niedziela, 9 września 2012

Łże-debata?



No i masz babo placek! Najgorzej jak Kaczor wylezie z oblężonej twierdzy smoleńskiej i odezwie się ludzkim głosem. Póki bredzi o zamachach, w towarzystwie Antoniego M., ciskającego wokół złowrogie spojrzenia jest spoko i luz. Można se robić jaja, pukać się w czoło, szydzić, narzekać, że opozycja wyłącznie zajmuje się wojną polsko-polską i wymyśla tematy zastępcze. Słowem, nie trzeba się wysilać. Nic a nic. Wystarczy odprawić rytualne olaboga! i każde wystąpienie prezesa to murowane wzmocnienie partii rządzącej w sondażach. Bywa jednak, rzadko bo rzadko, ale zawsze, że Mr Kaczyński zajmie jakieś z grubsza sensowne stanowisko albo co gorsza zaproponuje coś, co trudno z miejsca zakwalifikować jako idiotyzm. Wtedy zaczyna się problem. Szlag! Kto mu to podpowiedział? Przecież nie Błaszczak. No bo choćby nie wiem jak nie znosić PiS-u, trudno tak bez ceregieli, a priori zlać koncepcję ekonomicznej burzy mózgów na szczycie. Zwłaszcza w kontekście szybkiego więdnięcia zieleni na naszej wyspie szczęśliwości. Tak trudne ćwiczenia nie zdarzają się często, więc przedstawicielom partii rządzącej i życzliwym im komentatorom brakuje doświadczenia w zgrabnym odkręcaniu kota ogonem. Dokonują jakichś cudacznych wygibasów, co by przekonać lud spijający słowa z ekranu telewizora, że to pomysł zły, bez sensu, medialna szopka, hucpa polityczna, poza tym za późno i w ogóle do dupy. A jak który ekonomista skorzysta z zaproszenia to najpewniej cienias, gamoń albo w najlepszym wypadku lanser.

Hmm… obawiam się, że musicie państwo wysilić się odrobinę bardziej, bo te argumenty są cienkie jak kawa z automatu na komendzie w Tucholi (copyright nie mój). Od tego, między innymi jest opozycja, żeby inicjować dyskusję w kontekście założeń ekonomicznych proponowanych przez rząd. I nie ma tu znaczenia, czy zgłaszane kontrpropozycje oceniamy jako przebłysk geniuszu czy brednie. Żeby było jasne. Nie mam złudzeń, że walna debata ekonomistów pod auspicjami tych czy innych polityków przyniesie jakąś zmianę jakościową. Ekonomia to nie matematyka i proste dodawanie dwóch cyferek daje różny wynik w zależności od tego, kto zajmuje się liczeniem. Zaś politycy mają dar dokładnie odwrotny niż mityczny król Midas i wszystko czego się tkną na ogół zamienia się w g…, no… wiadomo w co się zamienia. Zawszeć to jednak wyzwanie intelektualne, któremu warto się przyjrzeć. W końcu, debaty polityków, pełne są niemożliwych frazesów, wśród których meritum trudno odnaleźć nawet okiem uzbrojonym w mikroskop, a przecież dzisiejsi krytycy inicjatywy PiS płonęli świętym oburzeniem, kiedy w trakcie kampanii wyborczej Jarosław Kaczyński debat unikał. Interesujące, że teraz tak wielu komentatorów nie jest zainteresowanych wzajemną konfrontacją tuzów polskiej myśli ekonomicznej. Czyżby za ich plecami czaiła się hipokryzja?

A że proponowana debata może poprawić wizerunek PiS-u? Cóż, bardzo mi przykro. Nawet Kaczyński znajdzie czasem taki pomysł, który może jego partii pomóc, a nie zaszkodzić. Trzeba z tym jakoś żyć.

piątek, 7 września 2012

Bronię Korwina



Paraolimpijski wpis, na blogu Janusza Korwin-Mikkego, rozgrzał Internet do białości. Przeprowadzono serię nalotów dywanowych z inwektywami, zrzucono napalm, zrównano z ziemią i rozerwano na strzępy. Lud zawsze lubi przyłączyć się do nagonki, w której uczestniczy większość. Zwłaszcza, że sprawa wydaje się ze wszech miar słuszna. Wszak szydzić z niepełnosprawnych może tylko nikczemnik. Mnie też się pewnie dostanie. Nim jednak schylicie się po kamień, by wziąć udział w linczu warto dokładniej przyjrzeć się istocie sprawy.  

Większość argumentów JKM jest słuszna. Problemem nie jest meritum, ale sposób w jakim się o nim mówi. Legendarna bezkompromisowość, która w przypadku wypowiedzi stricte politycznych może budzić szacunek, w dyskusji na tematy wrażliwe społecznie zamienia się w zwykłe chamstwo. Ale takie prowokacje to specialite de la maison Korwina, o czym wie każdy kto go zna. Żelazna logika, która od zawsze jest jego głównym orężem nader często bywa nie poprawna politycznie i przykra. Skoro olimpiada jest areną rywalizacji najsprawniejszych herosów to ustanawianie odrębnej kategorii dla tych, którzy z przyczyn obiektywnych najsprawniejsi być nie mogą jest w pewnym sensie zaprzeczeniem idei takich igrzysk. Tak jak ideą konkursu miss świata jest rywalizacja najpiękniejszych kobiet i wybór tej, która przewyższa urodą swoje rywalki. Zapewne kobiety brzydkie również chciałyby wziąć udział w takim konkursie, w końcu co one są winne, że los im urody poskąpił? Jednak para wybory miss byłyby zaprzeczeniem idei wyboru królowej piękności i póki co się ich (chyba) nie organizuje. Tyle żelazna logika. Różnica polega na tym, że ten sam wywód w moim przykładzie brzmi jak anegdotka, a w przypadku niepełnosprawnych jak kpina z kalectwa.

Sam słysząc o kolejnych sukcesach polskich para olimpijczyków zastanawiałem się jak ta rywalizacja przebiega, skoro jej uczestnicy dotknięci są różnym rodzajem i stopniem niepełnosprawności. Ktoś nie ma dłoni, kto inny całej ręki, w ten sposób warunki na starcie są przecież różne. Rodzaj kalectwa może forować zawodnika w danej dyscyplinie kosztem jego rywali. Taki problem pojawił się przy okazji niespodziewanego zwycięstwa Brazylijczyka Alana Oliveiry w biegu na 200 metrów, któremu jego rywal, Oscar Pistorius, zarzucił nieprzepisową długość protez. W istocie, wobec różnych warunków niepełnosprawności sprawiedliwa rywalizacja jest fikcją i sprowadza się do umownych formuł matematycznych, które tworzą złudzenie obiektywnych reguł gry. Na tej zasadzie można pójść za ciosem dopuszczając rywalizację sprawnych z niepełnosprawnymi. Jednemu odejmie się trochę punktów, drugiemu doda i będzie „sprawiedliwie”.

Najbardziej kontrowersyjna teza JKM to zarzut szkodliwego wpływu promocji inwalidztwa (poprzez organizowanie paraolimpiady) na kondycję fizyczną gatunku ludzkiego. Rzeczywiście, im większa liczba osób niepełnosprawnych, tym słabsze społeczeństwo. Jednakże założenie, iż gdy popatrzę sobie jak niepełnosprawni fajnie uprawiają sport, przestanę o siebie dbać i zapragnę zostać inwalidą, jest idiotyczne. Taki sam zarzut, i to ze znacznie większym sensem, można byłoby postawić medycynie. W końcu rozwój medycyny zaburza pierwotne prawo selekcji naturalnej zapobiegając eliminacji słabszych jednostek, niewątpliwie przyczyniając się do osłabienia kondycji homo sapiens. Nie jest przecież tajemnicą, że geny mamy coraz słabsze. Nikt przy zdrowych zmysłach nie domaga się jednak ograniczenia dostępu do leczenia. Natomiast, stawianie sprawy w ten sposób, wprowadza problem na bardzo śliski grunt, otwierając pole do nadinterpretacji, co skwapliwie czynią krytycy Korwina. Bo stąd już tylko krok do zarzutów o zapędy eugeniczne i porównania do Adolfa Hitlera, który jak wiadomo z eugeniką eksperymentował. Ale to są właśnie manowce, na które wiedzie doprowadzona do absurdu żelazna logika made in Janusz Korwin Mikke.

Generalnie, problem Korwina to problem sposobu komunikacji. JKM kocha prowokacje i z premedytacją, wśród spraw delikatnych, porusza się ze zręcznością słonia w składzie porcelany. A przecież nie jest tak, że odwrotnością poprawności politycznej jest bezgraniczna szczerość bez względu na wszystko. Do otyłego faceta nie zwracamy się per „grubasie” nie dlatego, że ulegamy terrorowi poprawności politycznej tylko stosując normy kultury, które wykształciła cywilizacja. Trudno się spodziewać, by ktoś kto zawsze mówi to co myśli miał jakichś przyjaciół. Podobnie jak nie należy zakładać, iż polityk, który zawsze mówi prawdę, będzie miał jakiekolwiek szanse na elekcję. Prawda, panie Januszu? 

poniedziałek, 3 września 2012

Pakt Ribbentrop-Beck


Joachim von Ribbentrop i Józef Beck

Wszyscy doskonale wiemy co wydarzyło się 1 września, a potem 17 września 1939 roku i jaką cenę zapłaciliśmy za rozstrzygnięcia II wojny światowej. Od dziesiątków lat przyzwyczailiśmy się wierzyć, że Polska została zmiażdżona przez tryby machiny dziejów i sami Polacy nie mieli większego wpływu na swój tragiczny los. Wierzymy, że łączyły nas więzi przyjaźni z zachodnimi sojusznikami Anglią i Francją i nie mogliśmy przewidzieć, że sprzeniewierzą się swoim zobowiązaniom. Wierzymy, że II wojna światowa wybuchła o Gdańsk, a sowiecki nóż w plecy był zaskoczeniem dla świata.

Nie łatwo jest pozbyć się tych mitów, zakorzenionych tym głębiej, że doskonale wpisują się w polskie idealistyczne i romantyczne myślenie o swojej roli w historii. Dotychczas, w naszej historiografii bardzo nieśmiało przebijała się publicystyka historyczna Stanisława Cata Mackiewicza, niezwykle ostra i krytyczna wobec polityki zagranicznej prowadzonej przez Józefa Becka w przededniu II wojny światowej, która doprowadziła do tego, że największy konflikt zbrojny w dziejach świata rozpoczął się w Polsce. Nie traktowano poważnie analiz historycznych profesora Pawła Wieczorkiewicza, który wprost formułował tezę, że Polska powinna przystąpić do wojny w sojuszu z Niemcami. Beck dokonał po prostu fatalnego wyboru. Zamiast przypieczętować istniejące przymierze z Niemcami, oparł się o wątły alians z Francją i przyjęte za pięć dwunasta szalbiercze gwarancje Anglików. Jakkolwiek szokująco by to nie brzmiało, każdy inny scenariusz, który mógł się wydarzyć byłby korzystniejszy dla Polski. Bardzo przekonująco rozwija ten pogląd Piotr Zychowicz w swojej najnowszej książce pt. „Pakt Ribbentrop-Beck”.

Na początku 1939 roku dokładnie już było wiadomo, że wojna w Europie wybuchnie. Wydawało się jednak, że historia potoczy się zupełnie innym torem. Polska była związana z Niemcami paktem o nieagresji z 1934 roku i łączyły ją dobre stosunki z zachodnim sąsiadem. Plany Hitlera nie zakładały agresji na Polskę. Zamierzał zaatakować Francję i Anglię więc zależało mu na neutralnej postawie Polski w tym konflikcie. Hitler doskonale wiedział, że Polska związana sojuszem z Francją w przypadku wojny, na zachodzie wypełni swoje sojusznicze zobowiązania (w przeciwieństwie do Francji i jej zobowiązań wobec Polski). Nie chciał walczyć na dwóch frontach, więc sojuszem z Polską zamierzał zabezpieczyć tyły Wehrmachtu. Kolejnym celem fuhrera miał być Związek Radziecki i w tej fazie wojny liczył na aktywny udział polskiej armii.

Chcąc odsunąć od siebie groźbę pierwszego uderzenia Anglicy podjęli grę dyplomatyczną udzielając Polsce, w marcu 1939 roku, gwarancji pomocy na wypadek działań wojennych zagrażających niepodległości naszego kraju. Ku zdumieniu samych Anglików, Polska te gwarancje przyjęła znajdując się tym samym w obozie wrogim Niemcom. Rozwścieczony Hitler zerwał pakt o nieagresji z Polską i musiał dokonać weryfikacji swoich planów. Chcąc mieć bezpieczne zaplecze w czasie wojny na froncie zachodnim, musiał najpierw pokonać Polskę i zawrzeć sojusz ze Stalinem, który po zajęciu Polski stawał się bezpośrednim sąsiadem Hitlera. I tak się stało.

A przecież jeszcze w styczniu 1939 roku Niemcy proponowali gwarancję naszej granicy zachodniej, przedłużenie paktu o nieagresji na okres od 10 do 25 lat i przystąpienie do paktu antykominternowskiego. W zamian oczekiwali deklaracji o wspólnym uderzeniu na ZSRR oraz rozwiązania spornej kwestii Gdańska i autostrady przez korytarz do Prus Wschodnich. Te dwie ostatnie sprawy w historii Polski traktowane są jako bezczelne ultimatum Hitlera, na które w żadnym wypadku nie mogliśmy się zgodzić. Tymczasem umieszczenie ich we właściwym kontekście pozwala ocenić tę sprawę bardziej racjonalnie. Z punktu widzenia wodza III Rzeszy, propozycje złożone Polsce były daleko idącym kompromisem. Wszystkie wcześniejsze niemieckie rządy (przed dojściem Hitlera do władzy) bezwzględnie domagały się rewizji Traktatu Wersalskiego, zwrotu Śląska i Pomorza oraz wcielenia Gdańska do Rzeszy. Eksterytorialna autostrada nie byłaby zagrożeniem dla Polski, zwłaszcza że w przypadku poważnego konfliktu mogła być łatwo przez nas zniszczona. Natomiast Gdańsk nie należał przecież wcale do nas. Polacy stanowili w nim ledwie 10% mieszkańców, a Polska miała tam jedynie zagwarantowane pewne swoje interesy, między innymi dostęp do portu i prawo do reprezentowania miasta na arenie międzynarodowej. Absurdalność statusu Wolnego Miasta była dla obu stron oczywista i domagała się jakiegoś rozwiązania. Oddanie Gdańska Niemcom (zwłaszcza że polskie interesy gospodarcze w Gdańsku miały zostać zachowane) nie godziło w polską racją stanu. To propaganda rządów sanacji nadała taki wymiar tej sprawie. W efekcie, historia II wojny światowej potoczyła się według scenariusza zapisanego w pakcie Ribbentrop-Mołotow, zamiast w pożądanym przez Niemcy pakcie Ribbentrop-Beck, który przed rozpoczęciem działań wojennych zupełnie inaczej określiłby układ sił w Europie.

Najważniejsza teza książki Zychowicza zakłada, że w interesie Polski było powtórzenie scenariusza, według którego rozegrała się I wojna światowa. Przypieczętowanie sojuszu z Niemcami (nawet za cenę wyższą niż autostrada przez korytarz i Gdańsk, gdyby była taka konieczność) i wspólne uderzenie na Związek Radziecki, który w tej sytuacji najprawdopodobniej zostałby pokonany. Następnie zmiana sojuszy w momencie odwrócenia sytuacji na zachodzie, po przystąpieniu do wojny Stanów Zjednoczonych. W ten sposób Polska znalazłaby się z w obozie zwycięskich aliantów, w którym zajęłaby znacznie silniejszą pozycję niż miało to miejsce w rzeczywistości.

Zdaję sobie sprawę, że przy tak lapidarnym ujęciu tematu, scenariusz ten może wyglądać fantastycznie i rodzić szereg pytań i wątpliwości. Nie jest moją intencją streszczanie historycznych analiz wypełniających książkę Zychowicza, zapewniam jednak, że zawarta w niej argumentacja wygląda przekonująco. Zainteresowanych zachęcam do tej pasjonującej lektury. Ale warto też zwrócić uwagę, że wszystkie inne, gorsze dla Polski scenariusze wydarzeń i tak postawiłyby nas w znacznie lepszej sytuacji niż ta, w której się znaleźliśmy. Bowiem kluczową kwestią było jak najpóźniejsze wejście do wojny. Im później by to się stało, tym mniejsze koszty musielibyśmy ponieść. Brytyjczycy doskonale to rozumieli. W 1939 roku kiedy wepchnęli Polskę pod gąsienice czołgów Wehrmachtu i później, od połowy 1941 roku do połowy 1944 roku, kiedy dzielnie „walczyli” do ostatniego żołnierza armii czerwonej, opóźniając jak długo się dało utworzenie drugiego frontu w Europie.

Sceptykom, z przyczyn emocjonalnych odrzucającym wariant sojuszu z III Rzeszą wypada przypomnieć, że w 1939 roku Hitler nie był jeszcze odrażającym zbrodniarzem, a w przypadku sojuszu Polski z Niemcami do zbrodni na narodzie polskim najprawdopodobniej w ogóle by nie doszło. Warto też zwrócić uwagę, że Włochy, Węgry, Rumunia, Bułgaria czy Słowacja taki sojusz zawarły i z pewnością na swoim wyborze nie wyszły gorzej niż Polska. Co więcej, po odrzuceniu przez Polskę niemieckiej oferty, pakt z Hitlerem zawarł przecież Związek Radziecki. Nikt dzisiaj nie wytyka tym krajom „brudnego” aliansu. Wreszcie, należy sobie uświadomić, że liczba ofiar władzy Stalina w sposób istotny przekraczała to co miał na koncie reżim III Rzeszy, a jednak alianci nie uważali tego za istotny powód by obrażać się na Wujaszka Joe. Zbrodnie Hitlera mają po prostu znacznie gorszy piar. Cóż, historię zawsze piszą zwycięzcy.

Wniosek z tych rozważań jest następujący. Polityka jest bezwzględna i brudna, zwłaszcza tam, gdzie gra toczy się o wielką stawką. Nie ma w niej miejsca na honor, moralność, godność, solidarność, rzetelność, szlachetność, przyjaźń czyli wszystkie te piękne cechy, które uważa się za zalety w odniesieniu do zachowań poszczególnych ludzi. Polacy nigdy tego rozumieli, stąd taka nasza historia, stąd klęska II wojny światowej i Jałta, kiedy to sojusznicy zdradzili nas po raz wtóry.

sobota, 23 czerwca 2012

Witamy na politycznej kanapie



Partia Palikota pod progiem wyborczym! Według najnowszego sondażu CBOS-u, notowania Ruchu Palikota spadły do 3% i zrównały się z wynikiem Solidarnej Polski. Najbardziej rozbawił mnie jeden z twitterowych komentarzy na ten temat: Modlitwy Zbigniewa Ziobro zostały widać wysłuchane i szczodrobliwy Stwórca spowodował, że notowania jego partii zrównały się z wynikiem formacji sztukmistrza z Lublina:) Panie Januszu, witamy na politycznej kanapie. 

Sam zjazd poparcia Ruchu Poparcia zupełnie mnie nie dziwi zwłaszcza, że to trwały trend. Nieco zaskakująca jest skala spadku wobec 6%-7% z poprzednich sondaży i nurkowanie głęboko pod próg wyborczy. Sam wielokrotnie zwracałem uwagę, że happeningowy styl uprawiania polityki to długofalowo kiepska strategia. Nie szanujemy polityków, uważamy ich za cymbałów i miernoty, chcemy jednak, by stwarzali choćby pozory powagi. Showman Palikot, wpuścił trochę świeżego powietrza na zatęchłą scenę polityczną i wykreował spektakularny sukces na jesieni ubiegłego roku, ale kiedy już Bar został wzięty potrzeba czegoś więcej. Natomiast lider ruchu swego imienia wydaje się dotknięty jakąś dziwaczną schizofrenią, co odpycha od niego elektorat, który oczekuje od polityki czegoś więcej niż jaj.

Głównym problem Palikota jest niespójność i chaos. Nigdy nie wiadomo czego można się po nim spodziewać. W sprawach gospodarczych miota się między liberalizmem a bolszewią. Potrafi sensownie, merytorycznie wypunktować expose premiera, by przy okazji 1-ego maja, z leninowską żarliwością nawoływać do budowania fabryk przez państwo. Jednego dnia chce być poważnym partnerem w debacie publicznej, wspiera zmiany w ustawie emerytalnej, deklaruje zamiar startu w wyborach prezydenckich, a za chwilę publicznie pali jointa, robi głupie wpisy na Twitterze ("ciota" o Gowinie) albo toczy wojenki na słowa z Millerem. Tak jak Donald Tusk niezawodnie może liczyć na Jarosława Kaczyńskiego, który niemal każdym swoim wystąpieniem popycha niezdecydowanych wyborców w kierunku PO, tak Leszek Miller nie mógł wymarzyć sobie lepszego sparingpartnera na lewicy. Szef SLD w zasadzie nie musi niczego robić. Wystarczy, że jest i stanowi alternatywę dla tych wszystkich lewicowców, którzy zapłonęli szczeniackim afektem do nowego mesjasza lewicy, a dzisiaj wstydliwie wracają na stare śmieci. W tej grupie wyborców (deklarujących lewicowe poglądy) poparcie dla RPP spadło z 14% do 5%. Trudno się dziwić, zwłaszcza, że partia Palikota to wciąż sam Palikot, którego trudno uznać za wzór lewicowca, plus kilku nieco ekscentrycznych posłów kojarzących się wyłącznie z krzykliwie artykułowanymi kwestami obyczajowymi.

Ale największym kapitałem RPP była przecież młodzież. Dzieciaki, które niewiele kapują z polityki poza tym, że zdecydowanie nie jest cool. Przez moment, trendy wydawał się Palikot robiący sobie jaja z establishmentu, wiec oddali mu swój głos. Tyle, że to najbardziej chimeryczny, niestały i bezkompromisowy elektorat. Moda szybko mija, wygłupy nudzą się jeszcze szybciej, sukcesów brak, więc zauroczenie zmienia się w rozczarowanie. Powyższą tezę potwierdza to samo badanie CBOS. Ruch Palikota najbardziej traci w grupie, w której do tej pory cieszył się najwyższym poparciem, tzn. 18-24 i 25-34 lat. W obu tych  grupach strata sięga aż 9%.

Najdziwniejsze w tym jest to, że moja diagnoza jest oczywista. Nie wymaga szczególnej przenikliwości politycznej. Sam lider musi zdawać sobie sprawę, że pajacowanie które kiedyś przyniosło mu sukces, teraz ciągnie go na do. Dlaczego więc idzie tą drogą? Cóż, Janusz Palikot to nieprawdopodobny kabotyn. Efekciarstwo i błazenada są silniejsze od niego. Tak samo, jak silniejsze od Kaczyńskiego, jest gołosłowne rzucanie oskarżeń na politycznych konkurentów (słynne, wiem ale nie powiem), jak silniejsze od Korwin Mikkego jest ględzenie o tfu gejach, bandzie czworga czy dupokracji. I co z tego, że w ten sposób piłują gałąź na której siedzą?

sobota, 16 czerwca 2012

Hipokrytes radzi Smudzie


Kółeczko

Szanowny Panie Smuda, 

Mam dla Pana niezwykle cenną radę. To absolutnie nowatorskie rozwiązanie taktyczne, które pomoże nam zwyciężyć w dzisiejszym meczu z Czechami, a we wszystkich kolejnych przynajmniej zremisować. Musi Pan zapomnieć wszystko czego dotychczas nauczył się Pan o futbolu. Odrzucić swoje przestarzałe trenerskie myślenie, wznieść się ponad utarte schematy. Otworzyć swój umysł na całkiem nową, oryginalną, śmiałą, awangardową koncepcję. Czas na rewolucję!

Przede wszystkim, podział zawodników na obrońców, pomocników, napastników a nawet bramkarzy, nie mówiąc już o takich zbędnych detalach jak np. prawy obrońca czy lewy defensywny pomocnik staje się sprawą trzeciorzędną. Chrzanić to, piłkarz to piłkarz, sztuka jest sztuka, jak w wojsku. Od dziś nie ważna jest szybkość, indywidualne umiejętności, popisy techniczne, efekciarstwo. Liczy się skromna, konsekwentna praca zespołowa. A więc do rzeczy. Czas odkryć karty. Oto szczegóły tej genialnej w swej prostocie strategii.

Kiedy tylko naszej drużynie uda się uzyskać piłkę, wszyscy zawodnicy błyskawicznie formują zwartą, jednolitą formację ofensywną zwaną kółeczkiem (wygląda mniej więcej tak jak na zdjęciu). Ściśle mówiąc, dziesięciu zawodników tworzy kółeczko, a jeden znajduje się w środku wraz z piłką. Ich zadaniem jest zbudowanie bariery ochronnej dla zawodnika z piłką znajdującego się wewnątrz kółeczka. Optymalnym rozwiązaniem byłoby dziesięciu piłkarzy słusznego wzrostu i jedenasty znacznie niższy od nich. Kapuje Pan? Coś jak libero w siatkówce. W ten sposób ukształtowana formacja, drobnymi kroczkami, powoli, delikatnie przepychając rywali (żeby uniknąć faulu) przesuwa się w kierunku bramki przeciwnika. Gol padnie wtedy, kiedy nasza formacja zdoła dodreptać do bramki, a piłka całym swoim obwodem przekula się przez linię bramkową (w tej kwestii nic się nie zmienia). Strategia gry na remis też jest bajecznie prosta. Dysponując przewagą bramkową wystarczy dreptać po całym boisku, powstrzymując się od zdobywania goli, monopolizując w ten sposób posiadanie piłki. Zwracam uwagę, że dzięki strategii kółeczka, niczym Aleksander Macedoński, który ostrzem swego miecza przeciął gordyjski węzeł, rozstrzyga Pan nierozwiązywalny dylemat, Tytoń czy Szczęsny? 

Jakiś malkontent mógłby powiedzieć, że przeciwnik może zastosować tą samą taktykę. Owszem, ale to i tak gwarantuje remis. W dzisiejszym meczu podział punktów nas nie satysfakcjonuje, ale naszym dodatkowym atutem będzie przecież efekt zaskoczenia. Czesi nie zdołają tak szybko przegrupować swoich sił i zastosować podobnego manewru taktycznego. No chyba, że czytają mój blog. Cóż, być może wdrożenie strategii kółeczka obniży nieco atrakcyjność sportowego widowiska, ale przecież liczy się wynik. Kończąc, proszę by nie kłopotał się Pan kwestią mojego honorarium. Dla dobra polskiej piłki, wspaniałomyślnie zrzekam się wszelkich praw do opisanej koncepcji. Ewentualnie, stadion we Wrocławiu, który stanie się areną naszego wiekopomnego zwycięstwa, może zostać nazwany moim imieniem.

Z piłkarskim pozdrowieniem

Hipokrytes

piątek, 15 czerwca 2012

Kto pyta wielbłądzi



Tytoń czy Szczęsny? Burdy czy zamieszki? Telefon Putina to dyplomacja, czy dominacja? Sfera problemów, którymi interesują się Polacy strasznie się ostatnio zawęziła. Rekordowo wysokie oprocentowanie hiszpańskich obligacji, spekulacje przed niedzielną repetą wyborów w Grecji, eskalacja krwawej rebelii w Syrii, te informacje nie mają szans przebić się do masowej świadomości. Dziś tylko rozgrywki w turnieju Euro 2012 przykuwają uwagę. Nawet mój blog niepostrzeżenie odchylił się piłkarsko. O rety! O jejku! Oh my God! (wszystko na „o”). Nie zawracając wam więc głowy problemami świata tego, chciałbym jedynie zwrócić uwagę na całą masę spraw związanych z trwającą imprezą, które jeszcze tydzień temu bez umiaru miętosili politycy, stacje telewizyjne i gazety. Budziły największe emocje, a teraz nawet pies z kulawą nogą się nimi nie interesuje.

Jak nasze rozgrzebane drogi i przejezdne rzutem na taśmę autostrady dają sobie radę ze wzmożonych ruchem kibiców? Czy ruch na drogach w ogóle jest wzmożony? Czy zagraniczni goście stoją w korkach klnąc na czym świat stoi? Czy na odcinku A2 między Strykowem a Warszawą, gdzie brak dodatkowej infrastruktury, samochody zatrzymują się z braku benzyny? Czy z powodu trudności z dojazdem, ktoś nie zdążył na mecz? Czy kolej zdaje egzamin? Nie ma żadnych migawek w telewizji obrazujących sytuację na drogach, nikt nie lata helikopterem nad autostradą. Nikt nie zadaje pytań na ten temat, a przecież martwiliśmy się tym przez całe 4 lata przygotowań do Euro, traktując niemal jak rację stanu.

Ilu kibiców przyjechało do Polski i jak to się ma do założeń i planów? Co z obłożeniem hoteli, z których część wybudowano specjalnie na Euro? Czy ktoś niepokoi rosyjską drużynę wznosząc obraźliwe okrzyki pod hotelem Bristol? Co słychać u Piotra Dudy, który odgrażał się demonstracjami Solidarności w czasie trwania mistrzostw? Co z bojkotem Ukrainy? Czy oficjele z Europy posadzili swe odwłoki na trybunach podczas meczów rozgrywanych na Ukrainie? Co z eksplozją prostytucji, którą wieszczyły feministki? Czy branża sex usług zalicza imprezę do udanych? Co stało się z hitem „Koko Euro spoko”? Wszechobecny przed turniejem, teraz zupełnie zniknął. Rzucam te pytania, choć zdaję sobie sprawę, że to wszystko jest dziś bez znaczenia. W końcu kluczowa kwestia to nieszczęsny dylemat: Szczęsny czy Tytoń? Tytoń czy Szczęsny? 

środa, 13 czerwca 2012

Bitwa warszawska 2012



Tym razem się pomyliłem. Typowałem jedno bramkową porażkę, okazując się człowiekiem małej wiary. Apetyt rośnie w miarę jedzenia, mam więc pewne uczucie niedosytu. Wbrew wcześniejszym przypuszczeniom mecz był z pewnością do wygrania, a przy tak wielkim ładunku emocji nasi zawodnicy stanęli u progu historycznego zwycięstwa na miarę Wembley (choć tam był również remis). Najbardziej jednak się cieszę, że po raz pierwszy od wielu lat znaleźliśmy się w sytuacji, w której awans do dalszej tury rozgrywek zależy wyłącznie od sprawności i determinacji polskiej drużyny w ostatnim meczu. Bez tych wszystkich upokarzających kalkulacji, że jak Grecja wygra z Rosją różnicą pięciu bramek, to nam wystarczy zwycięstwo 6:0.

Nie pomyliłem się natomiast w kwestii kibolskich zadym przed meczem. Mechanizm samospełniającej się przepowiedni zadziałał tak samo, jak w przypadku Marszu Niepodległości, 11 listopada ubiegłego roku. Jeżeli rosyjscy kibicie zapowiadają marsz ulicami Warszawy z symbolami sierpa i młota, jeśli minister sportu podgrzewa nastroje tworząc atmosferę zagrożenia, a media niestrudzenie budują kontekst historyczny i polityczny dla sportowego widowiska, to jest przecież oczywiste, że w miejscu akcji stawią się kibolskie szumowiny, gotowe stoczyć nową bitwę warszawską. Kiedy więc ostatecznie zamiast hord ruskich barbarzyńców z sierpami i młotami, w znakomitej większości pojawili się normalni fani rosyjskiej drużyny, to i tak polscy kibole musieli znaleźć kogoś komu można dać w mordę. Histeria mediów rozdzierających szaty nad przebiegiem wczorajszych zajść przypomina mi postępowanie strażaka, który spragniony silnych wrażeń sam roznieca pożar, by potem bohatersko rzucić się do gaszenia. To przykre, że nie brakuje takich, którzy te chuligańskie ekscesy traktują jako potwierdzenie krzywdzącej tezy z filmu BBC.

W kolejnym meczu Polaków typuję zwycięstwo 2:1 i wyjście z grupy na drugim miejscu. Niestety, Robert Lewandowski otrzyma drugą żółtą kartkę i nie zobaczymy go w meczu ćwierćfinałowym z Niemcami. Spotkanie to będzie więc ostatnim akordem występów naszej drużyny na EURO 2012, co i tak zostanie uznane za wielki sukces. A prawdziwymi zwycięzcami turnieju będą, Grzegorz Lato (zabetonowany na stanowisku prezesa PZPN) i Joanna Mucha, która utrzyma ministerialny stołek, choć nie lada absurdem jest wiązanie tego stanowiska ze sportowym sukcesem polskiej reprezentacji.