„W podstawówce, wraz z wieloma koleżankami byłam molestowana przez
księdza”, „Anna Grodzka budzi nienawiść prawicy”, „Nie zgwałcił bo ma
ładniejszą żonę”, „Przed śmiercią Madzi jej matka szukała w Internecie cen
trumien i wysokości zasiłku”, „Polski hokeista – skandalista poszukiwany listem
gończym”, „Pierwsza Dama pisze książkę. Zamiast historii Komorowskich – przepis
na królika”.
To nie są nagłówki z brukowego Faktu czy Super Expressu. Tak wygląda
strona główna portalu internetowego Tomasza Lisa po czterech tygodniach
działalności. Kiedy dokładnie miesiąc temu startował serwis natemat.pl, Lis
szumnie zapowiadał: „Chcemy zajmować się wyłącznie tym, co istotne. Mamy
poczucie, że z gigantami internetowymi pod kątem liczby kliknięć nie wygramy,
ale pod względem jakości chcemy rywalizować ze wszystkimi.” Czy to się udaje?
Mimo sporej fali krytyki, z którą ten projekt zderzył się na starcie,
uważam że początek wcale nie był zły. Bez rewelacji, ale na przyzwoitym
poziomie. Niestety, im głębiej w las tym więcej drzew. Mam wrażenie, że z
każdym tygodniem coraz wyraźniej wyłania się tabloidalne oblicze portalu, który
staje się karykaturą wizji założycielskiej. Tematów istotnych jak na lekarstwo,
zagranicznych jeszcze mniej. Przeważają michałki i duperele z krajowego
grajdołka. Nawet sprawy ważne podejmowane są w sposób epatujący sensacją. Próżno
szukać ciekawych analiz i oryginalnych poglądów. Za to chwytliwe tytuły w
przesadny sposób sugerują rewelacje, których nie znajdzie się w tekście. To manewr
żywcem wzięty z Onetu, którego celem jest pompowanie klikalności. Jeszcze
miesiąc temu, takie praktyki były dla Lisa wzorcem fatalnego dziennikarstwa, którego
w żadnym wypadku nie chciał u siebie widzieć. Teraz jest to najbardziej widoczny
trend. Spójrzmy co oferowano nam wczorajszego wieczora.
Na czołówce, artykuł o zakatarzonym Palikocie, odbywającym kurację w swojej
suwalskiej głuszy, który niczym Piłsudski z Sulejówka powróci za chwilę na
salony władzy, by wziąć na swoje barki brzemię odpowiedzialności za naszą
umęczoną ojczyznę. Tekst jest zajawką wywiadu, który ukaże się w poniedziałkowym
Newsweeku. Autor sugeruje ujawnienie w nim jakichś tajemniczych rewelacji, co jak
rozumiem ma podkręcić zainteresowanie tygodnikiem, w którym również pracuje. W drugim
szeregu, aż dwa teksty podejmujące nośny temat pedofilii wśród księży, do których
pretekstem stał się jakiś anonimowy komentarz na jednym z blogów. Dalej, kreowanie
Anny Grodzkiej na ofiarę nienawiści prawicowych mediów. Owszem, Grodzka bywa
przedmiotem kpin, czy nie wybrednych żartów, ale nazywanie tego nienawiścią i rozpatrywanie
w kategoriach problemu społecznego jest grubą przesadą. Następnie, podlana
sensacyjnym sosem sylwetka hokeisty Krzysztofa Oliwy poszukiwanego listem
gończym. Tytuł sugeruje grubszą aferę, natomiast z lektury tekstu dowiadujemy
się, że chodzi o jakąś błahą sprawę i jeżeli coś jest tu sensacją, to fakt iż w
takich przypadkach wystawiane są listy
gończe.
Rozczarowałem się też działalnością blogerów. Ciekawy skład personalny
pozwalał oczekiwać niebanalnych, przenikliwych tekstów. Tymczasem poziom wpisów
niekorzystnie odstaje od wielu blogów ze stajni Salonu24 czy Newsweeka. Być
może dlatego, że najbardziej aktywni są nie ci, na których liczyłem. Nic też
nie będzie z zapowiadanego ekumenizmu politycznego. Lis roztaczał wizję
portalu, w którym wspólną platformę porozumienia znajdą wszystkie strony sporu
politycznego. To nie realne. Tomasz Lis jest dziennikarzem otwarcie wspierającym jedną
opcją polityczną. Przyciąga przede wszystkim ludzi myślących tak samo jak on, a oni wcale nie
mają ochoty porozumiewać się ponad podziałami. Przeciwnie, oczekują
potwierdzania swoich opinii i ocen. Stąd aktywność polityków uważanych za prawicowych, jak Wipler czy Kempa z góry skazana jest
na porażkę. Ich wpisy są dobrą okazją do złośliwości i kpin. Nikt
nie lubi wiecznie obrywać w nos, więc trudno się dziwić, że aktywność krzewicieli
nie prawomyślnych poglądów spada.
Reasumując, portal natemat.pl nie stworzył nowej jakości w
internetowej publicystyce i póki co nic nie wskazuje na to, by miał stworzyć. Jeszcze tam zaglądam, ale już coraz rzadziej.
