla akcjonariuszy, na zmniejszenie zwrotu z zainwestowanego kapitału, mówiąc to co powiedział zwyczajnie się kompromituje. Pokazuje się jako zwykły urzędas i dyspozycyjny aparatczyk, postawiony na czele wielkiej spółki giełdowej, który nie dość, że nie ma pojęcia o biznesie, to nie jest nawet w stanie dostrzec granicy obciachu.

niedziela, 20 listopada 2011

PiS & LAW



Można już otwarcie powiedzieć, że PiS się sklonował. Oczywiście jako byt instytucjonalny, bo struktura materii składa się tu z innej substancji. Konia z rzędem temu, kto wskaże czym owe polityczne byty się od siebie różnią. Wyborców od tego nie przybędzie, ale być może jest w tym szaleństwie jakaś metoda. Póki co, ten deal niesie ze sobą całkiem sporo korzyści. Dwa kluby w Sejmie, a więc nowe funkcje do obsadzenia, dwa wystąpienia w imieniu klubów, choćby w debacie na temat expose, pewnie jakieś miejscówki w komisjach sejmowych, dwa miejsca na kawie u Rymanowskiego i w innych programach dbających o sejmowy parytet etc.

Żal tylko jednego. Jeszcze kilka tygodni temu, w czasach panowania poprzedniego rządu Donalda Tuska, wykluczeni z PiS mogliby liczyć na wsparcie Bartosza Arłukowicza, ministra bez teki ds. wykluczonych. Ale wredny Tusk, czując pismo nosem, na złość Kurskiemu i Ziobrze zlikwidował to pożyteczne stanowisko. Ech… życie, wykluczonemu zawsze wiatr w oczy.

Tak czy inaczej, śmiało spoglądając w przyszłość, czas na powołanie nowej partii. Jak powiedział wczoraj Zbigniew Ziobro, nie mają jeszcze bidaki ani nazwy, ani logo. Hmm… to ja mam pewną nieśmiałą propozycję, którą jestem w stanie nieodpłatnie odstąpić. Na sprawę należy spojrzeć perspektywicznie. A ponieważ nikt i tak nie wie, co „ziobryści” mają do zaproponowania poza tym, że chcą być lepszym PiS-em, nazwa mogłaby akcentować ten właśnie element. Lepszy Alternatywny Wybór (wobec PiS-u rzecz jasna), w skrócie LAW. Wtedy przyszła koalicja, jeśli kiedykolwiek uda się jej dopchać do władzy, będzie mogła rządzić pod sympatycznym szyldem PiS & LAW;)

sobota, 19 listopada 2011

Mało! – wokół expose



Wczorajsze expose premiera, najkrócej mógłbym skomentować następująco. Znacznie więcej niż mógłbym się spodziewać po Donaldzie Tusku, znacznie mniej niż bym sobie życzył i niestety mniej niż potrzeba.

Gdybym chciał oceniać expose przez pryzmat własnych poglądów ekonomicznych, opartych na szeroko rozumianej wolności gospodarczej, która wymaga istotnego przemodelowania systemu podatkowego, racjonalizacji wydatków państwa i działań aktywizujących przedsiębiorczość, musiałbym je ocenić negatywnie. Ale przecież z góry było wiadomo, że takich zapowiedzi nie można się spodziewać. Odpuszczam więc krytykę z tej perspektywy, ponieważ nie byłaby ona konstruktywna. Warto jednak zauważyć, że Platforma Obywatelska, w 2001 roku powstała w oparciu o takie właśnie założenia. Cóż, upłynęło 10 lat i dzisiaj trudno byłoby znaleźć merytoryczne różnice między PO a SLD z okresu 2001-2003. Oceniając expose przez pryzmat tego, czego można było oczekiwać, oceniam je umiarkowanie pozytywnie. Umiarkowanie, ponieważ zapowiedziano w końcu jakieś reformy, pojawiły się konkretne rozwiązania, ale zabrakło wielu istotnych elementów. Dlatego też, bardzo mnie dziwi entuzjazm wielu ekonomistów (między innymi Ryszarda Petru i Krzysztofa Rybińskiego), których szanuję. Nie potrafię wytłumaczyć tego inaczej jak efektem niskiej bazy. Donald Tusk, brakiem aktywności w sferze reform, w całej poprzedniej kadencji, zawiesił widać poprzeczkę oczekiwań bardzo nisko.  

Ad rem. Podstawowym problemem nie jest to co w expose się znalazło, ale to czego w nim nie ma. W kontekście zagrożenia globalnym kryzysem gospodarczym, to wcale nie jest radykalny program cięć, jak przedstawia to partia rządząca. Wreszcie zapowiedziano reformę emerytalną, o której od dawna wiadomo, że jest bezwzględnie konieczna, ale rozwleczono ją w czasie na zbyt długi okres. Nie jest to działanie, które zmienia sytuację, wobec kryzysu, który zdjął już płaszcz w przedpokoju, założył kapcie i zamierza rozgościć się w naszym domu (copyright by Leszek Miller). Ograniczenie przywilejów, likwidacja ulg, podwyższenie składki rentowej, reforma KRUS, przyniosą efekt szybciej, ale nie uratują finansów publicznych państwa. Wątpię czy wystarczą do zmniejszenia deficytu budżetowego, o którym mówił premier. I tyle konkretów. Zapowiedzi usprawnienia postępowań sądowych, ułatwień związanych z uzyskiwaniem pozwoleń na budowę mają już charakter życzeniowy i można mieć spore wątpliwości, czy i kiedy uda się je wcielić w życie.

Czego zabrakło? Przede wszystkim planu cięć wydatków w obszarze szeroko rozumianej administracji publicznej i elementów stymulujących wzrost gospodarczy. Błyskotliwie wypunktował to Janusz Palikot. Muszę przyznać, że pomijając kwestie światopoglądowe i ukłony w kierunku lewicowego elektoratu, które zawarł w swoim wystąpieniu, w zasadzie mógłbym się podpisać pod tym co powiedział. W programie rządu nie ma ani słowa na temat odbiurokratyzowania życia społecznego i to zarówno w zakresie zmniejszenia kosztów administracji jak i zwiększenia swobody gospodarczej. Nic na temat zmiany absurdalnych przepisów prawnych, uproszczenia przepisów podatkowych, stworzenia przyjaznych warunków funkcjonowania dla przedsiębiorców (min. prawo do błędu) i cięć w sferze administracji rządowej (likwidacja wielu agencji rządowych, likwidacja Senatu, zmniejszenie ilości posłów, połączenie ZUS i KRUS). Co ciekawe, Palikot poruszył też kwestię ochrony polskiego rynku przed transferami zysków dokonywanymi przez zagraniczne koncerny do swoich spółek matek, co pozwala im unikać opodatkowania w Polsce (przede wszystkim chodzi o hipermarkety), o czym dotąd wspominał tylko Jarosław Kaczyński.

Na tle konkretnych wystąpień Donalda Tuska i Janusza Palikota, przemówienia pozostałych partyjnych liderów wypadły znacznie słabiej. Jarosław Kaczyński właściwie nie ustosunkował się do propozycji premiera. Wygłosił za to kontra expose, głęboko przesiąknięte deklaracjami ideowymi i po raz kolejny mogliśmy się przekonać, że wszystkie drogi prowadzą do Smoleńska. Szkoda, bo choć bez wielkiego związku z planami rządu, poruszył kilka istotnych kwestii dotyczących członkostwa w UE.

Najwyższa pora, by rozpocząć dyskusję na temat strategii dalszej integracji Polski z Unią. Widać dziś gołym okiem, że cały szereg założeń związanych z funkcjonowaniem europejskiej wspólnoty nie działa, a hegemonia Niemiec i Francji staje się sprawą oczywistą. Niepokoi brak jakiejkolwiek refleksji w tej sprawie, po stronie partii rządzącej, która bez względu na wszystko dąży do wejścia w strefę euro i pełnej integracji. To już nie jest euro entuzjazm, tylko euro fanatyzm. Drugą sprawą jest przyjęcie pakietu klimatycznego. Totalny absurd, a w sytuacji kryzysu wręcz zbrodnia. Klimat jest sprawą globalną, walczyć z emisją gazów cieplarnianych można wtedy, kiedy uczestniczą w tym wszyscy. Jaki sens mają kosztowne ograniczenia, jeżeli największe gospodarki świata, USA i Chiny się do nich nie stosują? To świadome obniżanie konkurencyjności własnej gospodarki w imię unijnej idei fix.

To prawda, że w zwierciadle wczorajszego expose odbija się nijakość zmarnowanej poprzedniej kadencji. Ale nie pozostaje nic innego, jak kibicować rządowi, by tym razem skutecznie zamienił słowa w czyny. Decydująca jest wola polityczna Donalda Tuska. W tym kontekście, szeroko dyskutowana, obsada personalna rządu ma drugorzędne znaczenie. W końcu poprzedni gabinet był rządem stagnacji przede wszystkim  dlatego, że zabrakło woli premiera do realizacji zmian, a nie z powodu braku kompetencji poszczególnych ministrów. Bez takiej woli, nawet rząd złożony z samych uznanych ekspertów nie mógłby liczyć na sukces.

czwartek, 17 listopada 2011

Szachy



„(…) Roszadę robimy, czyli rotację, panie, no! Rotuj się kto w Boga wierzy, panie! Gowin na miejsce Kwiatkowskiego, Boni z resortu do resortu, proszę pana. Kopacz z resortu na marszałka. Arłukowicz z wykluczonych do chorych panie. Schetyna w schetyny, eee… znaczy maliny. Patrz pan, o! Nowy rząd!”

Ktoś pamięta ten słynny skecz sprzed lat, Kabaretu pod Egidą, który pozwoliłem sobie sparafrazować? Co ja poradzę, że wszystko już było i te stare żarty z bardzo długą brodą, po niewielkim liftingu, pasują dzisiaj jak ulał. Pokpiwałem sobie trochę z premiera, mając jednakże nadzieję na pokerową rozgrywkę. Liczyłem, że Donald Tusk ma jakieś mocne karty. Może nie królewski poker, ale kareta na królach, no choćby na waletach. Ale jak ostatni głupek zapomniałem, że przecież rząd zdelegalizował hazard, a czymże jest gra z kryzysem jak nie hazardem? Więc z pokera nici. Są za to szachy i zdaje się, że premier rozgrywa tę partię sam ze sobą.

Co do zasady uważam, że zmiany są potrzebne. Ludzie wypalają się piastując eksponowane stanowiska. Po kilku latach pracy trzeba pożegnać się z niektórymi pomysłami, które wydawały się genialne a okazały się niewypałem. Autorowi tych koncepcji przychodzi to z dużo większym trudem niż nowej osobie. Jesteśmy wciąż przed expose premiera więc nie wiemy jeszcze jaki jest plan tego rządu. Wszyscy oczekują jednak poważnego programu reform. Nie zamierzam zanadto mądrzyć się na temat kandydatów, o których niewiele wiem, gwiazd tu jednak nie widzę. Na gabinet reformatorów też chyba się nie zanosi. W kontekście kryzysu gospodarczego, ministerstwo pracy i polityki społecznej oraz ministerstwo skarbu, mają niezwykle istotne znaczenie, a panowie Władysław Kosiniak-Kamysz i Mikołaj Budzanowski wydają się mieć lichutkie kompetencje. W kategoriach merytorycznych trudno też zrozumieć nominację Jarosław Gowina na stanowisko ministra sprawiedliwości, zwłaszcza że jego poprzednik Krzysztof Kwiatkowski zbierał pozytywne oceny za swoją pracę. Uzasadnienie tej zmiany było wyjątkowo pokrętne i naiwne. Pozostałe nominacje są mniej kontrowersyjne. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że decydującą przesłanką przy konstrukcji nowego gabinetu były kryteria polityczne a nie merytoryczne (o kurde, to samo powiedział Leszek Miller). Premier otoczył się wierną gwardią i tylko Jarosław Gowin nie pasuje do tej drużyny. Zakładam jednak, że w tym przypadku chodziło o to by wypuścić na minę niewygodnego recenzenta z wnętrza partii. Nie wróżę długiej ministerialnej kariery panu Jarosławowi.

W dzisiejszym wystąpieniu Donalda Tuska, najbardziej ubawiło mnie zdefiniowanie roli Grzegorza Schetyny. Otóż, ma on być rezerwą strategiczną Platformy!:) Genialny tekst, który zasługuje na to, by trwale wejść do słownika zgrabnych politycznych eufemizmów. Kiedyś na to samo mówiło się „paszoł w p..du”!


A to oryginalne szachy personalne w brawurowym wykonaniu Piotra Fronczewskiego i Jana Pietrzaka (niestety tylko w wersji audio). Polecam.