wtorek, 22 listopada 2011

KGHM czyli nie bądźmy Peweksami!


Kadr z filmu, Stanisława Barei „Miś”.

KGHM to taki twór, w którym jak w soczewce skupiają się wszelkie plagi kapitalizmu państwowego. Olbrzymia spółka, nominalnie od dawna sprywatyzowana, notowana na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie, w której skarb państwa posiada już tylko niespełna 32%-owy pakiet akcji, wciąż jest łupem politycznym rządzących (podobnie jak PKN Orlen). Jest to jednocześnie spektakularny przykład firmy, którą jak rak toczą związki zawodowe. W KGHM funkcjonuje 47 organizacji związkowych, związkowcy stanowią 30% składu, 10-osobowej Rady Nadzorczej. Zarządzanie taką organizacją to mordęga. To bezwładny okręt, gdzie interes ekonomiczny spółki i jej akcjonariuszy nie jest głównym kryterium podejmowania decyzji.  Dość powiedzieć, że średnie wynagrodzenie na koniec 2011 roku, przekroczy tu 9 tysięcy zł, a obowiązujący pakiet socjalny zawiera całą litanię świadczeń jakie tylko można sobie wyobrazić.

Notowania giełdowe KGHM zawsze stanowią dość wierne odzwierciedlenie wykresu notowań cen miedzi na światowych giełdach surowców, ponieważ to one decydują wprost o wynikach finansowych spółki. KGHM, to bezlitośnie objuczony muł, który porusza się po mniej więcej tej samej trajektorii co ceny miedzi, tylko z uwagi na ciężar, który dźwiga w dużo niższych rejestrach niż powinien. Teraz premier, w expose, zapowiedział kolejne obciążenie – podatek od kopalin, który dodatkowo zmniejszy zysk spółki, a stanowi on podstawę do wypłaty dywidendy dla akcjonariuszy. Ale przecież głównym akcjonariuszem i beneficjentem i tak jest skarb państwa. Tylko, że jakby to powiedział prezes Ryszard Ochódzki, niezapomniany bohater filmu „Miś”: „Nie mieszajmy myślowo dwóch różnych systemów walutowych. Nie bądźmy Peweksami”. Właśnie! Skarb państwa ma dziś niecałe 32% akcji KGHM, więc wypłacając dywidendę, 68% trzeba wybulić innym akcjonariuszom. Co za karygodna rozrzutność! Podatek od kopalin, nawet jeżeli znacznie zniweluje zysk, to przecież w całości wpłynie do kasy skarbu państwa. Jest deal? A że kosztem innych akcjonariuszy? Taka tam hipokryzja. Dokładnie nie wiadomo, kim są ci inni akcjonariusze (pakiety mniejsze niż 5% nie wymagają ujawnienia), ale to na pewno wredni kapitaliści, a wciąż wszędzie słychać, że kapitalizm się nie sprawdził, więc dobrze im tak. Oburzeni będą zadowoleni, no chyba żeby jakiś oburzony także okazał się drobnym kapitalistą. Jest takie ryzyko, bo papiery KGHM mają pewnie w swoich aktywach TFI, a co gorsza OFE, czyli znowu ucierpią nasze emerytury, emerytury oburzonych również. No ale takie są skutki inwestowania w system, który nie działa.

Nic więc dziwnego, że w dniu expose, kurs giełdowy KGHM poleciał na twarz, o blisko 14%, by wczoraj kontynuować spadki o kolejne 10%. Blisko ¼ wartości spółki, ponad 7 mld zł w dwa dni, to robi wrażenie. Pytania opozycji, czy ktoś mógł na tym skorzystać wywołały falę oburzenia. Prorządowa część blogosfery, też już ustawiła do kąta liderów opozycji, którzy mieli czelność zadać publicznie te pytania. Taka reakcja świadczy o nie rozumieniu mechanizmów funkcjonowania rynku kapitałowego. Inside trading, czyli wykorzystywanie informacji poufnych przy podejmowaniu decyzji inwestycyjnych, należy do najczęściej spotykanych przestępstw giełdowych. Problem w tym, że politycy w tej delikatnej materii poruszają się często jak słonie w składzie porcelany, nie rozumiejąc, że ich wypowiedzi (bardziej nawet niż działania) mogę mieć olbrzymie znaczenie dla rynku transakcji finansowych i kapitałowych. Nie chodzi tu o kierowanie personalnych oskarżeń pod adresem Donalda Tuska, czy też Jana Krzysztofa Bieleckiego. Ale ktoś mógł na tym skorzystać, więc z pewnością zasadne jest pytanie, kto i na ile wcześniej wiedział, że w expose pojawi się zapowiedź wprowadzenia podatku od kopalin? Premier przez cały miesiąc przygotowywał swoje wystąpienie. Biorąc pod uwagę tak długi czas oraz krąg osób, które mogły mieć dostęp do tej informacji należy założyć, że ewentualny przeciek mógł dotrzeć tam, gdzie ktoś postanowił to wykorzystać. Zamiast płonąć świętym oburzeniem, należy to dokładnie sprawdzić. A zarobić można było łatwo. Nie tylko sprzedając wcześniej posiadany pakiet i odkupując go po niższej cenie, ale przede wszystkim poprzez tak zwaną krótką sprzedaż. Mechanizm ten polega na tym, że najpierw dokonuje się sprzedaży pożyczonych papierów wartościowych, by dopiero potem jej odkupić. W tym wypadku, znając news z expose, z gwarancją znacznie niższej ceny. Można było zyskać dużo więcej niż przy ostatniej mega kumulacji w totolotku. W internecie znalazłem tylko mocno nieprecyzyjną informację, że w piątek skala takich transakcji była niewielka. Ok., ale jaka była w czwartek, w środę, we wtorek, jeszcze wcześniej? A samo domknięcie transakcji mogło, ale wcale nie musiało jeszcze nastąpić.

I smaczek na koniec. Na Himalaje serwilizmu wspiął się Herbert Wirth, prezes KGHM, który był łaskaw oświadczyć, że pomysł rządu jest dobry, tylko trzeba się przyjrzeć szczegółom. Jako obywatel pan Wirth może sobie mieć takie zdanie, natomiast jako prezes spółki giełdowej, dla której nowe obciążenie fiskalne musi wpłynąć na pogorszenie wyników finansowych, a dla akcjonariuszy, na zmniejszenie zwrotu z zainwestowanego kapitału, mówiąc to co powiedział zwyczajnie się kompromituje. Pokazuje się jako zwykły urzędas i dyspozycyjny aparatczyk, postawiony na czele wielkiej spółki giełdowej, który nie dość, że nie ma pojęcia o biznesie, to nie jest nawet w stanie dostrzec granicy obciachu.

niedziela, 20 listopada 2011

PiS & LAW



Można już otwarcie powiedzieć, że PiS się sklonował. Oczywiście jako byt instytucjonalny, bo struktura materii składa się tu z innej substancji. Konia z rzędem temu, kto wskaże czym owe polityczne byty się od siebie różnią. Wyborców od tego nie przybędzie, ale być może jest w tym szaleństwie jakaś metoda. Póki co, ten deal niesie ze sobą całkiem sporo korzyści. Dwa kluby w Sejmie, a więc nowe funkcje do obsadzenia, dwa wystąpienia w imieniu klubów, choćby w debacie na temat expose, pewnie jakieś miejscówki w komisjach sejmowych, dwa miejsca na kawie u Rymanowskiego i w innych programach dbających o sejmowy parytet etc.

Żal tylko jednego. Jeszcze kilka tygodni temu, w czasach panowania poprzedniego rządu Donalda Tuska, wykluczeni z PiS mogliby liczyć na wsparcie Bartosza Arłukowicza, ministra bez teki ds. wykluczonych. Ale wredny Tusk, czując pismo nosem, na złość Kurskiemu i Ziobrze zlikwidował to pożyteczne stanowisko. Ech… życie, wykluczonemu zawsze wiatr w oczy.

Tak czy inaczej, śmiało spoglądając w przyszłość, czas na powołanie nowej partii. Jak powiedział wczoraj Zbigniew Ziobro, nie mają jeszcze bidaki ani nazwy, ani logo. Hmm… to ja mam pewną nieśmiałą propozycję, którą jestem w stanie nieodpłatnie odstąpić. Na sprawę należy spojrzeć perspektywicznie. A ponieważ nikt i tak nie wie, co „ziobryści” mają do zaproponowania poza tym, że chcą być lepszym PiS-em, nazwa mogłaby akcentować ten właśnie element. Lepszy Alternatywny Wybór (wobec PiS-u rzecz jasna), w skrócie LAW. Wtedy przyszła koalicja, jeśli kiedykolwiek uda się jej dopchać do władzy, będzie mogła rządzić pod sympatycznym szyldem PiS & LAW;)

sobota, 19 listopada 2011

Mało! – wokół expose



Wczorajsze expose premiera, najkrócej mógłbym skomentować następująco. Znacznie więcej niż mógłbym się spodziewać po Donaldzie Tusku, znacznie mniej niż bym sobie życzył i niestety mniej niż potrzeba.

Gdybym chciał oceniać expose przez pryzmat własnych poglądów ekonomicznych, opartych na szeroko rozumianej wolności gospodarczej, która wymaga istotnego przemodelowania systemu podatkowego, racjonalizacji wydatków państwa i działań aktywizujących przedsiębiorczość, musiałbym je ocenić negatywnie. Ale przecież z góry było wiadomo, że takich zapowiedzi nie można się spodziewać. Odpuszczam więc krytykę z tej perspektywy, ponieważ nie byłaby ona konstruktywna. Warto jednak zauważyć, że Platforma Obywatelska, w 2001 roku powstała w oparciu o takie właśnie założenia. Cóż, upłynęło 10 lat i dzisiaj trudno byłoby znaleźć merytoryczne różnice między PO a SLD z okresu 2001-2003. Oceniając expose przez pryzmat tego, czego można było oczekiwać, oceniam je umiarkowanie pozytywnie. Umiarkowanie, ponieważ zapowiedziano w końcu jakieś reformy, pojawiły się konkretne rozwiązania, ale zabrakło wielu istotnych elementów. Dlatego też, bardzo mnie dziwi entuzjazm wielu ekonomistów (między innymi Ryszarda Petru i Krzysztofa Rybińskiego), których szanuję. Nie potrafię wytłumaczyć tego inaczej jak efektem niskiej bazy. Donald Tusk, brakiem aktywności w sferze reform, w całej poprzedniej kadencji, zawiesił widać poprzeczkę oczekiwań bardzo nisko.  

Ad rem. Podstawowym problemem nie jest to co w expose się znalazło, ale to czego w nim nie ma. W kontekście zagrożenia globalnym kryzysem gospodarczym, to wcale nie jest radykalny program cięć, jak przedstawia to partia rządząca. Wreszcie zapowiedziano reformę emerytalną, o której od dawna wiadomo, że jest bezwzględnie konieczna, ale rozwleczono ją w czasie na zbyt długi okres. Nie jest to działanie, które zmienia sytuację, wobec kryzysu, który zdjął już płaszcz w przedpokoju, założył kapcie i zamierza rozgościć się w naszym domu (copyright by Leszek Miller). Ograniczenie przywilejów, likwidacja ulg, podwyższenie składki rentowej, reforma KRUS, przyniosą efekt szybciej, ale nie uratują finansów publicznych państwa. Wątpię czy wystarczą do zmniejszenia deficytu budżetowego, o którym mówił premier. I tyle konkretów. Zapowiedzi usprawnienia postępowań sądowych, ułatwień związanych z uzyskiwaniem pozwoleń na budowę mają już charakter życzeniowy i można mieć spore wątpliwości, czy i kiedy uda się je wcielić w życie.

Czego zabrakło? Przede wszystkim planu cięć wydatków w obszarze szeroko rozumianej administracji publicznej i elementów stymulujących wzrost gospodarczy. Błyskotliwie wypunktował to Janusz Palikot. Muszę przyznać, że pomijając kwestie światopoglądowe i ukłony w kierunku lewicowego elektoratu, które zawarł w swoim wystąpieniu, w zasadzie mógłbym się podpisać pod tym co powiedział. W programie rządu nie ma ani słowa na temat odbiurokratyzowania życia społecznego i to zarówno w zakresie zmniejszenia kosztów administracji jak i zwiększenia swobody gospodarczej. Nic na temat zmiany absurdalnych przepisów prawnych, uproszczenia przepisów podatkowych, stworzenia przyjaznych warunków funkcjonowania dla przedsiębiorców (min. prawo do błędu) i cięć w sferze administracji rządowej (likwidacja wielu agencji rządowych, likwidacja Senatu, zmniejszenie ilości posłów, połączenie ZUS i KRUS). Co ciekawe, Palikot poruszył też kwestię ochrony polskiego rynku przed transferami zysków dokonywanymi przez zagraniczne koncerny do swoich spółek matek, co pozwala im unikać opodatkowania w Polsce (przede wszystkim chodzi o hipermarkety), o czym dotąd wspominał tylko Jarosław Kaczyński.

Na tle konkretnych wystąpień Donalda Tuska i Janusza Palikota, przemówienia pozostałych partyjnych liderów wypadły znacznie słabiej. Jarosław Kaczyński właściwie nie ustosunkował się do propozycji premiera. Wygłosił za to kontra expose, głęboko przesiąknięte deklaracjami ideowymi i po raz kolejny mogliśmy się przekonać, że wszystkie drogi prowadzą do Smoleńska. Szkoda, bo choć bez wielkiego związku z planami rządu, poruszył kilka istotnych kwestii dotyczących członkostwa w UE.

Najwyższa pora, by rozpocząć dyskusję na temat strategii dalszej integracji Polski z Unią. Widać dziś gołym okiem, że cały szereg założeń związanych z funkcjonowaniem europejskiej wspólnoty nie działa, a hegemonia Niemiec i Francji staje się sprawą oczywistą. Niepokoi brak jakiejkolwiek refleksji w tej sprawie, po stronie partii rządzącej, która bez względu na wszystko dąży do wejścia w strefę euro i pełnej integracji. To już nie jest euro entuzjazm, tylko euro fanatyzm. Drugą sprawą jest przyjęcie pakietu klimatycznego. Totalny absurd, a w sytuacji kryzysu wręcz zbrodnia. Klimat jest sprawą globalną, walczyć z emisją gazów cieplarnianych można wtedy, kiedy uczestniczą w tym wszyscy. Jaki sens mają kosztowne ograniczenia, jeżeli największe gospodarki świata, USA i Chiny się do nich nie stosują? To świadome obniżanie konkurencyjności własnej gospodarki w imię unijnej idei fix.

To prawda, że w zwierciadle wczorajszego expose odbija się nijakość zmarnowanej poprzedniej kadencji. Ale nie pozostaje nic innego, jak kibicować rządowi, by tym razem skutecznie zamienił słowa w czyny. Decydująca jest wola polityczna Donalda Tuska. W tym kontekście, szeroko dyskutowana, obsada personalna rządu ma drugorzędne znaczenie. W końcu poprzedni gabinet był rządem stagnacji przede wszystkim  dlatego, że zabrakło woli premiera do realizacji zmian, a nie z powodu braku kompetencji poszczególnych ministrów. Bez takiej woli, nawet rząd złożony z samych uznanych ekspertów nie mógłby liczyć na sukces.

czwartek, 17 listopada 2011

Szachy



„(…) Roszadę robimy, czyli rotację, panie, no! Rotuj się kto w Boga wierzy, panie! Gowin na miejsce Kwiatkowskiego, Boni z resortu do resortu, proszę pana. Kopacz z resortu na marszałka. Arłukowicz z wykluczonych do chorych panie. Schetyna w schetyny, eee… znaczy maliny. Patrz pan, o! Nowy rząd!”

Ktoś pamięta ten słynny skecz sprzed lat, Kabaretu pod Egidą, który pozwoliłem sobie sparafrazować? Co ja poradzę, że wszystko już było i te stare żarty z bardzo długą brodą, po niewielkim liftingu, pasują dzisiaj jak ulał. Pokpiwałem sobie trochę z premiera, mając jednakże nadzieję na pokerową rozgrywkę. Liczyłem, że Donald Tusk ma jakieś mocne karty. Może nie królewski poker, ale kareta na królach, no choćby na waletach. Ale jak ostatni głupek zapomniałem, że przecież rząd zdelegalizował hazard, a czymże jest gra z kryzysem jak nie hazardem? Więc z pokera nici. Są za to szachy i zdaje się, że premier rozgrywa tę partię sam ze sobą.

Co do zasady uważam, że zmiany są potrzebne. Ludzie wypalają się piastując eksponowane stanowiska. Po kilku latach pracy trzeba pożegnać się z niektórymi pomysłami, które wydawały się genialne a okazały się niewypałem. Autorowi tych koncepcji przychodzi to z dużo większym trudem niż nowej osobie. Jesteśmy wciąż przed expose premiera więc nie wiemy jeszcze jaki jest plan tego rządu. Wszyscy oczekują jednak poważnego programu reform. Nie zamierzam zanadto mądrzyć się na temat kandydatów, o których niewiele wiem, gwiazd tu jednak nie widzę. Na gabinet reformatorów też chyba się nie zanosi. W kontekście kryzysu gospodarczego, ministerstwo pracy i polityki społecznej oraz ministerstwo skarbu, mają niezwykle istotne znaczenie, a panowie Władysław Kosiniak-Kamysz i Mikołaj Budzanowski wydają się mieć lichutkie kompetencje. W kategoriach merytorycznych trudno też zrozumieć nominację Jarosław Gowina na stanowisko ministra sprawiedliwości, zwłaszcza że jego poprzednik Krzysztof Kwiatkowski zbierał pozytywne oceny za swoją pracę. Uzasadnienie tej zmiany było wyjątkowo pokrętne i naiwne. Pozostałe nominacje są mniej kontrowersyjne. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że decydującą przesłanką przy konstrukcji nowego gabinetu były kryteria polityczne a nie merytoryczne (o kurde, to samo powiedział Leszek Miller). Premier otoczył się wierną gwardią i tylko Jarosław Gowin nie pasuje do tej drużyny. Zakładam jednak, że w tym przypadku chodziło o to by wypuścić na minę niewygodnego recenzenta z wnętrza partii. Nie wróżę długiej ministerialnej kariery panu Jarosławowi.

W dzisiejszym wystąpieniu Donalda Tuska, najbardziej ubawiło mnie zdefiniowanie roli Grzegorza Schetyny. Otóż, ma on być rezerwą strategiczną Platformy!:) Genialny tekst, który zasługuje na to, by trwale wejść do słownika zgrabnych politycznych eufemizmów. Kiedyś na to samo mówiło się „paszoł w p..du”!


A to oryginalne szachy personalne w brawurowym wykonaniu Piotra Fronczewskiego i Jana Pietrzaka (niestety tylko w wersji audio). Polecam.


środa, 16 listopada 2011

Po co babcię denerwować, niech się babcia cieszy



Blisko miesiąc temu, agencja ratingowa Moody’s, sygnalizowała możliwość obniżenia perspektywy polskiego ratingu kredytowego, a potem również samego ratingu (pisałem o tym w notce „Wsi spokojna, wsi wesoła”), jeśli polski rząd nie rozpocznie programu reform. I co? Sytuacja zewnętrzna, od tamtej pory, wciąż zmienia się jak szalona. Unia Europejska zatrzęsła się w posadach w efekcie awantury wokół bankrutującej Grecji, i Włoch stojących na skraju przepaści. Przez europejskie salony polityczne przetacza się dyskusja na temat racji bytu strefy euro. Tylko w Polsce nuda, nic się nie dzieje. Donald Tusk zmarnował ten czas, z olimpijskim spokojem meblując swój nowy gabinet. Nic zatem dziwnego, że analitycy z Moody’s, zgodnie z zapowiedzią, obniżyli właśnie perspektywę dla polskiego systemu bankowego ze „stabilnej” do „negatywnej”.

W całej tej sprawie ciekawe jest zachowanie szefa NBP, Marka Belki. Od początku konsekwentnie lekceważy zagrożenia wynikające z obniżenia ratingu. Dość zabawnie brzmią dzisiejsze zapewnienia, że ta decyzja nie znajduje uzasadnienia w kondycji sektora bankowego w Polsce, bo polskie banki są dobrze skapitalizowane i stabilne. Prawda, tylko, że banki w Polsce, poza PKO BP, BGŻ, BGK i dwoma lub trzema małymi bankami, należą do zagranicznych instytucji bankowych. Kiepska kondycja finansowa podmiotów dominujących, może mieć istotny wpływ na ich decyzje odnośnie bankowych aktywów w Polsce. Według Belki, ocena Moody’s ma niewielkie znaczenie dla wiarygodności Polski. To także dziwne stwierdzenie, ponieważ  obniżka ratingu (jeśli do niej dojdzie) niemal automatycznie będzie skutkowała wzrostem oprocentowania polskich obligacji, a więc wyższymi kosztami pozyskiwania środków finansowych przez państwo.

Trochę inną technikę zamiatania problemów pod dywan zastosował przed wyborami Jacek Rostowski, choć on posunął się znacznie dalej. We wrześniu, przygotowano projekt budżetu na przyszły rok, który zakładał wzrost PKB na poziomie 4%. Minister Rostowski zarzekał się, że taki plan jest jak najbardziej realny, podczas gdy wszyscy, którzy choć trochę orientują się w sprawach ekonomiczno-finansowych zwracali uwagę, że to skrajnie optymistyczne założenia. Teraz, po wyborach, sam już mówi otwarcie o nowelizacji budżetu, co zamierza przeprowadzić pod płaszczykiem wprowadzenia kolejnych wariantów, oczywiście znacznie bardziej  pesymistycznych. Takie małe oszustwo wyborcze, zastosowane zresztą nie po raz pierwszy (przed wyborami do Parlamentu Europejskiego w 2009 roku, zrobiono dokładnie to samo).

Politycy, jak długo się da, traktują wyborców dokładnie w myśl zasady, o której śpiewał kiedyś Wojciech Młynarski: „Po co babcię denerwować, niech się babcia cieszy”. Bardzo jestem ciekaw jak dalece, Donald Tusk, zdecyduje się „zdenerwować babcię” piątkowym expose. Są już oczywiście przecieki na temat problematyki, która w expose się znajdzie, ale ja wolę poczekać z komentarzem na fakty. Mimo wszystko liczę, że doświadczenie czteroletnich rządów koalicji PO-PSL z Donaldem Tukiem na czele, plus ten dodatkowy miesiąc spędzony podobno na pieczołowitych i drobiazgowych przygotowaniach, zaowocują wreszcie konkretnym, kompetentnym planem reform.

Od razu spieszę donieść, że nie usatysfakcjonuje mnie powtórka sprzed 4 lat, lekko zmodyfikowana o czynnik upływu czasu i sytuacyjny kontekst. Widzę jeden sposób, który mógłby ocalić wiarygodność premiera. Chciałbym zobaczyć, że istnieje precyzyjny plan, wpisany w dokładny harmonogram czasowy obejmujący najbliższe trzy lata rządów, z czego w przyszłym roku poszczególne działania rozbite są na konkretne miesiące. Że plan przewiduje reformę finansów publicznych, cięcia w sferze administracji, projekty rozszerzenia zakresu wolności gospodarczej, a nie tylko zwiększanie przychodów budżetowych poprzez mniej lub bardziej zawoalowane podatki. To naprawdę nie może być bicie piany, do którego Donald Tusk  zdążył nas już przyzwyczaić. Najwyższa pora zadbać o to, by nie oglądać kiedyś na ulicach polskich miast, bilbordów podobnych do tego, który otwiera mój dzisiejszy wpis.


Niestety klip z piosenką Wojciecha Młynarskiego „Po co babcię denerwować”, został usunięty z internetu. W tej sytuacji, przypomnę przynajmniej tekst tej wielce aktualnej pieśni.

Koci - łapci, kici, kici
ole, olejanko,
zajmujemy razem z babcią
urocze mieszkanko.
My mieszkamy na parterku,
babcia w oficynce
drepce, żądna informacji o całej rodzince.

Lecz choć u nas trwa od rana
z sodomką gomorka,
babci o tym się nie mówi,
by była w humorku.

Wujek Ziutek, co za smutek,
choć kawał mężczyzny,
świat pożegnał przy pomocy
sznurka od bielizny.
"Co z Ziuteczkiem? - głos babuni
dźwięczy na przygórku. -
Jak mu idzie?" "Idzie, babciu,
idzie - jak po sznurku!"

A dokładniej informować
babci nikt nie śpieszy.
Po co babcię denerwować,
niech się babcia cieszy!

Kuzyneczka Ernestynka,
ozdoba rodziny,
kawki z gniazda wybierała
i spadła z drabiny.
"Co z malutką? - głos babuni
z góry brzmi radośnie. -
Co tam u niej?" "Krzywa rośnie,
babciu, krzywa rośnie!"

A dokładniej informować
babci nikt nie śpieszy.
Po co babcię denerwować,
niech się babcia cieszy!

Tata zasię manko w kasie
miał i siedzi w kiciu,
były o tym wzmianki w prasie,
w "Expressie" i w "Życiu",
ale fakt ten się nie stanie
dla babci udręką,
bowiem się drukuje dla niej
osobne pisemko

Na domowej drukarence
wszystko się wyłuszcza
i w ogóle się babuni
na parter nie wpuszcza!

Aż rodzinnie osiągniemy -
prawda ta nas krzepi -
sytuację, w której może
być nam tylko lepiej,
panie i panowie,
to się babci, koci - łapci,
o tym też nie powie!

Niech zażywa główka siwa
spokojnych pieleszy.
Po co babcię denerwować?
Niech się babcia cieszy!

poniedziałek, 14 listopada 2011

Zmierzch Zachodu


„Rąbanie lasu. Walka” – obraz Witkacego

Już na początku XX-ego wieku pojawiły się koncepcje historiozoficzne, opierające się na założeniu, że świat zachodniej cywilizacji powoli się wypala. Tuż po zakończeniu I-ej wojny światowej ukazała się książka „Zmierzch Zachodu” Oswalda Spenglera, która odwołując się do analogii ze światem przyrody, przyrównała cykl życia społeczeństw do faz rozwoju żywych organizmów - cywilizacje rodzą się, dojrzewają, w końcu starzeją i umierają. W ten sposób, autor tłumaczył dynamiczny rozwój społeczeństw Ameryki i Azji, i jałową stagnację pogrążonej w konsumpcji Europy. Wskazywał też na analogie ze światem antycznym. Imperium Rzymskie, które wydawało się wieczne, upadło ponieważ zdegenerowała się rzymska cywilizacja i kultura. Zniszczono religie, tradycyjne pojęcia i wartości, społeczeństwo popadło w marazm i pogrążyło się w jałowym trwaniu. Ogromne koszty utrzymania imperium, nie efektywny system centralistycznego zarządzania, biurokracja i korupcja, problemy ze ściąganiem danin i podatków spowodowały wewnętrzny kryzys gospodarczy. A z zewnątrz napierały pełne sił witalnych hordy barbarzyńców. Czy niczego wam to nie przypomina?

Podobnie pesymistyczny sposób myślenia znajdował odzwierciedlenie w kulturze. W 1930 roku ukazała się powieść „Nienasycenie” Stanisława Ignacego Witkiewicza. Akcja książki, rozgrywa się w przyszłości, u schyłku XX wieku i pokazuje świat pogrążony w dekadencji. Polska znajduje się pomiędzy młotem bolszewickiej rewolucji, która opanowała niemal cały świat, a kowadłem nacierających wojsk chińskich, które za pomocą narkotyku szczęścia zniewalają podbite kraje.

O ile można dyskutować, na ile trafnie, te katastroficzne wizje opisywały świat początku XX wieku, to z dzisiejszej perspektywy wydają się wręcz prorocze. Globalny kryzys przetacza się przez świat, poziom zadłużenia Europy przekracza możliwości realnej spłaty. Upada Grecja, nad przepaścią stoją Włochy, Portugalia, Hiszpania. Syte społeczeństwa europejskie uwierzyły w demokrację, w wieczny pokój na starym kontynencie, w konsumpcję na kredyt. Jeszcze przed trzema laty rządy państw zachodnich poważnie rozważały bojkot olimpiady w Pekinie (do którego ostatecznie nie doszło), z uwagi na łamanie praw człowieka w Chinach. A dzisiaj? Ci sami przywódcy wznoszą modły do chińskich komunistów, by zechcieli zaangażować się w „ratowanie” Europy. A przecież chiński reżim nie zmienił się ani trochę. Światem rządzi hipokryzja.

I Chińczycy pewnie w końcu pomogą, tylko za jaką cenę. To niezwykłe, że represyjny system komunistyczny tak skutecznie poradził sobie z budową gospodarki quasi rynkowej, w całości opartej na klasie społecznej stanowiącej trzon funkcjonariuszy Komunistycznej Partii Chin. Gospodarcza ekspansja totalitarnych Chin odbywa się kosztem reszty świata. Jest to możliwe, przede wszystkim z uwagi na zaniżanie kursu chińskiego juana przez Ludowy Bank Chin, co pozwala gromadzić ogromne nadwyżki finansowe. Dzięki interwencjom walutowym kurs juana znacznie odbiega od jego rzeczywistej wartości. To tak, jakby chińscy przedsiębiorcy sprzedający do USA i Europy otrzymywali dotacje w wysokości 30-50 procent wartości sprzedaży. Z drugiej strony, dla firm zagranicznych sprzedających towary do Chin, zaniżony kurs juana działa jak wysokie cła importowe. Dzięki temu systemowi Chiny zwiększają swój udział w światowym rynku dóbr i usług oraz wzmacniają pozycję wierzyciela Stanów Zjednoczonych i Europy. Drugim, kluczowym elementem decydującym o konkurencyjności chińskiej gospodarki jest nieprawdopodobnie tania siła robocza. Jedna z międzynarodowych korporacji podała, że w jej chińskich oddziałach, płaca robotnika jest 80 razy niższa niż w USA. W takich warunkach, inne światowe gospodarki nie mogą nawet marzyć o konkurowaniu.

Ironią losu jest to, że dopiero teraz mają szansę spełnić się marzenia teoretyków marksizmu. Militarny triumf komunizmu nie nastąpił, za to totalitaryzm chińskich komunistów ma wszelkie szanse na gospodarczy podbój Europy. A to jeszcze nie wszystko. Od południa ciągną hordy imigrantów z ubogich, targanych głodem i wojnami państw afrykańskich, dla których Europa wciąż jest ziemią obiecaną. Przynoszą ze sobą islam, niechęć do asymilacji i nadzieje na wejście w europejski system świadczeń socjalnych.

sobota, 12 listopada 2011

Krótkie studium nierzetelności dziennikarskiej

 
„Pokojowo” demonstrujący antyfaszyści, zakrywali twarze z pewnością dlatego, że było im zimno.

Jak łatwo było przewidzieć, obchody Święta Niepodległości odbyły się zgodnie ze scenariuszem samospełniającej się przepowiedni. Nie mogło być inaczej. Jeżeli organizacje lewicowe, wspierane przez środowisko Gazety Wyborczej i Krytyki politycznej, na długo wcześniej nakręcały spiralę agresji, piętnując patriotyczne idee marszu, nawołując do blokady legalnego Marszu Niepodległości, ściągając lewackie bojówki z zagranicy, wiadomo było, że szykuje się duża zadyma. Nie trzeba być geniuszem, żeby przewidzieć, że takie apele sprowokują wszelkiej maści chuliganów, z lewej, z prawej i każdej innej strony, do przybycia i zaznaczenia swojej obecności. Nie wierzę tu w żadne dobre intencje. Hipokryzją jest ubieranie takich działań w hasła miłości i tolerancji. Nie mogę się nadziwić, że Gazeta Wyborcza, w końcu poważna, wysoko nakładowa gazeta, już po raz drugi decyduje się na legitymizowanie awantur wszczynanych przez bojówki lewackich chuliganów. Przecież w ten sposób ustawia się w roli adwersarza, pogardzanych przez siebie organizacji, takich jak ONR czy Młodzież Wszechpolska.

Nie interesuje mnie udział w zadymach, więc awanturę wokół Marszu Niepodległości postanowiłem, śledzić na ekranie telewizora. Jednak niezwykle jednostronna relacja telewizyjna wzbudziła mój ogromny niesmak. To co wyprawiał, prowadzący program w TVN24, niejaki Michał Cholewiński ma tyle wspólnego z rzetelnością dziennikarską ile dziennik telewizyjny w najgorszych czasach PRL. Przede wszystkim, od razu postawiono tezę, że stroną agresywną są uczestnicy Marszu Niepodległości i wszystkie wydarzenia interpretowano w sposób, który miał uzasadnić tę tezę. Oto krótki przegląd sposobu relacjonowania wydarzeń:

1. Niemieccy antyfaszyści, którzy przybyli na pomoc przeciwnikom marszu, zaatakowali policję na Nowym Świecie. A TVN24 ciągle mówi o grupie 100 zatrzymanych, agresywnych osób bez wskazania, że to niemieccy lewacy. Ba, komentarze cały czas sugerują, że chodzi o uczestników marszu.

2. Beznadziejna, statyczna relacja pokazuje obraz Marszałkowskiej przed placem Konstytucji, w miejscu blokady przez Kolorową Niepodległą. I nawet kiedy widać blokujących anarchistów, z zasłoniętymi twarzami, naparzających się z policją, pojawiają się komentarze o zadymach wszczynanych przez uczestników marszu.

3. Na tym statycznym tle, prowadzone są rozmowy telefoniczne z uczestnikami marszu. To wszystko sprawia wrażenie łączenia się z linią frontu, podczas gdy sam marsz przebiegał spokojnie, co można było obserwować na żywo w internecie. Dlaczego żadna kamera TVN24 nie poszła z maszerującymi?

4. Rozmowa z dziennikarką „Dzień dobry TVN”, która obserwowała zajścia z okna biur TVN przy Marszałkowskiej.
- Czy były hasła nawołujące do przemocy i antysemickie przyśpiewki? – pyta prowadzący program.
- Tak były, „Bóg, honor i ojczyzna” i przeciwko in vitro. – odpowiada pani z „Dzień dobry TVN”.
- Czyli jednak były – podsumowuje prowadzący.
Nawet nie chce mi się tego komentować.

5. Przez cały program, powtarzano jak mantrę, że organizatorzy marszu zapowiadali pokojową demonstrację, a jest przecież inaczej, tak jakby można było winić organizatorów marszu, za wszystkie chuligańskie wybryki, zadymiarzy miejscowych i sprowadzonych z zagranicy, które miały miejsce tego dnia w mieście. I oczywiście ani słowa o agresywnych lewakach.

Żeby było jasne. Nie chcę nikogo usprawiedliwiać. Odpowiedzialność leży po obu stronach. Ale obraz kreowany przez TVN był jednostronny i nie prawdziwy. Na pocieszenie można dodać, że w wieczornych programach tej stacji, oceny formułowane z pewnego dystansu, były już znacznie bardziej wyważone. Niestety, wcześniejsza manipulacja zbiera żniwo, co słychać choćby w głosach oburzenia widzów "Szkła kontaktowego". I na nic już, prostujące komentarze pana Tomasza Sianeckiego. Lud, swoje wie.

W Marszu Niepodległości wzięło udział około 10 tysięcy osób. Około 200 jest zatrzymanych. Ilu brało udział w zadymach? Poza kuriozalną rozmową na antenie TVN24, nikt nie mówi o antysemickich hasłach, rasistowskich okrzykach czy innych formach lżenia mniejszości narodowych i seksualnych. A to były zawsze główne zarzuty pod adresem demonstrantów. Jeżeli tego nie było, zarzuty formułowane ex ante, przez Gazetę Wyborczą wobec środowisk patriotycznych, okazały się bezpodstawne. Wypada więc podziękować redaktorom gazety, za rozdmuchanie atmosfery nienawiści. Zbieraliśmy wczoraj jej owoce.