niedziela, 19 lutego 2012

Czyszczenie przedpola



Upojny smak zwycięstwa często bywa zwiastunem porażki. Wódz, który w geście triumfu stawia stopę na torsie pokonanego wroga i ma dość siły by skazać na wygnanie głównego konkurenta do władzy, traci czujność. To właśnie z powodu pychy, starożytni władcy ogłaszali swoją boskość i stawali się podmiotem kultu poddanych. W sprawie ACTA, Donalda Tuska poniosła arogancja i buta. Na własne życzenie zapędził się do narożnika. Wpadka tym bardziej bolesna, że z punktu widzenia rządu, gra nie toczyła się o wysoką stawkę. Początkowo, głównie chodziło o prestiż, związany z faktem, że z przyjęcia ACTA przez Radę Europy, uczyniono jeden z sukcesów polskiej prezydencji. Wobec skali protestów, prestiż przestał mieć jakiekolwiek znaczenie, ale upór premiera zrobił z tego sprawę honorową. Dlatego kluczył, miotał się, parował ciosy, ale i tak musiał w końcu ustąpić.

Donald Tusk potrafi być zręcznym graczem. Wbrew nadziejom wielu oponentów, nie doszło do istotnego rozprężenia w szeregach władzy. Premier zarządził odwrót z pola walki, w zwartym szyku, z bronią i ze sztandarami. To co zaprezentował na piątkowej konferencji prasowej, to naprawdę kawał udanego piaru. Chmurny Tusk, zamienił się znów w sympatycznego gościa. Skrócił dystans, posypał głowę popiołem, wyznał grzechy i obiecał poprawę. Takiego faceta nie sposób nie lubić. W końcu, kto z nas jest bez wad? Jednocześnie, meritum dotyczące ochrony własności intelektualnej w internecie, umiejętnie przeniósł poza sferę sporu. Co więcej, z gorliwością neofity, odział się w szaty czołowego lobbysty, na rzecz zatrzymania ACTA na gruncie europejskim. Kto wie, czy ta zuchwała zagrywka nie okaże się skuteczna wizerunkowo. W końcu, mimo całej niechęci do polityków, przeciwnicy ACTA potrzebują zinstytucjonalizowanego orędownika swojej sprawy. A urzędujący premier, w roli sojusznika może być nie do pogardzenia. Wydaje się, że Donald Tusk zaczął powoli odzyskiwać grunt pod nogami.

Ale cała ta sprawa, to przede wszystkim czyszczenie przedpola. Szykuje się walna bitwa o zmiany w ustawie emerytalnej, zwane szumnie i na wyrost reformą emerytalną. Tusk chce uczynić ten temat sztandarowym projektem swoich rządów. Trwałym śladem pozostawionym po sobie w polityce. Chce podjąć walkę o wizerunek państwowca i w tej sprawie jest gotów postawić na szali bardzo wiele. Tym bardziej, że zdaje sobie sprawę, że wydłużenie wieku emerytalnego jest konieczne i niezależnie od postawy opozycji, to na jego rząd spadnie odpowiedzialność za zaniechanie jakichkolwiek reform, w obliczu europejskiego kryzysu. Liderzy partii opozycyjnych prześcigają się w hipokryzji i populizmie (postulat referendum jest cynicznym wybiegiem politycznym), chwiejne PSL jak zwykle hamletyzuje, więc ewentualne wsparcie ze strony Janusza Palikota będzie legitymizować go jako jedynego, odpowiedzialnego partnera do rządzenia. To może być punkt zwrotny tej kadencji.

W tej sprawie jestem po stronie premiera, choć same zmiany w ustawie emerytalnej to o wiele za mało. Polsce potrzebny jest nowy plan Balcerowicza, dokonanie całego szeregu zmian systemowych, które stymulowałyby rozwój gospodarczy, bo tylko w ten sposób wydłużenie wieku emerytalnego przyniesie spodziewane efekty. Tymczasem, nie ma na to żadnych szans. Socjaliści z SLD, PSL-u i obu PiS-ów, w imię nieszczęsnych haseł o solidarności społecznej, nie dopuszczą do żadnych zmian. Zresztą, Tuskowi też wcale na tym nie zależy. Jego zwycięstwo może się więc okazać pyrrusowe. Ale spróbować trzeba.


Nie zamieszczałem jeszcze tej naprawdę udanej parodii ścieżki dialogowej, do słynnego fragmentu filmu „Upadek”. Teraz, przy okazji symbolicznego zamknięcia sporu o ACTA, można potraktować ten filmik nieco retrospektywnie. Tym razem, wódz III Rzeszy w roli Donalda Tuska, w momencie wybuchu konfliktu z internautami. Może ktoś jeszcze tego nie widział:)


piątek, 17 lutego 2012

Wielka epoka małych liderów



„Tak jak mitem jest legenda, że „Solidarność” obaliła komunizm, tak samo mitem jest opowieść, że kolejne rządy zbudowały nad Wisłą demokrację i kapitalizm”.
Robert Krasowski - "Po południu"

Bez zrozumienia historii, trudno rozumieć teraźniejszość. W przypadku historii najnowszej wpadamy jednak w pułapkę. Granica między współczesnością a historią jest płynna. Wydarzenia, w których uczestniczyliśmy zwykle trudno nam traktować jako materiał historyczny. Sądzimy, że to co przeżyliśmy i pamiętamy to najbardziej obiektywna prawda o najnowszej historii. Nic bardziej błędnego. Warunkiem rzetelnej analizy jest chłodna ocena, odrzucenie własnych emocji, cząstkowych informacji, zapamiętanej publicystyki i spojrzenie na minione wydarzenia z pozycji historyka, który analizuje materiał badawczy.

Taką metodę przyjął Robert Krasowski w swojej pasjonującej książce o pierwszych latach III RP pt. „Po południu” (podtytuł „Upadek elit solidarnościowych po zdobyciu władzy”), która właśnie trafiła na księgarskie półki. To pierwszy, z planowanych trzech tomów, obejmujący okres od upadku komunizmu do zwycięstwa Aleksandra Kwaśniewskiego w wyborach prezydenckich w 1995 roku. Autor proponuje, żeby naszą dzisiejszą, ukształtowaną już i dojrzałą, wrażliwość polityczną i współczesne kryteria oceny polityków, zastosować do oceny działań uczestników sceny politycznej sprzed 20 lat. Ten prosty zabieg sprawia, że nasze historyczne opinie w sposób diametralny ulegają przewartościowaniu. To książka szczególna. Krasowski nie oferuje ani prawicowej, ani lewicowej wersji historii. Obala mity, odsłania kulisy intryg i nieporozumień, dokonuje chłodnej analizy motywacji i działań podejmowanych przez ludzi, którzy na początku transformacji ustrojowej dzierżyli władzę. Jest jednakowo surowy dla polityków wszystkich opcji. Nie ucieka od ostrych sądów i wyrazistych charakterystyk bohaterów tamtych wydarzeń.

Chyba najbardziej interesująca jest ocena roli Lecha Wałęsy. Wałęsa jest postacią, z którą zawsze wiązał się olbrzymi dysonans poznawczy. Z jednej strony poczucie, że jest w nim jakaś wielkość, z drugiej, jego codzienne zachowania tej wielkości przeczyły. To przekłada się na skrajne opinie na jego temat. Ludowy prostaczek i samorodny talent polityczny. Żywy pomnik, symbol obalenia komunizmu i agent Bolek. Co ciekawe, na swój sposób każda z tych ocen jest słuszna. Mieszają się w jakiś dziwny melanż, wymykając łatwym osądom. Krasowski z tego chaosu ułożył wizerunek sprawnego gracza politycznego, jedynego który miał wizję i próbował ją realizować, wbrew wszystkim. Na pierwszy rzut oka, ta ocena może wydawać się bardzo kontrowersyjna, ale podążając za tokiem rozumowania Krasowskiego nie sposób jej zaprzeczyć. Nie oznacza to, że ze wszystkim się zgadzam. Pewnie, gdyby nieco poprzestawiać akcenty, ten obraz stałby się mniej klarowny. Warto jednak spróbować, zbudować sobie od nowa wizerunek postaci Wałęsy. Zwłaszcza, że wśród utalentowanych polityków tamtych czasów, Krasowski nie wymienia legendarnych przywódców Solidarności:  Mazowieckiego, Geremka, Kuronia. Byli lirycznymi romantykami, naiwnymi Don Kichotami, nie nadającymi się do rządzenia. Trudno się z tą oceną nie zgodzić.

Generalna konkluzja tej książki jest gorzka i bezwzględnie krytyczna wobec polskich elit politycznych. To co udało się osiągnąć w procesie transformacji gospodarczej (i tak strasznie mało versus możliwości i potrzeby), osiągnięto mimo destrukcyjnej działalności polskich polityków, a nie dzięki nim. Wyłącznie dlatego, że główny nurt wydarzeń wyznaczał nóż na gardle rządzących, trzymany przez przedstawicieli MFW i Banku Światowego. „Po południu”, to również druzgocąca krytyka demokracji parlamentarnej. Największą zmarnowaną szansę, autor postrzega przede wszystkim w tym, że nie chciano wykorzystać ambicji Lecha Wałęsy, który walczył o wzmocnienie roli prezydenta kosztem partii politycznych i Sejmu. To była jedyna możliwość wymuszenia reform. Niezależnie od sympatii dla Wałęsy, był on jedynym podmiotem władzy, który chciał wziąć na siebie odpowiedzialność za transformację, podczas gdy kolejni premierzy robili wszystko żeby odsunąć od siebie i od swojego ugrupowania tę odpowiedzialność. Politycy partyjni, poświęcili rozwój gospodarczy w imię schlebiania masom. Smutne, że w odniesieniu do dzisiejszej polityki ta ocena jest tak samo prawdziwa. Bez zmiany ustroju politycznego niczego nie uda się zrobić. Tę książkę naprawdę warto przeczytać.

wtorek, 14 lutego 2012

Wiosna 2015 v. 1.1



Jest wiosna 2015 roku. Trwa najbardziej gorący sezon polityczny od wielu lat. Kampania prezydencka powoli zbliża się do finału, ale wszyscy doskonale wiedzą, że to tylko preludium. Nie będzie nawet chwili wytchnienia przed ostrym wejściem w kampanię parlamentarną poprzedzającą jesienne wybory do Sejmu i Senatu.

Donald Tusk wciąż jest premierem, ale Platforma Obywatelska krwawi, wyczerpana do cna sprawowaniem władzy. Rząd, po wielu silnych ciosach ledwie słania się w ringu. Nikt już nawet nie próbuje udawać, że cokolwiek robi. Zresztą, rząd nie ma już żadnej siły sprawczej. Kilkanaście miesięcy temu, po kolejnej karczemnej awanturze, PSL ostatecznie opuściło koalicję i gabinet Donalda Tuska stracił większość w Sejmie. W dobiegającej końca kadencji, poza podwyższeniem podatków, nie udało się przeprowadzić żadnej z zapowiadanych zmian. Upadła reforma emerytalna i reforma KRUS. Kryzys w Europie trwa i nic nie wskazuje na to by zmierzał ku końcowi, mimo że już dawno wypchnięto Grecję i Portugalię ze strefy euro, a Włochy i Hiszpania pozostały tam warunkowo, godząc się na dyktat ekonomiczny, scementowanej przez lata, spółki Merkozy. Polska gospodarka, nękana wysokimi podatkami, radzi sobie coraz gorzej. Wskaźniki koniunktury gospodarczej spadają, a minister Rostowski dokonuje kolejnych cudów w księgach rachunkowych by dowieść, że zadłużenie nie przekroczyło granicy konstytucyjnego pułapu bezpieczeństwa. Wobec symbolicznej puli środków finansowych, przyznanych Polsce w ramach funduszy strukturalnych z UE, inwestycje zamarły. Dotkliwym ciosem dla premiera była też utrata wsparcia mainstreamowych mediów, które z równą żarliwością wspierają teraz lewicę. Donald Tusk, żyje już tylko nadzieją, że Angela Merkel wywiąże się z obietnicy, znajdując dla niego miejsce w ramach struktur unijnej biurokracji. W samej partii wrze. Tusk stracił jakikolwiek wpływ na swoje ugrupowanie. Grzegorz Schetyna, słynna rezerwa strategiczna PO, jest w swoim żywiole. Otwarcie przygotowuje się do formalnego przejęcia sterów partii, odcinając się od premiera i rządu. Aktywnie wspierają go Jarosław Gowin i Paweł Piskorski, który po latach wrócił na łono Platformy. Media znowu mówią o trzech tenorach i nowym otwarciu. Ale partia jest już od dawna rozbita. Cześć posłów jawnie flirtuje z lewicą, część młodych działaczy, pod hasłami powrotu do pierwocin PO, myśli o secesji.

Krwawa łaźnia trwa też po prawej stronie sceny politycznej. Solidarna Polska, balansując wciąż na granicy 3-4% głosów w sondażach, decyduje się na bezwzględny atak na swoją dawna formację. Nie ma innego sposobu na pozyskanie elektoratu. Jacek Kurski nie przebiera w środkach. Wyciąga stare intrygi Jarosława Kaczyńskiego, jeszcze z okresu wojny na górze i rządu Jana Olszewskiego, oskarżając go o ciche sprzyjanie komunistom. Szermuje zarzutem zdrady stanu wobec Kaczyńskiego, zarzucając mu suflowanie bratu zgody na przyjęcie Traktatu Lizbońskiego, który porównał do aktu  rozbiorowego. Wytoczono też najpotężniejsze działa, odgrzewając dawne insynuacje na temat homoseksualizmu lidera PiS. Jarosław Kaczyński po raz kolejny zwiera szeregi, ale bratobójcza wojna trwa, a obie strony nie zamierzają brać jeńców.

Paweł Kowal i Marek Migalski, od końca 2014 roku są już poza polityką. Projekt PJN rozpadł się ostatecznie po podwójnej klęsce, w wyborach do europarlamentu i w wyborach samorządowych. W mediach pojawiły się przecieki, że za pośrednictwem Joanny Kluzik-Rostkowskiej i Jana Filipa Libickiego, obaj panowie, prowadzą rozmowy sondażowe z Grzegorzem Schetyną.

Na tym tle, lewica jawi się jako oaza kompetencji i spokoju. Janusz Palikot i Leszek Miller publicznie manifestują przyjazne relacje. Palikot, porzucił maskę błazna i przywdział kostium męża stanu. Z poparciem swojej partii i SLD, stanął do walki o prezydenturę. Leszek Miller wyrósł na najbardziej rzeczowego krytyka rządu i po ponad 10 latach, spokojnie przygotowuje się do triumfalnego powrotu na urząd premiera. To efekt ustaleń paktu stabilizacyjnego zawartego przez SLD i partię Janusza Palikota, w odpowiedzi na apel Gazety Wyborczej, która porzuciwszy Donalda Tuska, natychmiast wpadła w objęcia Palikota. To właśnie Adam Michnik, rzadko pojawiający się na łamach Gazety, jako pierwszy wsparł prezydenckie aspiracje Janusza Palikota, w swoim słynnym artykule „Nasz prezydent, wasz premier”, który odbił się bardzo szerokim echem, nie tylko w Polsce.

Wszystko wskazuje na to, że w drugiej turze wyborów prezydenckich, walczący o reelekcję  Bronisław Komorowski zmierzy się z Januszem Palikotem. Wynik na poziomie 10%, mogą uzyskać, kandydat Solidarnej Polski, Zbigniew Ziobro oraz Antoni Macierewicz popierany przez Prawo i Sprawiedliwość. W swojej kampanii prezydenckiej, kandydat PiS skupił się na postulatach związanych z podjęciem nowych wątków katastrofy smoleńskiej.

Najnowszy sondaż TNS OBOP wskazuje, że po wyborach władza w Polsce najprawdopodobniej znajdzie się w rękach lewicy.

RP – 34%
PiS – 21%
PO – 17%
SLD – 14%
PSL – 8%
SP – 4%
Inni – 2%

CDN… w następnym odcinku wariant nr 2;)

COMING SOON!

sobota, 11 lutego 2012

Jałta


Jałta 1945 - billboard z kampanii reklamowej marki Diesel.

„O ile mi wiadomo, jest to pierwszy wypadek w historii, że naród w wyniku prowadzenia wojny zmienia zarówno swój ustrój, jak granice decyzją trzech innych narodów, które wszystkie są w przymierzu z nim, albo dokładniej dwa są w pełnym przymierzu w ścisłym tego słowa znaczeniu, a trzecie w przymierzu takim lub innym, a w dodatku naród ten jest nieobecny, gdy zapadają decyzje o jego losie.”

To fragment przemówienia jednego z deputowanych, w czasie debaty w brytyjskiej Izbie Gmin, na temat postanowień konferencji krymskiej, która zakończyła się 11 lutego 1945 roku, dokładnie 67 lat temu. Wszyscy wiedzą co stało się w Jałcie i jak złowieszczo zapisało się to miejsce w naszej historii. Ale tak naprawdę, w sprawie Polski, jedynie oficjalnie potwierdzono tam, zakulisowe ustalenia podjęte na poprzedniej konferencji Wielkiej Trójki, w listopadzie 1943 roku, w Teheranie. Pod względem prawnym i moralnym było to złamanie przez Wielką Brytanię i Stany Zjednoczone wszystkich umów zawartych z Polską przed wojną i w czasie wojny oraz wszelkich deklaracji składanych w sprawie jej przyszłych losów. Sprzeniewierzono się także postanowieniom Karty Atlantyckiej, podpisanej z inicjatywy Roosevelta przez członków koalicji antyhitlerowskiej (w tym ZSRR) w 1941, która miała określać cele polityczne aliantów w czasie wojny i po jej zakończeniu. Rozstrzygnięcia konferencji krymskiej złamały co najmniej 3 (z ośmiu) postanowienia tego dokumentu:

Po pierwsze, sygnatariusze nie dążą do żadnego rozrostu ani pod względem terytorialnym, ani pod żadnym innym względem;
Po wtóre, nie pragną oni zrealizowania żadnych zmian terytorialnych, które by nie zgadzały się ze swobodnie wyrażonymi życzeniami ludów zainteresowanych;
Po trzecie, szanują oni prawo wszystkich ludzi do wybrania sobie formy rządu, pod jakim chcą żyć, i pragną oni, żeby przywrócono prawa suwerenne i autonomię tym, którym je odebrano siłą;

Co ciekawe, myśląc o konferencji jałtańskiej, naszą niechęć kierujemy przede wszystkim w stronę Stalina i Churchilla, a nie Roosevelta. Niesłusznie. Stalin był jawnym wrogiem, a Churchill, który za wszelką cenę próbował ocalić resztki Imperium Brytyjskiego, tak naprawdę nie liczył się w tej rozgrywce. Najbardziej złowrogą, fałszywą i perfidną rolę podczas obu spotkań Wielkiej Trójki odegrał arcyhipokryta, Franklin Delano Roosevelt, który jeszcze rok wcześniej nazywał Polskę „sumieniem narodów”. Roosevelt przybył do Jałty, by zawrzeć porozumienie w sprawie swojego ukochanego dziecka, czyli Organizacji Narodów Zjednoczonych, i uzyskać zobowiązania Stalina w sprawie zaangażowania ZSRR w wojnę na Pacyfiku. Europa, z wyjątkiem Niemiec, nie interesowała go prawie wcale. A już na pewno nie wyobrażał sobie, by kwestia jakiejś tam Polski zagroziła jego powojennym planom. Bez cienia skrupułów wepchnął ją w łapy Stalina. Niezapomniany, Stanisław Cat Mackiewicz pisał, że w historii Polski, miejsce F.D. Roosevelta jest obok Fryderyka II i Katarzyny II. To niebywałe, że ten człowiek jest dzisiaj patronem ulic w wielu polskich miastach.

A tak rozumiał Jałtę Jacek Kaczmarski.


środa, 8 lutego 2012

Pogłoski o śmierci PO są mocno przesadzone


Obraz Jacka Yerki "Prywatna fala"

Wciąż czytam triumfalne wieszczenia końca dominacji Platformy Obywatelskiej. Wyspecjalizował się w nich między innymi Marek Migalski. W kolejnych wpisach na swoim blogu („PO – to już koniec!”, „Co po PO?”, „PO – kronika zapowiedzianej śmierci”) snuje wizje wewnętrznego rozkładu Platformy i upatruje w tym wielkiej szansy dla swojej partii. Jest bardzo pewny swego:

„Z każdym dniem coraz bardziej to widać, słychać i czuć (że Platforma się kończy). Kto tego nie rozumie, nie powinien zajmować się polityką. CI którzy twierdzą, że nic się nie dzieje, że Tusk nie przez takie zawirowania przechodził, że nie takie kryzysy przezwyciężał, ośmieszają się i będą w przyszłości wykpiwani jak ci, którzy na jesieni 1991 roku twierdzili, że Związek Radziecki pokona wolny świat.”

Lubię teksty Marka Migalskiego, uważam, że jest znacznie sprawniejszym publicystą niż politykiem, zgadzam się z większością spostrzeżeń zawartych w przywoływanych wpisach, a jednak wyciągam z nich inne wnioski.

Tak, to prawda. Donald Tusk jest dziś poturbowany jak nigdy wcześniej. Stracił wiele z wizerunku politycznego króla Midasa, który każdy problem jest w stanie zamienić w dobry PR. Gdyby wybory odbywały się wiosną, miałby twardy orzech do zgryzienia, choć wcale nie stałby na straconej pozycji. Ale do wyborów mamy jeszcze prawie 4 lata rejsu rozklekotaną łajbą, płynącą przez wzburzony, nawiedzany sztormami ocean. W tym kontekście, to co dzieje się dzisiaj nie ma tak wielkiego znaczenia. Donald Tusk odniesie jeszcze nie jedną ranę, rząd nie jeden raz się skompromituje, ale to wcale nie oznacza przewrotu na scenie politycznej. Mandatem do sprawowania władzy przez PO, nie są sukcesy Donald Tuska w roli premiera tylko strach przed PiS-em. Paraliżującym strachem spętane są media tworzące przekaz, w którym zwycięstwo PiS byłoby narodowym kataklizmem. Ten strach, każe wybaczyć każdy błąd w imię wyższej racji. To psychoza, ale trzeba przyznać uczciwie, że PiS zapracował sobie na rolę czarnego luda. Jarosław Kaczyński jest, bez wątpienia, największym sojusznikiem Donalda Tuska. Warunkiem dokonania zmian jest rozpad dwubiegunowej sceny politycznej. Dopóki będzie istniał PiS w obecnym kształcie, z Jarosławem Kaczyńskim na czele, Donald Tusk może czuć się bezpiecznie. Litania kolejnych wpadek spowoduje jedynie zmianę motywów poparcia dla jego rządów. W coraz mniejszym stopniu miłość, w coraz większym wyrachowanie. Z punktu widzenia sprawowania władzy nie ma to jednak większego znaczenia. Strach jest najlepszym spoiwem. Dopiero na gruzach PO i PiS będzie możliwe nowe otwarcie.

Tu dochodzimy do kolejnej kwestii, która rodzi optymizm pana Migalskiego, choć moim zdaniem, póki co, nie ma ku temu nawet najmniejszych podstaw. Kto miałby być beneficjentem klęski PO? Platforma jest dzisiaj bezideową korporacją, w której znaleźć można wszystkie środowiska polityczne. Część z nich, mają szansę przejąć Janusz Palikot i SLD, ale co z centrum i tak zwanym prawym skrzydłem Platformy, które teoretycznie mógłby zagospodarować PJN? Nie widzę dziś żadnej aktywności tej partii. Każdy z jej rozpoznawalnych członków gra na siebie. Paweł Kowal, wyspecjalizował się w polityce wschodniej i powoli buduje pozycję eksperta również w sprawach europejskich, wyraźnie dystansując się od polskiego grajdołka politycznego. Publicystyka Marka Migalskiego utrwala jego odrębność. Paweł Poncyliusz w ogóle zniknął ze sceny, poza Sejmem dopadła go proza życia. Michał Kamiński, w PJN jest chyba tylko przez pomyłkę. Jego kuriozalne one man show i nie przyzwoite umizgi do PO robią fatalne wrażenie. Panie Marku! Nie tworzycie żadnej alternatywy politycznej. Jeżeli sądzi Pan, że pospolite ruszenie i medialne ADHD, na pięć minut przed wyborami, pozwoli wam wejść do pierwszej ligi, to jest Pan naiwny. W Polsce brakuje, rozsądnej, konserwatywno-liberalnej opozycji, która będzie miała własny pogląd w każdej ważnej sprawie, miast w czambuł krytykować wszystkie posunięcia rządu. Ale wy nie chcecie nią być. Konserwatywno-liberalni wybory PO nie mają dokąd pójść.

Moja rada. Zamiast upajać się wizją agonii PO, zajmijcie się pracą u podstaw. Zacznijcie działać na rzecz nowego projektu politycznego jako zespół. I zmieńcie ten obciachowy szyld. PJN kojarzy się z PiS-em, Kluzik-Rostkowską i całym tym kompromitującym bałaganem, który jest grzechem pierworodnym tej formacji. Po co dźwigać to brzemię?

niedziela, 5 lutego 2012

Grab zagrabione?



Na fali protestów w sprawie ACTA, podjęto dyskusję na temat prawa własności intelektualnej, a także prawa własności w ogóle. Nie zamierzam tu wchodzić w głębsze rozważania, w jaki sposób własność intelektualna powinna być chroniona i jak egzekwowana. Chcę natomiast zwrócić uwagę na dość ciekawy paradoks, zgodnie z którym prawo własności intelektualnej podważają dziś dwa skrajnie opozycyjne wobec siebie środowiska polityczne. Dla libertarian, uznających pełną swobodę dysponowania swoją własnością, prawo własności jest jednym z niepodważalnych praw naturalnych. Kwestionują jednak ten status, w przypadku własności intelektualnej. Zgodnie z wyznawaną doktryną uważają, że uznanie prawa własności intelektualnej twórcy, prowadzi do ograniczenia swobody dysponowania własnością przez legalnego nabywcę dzieła czy utworu.

Z drugiej strony, z zupełnie innych pozycji ideowych, zamach na prawo własności intelektualnej szykują środowiska lewicowe. Kłopot w tym, że w przewrotny sposób odwołując się do wolności i godności człowieka, podnoszą argumenty czysto marksistowskie. Poglądy Janusza Palikota wciąż ewoluują i powoli zaczynają przypominać założenia manifestu komunistycznego. Już teraz, nowy mesjasz lewicy, spór o ACTA przedstawia jak konflikt interesów wyzyskiwanej klasy pracującej (internautów) i burżuazji (twórców), definiując wolność jako brak ograniczeń finansowych w dostępie do internetu. To chytry zabieg. Kiedy brak poszanowania cudzych praw nazwiemy walką o wolność i godność człowieka, to w imię wyższych racji można złamać wszystkie obowiązujące zasady etyczne. Janusz Palikot pisze na swoim blogu:

„Większość młodych ludzi pracuje teraz w Polsce na umowach śmieciowych, bez widoków na emerytury, i na sukces. Dla wielu z nich jest to jedyna „konsumpcja”! Tylko na to ich „stać”, aby za darmo obejrzeć coś w sieci. Teraz – po podpisaniu ACTA – mają za to płacić. I oto jest ten spór! W tych protestach wyraża się żal za to jak dziś wygląda życie młodego człowieka. W świecie rozbudowanych oczekiwań konsumpcyjnych i niskich zdolności płatniczych. Dlatego stało się to sprawą godności tego pokolenia. Tu wolność jest z godnością powiązana jak zawsze – w sposób zasadniczy! (…) Jest w tym wszystkim elementarna dla życia publicznego kwestia proporcji pomiędzy czyjąś własnością, a prawem dostępu. Tak jest, było i będzie, że to zawsze jest w sprzeczności. Własność to zawsze ograniczenie dostępu i już!”

Brzmi jak idea komunizacji internetu. W myśl tych zasad, dostęp do zasobów sieci należy się wszystkim, za darmo, bez oglądania się na cudzą własność. Ale Palikot nie jest tu osamotniony. Podobne poglądy zawsze mogły liczyć na życzliwe wsparcie usłużnych intelektualistów. I oto, w roli ideologa nowej sprawiedliwości społecznej pojawia się Jacek Żakowski, gwiazdor lewicowego dziennikarstwa, relatywizując istotę prawa własności:

„Wbrew temu, co od 20 lat powtarzamy o świętym prawie własności, to jest ono jednym z najmniej świętych praw w historii. Koncepcja własności , co może być własnością, jest historycznie zmienna, jak mało która. Niecałe 200 lat temu chłop, czy niewolnik był przedmiotem prawa własności. A prawo do własności ziemi? Po pierwszej wojnie światowej zakwestionowane w całej Europie. To wszystko jakby ewoluowało. Mamy do czynienia z historyczną zmianą, jaka dokonała się w Stanach Zjednoczonych w odniesieniu do prawa do własności niewolnika. Dobra kultury, dostęp do kultury podlega podobnej emancypacji. Stosunek do prawa własności zawsze był bardzo polityczny, nawet gdy nie postępowała rewolucja. Kończy się codzienność. Chmura jest odpowiednikiem gawiedzi rewolucyjnej.”

A więc w imię, tak zwanej sprawiedliwości społecznej, należy dokonać emancypacji (jakie zgrabne słowo) prawa własności intelektualnej, a być może zastanowić się nad nową definicją tego, co w ogóle może podlegać własności. Lewica zawsze potrafiła znaleźć ładną ideologiczną oprawę dla starej dewizy Lenina „grab zagrabione”. Panie Palikot! Panie Żakowski! Nie idźcie tą drogą!

Ale nie jest też tak, że sam sposób ochrony własności intelektualnej nie podlega dyskusji. Warto się zastanowić nad istniejącymi regulacjami w tym względzie. Dzisiejszy system prawny, w sposób przesadny chroni twórców. W przypadku praw autorskich, ochrona wynosi aż 70 lat, od momentu śmierci autora. Co ciekawe, również w tej sprawie, znaczne skrócenie okresu ochrony postulują bardzo odległe środowiska politycznie (znowu ten sam paradoks). Część środowisk prawicowych, między innymi Janusz Korwin Mikke, ale także europejscy Zieloni, na czele których stoi znany z lewackich sympatii Daniel Cohn-Bendit, jeden z przywódców rewolty 1968 roku.

czwartek, 2 lutego 2012

Pytania, których nikt nie stawia



Obawiam się, że zbyt wiele miejsca poświęcam kiepskiej kondycji polskiego dziennikarstwa, ale są sprawy, którym nie mogę się nadziwić. Minęły dwa dni od zakończenia brukselskiego szczytu, który zdaniem przedstawicieli partii rządzącej, zakończył się satysfakcjonującym kompromisem, a w narracji prorządowych mediów zdążył już nawet przekształcić się w umiarkowany sukces, a ja wciąż nie mogę doczekać się odpowiedzi na pytania, które mnie nurtują. Mediom i komentatorom, tak bardzo spodobała się metafora obiadowa premiera, że nie ma końca wymyślaniu nowych jej interpretacji i licytowaniu, kto siedzi przy stole, kto pod stołem, kto jest w menu i w charakterze jakiego dania występuje. Można odnieść wrażenie, że te około stołowe rozważania wyczerpują zainteresowanie ustaleniami szczytu. Ja jednak zamierzam upierdliwie drążyć kilka kwestii.

Jakie będą konsekwencje podpisania paktu fiskalnego?

Donald Tusk, przedstawiając ustalenia szczytu, na konferencji prasowej w Brukseli poinformował, że kraje spoza strefy euro nie będą zobligowane do przestrzegania zobowiązań wynikających z paktu, do czasu przyjęcie wspólnej waluty. Zapewnił również, że sprawa zasilenia finansowego MFW nie jest elementem paktu. Co w takim razie, wynika dla Polski z podpisania tego dokumentu? Pytanie tym bardziej zasadne, że politycy opozycji, powołując się na lekturę tekstu umowy, twierdzą, że premier mija się z prawdą. Utrzymują, że sankcje za nie przestrzeganie reguł fiskalnych mają nas jednak dotyczyć. Jeżeli więc są wątpliwości w tak kluczowej sprawie, premier tym bardziej powinien rzetelnie podsumować wszystkie konsekwencje przyjęcia paktu. Nie rozumiem natomiast, dlaczego takich oczekiwań nie formułują dziennikarze?

Dlaczego uznano, że aktywny udział Polski w spotkaniach strefy euro to zbyt wygórowane żądanie?

Jak oczywistą oczywistość potraktowano fakt, że jako kraj nie należący do strefy euro, nie możemy mieć prawa głosu na spotkaniach państw siedemnastki. Jednocześnie, w kółko przywołuje się zasadę „pacta sunt servanda” przypominając, że do strefy euro i tak wejść musimy, bo zobowiązaliśmy się do tego przystępując do UE i tylko termin pozostaje kwestią techniczną do ustalenia. No to jak w końcu jest? Jeżeli nasz udział w unii walutowej jest już zdeterminowany, to ustalenia, które tę strefę kształtują interesują nas tak samo jak kraje siedemnastki. Nie może być przecież tak, że mamy bezwzględnie wejść do struktury, która będzie wyglądać zupełnie inaczej niż wtedy kiedy podejmowaliśmy to zobowiązanie. To mniej więcej tak samo, jak umówienie warunków zakupu domu, który mamy nabyć w przyszłości. W momencie zawarcia umowy oglądamy pięknie zadbaną nieruchomość z czystą hipoteką, a po 10 latach właściciel próbuje nam wepchnąć zdewastowaną, zadłużoną po uszy ruinę. Dlaczego nikt tej sprzeczności nie widzi? Ale czego wymagać od dziennikarzy, którzy jak redaktor Morozowski, przyjęcie euro postrzegają jedynie w kategoriach osobistych korzyści wynikających z eliminacji niewygody związanej z wymianą pieniędzy podczas podróży na wakacje (w rozmowie z Ludwikiem Dornem we wtorkowym programie „Tak jest”). To jest kompromitujący poziom dziennikarstwa. Zarząd stacji, powinien chyba pomyśleć o szkoleniach dla swoich gwiazd.

Co z udziałem Polski w finansowaniu ratunkowym MFW?

Dowiedzieliśmy się od premiera, że wbrew wcześniejszym założeniom, pożyczka pomocowa dla MFW nie jest elementem paktu fiskalnego. Ok. Jakie w takim razie jest aktualne stanowisko rządu w kwestii udziału Polski w finansowaniu eurobankrutów? Jestem pewien, że owe 6 mld EUR z rezerw Narodowego Banku Polskiego, na niekorzystnych warunkach, i tak pożyczymy. Musimy być przecież solidarni wobec tych wszystkich państw, które solidarnością z nami wcale się nie przejmują. Zwłaszcza w kontekście negocjacji nowego budżetu wydatków UE, na lata 2014-20, i walki o owe mityczne 300 mld złotych z funduszy strukturalnych, które wydają się coraz mniej prawdopodobne. Wyraźnie już widać, że w interesie Niemiec i Francji będzie skierowanie jak największej ilości środków finansowych na ratowanie gospodarek, pogrążonych w kryzysie, państw strefy euro, kosztem krajów Europy Środkowo-Wschodniej. Tylko dlaczego, nie słyszę dziś tych niewygodnych pytań?


P.S. W kontrze do propagandy sukcesu obowiązującej w większości polskich mediów, zwracam uwagę na ciekawy artykuł, który prezentuje punkt widzenia francuskiej prasy, na ustalenia poniedziałkowego szczytu w Brukseli, tożsamy z moją własną oceną zawartą w notce "Klapa". Oto fragment tego tekstu:

„Polscy dyplomaci sugerują, że wywalczony przez naszą delegację zapis w unijnej umowie międzyrządowej sprawi, że trudniej będzie nas wypraszać z antykryzysowych narad przywódców eurolandu. Będą się one bowiem za każdym razem odbywać po szczytach całej UE. Po spotkaniu w Brukseli Nicolas Sarkozy zasugerował, że to bzdura i przedstawił inną interpretację przyjętego tekstu. Nie będzie potrzeby wypraszać z narad eurolandu przywódców spoza strefy, bo po prostu nie będą oni na nie wpuszczani. „