niedziela, 30 października 2011

Arłukowicz jak Tusk



Bartosz Arłukowicz to zmarnowana szansa SLD. Szansa, która dziś mogłaby być ostatnią deską ratunku, dla tej formacji. Grzegorz Napieralski ma wiele grzechów na sumienia. Ukradł SLD nie tylko teraźniejszość, sądzę że ukradł też przyszłość. Chyba nikt dotąd, nie poniósł tak spektakularnej porażki właściwie bez powodu. Można ją porównać jedynie do klęski Unia Wolności w 2001 roku, ale ta partia długo rządziła w koalicji, a władza zazwyczaj zużywa (świeży przykład PO pokazuje, że nie zawsze).

Moim zdaniem, ogromnym błędem Napieralskiego, praktycznie pomijanym przez media, było dopuszczenie do odejścia Arłukowicza, w maju bieżącego roku. Pomijam już kwestię tego, jaki miało to wpływ na wyborczy wynik SLD i PO. Jego odejście z Sojuszu (choć formalnie nie był jego członkiem), odebrało tej partii szansę na nowe, wiarygodne otwarcie, po przegranych wyborach. Dziś widać to jak na dłoni. W poturbowanym obozie SLD, obserwujemy kabaret zgranych aktorów. Leszek Miller, próbuje sobie przypomnieć czasy świetności, Józef Oleksy znowu jest wszędzie potrzebny i wypada mi nawet z lodówki, w mediach coraz częściej miga twarz Krzysztofa Janika, jedni wznoszą modły do Kwaśniewskiego, drudzy do Cimoszewicza. Tylko patrzeć jak wypełznie skądś, mój faworyt, Jaskiernia. Mam deja vu. Przed dziesięciu laty toczono dyskusję na temat konieczności odmłodzenia SLD, a teraz twarzami nowej lewicy mają znowu być komunistyczni aparatczycy, którzy wtedy już byli passe? No tak, ale Kalisz ze swoim jaguarem, reputacją hedonisty i wizerunkiem celebryty ma tyle wspólnego z lewicowością co Jarosław Kaczyński z paleniem trawki. Komedia. Ale cóż, król jest nagi. Wśród młodszych działaczy Sojuszu nie ma nikogo sensownego. Nie ma, ale mógł być.

Właśnie Bartosz Arłukowicz. Młody, przystojny, sympatyczny, elokwentny, popularny, lubiany przez media, jeszcze świeży w polityce, nie skompromitowany dawnymi porażkami, z pewnymi zadatkami na charyzmę. Byłby idealną twarzą SLD. Posiada te same cechy, za które lud pokochał kiedyś Aleksandra Kwaśniewskiego a teraz Donalda Tuska. Świetny wynik wyborczy, który osiągnął w Szczecinie, świadczy, że nadaje się na politycznego kochanka. Tusk zużyje się w drugiej kadencji rządów, więc lud będzie szukał kogoś nowego do kochania. Najlepiej takiego, który niewiele będzie się różnił. Bartosz Arłukowicz byłby jak znalazł. W PO, nie ma na to szans, nawet jak zostanie ministrem zdrowia. W SLD już teraz grałby na siebie. A, że jest plastikowy? Bez wyraźnych poglądów? Specjalista od mowy trawy? To zalety w dzisiejszej polityce. Niestety.

Los postkomunistycznej lewicy nie leży mi na sercu. Bez żalu pożegnam czerwony sztandar wyprowadzany do lamusa historii. To nie moja bajka. Podobnie jak Bartosz Arłukowicz i jego kariera polityczna. Ale nie mogę oprzeć się wrażeniu, że właśnie ten człowiek był ostatnią szansą lewicy, przeputaną przez Napieralskiego.

piątek, 28 października 2011

Święty Mikołaj w październiku



Europejscy przywódcy padają sobie w ramiona, ściskają dłonie, poklepują po plecach, rozsyłają uśmiechy, wygłaszają triumfalne przemówienia. Zielenią się giełdy, pełna erekcja na rynkach finansowych. To oczywiście reakcje na ustalenia zakończonego szczytu Unii Europejskiej, który zgodził się na redukcję greckich długów o połowę. Ten hurraoptymizm wydaje mi się mocno podejrzany, więc sobie trochę pomarudzę.

Kiedy ja będę bankrutował (tfu, tfu, tfu, oby się to nigdy nie stało), państwo zedrze ze mnie swoje podatki do ostatka, a banki z cynicznym uśmieszkiem wyrzucą mnie z domu. Nikt mi niczego nie podaruje. Kiedy dwa lata temu, polskim rynkiem finansowym, wstrząsnął problem opcji finansowych, będących w posiadaniu wielu polskich przedsiębiorstw (często z motywów czysto spekulacyjnych), też odbywała się wielka dyskusja na temat koniecznej restrukturyzacji tego zadłużenia. Co prawda, pojawiały się chore, bolszewickie pomysły unieważnienia opcji walutowych (PSL), ale nikt rozsądny nie traktował poważnie tych projektów. Koniec końców, z problem i tak musiały poradzić sobie banki. Przeważnie wydłużając okres spłaty zobowiązań, a także konwertując część zadłużenia na akcje firm, przez co stały się ich znaczącym akcjonariuszem. Banki, bardzo niechętnie godziły się nawet na częściową redukcję odsetek, nie mówiąc już o kapitale. Państwo, mimo dużego szumu, w niewielkim stopniu wsparło ten proces, w niektórych przypadkach udzielając gwarancji spłaty zadłużenia. Tak czy inaczej, dłużnik nie dostawał prezentów.

Co to ma wspólnego z Grecją? Zadłużenie Grecji to efekt nadmiernej konsumpcji na kredyt i rozbuchanego systemu świadczeń socjalnych, które mają się nijak do sprawności greckiej gospodarki. Jest więc efektem nieodpowiedzialnej polityki prowadzonej przez greckie rządy. Mamy tu dłużnika, dług którego nie jest w stanie spłacić i wierzycieli. Wszystko niby podobnie, tylko recepta na wyleczenie, odtrąbiona na szczycie UE, trochę jakby inna.

Spójrzmy na to chłodnym okiem, zostawiając z boku triumfalizm polityków. Rozumiem, że Europejski Fundusz Stabilizacji Finansowej (EFSF) zostanie zwiększony przez państwa strefy Euro, do około 1 biliona EUR. Dzięki temu, fundusz będzie mógł dokapitalizować najbardziej zagrożone banki, obejmując wyemitowane przez nie akcje. OK., trzyma się to kupy, bo nie rozdajemy tylko wspieramy, oczywiście przy założeniu, że będzie to miało ręce i nogi, również w szczegółach (co do czego można mieć spore wątpliwości). Ale dlaczego, w zamian za redukcję greckich długów o 100 mld EURO, EFSF czy jakiś inny specjalny europejski fundusz nie przejmie przynajmniej części aktywów należących do greckiego państwa (udziały w firmach, portach, lotniskach etc)? Wartość tych aktywów szacowana jest nawet na 300 mld EUR. Te aktywa, w przyszłości zostałyby sprzedane, rekompensując poniesione straty. Wtedy wszystko, odbyłoby się dokładnie na takiej samej zasadzie, jak licytacja nieruchomości, należącej do dłużnika banku. Ale greckie klejnoty pozostaną w greckich rękach, a greckie długi zapłacimy wszyscy.

Tak hojny prezent demoralizuje. Żadne zaklinanie, że są to szczególne, jednorazowe działania nic tu nie pomoże. Czy jeśli w podobnej sytuacji, jak Grecja, znajdą się inne państwa strefy Euro (a są następni kandydaci), zostaną odprawione z kwitkiem? Nie sądzę. Dlaczego społeczeństwa tych państw mają godzić się na drastyczne cięcia socjalne, skoro innym darowywane są długi? A pewnie i tak, dalej będziemy oglądać oburzonych Greków, demonstrujących przeciw polityce zaciskania pasa. Taka solidarność, prędzej czy później doprowadzi do katastrofy finansów państw UE. No tak, ale w demokracji myśli się przede wszystkim w perspektywie najbliższych wyborów.

środa, 26 października 2011

Skruszony beton


Rys. Andrzej Mleczko 

Jeszcze trzy miesiące temu wydawało się, że polska scena polityczna jest zabetonowana na wieki. Komentatorzy polityczni prześcigali się w biadoleniu, że tort został podzielony między dwie duże partie, splecione w konwulsyjnym zwarciu, i co najwyżej okruszki dostać się mogą pozostałym. Wybory parlamentarne skruszyły ten beton.

Pierwszy, betonową ścianę sforsował Janusz Palikot. Spektakularnym wejściem smoka zdekomponował sejmowy układ sił. Nagle okazało się, że Donald Tusk ma znacznie szersze pole manewru niż wcześniej i Waldemar Pawlak musi być czujny. Przy okazji, szermując nośnymi hasłami światopoglądowymi i obyczajowymi, niczym drogowym walcem, rozjechał lewicową konkurencję, błyskotliwie przejmując jej elektorat. Okazało się, że Sojusz Lewicy Demokratycznej nie ma monopolu na te postulaty, a wyborcy wolą płonącą pochodnię niż świeczkę i ogarek, palone po społu diabłu i panu Bogu. Koniec końców, tradycyjna lewica stała się dziś marginesem, bez pomysłu na przyszłość, z Leszkiem Millerem, symbolem poprzedniej klęski na czele. W otwartą ranę wdała się gangrena, do sporów personalnych i ideowych, dołączyły niejasne rozliczenia finansowe z kampanii wyborczej. Nie uronię łzy, na pogrzebie tej formacji politycznej.

Ale najbardziej pasjonujące rzeczy dzieją się w Prawie i Sprawiedliwości. Prezes Kaczyński zadeklarował odstąpienie od powyborczych rozliczeń, a tu grupa prominentnych posłów PiS ma odmienne zdanie na ten temat. Krótko po ogłoszeniu wyniku wyborów, z wewnątrz partii zaczęły docierać nieśmiałe grymasy, aż w końcu defetyzm wylał się na powierzchnię. Saperem, który zdetonował bombę okazał się Tadeusz Cymański, mówiąc o konieczności reformowania partii i w krótkich żołnierskich słowach, wyrażając dezaprobatę dla przybocznych pochlebców prezesa. Wkrótce okazało się, że nie działał sam. W grupie dywersyjnej są Zbigniew Ziobro oraz Jacek Kurski, z nie do końca przejrzystą frakcją tzw. „ziobrystów”. I tu małe deja vu. Po kampanii prezydenckiej, rozłamowcy z PJN też próbowali się przebić z pomysłami odnowy partii, a jeszcze wcześniej Ludwik Dorn z kolegami z późniejszej Polski Plus (swoją drogą interesujące, że wszyscy renegaci z PiS, zawsze szukają schronienia pod szyldem zaczynającym się górnolotnie od słowa „Polska”). Jawna krytyka Jarosława Kaczyńskiego, nikomu z nich nie wyszła na dobre.

Teraz może być trochę inaczej, choć zapowiada się podobna rozgrywka. Chór partyjnych hipokrytów coraz śmielej krytykuje reformatorów. Sam prezes, w swoim stylu, upokorzył dziś obu harcowników na forum klubu. Czeka ich więc podróż na kolanach do Canossy, w worku pokutnym, albo wykluczenie z partii. Ale Ziobro z Kurskim musieli mieć w głowie jakiś scenariusz, podejmując swoją akcję. W zasadzie, nie mają wiele do stracenia. Bezrobocie, poza polityką, grozi im dopiero za niecałe 3 lata, a wiedzą doskonale, że z dzisiejszym PiS-em i tak nie ma co marzyć o wygrywaniu wyborów. Tak czy inaczej ferment się rozpoczął. Gra idzie o osłabienie pozycji Jarosława Kaczyńskiego, co umożliwiłoby przejęcie władzy w partii. Alternatywą jest budowa nowego ugrupowania.

Choć obu liderów wewnętrznej opozycji PiS-owskiej uważam za ucieleśnienie najgorszych cech tej partii, to trzymam za nich kciuki. Dlaczego? Nie wierzę w reformowanie PiS-u. PiS to Jarosław Kaczyński, a on jak kameleon może się zmieniać na potrzeby kampanii wyborczych, ale nie potrafi, ani nie chce zmienić się trwale. Liczę na to, że reformatorski zapał Kurskiego i Ziobry prędzej czy później wysadzi PiS w powietrze. Dopiero na gruzach tej partii może powstać sensowna konserwatywno-liberalna ofera polityczna, skoncentrowana na programie gospodarczym. Oczywiście bez Kurskiego i Ziobry (ich miejsce widzę w jakiejś nowej formacji w stylu LPR), ale mam nadzieję, że z Pawłem Kowalem. Przewiduję też zresztą rozpad PO, wykrwawionej w starciu z kryzysem, więc szanse na całkiem nowe otwarcie wydają się wcale nie małe.  A czasu jest sporo. Pozostaje cierpliwie czekać.

wtorek, 25 października 2011

Przypadki Don Kichota z Biłgoraja



Janusz Palikot nie pozwala o sobie zapomnieć. Po awanturze o krzyż, wywołał kolejny kontrowersyjny temat, który podnosi ciśnienie politykom. Legalizacja marihuany (pisałem o tym w tekście "Odlot"). Tym razem, inaczej niż w sprawie krzyża, jestem po jego stronie, ale oczywiście zdaję sobie sprawę, że ten projekt ma jeszcze mniejsze szanse na realizację niż usunięcie krzyża z sali obrad Sejmu. I choć, szef partii swego imienia, nie pojawił się osobiście na konferencji prasowej inicjującej ten temat, wygląda na to, że nie obawia się etykietki Don Kichota, szermierza przegranej sprawy.

Osobiście uważam, że właściwą miarą sukcesu polityka jest jego skuteczność. Tylko czy my mamy w ogóle jakichś polityków, którzy z powodzeniem realizują swoje postulaty polityczne? Donald Tusk? Rzeczywiście, wielka skuteczność w utrzymywaniu władzy, co w przypadku tak bezideowej partii, jaką stała się Platforma Obywatelska, można chyba nawet uznać za sukces programowy. Ale analizując tę sprawę, w kategorii realizacji rzeczywistych zadań, wygląda to bladziutko. Jarosław Kaczyński, a może Grzegorz Napieralski? Nie będę się nad nimi znęcał. W przypadku tego pierwszego, szóste z rzędu przegrane wybory mówią same za siebie, a Grzegorz Napieralski przeszedł właśnie do historii lewicy. Pozostaje Waldemar Pawlak. Tak, to z pewnością najskuteczniejszy lider partyjny. Wieczny koalicjant nie ma wielkich ambicji zmieniania Polski, czy nawet polskiej wsi, ale w utrwalaniu interesów swojego zaplecza politycznego nie ma sobie równych.

Okazuje się więc, że spodziewany brak skuteczności naszego Don Kichota nikogo nie powinien rozczarować. Ot, taki to już mamy polityczny standard. Natomiast, już samo twarde, wyraziste stawianie kontrowersyjnych tematów może się opłacić, zwłaszcza, że były to hasła wyborcze Ruchu Palikota. Poważne traktowanie własnych obietnic z kampanii, standardem w polskiej polityce już niestety nie jest. Tym bardziej więc, zapewni sympatię wyborców. A, że nic nie uda się zrobić? Cóż, głową muru nie przebijesz. W ten sposób, może się okazać, że wobec deficytu skuteczności całej klasy politycznej, zwykłe dotrzymywanie słowa stanie się bardzo cennym kapitałem.
882420f173d315e039bb92b94

niedziela, 23 października 2011

Odlot


Kadr z filmu Milosa Formana „Odlot”.

W filmie Milosa Formana „Odlot”, jest genialna scena, w której stateczni, mieszczańscy rodzice palą skręty z marihuaną, by móc spojrzeć na świat oczami swoich dzieci i lepiej je zrozumieć. Tym, którzy nie widzieli, gorąco polecam ten film. Ta scena mogłaby być świetną metaforą dyskusji, która na temat legalizacji konopi, toczy się w Polsce.

Cała sprawa nurza się w niebywałej hipokryzji i obłudzie. Politycy, rozmaici decydenci i autorytety, w znakomitej większości, nie mają żadnych doświadczeń z marihuaną, ani z jakimkolwiek innym narkotykiem. Nawet, jeśli któryś z nich popalał kiedyś trawkę, to za Chiny Ludowe się do tego nie przyzna. A jeśli już, jak niejaki Bill Clinton, będzie utrzymywał, że wcale się nie zaciągał. Osobliwym wyjątkiem jest Donald Tusk, który chlapnął coś kiedyś na ten temat i gorzko później żałował. Dyskusje, toczą więc ignoranci, którzy nie widząc różnicy między marihuaną a heroiną, powtarzają brednie, że nie ma narkotyków twardych i miękkich, a wszystkie są jednakową kwintesencją zła. Czarny PR robiony przez lata, wokół konopi zbiera owoce. Postulaty legalizacji brzmią jak herezja. Niesłusznie, stawia się znak równości między marihuaną a innymi nielegalnymi używkami. W ten sposób zafałszowuje się przekaz medialny. Konopie, nie są bardziej szkodliwe niż tytoń i alkohol, których państwo nie zakazuje. Przeciwnie, czerpie znaczne korzyści z dostarczania ich obywatelom. To jest hipokryzja do n-tej potęgi.

Efektem niezrozumienia sprawy jest restrykcyjne prawo. Już sama nazwa ustawy jest kpiną. Zamiast przeciwdziałać narkomanii państwo kryminalizuje każdego posiadacza trawki. Trzy lata w mamrze, dla młodego chłopaka popalającego jointy, jest zapewne genialnym sposobem resocjalizacji. Zwłaszcza, że ten epizod zostaje w papierach na resztę życia. Trudno o lepszy przykład wylewania dziecka z kąpielą. Nowelizacja ustawy niewiele tu zmienia. Możliwość odstąpienia od ukarania zależy od widzimisię prokuratora i nie chroni przed całym korowodem atrakcji, z zatrzymaniem przez policję, przesłuchaniami, wszczętym postępowaniem i aresztem włącznie. A finałem tej szopki może być kolejny idiotyzm. Skierowanie na leczenie osoby, która nie wymaga leczenia, ponieważ nie jest narkomanem. I znowu wszyscy mają zajęcie, policja, sądy, prokuratura, a jak wiadomo służby te nie mają co robić z wolnym czasem.

Ciekawe, że nie uczymy się na cudzych błędach. Przecież amerykańska prohibicja z lat 20-tych XX-ego wieku, jako żywo przypomina naszą sprawę. Jedynym wymiernym efektem prohibicji alkoholowej w USA, było powstanie potężnego imperium amerykańskiej mafii, której państwo nigdy już nie było w stanie pokonać. Jestem pewien, że największymi wrogami legalizacji konopi w Polsce, są wszelkiej maści gangsterzy, czerpiący olbrzymie zyski z nielegalnego handlu tym towarem.

Szkoda, że ci wszyscy mędrcy zabierający głos w tej dyskusji, wzorem rodziców z filmu Formana, sami nie spróbowali zapalić jointa. Wtedy przynajmniej wiedzieliby o czym mówią. Może zrozumieliby, że nazywanie narkomanami ludzi, którzy raz na jakiś czas zapalą skręta ma taki sam sens, jak przyklejanie łatki alkoholika konsumentom dwóch lampek wina do kolacji. A tak, nic ich nie przekona, że czarne jest czarne, a białe jest białe.

sobota, 22 października 2011

Wsi spokojna, wsi wesoła



Malkontenci, marudy, nudziarze i zrzędy wciąż wieszczą jakieś recesje, kryzysy i śmysy. Straszą nas grecką zarazą, która pcha się tu ponoć z Europy. Ale my, defetystom, stanowczo mówimy nie! U nas spokojnie, u nas wesoło, nawet oburzeni, latoś nie obrodzili. Po prostu luzik i cool.

Donald nic nie zrobię Tusk, i cały jego nowy-stary rząd, zgodnie z zapowiedzią, pracują dwa razy szybciej niż dotąd. Premier w pocie czoła mości sobie wygodne leże na drugą kadencję rządów, kombinując jakby tu usiąść jednocześnie na stołku premiera i marszałka sejmu. Koniec końców, na tym drugim zasiądzie per procura. Frasuje się bidny, jak założyć smycz i kaganiec Schetynie, co by ten chodził grzecznie przy nodze i wściekle nie kąsał po kostkach, w zwycięskim pochodzie na karty historii. Błogostan zakłóca jeszcze ten obłudny gajowy z wąsami, co to miał żyrandola pilnować. A tu zhardział, fochy stroi, anse jakieś. Ech… ludziska to wrede są.

Ale nie jest tak źle. Na szczęście są też dobrzy ludzie, którzy zawsze pomogą odciągnąć trochę, tę ujadającą dziennikarską sworę, czepiającą się nogawek spodni. Janusz wbił kły w sejmowy krzyż, ku uciesze gawiedzi zderzając Środy z Niesiołowskimi. Koledzy z PiS-u nie prowadzą rozliczeń powyborczych aż do tego stopnia, że wszyscy z zapartym tchem śledzą nie prowadzenie tych rozliczeń. A po lewej stronie sceny, prawdziwie nowe otwarcie. Lewica stawia na młodych, ale doświadczonych, więc ze studia telewizyjnego nie wychodzi polityk średnio-starszego pokolenia Józef Oleksy. Leszek Mojżesz lewicy Miller, ogrywa kawiorowego Ryśka i z cynicznym uśmieszkiem rozpoczyna długi marsz ku ziemi obiecanej. Co prawda, bardziej przypomina to poczet wyprowadzający sztandar, ale i tak jest fajnie. Zamiast wariantu The Best of SLD, który obstawiałem, zanosi się raczej na last man show. Najwyraźniej przeceniłem chłopaków.

Tymczasem jakieś głąby z Moody's, jednej z trzech największych agencji ratingowych na świecie, grożą nam obniżeniem ratingu kredytowego już na przełomie roku, jeśli miłościwie panujący rząd nie wykombinuje w końcu jakichś reform. Na szczęście, od razu odezwał się chór polityków, z Jerzym Buzkiem na czele, który wyjaśnił nam, że to właśnie wredne agencje ratingowe winne są kryzysu i nie należy im wierzyć ni chu chu. Ufff, co za ulga…

…"Wsi spokojna, wsi wesoła,
Który głos twej chwale zdoła?
Kto twe wczasy, kto pożytki
Może wspomnieć za raz wszytki?"

czwartek, 20 października 2011

Absurda lex, sed lex?



Nic mnie tak nie wkurza jak wpieprzanie się państwa w sferę moich prywatnych wyborów. Oczywiście dla mojego własnego dobra. Oto 50 dzielnych funkcjonariuszy Centralnego Biura Śledczego, Izby Celnej i policji, po brawurowej, bohaterskiej akcji, zlikwidowało nielegalną jaskinię hazardu w Szczecinie. W ten sposób uniemożliwiono szalenie niebezpieczny, przestępczy proceder polegający na grze w, przepraszam za słowo, pokera. Nielegalny turniej, tej wyjątkowo obrzydliwej gry karcianej (nie od dziś wiadomo, że kto gra w karty ten ma łeb obdarty), odbywał się pod przykrywką urodzin organizatora. W wyniku całej akcji, zarzuty usłyszy około 100, wyjątkowo zdemoralizowanych hazardzistów. Jak to dobrze, że nasze państwo, tak skutecznie walczy z tymi niebezpiecznymi przestępcami, chroniąc nas przed czającymi się na każdym kroku szponami hazardu.

A czemu zawdzięczamy te atrakcje? Przypomnę, choć wszyscy pewnie i tak pamiętają. Otóż dokładnie dwa lata temu, miłościwie nam panująca partia rządząca, miała pełne pory ze strachu, w związku z ujawnieniem przez CBA, gmerania w projekcie ustawy hazardowej przez kliku jej prominentnych działaczy, zaprzyjaźnionych z panami kręcącymi lody w branży hazardowej. Wybuchła afera. Donald Tusk, uprzedzając ciosy, postanowił być świętszy od papieża i stanął w pierwszym szeregu wypalających gorącym żelazem wszelkie przejawy aktywności ocierającej się o hazard. W efekcie, w trymiga uszczęśliwił nas idiotyczną, restrykcyjną ustawą, która zabrania grać nawet w chińczyka, jeżeli dla zwycięzcy przewidziana jest jakaś nagroda. Dzięki temu wszelkie jawne i tajne organa ścigania, których wyprodukowano całe bataliony, mają szerokie pole działania, gdzie mogą się wykazać zasługując na ordery, awanse i nagrody, przy okazji znakomicie poprawiając statystyki zwalczania przestępczość. I wszyscy są zadowoleni. Oczywiście oprócz zdegenerowanych żuli, którzy żyć bez hazardu nie mogą. Tfu! Niech sobie mendy jedne w kryminale umilają czas rozrywkami w rodzaju „kto pierwszy się schyli po mydło pod prysznicem”. To już nawet nie morze, a ocean hipokryzji.

Idiotyczne regulacje prawne niszczą szacunek obywateli do instytucji prawa. Ta choroba toczy nasz kraj nie od dzisiaj. Przyczyn jest wiele. Oprócz rzutów na taśmę przykrywających fuck upy rządzących, jak w przypadku ustawy hazardowej, problemem są niskie kwalifikacje posłów, którzy przecież prawo stanowią (jaki projekt ustawy może przygotować pielęgniarka albo rolnik?), a także jakaś przemożna chęć uszczęśliwiania na siłę, w imię bardzo szczytnych idei, którymi jak wiadomo wybrukowane jest piekło.

Nie mogę sam decydować o tym, czy chcę zapinać pasy w samochodzie czy nie, choć są sytuacje, w których to nie zapięte pasy mogą ratować życie. Zresztą jakkolwiek jest, chodzi o moje życie i powinienem mieć prawo szafować nim do woli. Z sadystycznym zacięciem utrudnia się ludziom możliwość palenia papierosów, choć fiskus wciąż doskonale zarabia na sprzedaży fajek. Ja rozumiem, że nie można zmuszać niepalących do wdychania dymu, ale prawo jest tak skonstruowane, że będąc właścicielem pubu nie można podjąć decyzji, iż chce się obsługiwać wyłącznie palących klientów, o czym każdy byłby informowany od razu przy wejściu. Nie mogę zapalić, ani nawet posiadać jointa, choć jestem dorosły, a palenie grassu nie jest bardziej szkodliwe dla zdrowia od picia wódki (może nawet jest szkodliwe mniej), co jakoś państwu nie przeszkadza, kiedy wita niemałe przychody z akcyzy na alkohol. No, ale chlanie gorzały jest przecież staropolskim zwyczajem a maryśka to jakieś indiańskie, obce kulturowo wymysły. Nie mogę wreszcie wychowywać dzieci, tak jak to uważam za stosowne, ponieważ niewinne klapsy są sankcjonowane przez prawo. Państwo nie zawahało się wtargnąć z buciorami do mojego domu, bo różnej maści lewicowi humaniści, specjaliści od powszechnego szczęścia obywateli, nie dostrzegają różnicy między przemocą w rodzinie a klapsem.

Przykłady absurdalnych regulacji można by mnożyć. A może jednak państwo raczyłoby się odczepić od moich prywatnych spraw? Starożytni Rzymianie uważali, że dura lex, sed lex. Ale czy absurda lex, sed lex? O tym to się nawet rzymianom nie śniło.