piątek, 12 października 2012

Wojna pozycyjna



Rozmaite ruchy w łonie koalicji i wewnątrz PO oraz ich uboczne skutki, wywołują wielkie poruszenie w mediach i wśród komentatorów. Moim zdaniem niesłusznie. To co obserwujemy jest tylko kolejną odsłoną działań zmierzających do politycznej emancypacji Jarosława Gowina i wspierającej go grupy posłów. Gowin już od dawna buduje zaplecze i wzmacnia pozycję lidera frakcji konserwatywnej w Platformie, ponieważ długoterminowo gra na rozłam w partii. Ale do wyborów jeszcze droga daleka, więc krótkoterminowo, secesja mu się nie opłaca.

Dla Donalda Tuska, rozłam jest scenariuszem jeszcze bardziej niekorzystnym. Wobec kruchej większości koalicyjnej, z olimpijskim spokojem i dobrą miną do złej gry, musi znosić coraz większą autonomię Gowina. Nie ma innego wyboru. Spekulacje na temat doszlusowania do koalicji SLD to moim zdaniem bajki o żelaznym wilku. Takie rozwiązanie również nie opłaca się żadnemu z zainteresowanych. Leszek Miller musiałby wziąć odpowiedzialność za rządzenie w głębokim kryzysie, w obliczu gwałtownej radykalizacji nastrojów społecznych, a jako słaby partner i tak miałby niewiele do gadania. Natomiast Tusk, zafundowałby sobie nowy problem ze skonfliktowanymi nawzajem koalicjantami, ryzykując jednocześnie znaczne podniesienie ciśnienia w PO. Jest przecież oczywiste, że taki ruch prowokowałby frakcję konserwatywną. Zamiana Gowina na Millera byłaby modelową wręcz ilustracją przysłowia: zamienił stryjek siekierkę na kijek. Z tych samych powodów nie wierzę w alians z Ruchem Palikota.

Nierealną alternatywą są również przyspieszone wybory parlamentarne. Wobec przecięcia sondaży na korzyść PiS, widmo samobója jakiego w 2007 roku wbił sobie Jarosław Kaczyński, to wystarczające memento dla Donalda Tuska. A więc klincz, co oznacza, że takie tarcia wewnątrz partii rządzącej będziemy nadal oglądać. Takie samo źródło jak w przypadku Gowina, mają harce Waldemara Pawlaka. Skoro koalicjant jest słaby jak nigdy wcześniej, trzeba wykorzystać okazję by wzmocnić własną pozycję i jednocześnie zagrać na nosie premierowi. Ale to wszystko gierki i takie tam strachy na lachy, co potwierdzi jutrzejsze wotum zaufania dla rządu.

Zupełnie inną sprawą jest fakt, że nie podoba mi się okazja, którą wykorzystał Jarosław Gowin by zademonstrować swoją autonomię. Rozumiem, że wybrał głosowanie, które wbrew larum które wszczęto w mediach, nie niesie ze sobą żadnego realnego ryzyka zmiany ustawy aborcyjnej. To Grupiński ośmiesza się passusami w rodzaju, że każdy poseł klubu PO miał prawo zagłosować zgodnie z własnym sumieniem ale umówiliśmy się, że oba projekty zostaną odrzucane. Brzmi jak słynny bon mot Henry Forda, który mówił, że każdy może mieć samochód w dowolnym kolorze pod warunkiem, że będzie to kolor czarny. Z mojego punktu wiedzenia problem leży gdzie indziej.  Akcentowanie akurat tematu aborcji jest złym sygnałem w kontekście nowego projektu konserwatywno-liberalnego, któremu kibicuję. Wspiera oblicze Gowina-Taliba, popychając go w kierunki PiS, Ziobry i Kurskiego, zamiast wzmacniać wizerunek Gowina-liberała gospodarczego gotowego do aliansu z PJN. Wariant numer jeden skazuje przyszłą formację na margines polityczny, nawet w przypadku sukcesu wyborczego. Jarosławie Gowin! Proszę nie iść ta drogą!

sobota, 6 października 2012

Przewrót w sondażach?



Najnowszy sondaż TNS Polska dla programu "Forum" TVP Info wywołał małe trzęsienie ziemi na scenie politycznej. Zmianę lidera w sondażach, po raz pierwszy od pięciu lat, wieszczyło wielu komentatorów. Kilka udanych przedsięwzięć PiS koncentrujących uwagę opinii publicznej na meritum wobec defensywy i marazmu Platformy musiało przynieść efekt. Natomiast skala tej zmiany (6% na korzyść PiS) zaskoczyła wszystkich. Można oczywiście wybrzydzać na małą reprezentatywność sondażu, wskazywać, że dopiero kolejne badania pokażą ewentualnie zmianę trendu, przypominać, że do wyborów parlamentarnych jeszcze 3 lata. To wszystko prawda, jest to jednak wydarzenie symboliczne, które może dać sporo wiatru w żagle partii Jarosława Kaczyńskiego. Ale najważniejsze jest jednak co innego. Ten sondaż znacznie więcej mówi o PO niż o PiS. Dzieje się to, co przewidywałem od dawna. Słabe rządy Donalda Tuska, pozbawione wizji i prawdziwej woli zmian nawet w obliczu kryzysu ekonomicznego w Europie rozczarowały wyborców Platformy Obywatelskiej. Przede wszystkim tych, którzy w ostatnich wyborach oddali na nią głos, w istocie głosując przeciw PiS. A przecież dopiero zaczynamy pogrążać się w kryzysie. Ekonomiści, od prawa do lewa są zgodni, że rok 2013 będzie dla Polski znacznie gorszy niż obecny. Mało kto widzi dziś w Tusku Mojżesza, który suchą stopą przeprowadzi nas przez Morze Czerwone. Po pięciu latach rządów, oprócz problemu niemożności pojawia się syndrom wypalenia. Nie bez przyczyny kadencja zarządu w spółkach kapitałowych trwa właśnie pięć lat. Po tym okresie brakuje już świeżości i dystansu do własnych pomysłów z początku kadencji, które okazały się chybione. A ławki rezerwowych brak. Ci, którzy mogliby na niej siedzieć (Rokita, Gilowska, Olechowski, Piskorski) padli ofiarą partyjnych czystek. Pozostały miernoty.

Niezależnie od korzystnego sondażu dla PiS podtrzymuję tezę, że to ugrupowanie ma bardzo małe szanse na objęcie władzy. Łatwo jest dać Tuskowi prztyczka w nos wskazując w sondażu na znienawidzonego konkurenta, trudniej zagłosować w ten sam sposób w wyborach. Żółta kartka nic nie kosztuje a czerwona może oznaczać realizację przysłowia „na złość babci odmrożę sobie uszy”. Uważam, że wynik wyborczy w znacznym stopniu nadal będzie determinował strach przed rządami Jarosława Kaczyńskiego. Awans w sondażach, wzmacniając pewność siebie lidera, prędzej czy później obudzi demony, z którymi kojarzy się PiS. Nie wierzę po prostu, że Jarosław Kaczyński przestanie być Jarosławem Kaczyńskim, tak samo jak Janusz Korwin Mikke nie przestanie być sobą co trwale skazuje go na marginalizację w okolicach 2% poparcia.

W ten sposób dochodzimy do kluczowego wniosku. Tego samego, który puentuje mój poprzedni wpis. Sytuacja dojrzewa do powołania nowej formacji politycznej, która zbierze rozczarowanych centroprawicowych wyborców PO (lewicowych weźmie Palikot albo Miller) z poprzednich wyborów i tych, którzy ostatnio nie głosowali ponieważ po klęsce idei POPiSu już wcześniej zniechęcili się do obu tych partii. PJN najwyraźniej nie radzi sobie w tej roli. Potrzebny jest nowy projekt pozbawiony brzemienia skojarzeń z PiS-em, Kluzik-Rostkowską i całym tym kompromitującym bałaganem, który jest grzechem pierworodnym tego ugrupowania. Dotąd sądziłem, że z uwagi na odległy dystans do wyborów nie ma się z tym co spieszyć. Szkoda byłoby stracić walor świeżości. Jeśli jednak podobny wynik sondażowy utrzyma się w kolejnych badaniach trzeba zacząć działać. Inaczej, może się okazać, że mimo zasiedzenia na roponośnej działce, jak to barwnie określił Marek Migalski, kto inny otrzyma licencję na dokonanie odwiertów.

poniedziałek, 1 października 2012

A mnie z wami nie po drodze



Nie jestem zwolennikiem rozmemłanej Platformy Obywatelskiej. Nie jestem entuzjastą miernych rządów Donalda Tuska. Ale nie jestem też fanem katolicko-socjalnej opozycji, która wczoraj maszerowała w Warszawie. I nie przyjmuję do wiadomości, że realny wybór to alternatywa między tymi dwiema wizjami Polski. To politycy obu zwalczających się formacji i sekundujące im media utrwalają ten fałszywy obraz rzeczywistości przekonując nas, że albo my albo oni, albo jesteś z nami albo przeciw nam. W tym kontekście, nie ma większego znaczenia pod jakimi hasłami zorganizowano ten marsz. Chodziło przede wszystkim o to, by zmierzyć swoją siłę i to się udało. Ale „budzenie Polski” pokazało też kilka innych rzeczy.

Determinacja i status quo
Cykliczne zwieranie szeregów z pewnością dyscyplinuje elektorat, a tak liczna manifestacja jak sobotni marsz musi budować poczucie siły. Determinacja środowisk skupionych wokół PiS i Radia Maryja rośnie, a w zderzeniu z kryzysem ekonomicznym, który nas nie ominie, potężne ciśnienie społeczne musi znaleźć ujście. Nie sądzę jednak by determinacja ta przekładała się na rosnącą liczbę sympatyków Prawa i Sprawiedliwości. Wszyscy ci, których mogła przyciągnąć narracja Jarosława Kaczyńskiego od dawna już głosują na jego partię. Dla coraz liczniejszej grupy rozczarowanych rządami Platformy, retoryka zdrady narodowej, spiskowe teorie katastrofy smoleńskiej, związki z Radiem Maryja, stanowią obciążenie nie do zaakceptowania. Stąd bierze się ta bezprecedensowa odporność Tuska w obliczu kolejnych mielizn i raf.

Triumwirat
W tej części sceny politycznej, którą kompletnie bez sensu przyjęło się w Polsce nazywać prawicą, coraz wyraźniej krystalizuje się triumwirat przywódczy silnych osobowości: Kaczyński-Rydzyk-Duda. To bardzo ciekawy układ współzależności. Z jednej strony Jarosław Kaczyński, który jest zakładnikiem ojca Tadeusza Rydzyka, z drugiej Rydzyk, który  wie, że lojalność swoich wyznawców musi dzielić z Kaczyńskim. Zmiana aliansów, gdyby chciał ją przeprowadzić nie zostałaby zrozumiana przez radiomaryjny elektorat. W najlepszej sytuacji jest Piotr Duda, który póki co ma największe pole manewru. To o jego poparcie trzeba będzie zabiegać co musi oznaczać eskalację socjalnych żądań. Paradoksalnie, to co cementuje siłę wspierającą PiS, tworzy jednocześnie spory dyskomfort dla Kaczyńskiego, który bardzo by chciał mieć monopol na rząd dusz na socjalnej prawicy.

Na politycznym oucie
Sobotni marsz, w pełnej krasie ujawnił porażkę koncepcji politycznej Solidarnej Polski. Zbigniew Ziobro już się nie liczy w tej grze, co zresztą nie jest dla mnie żadną niespodzianką. Jeszcze w kwietniu, kiedy drżącym głosikiem próbował zapanować nad tłumem był w ringu, choć słaniał się na nogach. Teraz patron z Torunia zadał nokautujący cios odmawiając mu prawa do wystąpienia przed zgromadzonym tłumem. Ziobryści nie mają kompletnie nic do zaoferowania. Są tylko słabym, groteskowym PiSikiem, z przywódcą kompletnie pozbawionym charyzmy. Jedyna realna różnica to miękki kurs w sprawie katastrofy smoleńskiej co wbrew pozorom może ich tylko pogrążyć. Dla elektoratu spod znaku Radia Maryja to błąd ocierający się o zdradę, a dla innych i tak nie ma znaczenia wobec reputacji Kurskiego i Ziobry, uosabiających wszystkie słabości PiS-u.

Alternatywa
Z jednej strony okopany na swoich pozycjach PiS, z drugiej gnijąca Platforma Obywatelska. Dokąd pójdą wyborcy, którzy kolejny raz nie oddadzą głosu PO, w istocie głosując przeciw PiS? Scenariusz powstania nowego konserwatywno-liberalnego ugrupowania pomiędzy tymi partiami, czemu od dawna kibicuję, wygląda bardziej realnie niż kiedykolwiek wcześniej. Widmo rozłamu w PO zbliża się nieuchronnie, politolodzy wreszcie zauważyli wolne miejsce na scenie politycznej, publicyści coraz częściej snują rozważania jak je wypełnić. Dzisiaj wydaje się, że oferta polityczna oparta o PJN i  przyszłych secesjonistów z Platformy pod wodzą Jarosława Gowina jest już tylko kwestią czasu. Warunkiem powodzenia takiego projektu jest spójność programu i profilu politycznego osób tworzących nową formację. Dlatego też przestrzegam! Socjaliści od Ziobry pasowaliby tu jak pięść do nosa, ich udział może zniweczyć cały projekt. A ja znowu nie miałbym na kogo głosować.

poniedziałek, 24 września 2012

Punkt dla PiS



Debata ekonomistów pod auspicjami PiS odbyła się według scenariusza, którego się spodziewałem. Wypadła nawet trochę lepiej niż można było zakładać. Prawdopodobnie dlatego, że z zaproszenia nie skorzystali ekonomiści z pierwszych stron gazet, tacy jak Leszek Balcerowicz, Grzegorz Kołodko, Marek Belka czy Ryszard Petru. Zapewne zdominowaliby dyskusję, a przecież  z góry wiadomo co mogliby powiedzieć. A tak, można było posłuchać innych.

Ciekawe wątki i konkretne propozycje mieszały się z biciem piany znanym z trybuny Sejmowej. Pasjonujące niekiedy zderzenia skrajnie odmiennych światopoglądów. Starcie Gwiazdowski – Bugaj to niemalże wyzwanie na miarę sporu Kopernika z geocentrystami. Ale tak być musiało i chyba nikt przy zdrowych zmysłach nie spodziewał się jakichś konstruktywnych wniosków. Generalna konkluzja jest jednak druzgocąca dla całej klasy politycznej. Mamy fatalny system podatkowy, brak rozwiązań aktywizujących przedsiębiorczość i żadnych pomysłów na walkę z niekorzystnymi zmianami demograficznymi.

Poziom debaty w naszym życiu publicznym osiągnął już takie dno, że sam fakt iż ludzie o różnych poglądach spokojnie ze sobą rozmawiają stanowi wartość nie do przecenienia. Wizerunkowy sukces PiS jest więc bezsporny, choć  najsłabszym ogniwem okazał się sam Jarosława Kaczyński, którego podsumowanie debaty można streścić jednym zdaniem: Wy tu sobie gadajcie, my grzecznie wysłuchamy, a potem i tak zrobimy po swojemu. Niby nic odkrywczego, w końcu od polityków trudno się spodziewać czegoś innego, ale ta szczerość popsuła nieco pozytywny wydźwięk całej debaty. Bardzo jestem ciekaw na ile trwała okaże się tym razem zmiana wizerunku największej partii opozycyjnej. Bowiem jedną rzecz należy sobie  uświadomić. Jakość rządzących, w znacznym stopniu zależy od jakości opozycji. Dopóki PiS zamyka się w oblężonej twierdzy koncentrując na wskazywaniu zdrajców Ojczyzny, Donald Tusk może spać spokojnie niezależnie od skali potknięć, wpadek i fuckupów. Nic nie jest w stanie zburzyć jego dominującej pozycji politycznej. Nie ma więc żadnych powodów, dla których miałby podejmować trudne i ryzykowne wyzwania związane z reformowaniem państwa. Tylko gorący oddech konkurencji za plecami może go do tego zmusić.

Acha, mam złą wiadomość dla wielbicieli parytetów. Żadna przedstawicielka płci pięknej uczestnicząca w debacie nie powiedziała niczego specjalnie interesującego.

piątek, 21 września 2012

Ile piramidy w piramidzie?



Obserwując przebieg afery Amber Gold mam wrażenie, że w ferworze walki całą sprawę zdominowały oceny wypaczające nieco rzeczywistość. Nie jest moją intencją obrona twórców tego parabanku, ale warto zwrócić uwagę na fakty, które powinny skłaniać do refleksji.

Wbrew obowiązującej narracji, model biznesowy Amber Gold wcale nie musiał być piramidą finansową. Przypominam, że piramida finansowa to struktura, w której wypłaty dla wcześniejszych uczestników są realizowane z wpłat uczestników późniejszych. Tymczasem, od 2009 roku, w którym Amber Gold rozpoczęło działalność, cena złota na światowych giełdach wzrosła o ponad 100%. Przy założeniu aktywnej działalności spekulacyjnej rentowność Amber Gold powinna być jeszcze wyższa. W każdym bądź razie, na poziomie umożliwiającym realizację wypłat z lokat oprocentowanych w różnym czasie na poziomie między 10% a 13%, nawet do 16,5% w skali roku przy lokacie na okres ponad 3 lat. Co więcej, w czasach kryzysu i realnej groźby drukowania pustego pieniądza, rentowność inwestycji w złoto nie jest raczej zagrożona. Do czasu zmiany trendu, Amber Gold powinno więc zarabiać jeżeli pozyskane środki finansowe faktycznie lokowałoby w złoto. Niekoniecznie w złote sztabki układane na półkach w podziemnym skarbcu, ale na przykład w kontrakty terminowe na złoty kruszec. Jeżeli więc Amber Gold upadło, to nie z uwagi na zły model biznesowy, ale dlatego, że nie inwestowało w złoto lub instrumenty finansowe oparte na złocie. Albo z jeszcze innego powodu, o którym później. Dlatego też trudno twierdzić, że klienci parabanku wykazali się ignorancją ekonomiczną. Paradoksalnie może być nawet odwrotnie, ponieważ przeprowadzenie analizy ekonomicznej, przed założeniem lokaty w Amber Gold rodziło rekomendację pozytywną. Ktoś mógłby oczywiście powiedzieć, że mając tę wiedzę należało samodzielnie inwestować w złoto zmaterializowane w postaci sztabek, zamiast w produkt oparty na złocie. Prawda, ale tu już wychodzimy poza obszar oceny realności oferty Amber Gold, wkraczając w dyskusję na temat optymalizacji inwestycji.

Czy na pewno jednak spółka nie inwestowała w złoto? Jeszcze kilka dni temu wydawało się to niemal pewne, teraz pojawiły się rysy na tej wiedzy. Podano, że w Amber Gold znaleziono majątek w wysokości 100 mln zł, a nie 40 mln zł jak wcześniej informowano. Trudno więc wykluczyć, czy po dokładniejszym sprawdzeniu nie znajdą się jeszcze jakieś aktywa, na przykład papiery wartościowe lub instrumenty pochodne typu opcje? Wcale bym się nie zdziwił. Znając „wysokie kwalifikacje” kadr pracujących na rzecz instytucji państwowych może się okazać, że ustanowiony przez sąd zarządca przymusowy nie za bardzo kojarzy co to są opcje i że to cholerstwo może być coś warte.

Drugi hipotetyczny powód upadku spółki pokrywa się z linią obrony Marcina Plichty. Warto przypomnieć, że afera Amber Gold wybuchła ponieważ w mediach pojawiły się informacje o tym, że spółka jest piramidą finansową, a nie dlatego, że przestała realizować wypłaty z lokat. A przecież zastrzeżenia do jej działalności nie były żadnym nowym odkryciem. Od ponad dwóch lat firma znajdowała się na liście alertów Komisji Nadzoru Finansowego, czyli podmiotów nie posiadających licencji na wykonywanie czynności bankowych, w szczególności na przyjmowanie wkładów pieniężnych w celu obciążenia ich ryzykiem.

Banki (również parabanki) są instytucjami zaufania publicznego. Żadna instytucja o charakterze bankowym nie posiada bowiem środków finansowych umożliwiających natychmiastowe wypłaty dla wszystkich swoich klientów. Zniszczenie zaufania poprzez nagonkę medialną musi wywołać zmasowany szturm na placówki banku i wobec niemożliwości realizacji roszczeń, doprowadzić do jego upadku. A przecież banków nie nazywamy piramidami finansowymi. Kluczowe więc pozostaje pytanie, na które wciąż brakuje odpowiedzi. Co stało się z resztą pieniędzy klientów Amber Gold?


Na koniec ciekawostka. Piramida finansowa, piramidzie finansowej nie równa. Niektóre są licencjonowane i państwo zmusza nas by wpłacać do nich pieniądze. Niedawno, furorę w sieci zrobiło zabawne zestawienie porównawcze Amber Gold i pewnej instytucji państwowej. Wnioski nie są druzgocące dla Amber Gold:)



PS Podobny punkt widzenia do przedstawionego w tym wpisie, w nieco bardziej analitycznym ujęciu zaprezentował Rafał Hirsch, który trochę mnie ubiegł swoim dzisiejszym wpisem.


niedziela, 16 września 2012

Republika bananowa



„Myślenie o IV Rzeczpospolitej nie wynika z kaprysu znudzonego umysłu czy z woluntarystyczno-rewolucyjnych sympatii. Wynika z przekonania, że grozi nam nawet nie tyle katastrofa, ile miernota, prowincjonalizm, dryfowanie, poczucie bezradności, a przede wszystkim próżnia władzy”

Kto zgadnie kogo zacytowałem na wstępie? Któregoś z ideologów Prawa i Sprawiedliwości? Nic bardziej błędnego. To słowa Pawła Śpiewaka, socjologa, byłego posła Platformy Obywatelskiej, z artykułu, który ukazał się na łamach Rzeczpospolitej w styczniu 2003 roku. Któż dzisiaj pamięta, że hasło IV RP, pojawiło się jako postulat odnowy moralnej państwa, zgłaszany przez zmierzającą do władzy koalicję POPiS? Po wyborach 2005 roku, odnową moralną zajęła się inna, wątpliwa moralnie koalicja i wszyscy wiedzą jaki był finał. Niestety, wraz z szyldem skompromitowano również samą ideę.

Jeśli kogoś szokuje efekt prowokacji, przeprowadzonej przez dziennikarzy Gazety Polskiej Codziennie wobec prezesa Sądu Okręgowego w Gdańsku, powinien się zastanowić czy ma jeszcze kontakt z rzeczywistością. Oto Polska właśnie. Kraj, w którym z zadęciem opowiada się o niezawisłości sądów i niezależności prokuratury, a funkcjonariusze państwowi zatrudnieni w tych instytucjach bez szemrania oddają się do pełnej dyspozycji rządzących (prowokacja GPC). Kraj, w którym oszust finansowy, mimo kilku wyroków skazujących może nadal funkcjonować w biznesie, zakładać nowe spółki, zasiadać w zarządach i radach nadzorczych (afera Amber Gold). Kraj, w którym spółki Skarbu Państwa stanowią łup polityczny i prywatny folwark rządzących polityków, gdzie kadry ustawiają chłopaczkowie haratający w gałę z premierem (afera taśmowa, a wcześniej prowokacja dziennikarzy TVN wobec dyrektora oddziału ARR z PSL). Kraj, w którym minister obrony narodowej nie płaci żadnej ceny za dwie największe w dziejach Polski katastrofy lotnicze, z udziałem samolotów, za które odpowiadało podległe mu ministerstwo. Kraj, w którym kupuje się posłów oferując im osobiste korzyści (taśmy Beger). Kraj, w którym „samobójstwa" w celi są ulubionym hobby świadków zatrzymanych w związku z prowadzeniem śledztw dotyczących powiązań przestępców ze światem polityki. I tak dalej, etc, niezależnie od tego, które ugrupowanie dzierży akurat ster rządów.

W wypadku gdańskiej prowokacji będzie tak samo jak zawsze. Zapowiadane z marsowym obliczem kontrole wykażą niezbicie, że ten pożałowania godny incydent był na szczęście wypadkiem odosobnionym. Będziemy mogli odetchnąć z ulgą. Państwo zdaje egzamin, choć czasem zdarzają się potknięcia.

Diagnoza, która legła u podstaw koncepcji IV RP jest wciąż aktualna. To państwo nie działa i żadne kosmetyczne reformy tego nie zmienią. Istniejący system polityczny, z nabożną czcią nazywany przez polityków demokracją jest ledwie jej fasadą, a w istocie oligarchią partyjną. W ramach demokratycznych reguł gry zmiana tego systemu jest prawie niemożliwa bez woli partii politycznych, które musiałyby tu zadziałać wbrew swoim partykularnym interesom. A więc klincz. Dlatego ani jednomandatowe okręgi wyborcze, ani likwidacja senatu, ani zmiana reguł finansowania partii politycznych, ani żadne inne inicjatywy ustrojowe nie mają szans na realizację. Przynajmniej dopóki demos się nie wpieni i korekta demokracji nie dokona się przy pomocy kamieni i butelek z benzyną.

niedziela, 9 września 2012

Łże-debata?



No i masz babo placek! Najgorzej jak Kaczor wylezie z oblężonej twierdzy smoleńskiej i odezwie się ludzkim głosem. Póki bredzi o zamachach, w towarzystwie Antoniego M., ciskającego wokół złowrogie spojrzenia jest spoko i luz. Można se robić jaja, pukać się w czoło, szydzić, narzekać, że opozycja wyłącznie zajmuje się wojną polsko-polską i wymyśla tematy zastępcze. Słowem, nie trzeba się wysilać. Nic a nic. Wystarczy odprawić rytualne olaboga! i każde wystąpienie prezesa to murowane wzmocnienie partii rządzącej w sondażach. Bywa jednak, rzadko bo rzadko, ale zawsze, że Mr Kaczyński zajmie jakieś z grubsza sensowne stanowisko albo co gorsza zaproponuje coś, co trudno z miejsca zakwalifikować jako idiotyzm. Wtedy zaczyna się problem. Szlag! Kto mu to podpowiedział? Przecież nie Błaszczak. No bo choćby nie wiem jak nie znosić PiS-u, trudno tak bez ceregieli, a priori zlać koncepcję ekonomicznej burzy mózgów na szczycie. Zwłaszcza w kontekście szybkiego więdnięcia zieleni na naszej wyspie szczęśliwości. Tak trudne ćwiczenia nie zdarzają się często, więc przedstawicielom partii rządzącej i życzliwym im komentatorom brakuje doświadczenia w zgrabnym odkręcaniu kota ogonem. Dokonują jakichś cudacznych wygibasów, co by przekonać lud spijający słowa z ekranu telewizora, że to pomysł zły, bez sensu, medialna szopka, hucpa polityczna, poza tym za późno i w ogóle do dupy. A jak który ekonomista skorzysta z zaproszenia to najpewniej cienias, gamoń albo w najlepszym wypadku lanser.

Hmm… obawiam się, że musicie państwo wysilić się odrobinę bardziej, bo te argumenty są cienkie jak kawa z automatu na komendzie w Tucholi (copyright nie mój). Od tego, między innymi jest opozycja, żeby inicjować dyskusję w kontekście założeń ekonomicznych proponowanych przez rząd. I nie ma tu znaczenia, czy zgłaszane kontrpropozycje oceniamy jako przebłysk geniuszu czy brednie. Żeby było jasne. Nie mam złudzeń, że walna debata ekonomistów pod auspicjami tych czy innych polityków przyniesie jakąś zmianę jakościową. Ekonomia to nie matematyka i proste dodawanie dwóch cyferek daje różny wynik w zależności od tego, kto zajmuje się liczeniem. Zaś politycy mają dar dokładnie odwrotny niż mityczny król Midas i wszystko czego się tkną na ogół zamienia się w g…, no… wiadomo w co się zamienia. Zawszeć to jednak wyzwanie intelektualne, któremu warto się przyjrzeć. W końcu, debaty polityków, pełne są niemożliwych frazesów, wśród których meritum trudno odnaleźć nawet okiem uzbrojonym w mikroskop, a przecież dzisiejsi krytycy inicjatywy PiS płonęli świętym oburzeniem, kiedy w trakcie kampanii wyborczej Jarosław Kaczyński debat unikał. Interesujące, że teraz tak wielu komentatorów nie jest zainteresowanych wzajemną konfrontacją tuzów polskiej myśli ekonomicznej. Czyżby za ich plecami czaiła się hipokryzja?

A że proponowana debata może poprawić wizerunek PiS-u? Cóż, bardzo mi przykro. Nawet Kaczyński znajdzie czasem taki pomysł, który może jego partii pomóc, a nie zaszkodzić. Trzeba z tym jakoś żyć.