piątek, 18 maja 2012

Melduję pełną gotowość do EURO!




- Panie premierze, melduję pełną gotowość do EURO! – w świetle telewizyjnych kamer, wyprostowany jak struna minister transportu strzelił służbiście obcasami.
Badawczy wzrok szefa rządu, prześlizgiwał się po twarzach stojących karnie w szeregu ministrów. Spięte pośladki, przyspieszone oddechy, skupione twarze, zastygłe w oczekiwaniu na kolejny gest prezesa Rady Ministrów.
- Baaaaczność! Spooocznijj! Dooo przyyydzielonyyych zajęć, rozejść się! – rozległ się tubalny głos szefa kancelarii premiera. - A wy – zwrócił się chłodno do ministra transportu – pozwólcie do gabinetu szefa.

Premier, z dystansu przepastnego biurka, patrzył z irytacją na przestępującego niepewnie z nogi na nogę ministra.
- Minęły 4 lata. I co? –  huknął oskarżycielsko.
- Robiłem co było w mojej mocy. Wykonawca wyłożył się na całej linii. Trudno jest znaleźć uczciwą firmę w 38 milionowym kraju – drżącym głosem próbował się usprawiedliwiać minister.
- Bardzo trudno. A jeszcze trudniej być ministrem transportu – skwitował premier.
Jego spojrzenie stało się teraz lodowate.
- Jak pan w tej sytuacji widzi swoją dalszą pracę w resorcie? Drugi już wykonawca splajtował panu pod nosem, a do tego został pan ośmieszony.
Minister, rozedrganą dłonią, próbował  niezgrabnie wyciągnąć z kieszeni chusteczkę do nosa.
- Ośmielam się zauważyć, że ci wykonawcy zostali… - smarknął w chustkę, którą wreszcie udało mu się wydobyć – wybrani przez szanownego poprzednika mojego. Ja starałem się żeby…
- Starał się pan – obcesowo wszedł mu w słowo premier - ale tak jakoś nie do końca, co? Tak samo jak starał się pan zapewnić przejezdność A2. Nie wiem czy intensywność pańskich starań będzie wystarczająca, żeby pozostał pan na swoim stanowisku.
- Chryste, przysięgam że zapewnię… – minister wpadł w popłoch. - Koparki pracują pełną parą, kruszywo już jedzie. Za tydzień będziemy wylewać asfalt – wyrzucał z siebie jak karabin maszynowy kolejne zapewnienia.
- To pan tak myśli. Wkrótce odpocznie pan od myślenia. Dziękuję – rzucił, energicznym ruchem podnosząc słuchawkę telefonu.
- Panie premierze, czy nie ze… zechciałby mi pan dać jeszcze jednej szansy? Ta autostrada jest dla mnie wszystkim – rozpaczliwie próbował ratować sytuację. - Gdyby pan zechciał łaskawie rzucić okiem. Pozwoliłem sobie zrobić makietkę – pochwalił się, dumnie rozkładając na biurku szefa makietę fragmentu autostrady, własnoręcznie wykonaną z tektury.
- Właśnie chciałem wprowadzić pewne innowacje, które pozwoliłyby nam uniknąć kompromitacji i zająć czymś media – tłumaczył podekscytowany. - Na przykład, objazd przez Grodzisk i Rawę Mazowiecką na przykład, a w tym miejscu umieścimy wraki dwóch tirów, wozy strażackie, pogotowie i policję, że niby trwa akcja ratunkowa i autostrada jest czasowo zamknięta. A gdyby z drugiej strony umieścić rozbitą awionetkę albo helikopter… - przerwał gdy jego wzrok zderzył się z lodowatym spojrzeniem premiera.
Zapadła złowroga cisza. Szef rządu coraz bardziej wybałuszał oczy patrząc z niedowierzaniem na rozłożoną na biurku makietkę. Po chwili, chwycił ją szybkim ruchem i wycedził przez zęby.
- Jedyną szansą dla pana jest dokończenie odcinka C i całkowita przejezdność A2 od granicy do War-sza-wy – akcentował ostatnie sylaby drąc makietkę na drobne kawałki. - O helikopterach lepiej niech pan nie myśli – podniósł się z miejsca i rozsypał strzępki po podłodze. - Żegnam!
- O Jezus, Jezus Maria, Jezus Maria… - zrozpaczony mister wycofując się na czworaka z gabinetu, próbował jeszcze zebrać rozrzucone kawałki makietki z podłogi.


Na koniec zagadka. Z jakiego znanego filmu pożyczyłem tę scenkę, dokonując rzecz jasna zmian, stosownie do okoliczności?:)

wtorek, 15 maja 2012

Prowokacja


fot. Grzegorz Celejewski

Prowokacja! Słowo to robi w ostatnich dniach oszałamiającą karierę. W piątek, w Sejmie i przyległościach, wszyscy prowokowali wszystkich, a przynajmniej takie można odnieść wrażenie słuchając podnoszonych zarzutów. Donald Tusk sprowokował Jarosława Kaczyńskiego, Kaczyński Palikota, a ten z kolei posła SLD. Ewa Stankiewicza prowokowała Stefana Niesiołowskiego, marszałek Ewa Kopacz związkowców z Solidarności, a koalicja rządowa wszystkich Polaków sprzeciwiających się podniesieniu wieku emerytalnego. Uff, nie wiem czy nie pominąłem jakiejś ważnej prowokacji. W całej tej hałastrze prowokatorów był jednak ktoś kto nie prowokował. A raczej obawiając się, że sprowokować może, nie robił tego co należało zrobić. Tym zbiorowym ktosiem jest niestety policja, która bezradnie przyglądała się radosnej twórczości związkowców szarpiących się z posłami usiłującymi przełamać blokadę Solidarności oblegającej Sejm. Ograniczenie swobody obywatelskiej jest pogwałceniem prawa i podstawowych reguł demokracji, którą wszyscy chętnie wycierają sobie gębę, wtedy kiedy im to pasuje. I nie ma tu nic do rzeczy fakt, że w głębi duszy mało kto tych biednych posłów żałuje.

Związki Zawodowe są niezwykle destrukcyjnym uczestnikiem demokratycznego systemu władzy.  A kiedy są silne, tak jak w Polsce, politycy stają się zakładnikami działaczy związkowych brnąc w populistyczne obietnice. Karykaturę liberalnej gospodarki, którą mamy okazję doświadczać, w znacznej mierze zawdzięczamy związkokracji. Utrzymywanie nierentownych przedsiębiorstw i całych branż, wysokie koszty prywatyzacji, masa przywilejów socjalnych, nadmierny fiskalizm, to wszystko haracz jaki płacimy w imię spokoju społecznego, którego depozytariuszem są związki zawodowe. Demonstracje, pikiety, protesty i marsze są pełnoprawnym elementem systemu i nie ma co się na to obrażać. Czym innym jednak jest przekraczanie granic prawa, co miało miejsce w piątek. Nie rozdzierałbym szat i byłbym nawet skłonny zbagatelizować to krótkotrwałe „aresztowanie” posłów w Sejmie, widząc w tym akt o charakterze symbolicznym, gdyby szef Solidarności zadeklarował post factum, że metod tego rodzaju nie zamierza więcej stosować. Tak się jednak nie stało. Piotr Duda zaprezentował niesłychaną butę lansując śmiałą tezę, iż związkowcy chronili posłów przed gniewem ludu, z którym spotkaliby się na ulicy. Taki tekst, jako żywo przypomina argumentację stosowaną przez gangsterów wymuszających haracze za rzekomą ochronę. Duda, niczym ojciec chrzestny wydał rozkaz żeby nikogo z Sejmu nie wypuszczać i jego zdaniem posłowie mieli obowiązek się do niego stosować, cytuję: „Bezczelność i głupota tego posła (Pawła Suskiego z PO). Nie dość, że źle zagłosował, myślał bezmyślny poseł, że on wyjdzie bo ma immunitet. To my cię chłopie tu chronimy, żeby ci się nic gorszego nie stało. Niech przeprosi ten poseł za to, że tak głosował. Rozkaz był jeden, że nikt nie wychodzi”.

Duda to przeciwnik zupełnie innego kalibru niż niezbyt lotny i ciepło kluchowaty Janusz Śniadek. Twardy, charyzmatyczny fighter, któremu bardzo szybko wyrastają skrzydła. Piątkowa awantura to mimo wszystko drobiazg, gorzej gdyby wkrótce okazało się, że przewodniczący zasmakował w takich akcjach. W przededniu EURO 2012 mogłoby to być groźne. Łatwo sobie wyobrazić scenariusz, zgodnie z którym podobne ekscesy mają miejsce przy okazji licznie organizowanych protestów w trakcie piłkarskiej imprezy, choćby jakaś blokada paraliżująca miasto w dniu meczu, uniemożliwiająca dotarcie na stadion. I tu znowu pojawia się słowo – prowokacja. W takich okolicznościach, policja zostałaby zmuszona do znacznie bardziej stanowczej reakcji niż w ubiegły piątek. A stąd już tylko krok do ulicznych zamieszek. Taki rozwój wypadków zapewne bardzo by odpowiadał prezesowi PiS, który niestrudzenie próbuje zbudować obraz sytuacji oparty na kliszy z 1980 roku, gdzie słuszny gniew ludu stanął na przeciw kordonu ZOMO. Mam nadzieję, że szef Solidarności nie pozwoli się wykorzystać w ten sposób. Zakładam, że zdaje sobie sprawę z błędów popełnionych w piątek a jego postawa jest nieodzownym atrybutem budowanej legendy twardego lidera związku.

niedziela, 13 maja 2012

Sawuar wiwr


Były czasy:)

Sejm, 11 maja 2012

NIEZIDENTYFIKOWANY GŁOS z sali (podobno poseł Ruchu Palikota) do Jarosława Kaczyńskiego
- Zadzwoń do brata!

JAROSŁAW KACZYŃSKI z mównicy, pod adresem Palikota
- Ten poziom nieprawdopodobnego grubiaństwa to jest pańska zasługa, jeśli chodzi o polskie życie publiczne, tego nieprawdopodobnego wręcz chamstwa takiego na poziomie marzeń Adolfa Hitlera o Polakach, o losie Polaków.

JANUSZ PALIKOT z mównicy do Kaczyńskiego
- Premier Jarosław Kaczyński porównał moje ugrupowanie i mnie do Adolfa Hitlera. Ja rozumiem, że człowiek, który był gotów wysłać własnego brata na śmierć do Smoleńska oraz zachęcał do stosowania aresztów wydobywczych jest zdolny do każdej podłości, ale wysoka Izba musi dbać, żeby pewne granice nie były przekraczane w tym parlamencie.

Przed Sejmem, 11 maja 2012

STEFAN NIESIOŁOWSKI do Ewy Stankiewicz, dziennikarki Gazety Polskiej (z agresywną wściekłością)
- Czy pani jest głucha? Niech pani idzie do PiS-u i do tych pisowskich lizusów swoich. Proszę nie rozmawiać ze mną bo pani rozbiję kamerę. Bez moje zgody proszę mnie nie filmować (wprowadzając słowa w czyn rzuca się na kamerę), dobrze? Roztrzaskam pani kamerę, ostrzegam. Nie mam ochoty, żeby mnie pani filmowała, won stąd! (kolejny atak na kamerę).


I co? Do chamstwa w życiu publicznym zdążyłem się przyzwyczaić. W końcu politycy są zwierciadłem, w którym przegląda się społeczeństwo. Znacznie ciekawsze są reakcje na te występy. Tu nie ma miejsca na niuanse. Dla antykaczystów, oburzających się wciąż na rozmaite wypowiedzi prezesa PiS, popis Stefana Niesiołowskiego jest jak najbardziej do przyjęcia. Skoro furia była skierowana we właściwym kierunku (ich zdaniem), to wszystko jest ok. No wkurzył się po prostu, miał prawo, zwłaszcza że wredna baba wyraźnie prowokowała. Na żadną taryfę ulgową z tej strony nie może za to liczyć Jarosława Kaczyński, bo najmniejsze źdźbło łatwo zobaczyć w oku oponenta, za to belki we własnym nie sposób dostrzec. A akurat tym razem, prezes PiS nie powiedział niczego strasznego. Przeciwnikom wystarczy hasło „Hitler”, by jak psy Pawłowa rzucić mu się do gardła. Zrozumieniem jego wypowiedzi nikt się nawet nie trudzi. Kaczyński nikogo nie porównywał do Adolfa Hitlera. Ocenił jedynie, iż poziom debaty publicznej, który prezentuje Janusz Palikot osiągnął stan, do którego zamierzał sprowadzić Polaków wódz III Rzeszy. Swoją ripostą, Palikot potwierdził tylko trafność tej tezy. Przy okazji popisał się hipokryzja, ponieważ sam wcześniej porównywał Kaczyńskiego do Hitlera i Stalina. Ale mainstreamowe media wiedzą swoje. Hitler w ustach prezesa PiS, niezależnie od kontekstu wypowiedzi, jest rzeczą straszną. Zgodnie ze zjawiskiem, opisanym w eksperymencie Ascha, tak samo uważają konsumenci tych mediów.

Zabawne, że w tej sprawie podzielam pogląd SLD, które oczywiście korzysta z okazji, by pognębić konkurenta politycznego. Muszę jednak zmartwić posła Wenderlicha. Polski Kodeks Honorowy Boziewicza, chamów nie obowiązywał. Zgodnie z art. 8 wzmiankowanego kodeksu, wykluczonymi ze społeczności ludzi honorowych są między innymi indywidua następujące: oszczerca (ust. 16) i paszkwilant (ust. 21). Wszyscy bohaterowie dnia mieszczą się w tych kategoriach.

Agresywne chamstwo Niesiołowskiego poruszyło za to dziennikarzy, przynajmniej na Twitterze. Szanowni dziennikarze, pisanie walecznych twittów to łatwizna. Jeżeli tak was to oburzyło, macie wspaniałą okazję zaprezentować solidarność zawodową, bojkotując obecność tego pana w mediach. Żadna to strata, bo poza atakami szału (barwnymi, przyznaję), facet nie ma nic sensownego do powiedzenia na żaden temat. Ostracyzm byłby właściwą metodą wychowawczą.

Swoją drogą ciekawe, że jakoś nie można ustalić personaliów posła od którego cała awantura się rozpoczęła.

czwartek, 10 maja 2012

Po pierwsze nie szkodzić czyli bojkot 2012



Występy polskiej reprezentacji, kibiców raczej nie rzucą na kolana. Rozgrzebane drogi, autostrady i miasta (vide radosna twórczość Madame HGW w Warszawie) również. Hit „Koko spoko”, jako wizytówka polskiej kultury to też nie jest szczyt szczęścia. Co zostaje? Atmosfera sportowego święta, którą uparli się popsuć hipokryci z UE, wspierani przez ogarniętego pomrocznością jasną, jednego z przywódców opozycji.

Pięć lat przygotowań, blisko 100 mld złotych wydanych na infrastrukturę, do znudzenia powtarzane zaklęcia, że musimy zaprezentować się z jak najlepszej strony i pokazać, że Polska leży w Europie, a nie w Azji. Sprawić, by ta kosztowna impreza procentowała w przyszłości, zachęcając rzesze turystów do wizyt w naszym kraju. Ja akurat dość kiepsko imaginują sobie taką bezpośrednią zależność, ale politycy niestrudzenie wbijali nam do głów tę argumentację. A teraz, za pięć dwunasta, postanowili zabawić się zapałkami. Mam wszakże nadzieję, że ta antyukraińska krucjata nie popsuje sportowego święta. Chyba nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie wylewał łez, że ten czy inny unijny urzędas nie przywlecze swych czterech liter na stadion. Ale wizerunek Polski, na dobre i złe splecionej w tym przedsięwzięciu z ukraińskim sąsiadem, zapewne ucierpi. Zwłaszcza, że nasi wybrańcy bardzo się o to starają. Powód bojkotu to zwykła hucpa. Ani zły czarownik Janukowycz nie jest takim strasznym satrapą (jest wielu znacznie gorszych, których jakoś się nie bojkotuje), ani księżniczka Tymoszenko nie jest dziewicą orleańską, ani jej uwięzienie nie zaczęło się wczoraj. A kolonia karna, czym z lubością epatują media wykorzystując skojarzenie z sowieckim łagrem, jest zwykłym ukraińskim więzieniem.

Tymczasem, polskie władze zupełnie nie potrafią się zachować. Zamiast demonstracji solidarności z Ukrainą, pojawiają się sprzeczne sygnały i chore pomysły. Komisarz Europejski Janusz Lewandowski wpisuje się w bojkot wraz z resztą darmozjadów z Brukseli. Donald Tusk milczy jak sfinks, nie zamierzając powstrzymywać swojej niemieckiej przyjaciółki i stada unijnych baranów ślepo podążających za przewodnikiem stada. Zabiera głos dopiero wtedy, gdy rzecz została sprowadzona do walki na sztachety na własnym podwórku. Kuriozalny występ Jarosława Kaczyńskiego, zwieńczony apelem o wykolegowanie ukraińskiego partnera wypada pominąć litościwym milczeniem. Dzisiaj natomiast, na wyżyny arogancji wspiął się prezydent Komorowski. Udzielanie wskazówek, dotyczących konieczności dokonania zmian w ukraińskim prawie, jakie raczył był udzielić prezydentowi sąsiedniego państwa, to już nie gafa a grubiaństwo. W dodatku przeciw skuteczne. W ten sposób przemawia udzielny książę do wasala. Żaden szanujący się przywódca nie może z tych zaleceń skorzystać, nawet gdyby chciał. Już widzę tą radość Polaków, gdyby Putin w publicznym wystąpieniu zapragnął przekazać naszemu pryncypałowi kilka wytycznych, w zakresie zmian w polskim systemie prawnym.

Nie należę do wielbicieli Ukraińców, ale rozumiem, że wyrwanie Ukrainy z rosyjskiej strefy wpływów leży w naszym interesie politycznym. Od czasu pomarańczowej rewolucji zrobiliśmy wiele żeby zbudować ciepłe relacje z tym krajem. Jak można więc, w tak bezsensowny sposób trwonić teraz ten kapitał? Za pół roku, nikt już nie będzie pamiętał o kanclerz Merkel et consortes, bojkotujących piłkarską imprezę. Ale arogancji Bronisława Komorowskiego i wiarołomnych pomysłów Jarosława Kaczyńskiego Ukraińcy pewnie nam nie zapomną.

wtorek, 8 maja 2012

Ta ostatnia niedziela



Trudno było kibicować wyborom prezydenckim we Francji, bo jak tu wybierać między dżumą a cholerą? Zupełnie jak u nas. Wyborcze zmagania nad Sekwaną to świetna ilustracja absurdów demokracji. Zwycięzcą został socjalista, który w swej kampanii upchnął wszystkie lewicowe idiotyzmy jakie można sobie wyobrazić, z górnym progiem podatkowym na poziomie 75%, skróceniem tygodnia pracy, obniżeniem wieku emerytalnego, tworzeniem miejsc pracy w sferze budżetowej i zwiększeniem deficytu budżetowego. Wszystko to, rzecz jasna, recepty na kryzys finansowy. Ale francuski lud zakochany w zdobyczach wielkiej rewolucji francuskiej (egalite, fraternite) ucieszył się niezmiernie, że już nie trza zaciskać pasa, bo lewicowy geniusz niczym Robin Hood czy inny Janosik zabierze wrednym burżujom, rozda pozostałym, znakiem czego zapanuje powszechna szczęśliwość i sprawiedliwość, koniecznie społeczna. I jak tu na takiego nie zagłosować? Co ciekawe, wszystkie te postulaty (poza wzrostem deficytu) jakże bliskie są sercu naszych „prawicowych”, pożal się Boże, polityków. W tym kontekście nie może dziwić, że nie tylko Miller i Palikot, ale również politycy PiS i Solidarnej Polski trzymali kciuki za zwycięstwo socjalisty Hollande’a.

Irytującą właściwością demokracji jest to, że wszystkie te bzdety wygłaszane w trakcie kampanii wyborczej uważa się za kłamstwa uświęcone niemal procesem elekcji. Komentatorzy tłumaczą, że kampania ma swoje prawa, więc pleść androny można bez konsekwencji, a zwycięski Hollande i tak zrobi co innego niż zapowiadał, czyli zachowa się rozsądnie. Czerwona małpa z brzytwą nie jest więc groźna, bo wymachiwanie tym ostrym narzędziem to tylko taka zabawa na użytek jełopów… to jest zbiorowej mądrości ludu. Co to za krzywy system polityczny, w którego reguły wpisane jest powszechnie akceptowane kłamstwo wyborcze? U nas podobne hucpy kwituje się frazesami na temat młodej, ułomnej jeszcze demokracji. Ale we Francji? Jedyna odmienność jaką można dostrzec, to różnica klas rywali, którzy potrafią godnie przegrać. W końcu elegancja-Francja.

W kategoriach europejskich, porażka Sarkozego to przede wszystkim rozpad burzliwego romansu tandemu Merkozy, który przewodził licznym szczytowaniom ku chwale UE. Wprost nie mogę się nadziwić, jak szybko zmienia się punkt widzenia mainstreamowych mediów. Kiedy trzy miesiące temu zgłaszałem szereg wątpliwości do paktu fiskalnego (ukochanego dziecka Merkozy), twierdząc że to pozorowanie walki z kryzysem, a nie realne działania, mainstream widział w tym wybawienie od zła wszelkiego. Do tego stopnia, że racją stanu stał się nasz udział w tym przedsięwzięciu, choć syf w strefie euro to nie nasza broszka. I jak na europejskiego prymusa przystało, za kilka mld EUR pożyczki do MFW, kupiliśmy sobie bilet do tego zacnego grona (niestety bez wyszynku). Teraz, kiedy kolejne kraje strefy euro, kręcą nosem na ów genialny pakt, dowiaduję się z mediów, że to od początku zła koncepcja była, a Monsieur Hollande, czołowy krytyk tego projektu jawi się nową nadzieją Europy. Biedna pani kanclerz. Świeżo upieczony pryncypał Francji to znacznie mniej atrakcyjny kandydat na politycznego kochanka. Nowy mariaż, ochrzczony już szyldem Merllande, nie zapowiada sielanki. 

piątek, 27 kwietnia 2012

Go Win?



Jarosław Gowin, powoli wyrasta na lidera środowiska konserwatystów, rozproszonego dziś w wielu ugrupowaniach. Kiedy mimo braku merytorycznego przygotowania kandydata, Donald Tusk powołał go na stanowisko ministra sprawiedliwości, wydawało się, że jest to element podstępnego planu premiera. Wrzucenie na barki wewnętrznego recenzenta poczynań rządu ciężaru, którego ten nie da rady udźwignąć, miało osłabić jego wpływy w partii. Tymczasem, Gowin niespodziewanie wciąż wzmacnia swoją pozycję. Energicznie zaangażował się w projekt deregulacji, co przyniosło mu sporo popularności ponad podziałami partyjnymi, a jednocześnie wcale nie zrezygnował z roli recenzenta. Z wyżyn ministerialnego fotela jego głos odrębny brzmi jeszcze donośniej. Tak było, gdy skrytykował wniosek PO o Trybunał Stanu dla Jarosława Kaczyńskiego i Zbigniewa Ziobro, kiedy poparł projekt klubowego kolegi w sprawie klauzuli sumienia dla farmaceutów, a także wtedy, gdy sprzeciwił się ratyfikacji konwencji Rady Europy o zwalczaniu przemocy wobec kobiet. 

Dalsze osłabienie Platformy przy jednoczesnym wzmocnieniu Gowina, może zaowocować nowym projektem politycznym. Byłaby to kolejna próba zagospodarowania przestrzeni politycznej między PO i PiS, której niestety nie potrafi zająć PJN. Sondaż CBOS-u sprzed dwóch dni, pośrednio potwierdza moją tezę o tym, że taka przestrzeń faktycznie jest. Wynika z niego, iż 15% ankietowanych uważa, że to PJN najlepiej wyraża ich interesy i poglądy. Potencjał więc istnieje, trzeba tylko umiejętnie go wykorzystać. Jeśli nie PJN, być może zrobi to Gowin. Zwłaszcza, że ma dziś najsilniejszy mandat do tego, by skupić wokół siebie polityków o konserwatywnych poglądach.

I tu zaczyna się mój problem. Od dawna wspieram projekt budowy konserwatywno-liberalnego ugrupowania na prawicy, ale mam poważne wątpliwości, czy taką formację zbuduje Jarosław Gowin. Na dobrą sprawę, trudno nawet określić jakie poglądy ekonomiczne ma obecny minister sprawiedliwości. Miałem nadzieję, że centrum tworzenia tego projektu jednak stanowić będą Kowal, Migalski i Poncyliusz. W PJN, podoba mi się oparcie liberalnego programu gospodarczego na fundamencie tradycyjnych wartości, ale bez przesadnego eksponowania kwestii światopoglądowych. Wiodąca rola Gowina oznacza przesunięcie akcentów i dominację problemów ideowych nad sprawami gospodarczymi. Takie odwrócenie proporcji, przypomina mi sposób funkcjonowania w polityce Marka Jurka, którego nie jestem admiratorem. Uważam, że koncentracja na sprawach światopoglądowych przekreśla możliwość zbudowania nowoczesnej formacji prawicowej. Poza tym, istotnie ogranicza potencjał wyborczy i niebezpiecznie zbliża do PiS-u i Solidarnej Polski. Szacunek dla tradycyjnych wartości to jedno, a uczynienie z nich głównej osi prowadzonej polityki to drugie. Obawiam się więc, że oblicze formacji stworzonej przez Jarosława Gowina może być dość odległe od mojej wizji konserwatywno-liberalnej prawicy.

poniedziałek, 23 kwietnia 2012

Maszerować też trzeba umieć


Fot. PAP/Tomasz Gzell

Nie wszystkim politykom, uczestniczącym w marszu zorganizowanym w obronie Telewizji Trwam, maszerowanie wyszło na zdrowie. Głównym przegranym wczorajszej imprezy został nieoczekiwanie Zbigniew Ziobro. Szef Solidarnej Polski pokazał coś, co dla mnie od zawsze jest oczywiste – absolutny brak charyzmy. Pokazał również, że w pobliżu Jarosława Kaczyńskiego ulatnia się gdzieś jego pewność siebie, wpada w panikę, głos mu się łamie i z dumnego Zbigniewa robi się spietrany Zbysio. Żałośnie wyglądał ten występ w kontekście prezydenckich ambicji lidera Solidarnej Polski.

Po wczorajszej manifestacji widać już wyraźnie w jak trudnej sytuacji jest Zbigniew Ziobro. Podział środowiska Prawa i Sprawiedliwości na PiS i Solidarną Polskę, od początku był sztuczny. Formacje te, prawie niczym się od siebie nie różnią. Powstały w wyniku ambicjonalnego sporu liderów, dotyczącego stylu działania partii, a nie meritum programowego czy kwestii ideologicznych. Wszystko to, ujawniło się teraz w pełnej krasie. Solidarna Polska, z Ziobrą, Kurskim i socjalnymi hasłami lewicy, nie ma żadnych szans na zajęcie miejsca między PiS a Platformą Obywatelską. Wczorajszy dzień pokazał, że równie kiepsko rysują się perspektywy przy prawej ścianie sceny politycznej. Dla radykałów, Ziobro w porównaniu z Kaczyńskim jest nikim. Reakcja demonstrantów na przemówienie lidera SP to świetna ilustracja tezy, którą w książce „Koniec PiS-u” postawił Michał Kamiński. Po katastrofie smoleńskiej, twardy radiomaryjny elektorat, związał się emocjonalnie z Jarosławem Kaczyńskim nie mniej silnie, niż związany jest z ojcem Tadeuszem Rydzykiem. Dlatego, Ziobro nie ma co marzyć o przejęciu tych wyborców. Jednocześnie, sytuacja ta cementuje Kaczyńskiego z Rydzykiem, który musi zdawać sobie sprawę, że nie ma już takiej swobody żonglowania poparciem politycznym, jak w przypadku swoich wcześniejszych faworytów. Do problemów Ziobry, doszedł wczoraj jeszcze jeden. Dał się ograć prezesowi PiS, który apelem o jedność, sprytnie przerzucił na niego odpowiedzialność za rozpad obozu socjalnej prawicy. Pole działania jest więc niewielkie. Do wyborów jednak ponad trzy lata, więc ziobryści mogą liczyć na bardziej sprzyjającą koniunkturę polityczną. Gdyby na przykład, Jarosław Kaczyński zdecydował się odejść w cień, przekazując stery partii komu innemu, politycy Solidarnej Polski zyskaliby szansę na powrót do macierzystej formacji bez utraty twarzy.

Wszystko to przywodzi na myśl jeszcze inną refleksję. Przepaść między Platformą Obywatelską a PiS i SP, jest dziś tak wielka, że trudno sobie wyobrazić istnienie elektoratu, który mógłby przenosić swoje poparcie między tymi dwoma, wrogimi wobec siebie obozami. A przecież nie zawsze tak było. W wyborach 2005 roku, wielu wyborców głosowało na zapowiadaną koalicję POPiS i znaczna część z nich była skłonna głosować na oba te ugrupowania. Co się z nimi stało? Spodziewam się, że wobec tak wyraźnej radykalizacji PiS zdążyli się już wykruszyć z elektoratu tej partii. Z braku rozsądnych alternatyw popierają więc PO, albo nie głosują wcale. I to jest przestrzeń polityczna, którą można zagospodarować. Z pewnością większa niż 2%, które uzyskał w ostatnich wyborach PJN. Ciekawe, że media zdają się tego nie dostrzegać. Wciąż prowadzone są dywagacje na temat szans ziobrystów, podczas gdy ekipę Pawła Kowala de facto już pogrzebano. Cóż, dla dziennikarzy nie istnieje polityka poza parlamentem. Niestety również PJN, mimo imponującej aktywności lidera w sferze polityki zagranicznej, nie ma pomysłu jak wykorzystać okazję. Potwierdzają to wyniki ostatniego sondażu CBOS-u. PJN otrzymał tylko 1% poparcia, wobec 3% uzyskanych przez Kongres Nowej Prawicy Janusza Korwina-Mikkego. Szkoda, bo w przeciwieństwie do KNP, formacja Kowala, Migalskiego i Poncyliusza ma jeden wielki atut - możliwość zaakceptowania przez mainstream.