środa, 5 października 2011

Umarł Lepper, niech żyje Palikot?




Dziś jest już niemal pewne, że Ruch Poparcia Palikota znajdzie się w Sejmie. Niewiadomą pozostaje ostateczny rezultat wyborczy. Jeśli to ugrupowanie osiągnie wynik wyższy od SLD, stanie się sensacją na miarę wkroczenia Samoobrony na scenę polityczną w 2001 roku. A Grzegorz Napieralski będzie musiał poszukać sobie nowego zajęcia.

I właśnie do Samoobrony, dziennikarze i komentatorzy uparcie porównują Ruch Palikota. „Miejska wersja Samoobrony”, to najczęściej spotykana etykietka. Ale czy uzasadniona? Przyjrzyjmy się argumentom, które padają przy tej okazji:

Ruch protestu społecznego – Czy ja wiem? Samoobrona rzeczywiście powstała jako ruch sprzeciwu zadłużonych rolników, którzy stali się ofiarą transformacji gospodarczej i nie byli w stanie spłacić zaciągniętych kredytów. W Ruchu Palikota nie widzę podobnej genezy. Twierdzenie, że w tym przypadku mamy do czynienia z protestem gejów, lesbijek, antyklerykałów, feministek i rozmaitych anarchistów wobec konserwatywnego porządku społecznego jest zbyt dużym uproszczeniem, opartym na powierzchownej analizie list wyborczych tej partii. 

Populizm – A która partia polityczna nie jest dziś populistyczna? Czy ktoś jest w stanie przebić populizm Donalda Tuska z kampanii wyborczej w 2007 roku?

Bardzo wyrazisty, kontrowersyjny lider – Na scenie politycznej nie ma miejsca na nie wyrazistych liderów, co najlepiej widać na przykładzie Grzegorza Napieralskiego. Janusz Palikot, podobnie jak Andrzej Lepper jest człowiekiem utalentowanym politycznie. Poza tym dzieli ich wszystko: wykształcenie, doświadczenie, horyzonty myślowe, obycie na politycznych salonach.

Ludzie znikąd – Owszem, drużyna Palikota jest taką samą zagadką jak działacze Samoobrony w 2001 roku, ale w tym wypadku rokowania są lepsze. Lepper przyszedł do Sejmu z ludźmi ze swojego naturalnego środowiska, więc trudno było tu o postacie większego formatu. Palikot jest przedsiębiorcą, który osiągnął sukces w biznesie. Jeżeli przynajmniej o części osób z jego otoczenia można powiedzieć to samo, to już są całkiem niezłe referencje. Przecież na Wiejskiej nie zasiadają geniusze. Znaczna większość posłów to ludzie, którzy nigdy niczym nie kierowali, nie dźwigali ciężaru odpowiedzialności a największą inwestycją w ich życiu był zakup samochodu na raty. Zresztą ciągle narzekamy na zaduch panujący na scenie politycznej, na te same twarze, które wciąż wyskakują z innego kapelusza. Tutaj, poza Januszem Palikotem wszyscy są nowi. Dzisiaj media koncentrują się na tych najbardziej barwnych i kontrowersyjnych obyczajowo, ale to wcale nie oznacza, że takie musi być oblicze tej partii.

Ludzie Palikota rozpierzchną się po innych ugrupowaniach – Pojawiają się spekulacje, że zamiast koalicji z Ruchem Palikota, Platforma sięgnie po ludzi z jego klubu parlamentarnego. Skąd takie założenie? Lepper co prawda szachował swoich posłów sławnymi wekslami, ale wyłuskanie ludzi z Samoobrony jakoś się nie powiodło, nawet w obliczu poważnego kryzysu w tej partii. W politycznym kurestwie specjalizują się raczej starzy wyjadacze polityczni, a królową politycznego lunaparu jest Joanna Kluzik-Rostkowska. Dlaczego ludzie z szansą zaistnienia w nowej, tworzącej się dopiero partii mieliby wybrać rolę planktonu w wypalonym PO?

Jak będzie naprawdę? Wkrótce się przekonamy. Ruch Poparcia Palikota, zdecydowanie nie jest partią z mojej bajki ale też, przywołując retorykę Jarosława Kaczyńskiego, nie postrzegam jej jako największego zagrożenia dla Polski. Jestem natomiast pełen podziwu dla spektakularnego sukcesu tego ugrupowania.

Kobiety na wybory


Zamknąłem już kącik odjechanych spotów wyborczych, ale ten, o którym dzisiaj piszę nie promuje żadnej partii politycznej i nie jest odjechany. Jest bezdennie głupi. I nie chodzi mi tym razem o to, że już sam fakt naganiania ludu do urn, klipami emitowanymi w telewizji, uważam za wystarczająco idiotyczny i szkodliwy.

Ad rem. Jakaś organizacja społeczna postanowiła wydać pieniądze na kampanię aktywizującą wyborczo kobiety. Oto widzimy gromadę pań, ustawioną jak stado baranów (sorry, ale tak to właśnie wygląda) i beczącą sztucznym chórem jakieś farmazony, zakończone apelem: „kobiety na wybory”! Drugie skojarzenie. Totalitarne społeczeństwo rodem z Orwella albo „Seksmisji”, w którym kontyngent otumanionych kobiet, nieprzytomnym wzrokiem, bezmyślnie klepie wyuczoną formułkę.

Żeby było jasne. Głupota spotu nie polega wcale na tym, że emituje fałszywy przekaz. Moim zdaniem, dość dobrze ilustruje absurdalność demokratycznego głosowanie, ludu siłą zaciągnietego do urn. Spodziewam się jednak, że autorom tego filmiku chodziło o dokładnie odwrotny efekt.

Faceci to świnie, wiadomo. Ale żeby tak kobieta kobiecie? Ech…


wtorek, 4 października 2011

PiS nie będzie rządzić



Ośrodki badania opinii publicznej, niemal codziennie fundują nam nowe sondaże preferencji wyborczych. W jedynych wygrywa PO, w innych PiS, ale różnice są minimalne. W zasadzie wiadomo już teraz, które partie przekroczą próg 5%. Ze wszystkich stron grzmią rozmaite głosy rozsądku, które straszą nas Polską, w której możemy obudzić się 10 października albo upiornymi wizjami możliwych koalicji powyborczych.

O co ten cały hałas? Moim zdaniem, karty są już rozdane. I wcale nie jest takie istotne, który z dwóch pretendentów do władzy pierwszy dobiegnie do mety. Niezależnie od ostatecznego werdyktu wyborców, już dzisiaj z olbrzymim prawdopodobieństwem, można powiedzieć, że PiS nie będzie rządzić. Przeanalizujmy na spokojnie wariant, w którym to lider dzisiejszej opozycji będzie triumfował w najbliższą niedzielę.

Wygrana PiS jest możliwa, ale przewaga, którą uzyska nad PO będzie niewielka. Co się wtedy stanie? Obrażony premier Tusk, pogratuluje konkurentowi i powtórzy swoje oświadczenie sprzed kilku dni, że to zwycięska partia powinna stworzyć nowy rząd. I będzie mógł się cynicznie przyglądać obrzędom, związanym z budową większości przez PiS. Te wysiłki z góry skazane są na porażkę. Bo niby z kim miałby rządzić PiS? Ruch Poparcia Palikota od razu możemy wykluczyć. Moim zdaniem SLD również. Po kiepskim wyniku wyborczym Napieralski, który chciałby być wice premierem za wszelką cenę, będzie miał zbyt słabą pozycję w partii, by przeforsować udział SLD w tak egzotycznej koalicji. Jest też bardzo prawdopodobne, że w ogóle przestanie być szefem, o czym pisałem kilka dni temu (Napierniczak). Pozostaje PSL. Sądzę, że ludowcy, nazywani partią obrotową (taki eufemizm dla politycznej prostytucji), nie będą mieli ochoty zawierać politycznych aliansów ze zwycięskim PiS. Zadziała instynkt samozachowawczy. Zbyt świeże jest wspomnienie ceny, jaką zapłacili politycy Samoobrony i LPR za koalicję z partią Jarosława Kaczyńskiego. Tym bardziej, że Waldemar Pawlak nie ma się czym martwić. PSL jest przecież partią preferowaną do roli koalicjanta przez Platformę, która po fiasku PiS-owskich usiłowań podejmie misję tworzenia rządu. Stołki w około rządowych instytucjach, które są dla PSL-u solą działalności politycznej, nie będą więc zagrożone. Spokojnie można udać się za stodołę popykać trochę w tenisa.

Dlatego też, główną konsekwencją wyborczego zwycięstwa PiS, będzie polityczny galimatias związany z próbą budowy większości parlamentarnej dla poparcia rządu Jarosława Kaczyńskiego. PO będzie spokojnie przyglądać się nieudanym zabiegom przeciwników wiedząc, że władza i tak pozostanie w jej rękach.

To wręcz wymarzona sytuacja dla Donalda Tuska. Im dłużej potrwa szopka z tworzeniem rządu przez PiS, tym częściej będzie słychać apele autorytetów, by się zlitował i wziął losy kraju w swoje ręce. A on będzie się wahał, zastanawiał, rozważał, wreszcie, strojąc się w piórka męża stanu, skorzysta z niezapomnianej frazy klasyka i oświadczy ludowi „Nie chcem, ale muszem”. Dla dobra Polski, łaskawie zgodzi się dźwigać nadal brzemię rządzenia. I to on będzie wtedy stawiał koalicjantom warunki, na których zgodzi się podjąć to wyzwanie. Nie ma tu większego znaczenia kto znajdzie się w tej koalicji. Luksus PO polega na tym, że może związać się z każdym oprócz PiS. SLD, PSL, Ruch Palikota, do wyboru, do koloru. Kto to będzie, zadecyduje ostateczny układ sił w Sejmie. Paradoksalnie, niewielka porażka Platformy może oznaczać znacznie większy komfort rządzenia dla nowego rządu Tuska niż niewielkie zwycięstwo. „Miałeś chamie złoty róg … ostał ci się ino sznur” – z tym, cytatem brzmiącym w uszach, będzie zasypiał i budził się Jarosław Kaczyński.

Tak naprawdę, najwięcej do ugrania w tych wyborach ma jeszcze PJN. Walczy o przekroczenie progu 3% głosów, czyli dofinansowanie z budżetu państwa, które stanowi o być albo nie być tej partii na politycznej scenie. Bo Nowa Prawica Janusza Korwin-Mikkego, skrzywdzona prze Państwową Komisję Wyborczą, już takiej szansy raczej nie ma (Nie ważne wybory).

W tych rozważaniach jest tylko jedno „ale”. Czy aby na pewno, Platforma będzie chciała rządzić w tych trudnych czasach, które nadchodzą?


Wobec wyczerpania puli interesujących propozycji, zamykam kącik odjechanych spotów wyborczych. Okazuje się, że najbardziej odjechało SLD. Za to PiS i PSL nie odjechały wcale. No oczywiście poza klipami emitowanymi w telewizji, ale publikowanie ich w tym miejscu nie miałoby sensu.

poniedziałek, 3 października 2011

Po co nam ten cały Sejm?


Ryszard Kalisz przedstawia raport komisji do zbadania okoliczności śmierci Barbary Blidy, przemawiając do pustej sali.

Wybory wyborami, ale po co nam w ogóle taki liczny Sejm? Posłowie nie cieszą się zaufaniem opinii publicznej, czemu trudno się dziwić. Sejm wypełnia galeria rozmaitych indywiduów, które nie dość, że nie mają o niczym pojęcia, to nie radzą sobie nawet z kleceniem zdań poprawną polszczyzną. Cóż, werdykt wyborczy jest krzywym zwierciadłem, w którym przegląda się marna kondycja społeczeństwa. Tak intelektualna jak i moralna. Tylko, że mimo wszystko, wśród wybrańców narodu chcielibyśmy widzieć tych mądrzejszych i lepszych, a na to chyba nie ma co liczyć.

Dlatego też, warto byłoby się pochylić nad słabościami obowiązującego systemu parlamentarnego i wyciągnąć wnioski. Niestety nie zrobią tego politycy, ponieważ wszyscy wiedzą, że konkluzje nie sprzyjałyby interesom partii politycznych. Wszystkich partii! Rzadko zdarza się taka jednomyślność, ale w tym wypadku jest faktem. Spójrzmy.

W polskim Sejmie zasiada 460 posłów. Z praktycznego punktu widzenia to zwykłe marnotrawstwo. Posłami zostają postacie różnego autoramentu: pielęgniarki, historycy, biolodzy, rolnicy, nauczyciele, urzędnicy, lekarze etc. Z całym szacunkiem dla tych osób, ale są one kompletnie do niczego nie potrzebne. Rolą sejmu jest przecież stanowienie prawa, a jaki sensowny projekt może przygotować pielęgniarka albo rolnik? Fatalna jakość ustaw jest tego najlepszym dowodem. Co więcej, w większości istotnych głosowań obowiązuje dyscyplina klubowa, co sprowadza rolę posła do bezmyślnej maszynki, służącej do podnoszenia ręki w momencie ustalonym przez kierownictwo partii. Demokratyczne głosowanie w sejmie jest więc iluzją i mydleniem oczu. Tę sytuację mogłoby trochę poprawić wprowadzenie jednomandatowych okręgów wyborczych. Wtedy poseł, odpowiadałby personalnie za swoją aktywność sejmową, przed lokalną społecznością która go wybrała. Ale mimo licznych deklaracji polityków w tej sprawie, nie zanosi się na taką zmianę ordynacji wyborczej.

Co byłoby więc głosem rozsądku? Postuluję dziesięciokrotne zmniejszenie liczby posłów i rezygnację z sejmowego cyrku, który niczemu nie służy. Odnosząc tę koncepcję do aktualnej reprezentacji w Sejmie, mielibyśmy dziś 21 posłów PO, 16 posłów PIS,  5 reprezentantów SLD+SDPL, 3 PSL i 1 PJN. Prawda, że wystarczy? Mało kto potrafiłby wymienić większą liczbę aktywnych parlamentarzystów. Likwidacja Senatu w takim projekcie to oczywista oczywistość.

Zaoszczędzone w ten sposób środki finansowe należałoby przeznaczyć na pensje dla specjalistów, którzy zgodnie w wytycznymi partii politycznych mogliby zająć się tworzeniem prawa przyzwoitej jakości. Zapewne udałoby się również wygospodarować fundusze na podwyższenie wynagrodzeń tych 46 posłów, tak by było ich stać na opłacanie sensownych doradców. W samym głosowaniu uchwał nic by się nie zmieniło.

Oczywiście zdaję sobie sprawę, że to mrzonki. Jak już wspomniałem, taka idea jest sprzeczna z interesami partii politycznych. Oponenci, z pewnością znaleźliby cały wachlarz argumentów. Recz jasna, w obronie demokracji. Zwracam jednak uwagę, że ten pomysł wcale nie jest taki od czapy. W Parlamencie Europejskim zasiada 736 posłów a Unię Europejską zamieszkują 492 mln ludzi czyli jeden euro parlamentarzysta reprezentuje 668,5 tysiąca osób. Stosując ten sam wskaźnik dla Polski, która liczy 38,5 mln obywateli, łatwo można policzyć, że w Sejmie powinniśmy mieć 58 posłów. W Euro Parlamencie obowiązuje też podobna organizacja pracy, do tej którą proponuję. Mniejsza liczba posłów, większa ekspertów i doradców  przygotowujących akty prawne. I choć unijna biurokracja nie jest może najlepszym wzorem, sama zasada znacznie lepiej trzyma się tu kupy.


Hmm… dzisiaj, w kąciku spotów, znów kandydatka LSD eee…. znaczy chciałem powiedzieć SLD;)


niedziela, 2 października 2011

Face lifting



Kiedy ostatniej wiosny podróżowałem koleją, zadumany gapiąc się przez okno, martwiłem się, że nawet zieleń, która wybuchła pięknie w parkach i ogrodach, nie jest w stanie ukryć brzydoty Polski „ucywilizowanej” rękami człowieka. O ile przez szybę samochodu oglądamy miasta, miasteczka i wioski niejako od frontu, trochę ufryzowane, uładzone, bardziej zadbane, to z okna pociągu przeważnie widzimy to co te fronty zasłaniają. Kłują w oczy porozwalane budy, budki i szopy; rozpieprzone zaplecza jakichś zakładów przemysłowych, zaszczane komórki i garaże z blachy falistej; rozmaite wulgaryzmy i kibolskie wyznania nabazgrane na wszystkim na czym się da. Jednym słowem syf.

Pocieszałem się, że pod hasłem Euro 2012 właśnie odbywa się wielkie picowanie dróg, dworców i hoteli. I choć same mistrzostwa, w wymiarze sportowym, nie budzą moich emocji jestem zadowolony, że stały się katalizatorem szeregu inwestycji infrastrukturalnych, które nawet jeśli nie zostaną zakończone przed terminem imprezy, to przecież powstaną. W końcu „Polska w budowie”. Tylko, że te inwestycje nie poprawią widoku, który goście spieszący na Euro, zobaczą z okien pociągów. Brud, smród i ubóstwo staną się więc naszą wizytówką, która niestety idealnie harmonizuje z funkcjonującym w Europie, stereotypowym wyobrażeniem Polski.

Okazuje się jednak, że nie tylko mnie leżą te sprawy na sercu. Oto kilka dni temu, media doniosły, że na moście średnicowym w Warszawie trwa rozwieszanie biało-czerwonej płachty, która przysłoni jego przerdzewiałą konstrukcję, której miasto nie zdąży odnowić. Dziś już możemy podziwiać ją w pełnej krasie. W wybranych miejscach mają też pojawić się płachty z reklamami sponsorów mistrzostw, które będą mogły ukryć wstydliwe zaniedbania. Ale to jeszcze nie wszystko. Podobno niektóre, od wieków nie remontowane budowle, mają być przykryte olbrzymimi plandekami, na których zostanie przedstawiona wizualizacja ich stanu po rewitalizacji. Hmm… stąd już naprawdę tylko jeden mały kroczek dzieli nas od malowania trawy na zielono w przeddzień przyjazdu pierwszego sekretarza KC PZPR, z czego wszyscy naśmiewali się w czasach ludowej Polski. Co na to inne miasta? Żeby się tylko nie okazało, że za chwilę będzie już za mało czasu nawet na przygotowanie odpowiednich dekoracji.

Chociaż, być może zupełnie niepotrzebnie się tym wszystkim przejmuję. Jest wielce prawdopodobne, że owi goście piłkarskiego Euro, bardziej będą przypominali hordy Hunów niż turystów zbierających krajoznawcze refleksje na temat naszego kraju.


W kąciku odjechanych spotów wyborczych dzisiaj znowu PO. Kompletnie zmyliła mnie estetyka tego klipu Do ostatniej chwili byłem przekonany, że promuje kandydata PSL. A tu niespodzianka.


sobota, 1 października 2011

Jihad Legia



W niektórych mediach wybuchła awantura po czwartkowym meczu Ligii Europejskiej, w którym Legia podejmowała w Warszawie izraelski Hapoel Tel Awiw. Emocje sportowe zeszły na plan dalszy ponieważ stała się rzecz straszna. Kibice Legii (z pewnością kibole), w pierwszych minutach meczu wywiesili transparent z napisem „Jihad Legia”, wydrukowanym czcionką stylizowaną na język arabski. O rety! O jejku! Oh my god! Okropne! (wszystko na „o”).

Teraz policja prowadzi intensywne dochodzenie, czy przypadkiem ktoś, oprócz publicystów Gazety Wyborczej, nie poczuł się obrażony tym obrazoburczym napisem. Na razie nie udało się tego ustalić, ale policja jest dobrej myśli. Są na tropie. Jest nadzieja, że odpowiednie nagłośnienie tej sprawy w mediach pozwoli na ujawnienie kogoś, kto sam jeszcze nie wie o tym, że powinien poczuć się dotknięty.

Transparent wywieszony przez kibiców Legii pewnie miał być jakąś tam prowokacją, ale jeśli już, raczej podprogową. Do diabła! Co aż tak nagannego jest w haśle „Święta wojna Legia”? Dlaczego zdaniem dziennikarzy Gazety, ten napis jest obelżywy, antysemicki i rasistowski? I za co UEFA ma karać klub? Ale czujnym tropicielom antysemityzmu we wszystkich jego przejawach, rzeczywistych, a zwłaszcza urojonych, to wystarczy. Wszak grzeszyć można nie tylko mową i uczynkiem, ale również myślą i zaniedbaniem. W książce „Rok 1984” George’a Orwella, takie przestępstwo nazywało się myślozbrodnią.

To są szczyty obrzydliwej poprawności politycznej, która jest już niestety obowiązującą norma. Łatkę antysemity przykleja się chętnie wszystkim oponentom, ponieważ w dzisiejszych czasach taka łatka stanowi stygmat ostateczny. Z kimś napiętnowanym w ten sposób, „światli, poprawni, europejczycy” po prostu nie dyskutują, bo to cham, ciemniak, prostak i ksenofob. I dzieje się to w kraju, w którym toczącą się właśnie dyskusję, na temat udziału Nergala w show telewizji publicznej, ci sami mądrale ucinają z kpiną, pogadankami o wolności słowa i tolerancji. A przecież, Nergal znany jest ze swoich satanistycznych prowokacji, które obrażają wielu religijnych Polaków. Ale to, jakoś im nie przeszkadza. Hipokryzja jak wiadomo nie ma granic.

Żeby wszystko było jasne. Nie jestem kibicem Legii, ani kibicem w ogóle, nie jestem religijny, a Nergal, podobnie jak show, w którym występuje wisi mi kalafiorem. Nie mogę natomiast zdzierżyć tych Himalajów hipokryzji i serwilizmu wobec starozakonnych, którzy hasłami „antysemityzm” i „holocaust” terroryzują wszystkich, ze szczególnym uwzględnieniem kraju nad Wisłą.


W kąciku odjechanych spotów czas wreszcie na PO, choć trzeba przyznać, że również w tej kategorii partia rządząca, nie za bardzo ma się czym pochwalić.


piątek, 30 września 2011

Napierniczak



Nie pamiętam już kto ukuł ten zgrabny kryptonim dla tandemu Napieralski-Olejniczak, który chwycił stery SLD po klęsce wyborczej w 2005 roku. Wszyscy pamiętamy, że fala tsunami po aferze Rywina, zmyła wtedy ze sceny politycznej całą wierchuszkę starych towarzyszy, z Leszkiem Millerem i Józefem Oleksym na czele.

Nowe otwarcie firmował właśnie Napierniczak. Ale twarzą numer 1 odmłodzonego SLD został chłopaczkowaty Wojciech Olejniczak. Jego miękkość, chwiejność, brak charyzmy aż biły po oczach w zderzeniu ze wspomnieniem byłego szefa twardziela, Leszka Millera zwanego żelaznym kanclerzem lewicy. Nic dziwnego, iż nowy lider za późno się zorientował, że za jego plecami, partner z tandemu, podstępny Grzegorz Napieralski wybudował wewnętrzną opozycję i zamierza przejąć partię. Po kongresie SLD w 2008 roku, Wojtek wylądował w politycznej zamrażarce, czyli w Parlamencie Europejskim, a przebiegły Grześ poobsadzał swoimi ludźmi wszystkie najważniejsze funkcje w strukturach partii. Tandem Napierniczak przeszedł do historii. Szybko się jednak okazało, że charyzma nie należy też do mocnych stron nowego lidera.

I kiedy wydawało się, że w atmosferze histerii, jaka zapanowała po katastrofie smoleńskiej i śmierci Jerzego Szmajdzińskiego, wewnętrznej opozycji partyjnej udało się wpuścić Grzesia na minę czyli start w wyborach prezydenckich 2010 roku, ten wyszedł z tej batalii wzmocniony. Starcie gigantów, czyli pojedynek Komorowski – Kaczyński, powinien był zetrzeć na proch takie miałkie indywiduum jak Napieralski. A tu niespodzianka. Szef SLD uzyskał 13, 7% głosów, co stanowiło trzeci wynik w kraju. Odtrąbiono sukces. Napieralski triumfował a Ryszard Kalisz i Wojciech Olejniczak musieli udać się do Canossy. Do dzisiaj nie rozumiem, jak to możliwe, że te fałszywe uśmiechy, taneczne podrygi z bliźniaczkami, rozdane jabłuszka i kanapki przyniosły tak dobry efekt. Ale stało się.

Wtedy spodziewałem się tego, na co zanosi się dzisiaj. W trwającej kampanii wyborczej, jak by się Napieralski nie ustawił zawsze dupa zostaje z tyłu. Nic nie wychodzi. Prawie każda inicjatywa czy wystąpienie zamienia się w mniejszą lub większą katastrofę. Niesforni wyborcy zadają trudne pytania, córki obrażają się na tatusia przed kamerą, minister Rostowski strofuje jak uczniaka punktując oczywiste niekonsekwencje programowe, Arłukowicz bije na głowę w szczecińskich sondażach i jeszcze ten wredny Palikot, który potrafi być sexi dla lewicowych wyborców w przeciwieństwie do szefa lewicy. Bez wątpienia, Napieralski stał się chłopcem do bicia tej kampanii wyborczej i mam wrażenie, że to już kopanie leżącego. Ciosy, którymi jeszcze niezgrabnie próbuje razić przeciwników chybiają celu. Słania się na nogach, jak Tomasz Adamek w dziesiątej rundzie niedawnego pojedynku z Witalijem Kliczko.  

Skłamałbym mówiąc, że mu współczuję. Kiedy skończy karierę polityczną, zawsze znajdzie zatrudnienie jako wzorzec w Sevres. To modelowy wręcz przykład hipokryty, śliskiego, fałszywego, bezideowego karierowicza politycznego.

A jaki będzie epilog tej nie udanej kampanii Grzegorza Napieralskiego? Być może historia zatoczy koło. Lewicę czeka kolejne nowe otwarcie, które tym razem będzie firmował tercet pod szyldem The Best of SLD. Odświeżona fizjonomia Leszka Millera, lepsza połowa duetu Napierniczak i reprezentant lewicy kawiorowej Ryszard Kalisz. A nad całością będzie unosił się duch Aleksandra Kwaśniewskiego jako patrona tego nowego projektu.


Wygląda na to, że najbardziej odjazdowe spoty wyprodukowali kandydaci SLD. Dzisiaj trochę dłuższy klip, ale warto. Polecam zwłaszcza cztery ostatnie sekundy nagrania:)